amoremio
21.06.06, 23:26
Na Stadionie Śląskim zostanie otwarta wystawa poświęcona
górnośląskim piłkarzom w reprezentacji Polski i Niemiec
Rozmawiał: Maciej Blaut 20-06-2006 , ostatnia aktualizacja 20-06-2006 23:24
Wystawa "Górnoślązacy w polskiej i niemieckiej reprezentacji narodowej w
piłce nożnej - wczoraj i dziś. Sport i polityka na Górnym Śląsku w XX wieku"
jest próbą ukazania powikłanej historii Górnego Śląska oraz jego mieszkańców
i stosunków polsko-niemieckich przez pryzmat historii sportu w naszym
regionie. Na wystawie będzie można zobaczyć wiele archiwalnych zdjęć piłkarzy
opatrzonych ich biografiami. Przy okazji wystawy zaprezentowana zostanie
monografia dotycząca tej samej problematyki. Pomysłodawcami i współtwórcami
wystawy są Marcin Wiatr z Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej i Dawid Smolorz,
współpracujący z Domem w ramach tego przedsięwzięcia.
Maciej Blaut: Jaki jest cel tej wystawy?
Marcin Wiatr: Ma ona przybliżyć fascynującą historię Górnego Śląska. W tym
regionie nic nie jest oczywiste i nie do końca zamyka się w tym, co polskie i
niemieckie. O przynależności do drużyny często decydowały lepsze warunki do
robienia kariery czy sytuacja polityczna. Tutaj nigdy nie było to
jednoznaczne. Termin wystawy nie jest przypadkowy, trwają przecież
mistrzostwa świata w Niemczech.
Dawid Smolorz: Chcemy podkreślić specyfikę regionu górnośląskiego. Często
zupełny przypadek decydował o tym, koszulkę z jakim orłem wkładali zawodnicy
i z którą ze stron byli później identyfikowani. Często miewało to później
dramatyczne skutki. Chcemy pokazać, że choć podział Górnego Śląska na część
polską i niemiecką z 1922 roku już nie istnieje, to podział na Górnoślązaków
polskich i niemieckich trwa do dzisiaj. Najlepszy przykład to Miroslav Klose
i Lukas Podolski, grający w reprezentacji Niemiec, którzy są Górnoślązakami z
krwi i kości.
Ilu Górnoślązaków polskiego pochodzenia zagrało w reprezentacji Niemiec?
Smolorz: Nie można używać stwierdzenia Górnoślązacy polskiego pochodzenia,
nie wiedząc, co oni odczuwali. To, że np. Podolski i Klose urodzili się na
ziemiach polskich, o niczym nie świadczy, bo - z tego, co wiadomo - obaj
czują się Niemcami. Piłkarze grali w takiej, a nie innej reprezentacji, bo
akurat na terenie danego kraju przyszło im żyć. Przecież to dość przypadkowe
wytyczenie granicy z 1922 roku sprawiło, że chłopcy z Katowic i Chorzowa
grali dla Polski, a chłopcy z Zabrza i Gliwic dla Niemiec.
Wiatr: Oczywiście najsłynniejszą postacią, która pokazuje ten dylemat, jest
słynny Ernest Wilimowski, który przez wiele dziesięcioleci był skazany na
zapomnienie. Jego matka była z ducha niemiecką Górnoślązaczką. Był
wychowankiem 1.FC Katowice - klubu utożsamianego z mniejszością niemiecką. W
pewnym momencie przeszedł do Ruchu Wielkie Hajduki, który był symbolem
powstańczych tradycji. To o niczym nie świadczy - przeszedł tam, bo ktoś mu
podpowiedział, że tam zrobi większą karierę. Jego wybór między klubem
niemieckim a polskim - a potem między reprezentacją Polski i Niemiec - nie do
końca jest wyborem politycznym. Interpretacja wszelkich wyborów poprzez klucz
historii i polityki może być myląca.
Wilimowski był największą gwiazdą z Górnego Śląska grającą w kadrze Niemiec?
Smolorz: Zawodnika porównywalnego do Wilimowskiego trudno szukać po jednej i
drugiej stronie granicy. Jeśli chodzi o Górnoślązaków, którzy zrobili
karierę, to na pewno trzeba wymienić dwóch górnośląskich mistrzów świata z
1954 roku: Friedricha Labanda z Zabrza i Richarda Hermanna z Katowic, których
powojenne losy rzuciły w głąb Niemiec. O ile Laband przez całe życie był
niemieckim obywatelem, to Hermann w latach 20. i 30. był obywatelem polskim.
To dwaj jedyni górnośląscy mistrzowie świata. Być może w tym roku coś się
zmieni...
Wiatr: Wiele zależy od tego, jak zdefiniujemy wybitność. Wiadomo, że
najwięksi są ci, którzy mają sukcesy: zdobywają puchary, grają w finałach
mistrzostw świata. Warto też jednak wspomnieć o zupełnie innych sukcesach. Na
początku lat 40. Naprzód Lipiny [wówczas noszący nazwę TuS Lipine - przyp.
red.] wyjechał w ramach rozgrywek Pucharu Niemiec do Monachium [wówczas
zwanego Tschammer Pokal, czyli Pucharem Tschammera. Hans von Tschammer und
Osten był Reischssportführerem i szefem wydziału sportu w hitlerowskiej
organizacji rekreacyjnej "Kraft durch Freude", czyli "Siła przez radość" -
przyp. red.]. Lipinianie grali w półfinale z TSV 1860 Monachium. Gracze z
Lipin nie byli zawodowcami, to byli ludzie, którzy pracowali zawodowo. Na
mecz nie udali się autobusem czy samolotem, tylko... pociągiem towarowym, a
potem niemal z marszu zagrali na boisku w Monachium. Piłkarze z Lipin
przegrali wysoko, ale ich wola walki była niesamowita. Po tym meczu w Bawarii
przez kilka tygodni nie mówiło się o niczym innym, jak o jakimś małym
wschodnioniemieckim zespole, który robi furorę nie tym, że wygrywa, ale
niesamowitą wolą walki, przygotowaniem fizycznym, zawziętością. To są cechy,
które charakteryzowały wielu górnośląskich piłkarzy. Często nie byli
profesjonalistami, ale dochodzili do formy dzięki zacięciu, pracowitości i
woli walki.
Lata międzywojenne był najtrudniejsze dla górnośląskich sportowców?
Smolorz: Okres międzywojenny był przez cały czas okresem mniej lub bardziej
intensywnej walki Polski i Niemiec o przeciągnięcie Górnoślązaków na swoją
stronę. Z tego punktu widzenia był to okres niebywale skomplikowany. Rok
1939, gdy państwo polskie przestało istnieć, a wszyscy Górnoślązacy zostali
uznani za Niemców albo za spolonizowanych Niemców, uczynił to jeszcze
trudniejszym. Po polskiej stronie rzeczywiście było wiele osób autentycznie
identyfikujących się z kulturą niemiecką, ale dla przeciętnego Górnoślązaka z
polskiej strony - w tym sportowca - była to tragedia. Tymczasem rok 1945 nie
oznaczał wcale uspokojenia sytuacji. Wtedy okazało się, że ci, którzy w
latach 30. i 40. otwarcie przyznawali się do niemieckości, znaleźli się na
cenzurowanym. Musieli zapomnieć o swojej tożsamości albo wyjechać.
Trzecia opcja to był obóz. Trzeba też wspomnieć o czymś, co do pewnego
stopnia również inspirowało naszą pracę przy wystawie. Chodzi o pytanie:
dlaczego tutaj kibicuje się również... niemieckiej drużynie?! Z punktu
widzenia ludzi urodzonych w centralnej Polsce to jest rzecz całkowicie
kosmiczna. To oczywiście fantastycznie wpisuje się w schemat Górnoślązaka -
Germańca czy Krzyżaka. Natomiast sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.
Znam opowieści dotyczące zachowania zabrzan w 1954 roku po zdobyciu przez
Niemcy mistrzostwa świata. W niektórych dzielnicach dochodziło do czegoś, co
można by porównać z karnawałem w Rio. Ludzie siedzieli przy odbiornikach i w
momencie zakończenia meczu dochodziło do całkowitej eksplozji entuzjazmu.
Można zaryzykować twierdzenie, że Górnoślązacy kibicowaliby jednocześnie
reprezentacji Polski, gdyby wtedy grała, i z równym entuzjazmem cieszyliby
się z jej sukcesów. Górnoślązacy mieli wtedy - i chyba mają do dziś - większe
serce, które mieści w sobie sympatię dla obu drużyn.
Wiatr: Stwierdzenie, że serce Górnoślązaka jest pojemniejsze, jest trudne do
zrozumienia nie tylko dla Polaków, ale i dla Niemców. W piłce nożnej
wydawałoby się nie ma innej opcji - albo jest się za jedną drużyną, albo za
drugą. Tymczasem chłopcy z Sośnicy, którzy spotkali się z Podolskim
odwiedzającym swoją babcię, będą dopingować polską reprezentację, ale nie
można zapomnieć o fakcie, że wielu z nich będzie też kibicowało Podolskiemu.
To przecież regionalna duma.
Czy możemy się spodziewać, że w kolejnych latach w reprezentacji Niemiec będą
pojawiać się następni piłkarze z Górnego Śląska?
Wiatr: W młodzieżówce niemieckiej już gra Lukas Sinkiewicz z Tychów, który
zaliczył też kilka spotkań w pierwszej reprezentacji. Sam znam kilku
chłopaków, z którymi grałem na boisku,