Gość: Perseusz
IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl
29.12.01, 17:23
Spod kolumny Zygmunta.
Nie ukrywam, że mieszkając w stolicy i chodząc na mecze Legii zawsze miałem
kompleks Wisły. Kocham swoje miasto i jestem dumny z jego bohaterów walczących
w insurekcji kościuszkowskiej, wszystkich powstaniach przeciw kolejnym
okupantom - od rosyjskich przez niemieckich do radzieckich, ale kocham też
futbol, a ten w stolicy nijak ma się tradycjami do krakowskiego.
Nie pamiętam, skąd to wiedziałem, będąc dzieckiem, ale przecież wiedziałem, że
bez Krakowa nie byłoby polskiego piłkarstwa. Wszystko było mi jedno kto powstał
pierwszy - Wisła czy Cracovia; dla mnie tak samo liczyły się oba, a także
lwowska Pogoń. Pewnie nie byłem jedynym, który tak myślał w Warszawie. I
jeszcze wiedziałem, że gdyby nie krakowianie - Legia nie byłaby tym, czym była
i jest. A to dla warszawiaka, mającego lat naście, wystarczający powód żeby
Wisłę szanować. Nie "mieszkałem" na stadionie przy ulicy Reymonta tak, jak
przy Łazienkowskiej i nie czuję się tam jak w domu, ale chcę napisać tych kilka
słów, aby wyrazić szacunek dla klubu wyjątkowego.
Kiedyś, bodaj w 1974, pojechałem do Krakowa porozmawiać z Markiem Kustą,
mającym szansę wyjechać na finały mistrzostw świata. Kiedy po raz pierwszy na
własne oczy zobaczyłem dziesiątki małych chłopców wokół stadionu i na Błoniach,
przekonałem się o tym, co znałem ze słyszenia. Zrozumiałem czym jest futbol w
mieście Wisły i Cracovii. A kiedy wysłuchałem Adama Grabkę, przyjrzałem się jak
traktuje tych chłopców, jak po ich kilku zagraniach gotów był określić rozmiar
ich talentu, zrozumiałem, że to co w Legii bywało improwizacją, pod Wawelem
jest dobrze zorganizowaną szkołą.
Kiedy usłyszałem o śmierci ponoć najzdolniejszego z braci Szymanowskich,
poznałem bliżej Antka; także Adama Musiała, Zdziśka Kapkę, Kazka Kmiecika,
Adama Nawałkę - akurat ze mną odbył ostatni trening na budapeszteńskim
Nepstadionie przed debiutem w reprezentacji, potem Michała Wróbla czy Marka
Motykę, a do wiedzy gazetowej i książkowej doszła inna, bardziej osobista.
Staliśmy się kolegami i w pewnym momencie złapałem się na tym, że jako
stołeczny dziennikarz kibicuję Wiśle.
Było zawsze coś wyjątkowego w tym klubie, skoro cieszy się w Polsce niezmienną
sympatią, choć przecież dziesiątki lat rządzili nim milicjanci. Kiedy na mecze
warszawskiej Gwardii przychodziła garstka emerytów z Rakowieckiej, spotkania
Wisły oglądały w stolicy tłumy. Nawet resort bezpieczeństwa nie odebrał "białej
gwieździe" kibiców, ponieważ bogactwo historii klubu stanowi wartość, której
nie można było zniszczyć czy zawłaszczyć. I jeszcze coś, co na łamach tej
książki może się nie podobać. Jest to jednak zdanie autora z miasta stołecznego
o mieście królewskim - rywalizujcie, kłóćcie się, ale pamiętajcie o historii i
wzajemnym szacunku. Nie byłoby i nie może być Cracovii bez Wisły i Wisły bez
Cracovii...
List ten w całości przepisałem z "encyklopedii piłkarskiej FUGI"
Może skłoni nas do jakiś głębszych refleksji. Napiszcie co o nim sądzicie.