Gość: sorry
IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl
07.01.02, 19:52
Misja otoczona była ścisłą tajemnicą. Ośmiu naukowców, specjalistów w
dziedzinie biomechaniki, aerodynamiki i techniki pomiaru pozycji jeździło
całymi tygodniami w ślad za elitą skoczków. Uzbrojeni w osiem wideokamer,
niepostrzeżenie mieszali się z tłumem publiczności na skoczniach w różnych
krajach świata. Chodziło im o to, by rozpracować technikę sportowca, który dla
swoich rywali stanowił zagadkę. Wywiadowcy pewnego kraju o dużych tradycjach
narciarskich rozstawiali się z dokładnością do jednego metra wzdłuż skoczni, by
uzyskać z każdej fazy lotu zdjęcia pod odpowiednim kątem. W myśl
międzynarodowych reguł jest to wprawdzie zakazane, ale w końcu warto podjąć
pewne ryzyko, by zgłębić zagadkę pewnego fenomenu, który nazywa się: Adam
Małysz.
Uosobienie perfekcji
Ten Polak o kruchym wyglądzie w zeszłym roku pojawił się jakby znikąd, by z
miejsca wykatapultować się do światowej czołówki. Przewaga, z jaką wygrał
Turniej Czterech Skoczni, zniszczyła psychicznie jego przeciwników. Na luzie
zgarnął sobie Puchar Świata, a do tego złoty medal w mistrzostwach świata na
średniej skoczni. Także w obecnym sezonie Adam Małysz dominuje w powietrzu: z
pierwszych dziewięciu serii skoków wygrał sześć. Niemcy, od lat przyzwyczajeni
do sukcesów, Austriacy, Finowie i Norwedzy, zdążyli się już pogodzić z czołową
rolą tego drobnego, lotnego skoczka. Układanka, jaką naukowym specjalistom od
sportu udało się wiosną złożyć na podstawie nakręconych filmów wideo i
opracowanych na ich podstawie komputerowych analiz, daje bowiem wynik
otrzeźwiający dla rywali: Małysz jest po prostu uosobieniem perfekcji w tej
dziedzinie sportu. Atutem tego skoczka, który jest z zawodu dekarzem, jest
odbicie. Nikt inny nie wybija się z progu z taką siłą jak on. A ponieważ Małysz
prawie nie wyprostowuje przy tym górnej połowy ciała i niezwykle szybko opada
do przodu do pozycji wpółleżącej, prąd powietrza unosi go, jak gdyby
podtrzymywała go jakaś niewidzialna ręka.
Raz przybrawszy odpowiednią pozycję, ten zawodnik, mierzący 1,69 m wzrostu i
ważący zaledwie 52 kg, żegluje w dół niczym piórko unoszone wiatrem. W połowie
skoku znajduje się jeszcze do półtora metra wyżej w powietrzu, niż np. Martin
Schmitt, który jest wyższy i cięższy. Zdaniem głównego niemieckiego trenera,
Reinharda Hessa, ten sportowiec - najlepszy w swojej dziedzinie - porusza się
już poza granicę tego, co osiągalne dla człowieka. Jest on "naprawdę
niesamowity".
Gdy jednak ten artysta lotów poczuje pod stopami ziemię, nie ma już w nim
niczego nadprzyrodzonego ani tajemniczego. Wśród kolegów uchodzi za nieznośnego
nudziarza. Relacjonująca skoki stacja telewizyjna RTL nie bez zakłopotania
umieściła go w kampanii reklamowej obok takiego idola dziewcząt, jakim jest
Schmitt. Fakt, iż ten bezbarwny Polak wyprzedził Schmitta, popularnego
mieszkańca Schwarzwaldu, jest menedżerom od marketingu tego komercyjnego kanału
równie na rękę, jak burza śnieżna lub gęsta mgła podczas zawodów.
Nie chcę być gwiazdą
Na to jednak nie ma sposobu. Małysza wprawia w zażenowanie wszelki rozgłos
wokół jego osoby. Mówi: Nie chcę być gwiazdą, nie mam zamiaru się zmienić. Woli
więc zostać na zawsze skromnym młodzieńcem bez ukończonej szkoły.
Efekty na pokaz, które w showbiznesie, jakim jest sport, uchodzą niekiedy za
charyzmę, są dla tego mężczyzny z wąsikiem czymś kompletnie obcym. Ze względu
na wysoki koszt rozmów telefonicznych wysyła on swojej żonie z zagranicy tylko
SMS-y. Słucha muzyki ludowej i często chodzi na spacery z Karatem, swoim
bokserem. Na śniadanie je kanapkę z bananem. Wieczorem łazi niespiesznie po
hotelu, zakłada skórzany fartuch, bierze przyrząd do smarowania nart, szczotkę,
i zajmuje się swoimi nartami.
Jest to styl bycia, który Małysza w jego ojczystym kraju ustawił niemalże na
pozycji świętego. Właśnie ze względu na swoją prostotę stał się on w Polsce
postacią, z którą można się utożsamiać: to wreszcie jakiś mieszkaniec Wschodu,
który może nauczyć moresu tych zachodnich arogantów. Po raz pierwszy bowiem od
czasu trzeciego miejsca w mistrzostwach świata w piłce nożnej w 1982 r. ten
kraj ma wreszcie bohatera sportu, którego nazwisko na całym świecie figuruje w
nagłówkach gazet.
To uwielbienie przybiera szczególnie groteskowe formy w Wiśle, miasteczku w
Beskidzie Śląskim, w zapadłym kącie Polski. Przed domem przy ulicy Kopydło 15,
gdzie Małysz mieszka skromnie na poddaszu, z autokarów nieustannie wysypują się
grupy turystów. Kradną oni kamienie z podjazdu i fotografują żonę Małysza,
Izabelę. Groupies posyłają sportowcowi koronkowe majteczki: "To Adam,
skijumper, Poland" (Dla Adama, skoczka narciarskiego, Polska).
Czy Małysz czuje już spoczywający na nim ciężar odpowiedzialności? - Ja robię
wszystko, na co mnie stać - mówi. To musi starczyć za oświadczenie. Małysz
krzyżuje ręce na piersiach.
Austriacki marketing
Edi Federer, jego austriacki menedżer, uważa tę suchą rzeczowość za "super
sympatyczną". 48-letni Federer jest jednym z owych grubo ciosanych ludzi
interesu z rozpiętym kołnierzykiem koszuli i z trzydniowym zarostem, którzy w
sposób dość męczący akcentują, że są na luzie. Ten były skoczek od pięciu lat
zajmuje się marketingiem polskiej drużyny, a dwa dni przed ostatnim Turniejem
Czterech Skoczni załatwił Małyszowi pierwszy indywidualny kontrakt. Rzucił mu
na stół dwa hełmy z logo napoju "Red Bull" i zawołał: No to masz teraz sponsora!
Obecnie Małysz reklamuje kotły grzejne, okna, telefony komórkowe. W spotach
telewizyjnych zachwala zupę w proszku. Dzięki nim dużo pieniędzy napływa na
jego konto. Podobno jednak sporą część tego inkasuje Federer. Mówi się, że
zabiera on przeszło połowę tych dochodów. Sam Federer uznaje ten zarzut
za "prymitywny". Ale każdemu wolno o tym mówić: Dzięki temu stajemy się
bardziej interesujący. O wiele bardziej trapi go fakt, że musi uważać na swego
podopiecznego, jak na pacjenta specjalnej troski. Wciąż jeszcze zdarza się
Małyszowi zapomnieć o włożeniu czapeczki z logo sponsora, gdy wzywają go, by
zajął miejsce na podium. Federer musi niemalże zmuszać swego klienta do
udzielania wywiadów: No idź tam po prostu i powiedz dwa zabawne zdanka. Zaraz
będzie po wszystkim, to nie boli.
Podczas konferencji prasowej w sali lokalu "Neustädter Hof" Małysz sprawia
wrażenie, jakby nie pasował do tego miejsca. Podczas gdy nadzieja niemieckiego
sportu, 18-letni Stephan Hocke, wesoło śmieje się do zebranych, król skoczni
sprawia wrażenie lodowego sopla: jest zimny i gładki. Najchętniej schowałby się
za swoim tłumaczem. Trudno sobie wyobrazić, by Małysz jeszcze tej zimy zdobył
się na spotkanie z prasą niemieckojęzyczną, jak chciałby Federer. Co prawda w
lecie przeszedł dwumiesięczny kurs językowy, ale całkiem go paraliżuje lęk, że
zrobi coś nie tak - mówi jego nauczyciel, reporter radiowy Sebastian Szczęsny.
Małysz wzniósł wokół siebie ochronny mur ostrożności, by nie doznać raz jeszcze
takiej klęski, jak przed czterema laty. Wtedy, podczas pierwszego, krótkiego
wzlotu w swojej karierze przeżył bolesny upadek. Skakać na nartach zaczął, gdy
miał sześć lat. Uczył go Jan Szturc, jego wuj. Dostrzegł on szybko, że chłopiec
ma wyjątkowe zdolności: Jego wyczucie właściwej pozycji podczas lotu było
nadzwyczajne. Przy pierwszym skoku spadły mu co prawda zbyt obszerne buty, ale
jako dziesięciolatek skakał już 60 metrów.
Jako dziewiętnastolatek Małysz wygrał trzy zawody Pucharu Świata i znalazł się
w pierwszej dziesiątce. W czerwcu 1997 r. ożenił się, wyglądało na to, że
wszystko układa się doskonale. Gdy jednak cztery miesiące później przyszła na
świat jego córka Karolina, załamał się pod ciężarem nowych obowiązków. Nagle
stałem się odpowiedzialny za tego małego człowieka, a tymczasem sam czułem się
jeszcze dzieckiem.
Nic się już nie udawało na skoczni. W Pucharze Świata spadł na 75 pozycję. Jego
kariera sportowa legła w gruzach, c