Dodaj do ulubionych

wystawa o slonskim fusbalu - brawo!

21.06.06, 23:26
Na Stadionie Śląskim zostanie otwarta wystawa poświęcona
górnośląskim piłkarzom w reprezentacji Polski i Niemiec
Rozmawiał: Maciej Blaut 20-06-2006 , ostatnia aktualizacja 20-06-2006 23:24


Wystawa "Górnoślązacy w polskiej i niemieckiej reprezentacji narodowej w
piłce nożnej - wczoraj i dziś. Sport i polityka na Górnym Śląsku w XX wieku"
jest próbą ukazania powikłanej historii Górnego Śląska oraz jego mieszkańców
i stosunków polsko-niemieckich przez pryzmat historii sportu w naszym
regionie. Na wystawie będzie można zobaczyć wiele archiwalnych zdjęć piłkarzy
opatrzonych ich biografiami. Przy okazji wystawy zaprezentowana zostanie
monografia dotycząca tej samej problematyki. Pomysłodawcami i współtwórcami
wystawy są Marcin Wiatr z Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej i Dawid Smolorz,
współpracujący z Domem w ramach tego przedsięwzięcia.

Maciej Blaut: Jaki jest cel tej wystawy?

Marcin Wiatr: Ma ona przybliżyć fascynującą historię Górnego Śląska. W tym
regionie nic nie jest oczywiste i nie do końca zamyka się w tym, co polskie i
niemieckie. O przynależności do drużyny często decydowały lepsze warunki do
robienia kariery czy sytuacja polityczna. Tutaj nigdy nie było to
jednoznaczne. Termin wystawy nie jest przypadkowy, trwają przecież
mistrzostwa świata w Niemczech.



Dawid Smolorz: Chcemy podkreślić specyfikę regionu górnośląskiego. Często
zupełny przypadek decydował o tym, koszulkę z jakim orłem wkładali zawodnicy
i z którą ze stron byli później identyfikowani. Często miewało to później
dramatyczne skutki. Chcemy pokazać, że choć podział Górnego Śląska na część
polską i niemiecką z 1922 roku już nie istnieje, to podział na Górnoślązaków
polskich i niemieckich trwa do dzisiaj. Najlepszy przykład to Miroslav Klose
i Lukas Podolski, grający w reprezentacji Niemiec, którzy są Górnoślązakami z
krwi i kości.

Ilu Górnoślązaków polskiego pochodzenia zagrało w reprezentacji Niemiec?

Smolorz: Nie można używać stwierdzenia Górnoślązacy polskiego pochodzenia,
nie wiedząc, co oni odczuwali. To, że np. Podolski i Klose urodzili się na
ziemiach polskich, o niczym nie świadczy, bo - z tego, co wiadomo - obaj
czują się Niemcami. Piłkarze grali w takiej, a nie innej reprezentacji, bo
akurat na terenie danego kraju przyszło im żyć. Przecież to dość przypadkowe
wytyczenie granicy z 1922 roku sprawiło, że chłopcy z Katowic i Chorzowa
grali dla Polski, a chłopcy z Zabrza i Gliwic dla Niemiec.



Wiatr: Oczywiście najsłynniejszą postacią, która pokazuje ten dylemat, jest
słynny Ernest Wilimowski, który przez wiele dziesięcioleci był skazany na
zapomnienie. Jego matka była z ducha niemiecką Górnoślązaczką. Był
wychowankiem 1.FC Katowice - klubu utożsamianego z mniejszością niemiecką. W
pewnym momencie przeszedł do Ruchu Wielkie Hajduki, który był symbolem
powstańczych tradycji. To o niczym nie świadczy - przeszedł tam, bo ktoś mu
podpowiedział, że tam zrobi większą karierę. Jego wybór między klubem
niemieckim a polskim - a potem między reprezentacją Polski i Niemiec - nie do
końca jest wyborem politycznym. Interpretacja wszelkich wyborów poprzez klucz
historii i polityki może być myląca.

Wilimowski był największą gwiazdą z Górnego Śląska grającą w kadrze Niemiec?

Smolorz: Zawodnika porównywalnego do Wilimowskiego trudno szukać po jednej i
drugiej stronie granicy. Jeśli chodzi o Górnoślązaków, którzy zrobili
karierę, to na pewno trzeba wymienić dwóch górnośląskich mistrzów świata z
1954 roku: Friedricha Labanda z Zabrza i Richarda Hermanna z Katowic, których
powojenne losy rzuciły w głąb Niemiec. O ile Laband przez całe życie był
niemieckim obywatelem, to Hermann w latach 20. i 30. był obywatelem polskim.
To dwaj jedyni górnośląscy mistrzowie świata. Być może w tym roku coś się
zmieni...



Wiatr: Wiele zależy od tego, jak zdefiniujemy wybitność. Wiadomo, że
najwięksi są ci, którzy mają sukcesy: zdobywają puchary, grają w finałach
mistrzostw świata. Warto też jednak wspomnieć o zupełnie innych sukcesach. Na
początku lat 40. Naprzód Lipiny [wówczas noszący nazwę TuS Lipine - przyp.
red.] wyjechał w ramach rozgrywek Pucharu Niemiec do Monachium [wówczas
zwanego Tschammer Pokal, czyli Pucharem Tschammera. Hans von Tschammer und
Osten był Reischssportführerem i szefem wydziału sportu w hitlerowskiej
organizacji rekreacyjnej "Kraft durch Freude", czyli "Siła przez radość" -
przyp. red.]. Lipinianie grali w półfinale z TSV 1860 Monachium. Gracze z
Lipin nie byli zawodowcami, to byli ludzie, którzy pracowali zawodowo. Na
mecz nie udali się autobusem czy samolotem, tylko... pociągiem towarowym, a
potem niemal z marszu zagrali na boisku w Monachium. Piłkarze z Lipin
przegrali wysoko, ale ich wola walki była niesamowita. Po tym meczu w Bawarii
przez kilka tygodni nie mówiło się o niczym innym, jak o jakimś małym
wschodnioniemieckim zespole, który robi furorę nie tym, że wygrywa, ale
niesamowitą wolą walki, przygotowaniem fizycznym, zawziętością. To są cechy,
które charakteryzowały wielu górnośląskich piłkarzy. Często nie byli
profesjonalistami, ale dochodzili do formy dzięki zacięciu, pracowitości i
woli walki.

Lata międzywojenne był najtrudniejsze dla górnośląskich sportowców?

Smolorz: Okres międzywojenny był przez cały czas okresem mniej lub bardziej
intensywnej walki Polski i Niemiec o przeciągnięcie Górnoślązaków na swoją
stronę. Z tego punktu widzenia był to okres niebywale skomplikowany. Rok
1939, gdy państwo polskie przestało istnieć, a wszyscy Górnoślązacy zostali
uznani za Niemców albo za spolonizowanych Niemców, uczynił to jeszcze
trudniejszym. Po polskiej stronie rzeczywiście było wiele osób autentycznie
identyfikujących się z kulturą niemiecką, ale dla przeciętnego Górnoślązaka z
polskiej strony - w tym sportowca - była to tragedia. Tymczasem rok 1945 nie
oznaczał wcale uspokojenia sytuacji. Wtedy okazało się, że ci, którzy w
latach 30. i 40. otwarcie przyznawali się do niemieckości, znaleźli się na
cenzurowanym. Musieli zapomnieć o swojej tożsamości albo wyjechać.

Trzecia opcja to był obóz. Trzeba też wspomnieć o czymś, co do pewnego
stopnia również inspirowało naszą pracę przy wystawie. Chodzi o pytanie:
dlaczego tutaj kibicuje się również... niemieckiej drużynie?! Z punktu
widzenia ludzi urodzonych w centralnej Polsce to jest rzecz całkowicie
kosmiczna. To oczywiście fantastycznie wpisuje się w schemat Górnoślązaka -
Germańca czy Krzyżaka. Natomiast sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.
Znam opowieści dotyczące zachowania zabrzan w 1954 roku po zdobyciu przez
Niemcy mistrzostwa świata. W niektórych dzielnicach dochodziło do czegoś, co
można by porównać z karnawałem w Rio. Ludzie siedzieli przy odbiornikach i w
momencie zakończenia meczu dochodziło do całkowitej eksplozji entuzjazmu.
Można zaryzykować twierdzenie, że Górnoślązacy kibicowaliby jednocześnie
reprezentacji Polski, gdyby wtedy grała, i z równym entuzjazmem cieszyliby
się z jej sukcesów. Górnoślązacy mieli wtedy - i chyba mają do dziś - większe
serce, które mieści w sobie sympatię dla obu drużyn.



Wiatr: Stwierdzenie, że serce Górnoślązaka jest pojemniejsze, jest trudne do
zrozumienia nie tylko dla Polaków, ale i dla Niemców. W piłce nożnej
wydawałoby się nie ma innej opcji - albo jest się za jedną drużyną, albo za
drugą. Tymczasem chłopcy z Sośnicy, którzy spotkali się z Podolskim
odwiedzającym swoją babcię, będą dopingować polską reprezentację, ale nie
można zapomnieć o fakcie, że wielu z nich będzie też kibicowało Podolskiemu.
To przecież regionalna duma.

Czy możemy się spodziewać, że w kolejnych latach w reprezentacji Niemiec będą
pojawiać się następni piłkarze z Górnego Śląska?

Wiatr: W młodzieżówce niemieckiej już gra Lukas Sinkiewicz z Tychów, który
zaliczył też kilka spotkań w pierwszej reprezentacji. Sam znam kilku
chłopaków, z którymi grałem na boisku,
Obserwuj wątek
    • amoremio Re: wystawa o slonskim fusbalu - brawo! 21.06.06, 23:27
      Wiatr: Stwierdzenie, że serce Górnoślązaka jest pojemniejsze, jest trudne do
      zrozumienia nie tylko dla Polaków, ale i dla Niemców. W piłce nożnej wydawałoby
      się nie ma innej opcji - albo jest się za jedną drużyną, albo za drugą.
      Tymczasem chłopcy z Sośnicy, którzy spotkali się z Podolskim odwiedzającym
      swoją babcię, będą dopingować polską reprezentację, ale nie można zapomnieć o
      fakcie, że wielu z nich będzie też kibicowało Podolskiemu. To przecież
      regionalna duma.

      Czy możemy się spodziewać, że w kolejnych latach w reprezentacji Niemiec będą
      pojawiać się następni piłkarze z Górnego Śląska?

      Wiatr: W młodzieżówce niemieckiej już gra Lukas Sinkiewicz z Tychów, który
      zaliczył też kilka spotkań w pierwszej reprezentacji. Sam znam kilku chłopaków,
      z którymi grałem na boisku, a którzy występują teraz w ligowych klubach
      niemieckich. Z tym fenomenem wciąż będziemy mieli do czynienia. Polska w ogóle
      wyludnia się, jeśli chodzi o młodych ludzi. Szukają masowo pracy i perspektyw
      życiowych w Anglii, Holandii, Niemczech. Z drugiej strony mamy też inny
      fenomen - ci, którym udało się zabrać jakiś kapitał, próbują wracać na Górny
      Śląsk. Tak jednak dzieje się tylko w przypadku osób, które bardzo utożsamiają
      się z tym regionem i są świadome jego dziedzictwa. Można jednak zaryzykować
      stwierdzenie, że w przypadku młodych Górnoślązaków utożsamianie się z regionem
      jest coraz silniejsze. Być może uda się więc odwrócić trend wyjazdów.

      Smolorz: Nie jesteśmy w stanie tego do końca przewidzieć. Znając trochę
      historię, można powiedzieć, że tutaj ciągle coś będzie się działo. Przez wiele
      setek lat trwały tutaj migracje i należy się spodziewać, że one - w mniejszym w
      lub większym stopniu - będą trwały nadal. Dla Górnego Śląska oznacza to, że
      jego mieszkańcy wciąż będą zasilać reprezentację Niemiec.

      Jedynym z elementów wystawy ma być prezentacja śląskiego wunderteamu.



      Smolorz: Jest to dość kuriozalne zestawienie. W tej drużynie znaleźli się
      bowiem zawodnicy, którzy nigdy nie mieli szansy spotkać się na boisku w jednym
      zespole. Z jednej strony jest to oczywiście kwestia czasu - piłkarze ci żyli w
      różnych czasach: wspominamy zawodników z lat 30. i tych najmłodszych urodzonych
      w latach 80. Z drugiej strony piłkarze z naszego zestawienia legitymują się
      różnymi paszportami, co oczywiście również uniemożliwiałoby im występ w jednej
      reprezentacji. Tutaj wracamy trochę do górnośląskiego fenomenu - grupa mężczyzn
      wychowana tak naprawdę w tym samym krajobrazie na świecie byłaby postrzegana
      jak cudzoziemcy, choć oni siebie nawzajem na pewno tak by nie traktowali.

      Nasz wunderteam to drużyna na mistrzostwo świata?

      Smolorz: Z Ekwadorem na pewno by nie przegrała!


      Organizatorem wystawy, obok Stadionu Śląskiego, jest Dom Współpracy Polsko-
      Niemieckiej. Partnerami projektu są: Konsulat Generalny RFN we Wrocławiu,
      Muzeum Górnośląskie w Ratingen-Hoesel i Urząd Marszałkowski Województwa
      Śląskiego.


      miasta.gazeta.pl/katowice/1,35024,3428987.html
    • amoremio Ciekawy art. Kuczoka (po niem.) 22.06.06, 20:35
      Auf ganz eigene Weise werden die Oberschlesier das Spiel am Mittwoch verfolgen,
      jene unter meinen Mitbürgern, die von Geburt an mehr ihre schlesische Heimat
      als ihr polnisches Vaterland lieben.

      www.welt.de/data/2006/06/14/914214.html
    • amoremio Re: wystawa o slonskim fusbalu - brawo! 22.06.06, 20:38
      miasta.gazeta.pl/katowice/1,35024,3412150.html
      miasta.gazeta.pl/katowice/1,35024,3414927.html

    • fyrlok Josef Klose sie nerwuje 27.06.06, 05:59
      26.06.2006 20:44 Uhr

      Deutsch-polnische Geschichte
      Stolz von Oberschlesien
      Der Vater von Miroslav Klose will nur eines nicht: als Pole gelten
      Von Thomas Urban

      Am Sitz der "Sozial-kulturellen Gesellschaft" der deutschen Minderheit im
      oberschlesischen Oppeln (Opole) wie auch im Haus der Deutsch-Polnischen
      Zusammenarbeit in der sechzig Kilometer südöstlich gelegenen Industriestadt
      Gleiwitz (Gliwice) herrscht geradezu Jubelstimmung: Die Oppelner sind stolz auf
      den in ihrer Stadt geborenen Miroslav Klose, sein Vater Josef stammt aus einer
      deutschen Familie. Die Gleiwitzer sind nicht minder stolz auf den von dort
      kommenden Lukas Podolski; seine Großmutter wohnt noch dort, ihre Muttersprache
      ist Deutsch.

      Die Familien Klose und Podolski sind in den achtziger Jahren als Spätaussiedler
      in die Bundesrepublik gekommen. Sie hatten Anspruch auf die Aufnahme in die
      Bundesrepublik, weil die Großeltern vor dem Krieg Reichsbürger waren. Das
      kommunistische Regime in Warschau bestritt zwar offiziell, dass in
      Oberschlesien noch Deutsche lebten. Doch war es auf Kredite aus dem Westen
      angewiesen.

      Von Bonn gab es eine Milliarde Mark, als Gegenleistung durften mehrere
      Hunderttausend Oberschlesier im Rahmen der so
      genannten "Familienzusammenführung" ausreisen. Dabei mussten sie aber einen
      Großteil ihres Eigentums zurücklassen. Auch war dies oft mit jahrelangen
      Schikanen verbunden, ähnlich wie bei DDR-Bürgern, die einen Ausreiseantrag
      gestellt hatten: Verlust des Arbeitsplatzes, Drangsalierung durch den
      Geheimdienst, Nachteile für die Kinder in der Schule.

      Die Zurückgebliebenen organisierten sich nach dem Ende des kommunistischen
      Regimes in den "sozial-kulturellen Gesellschaften". Entsprechend ist man bei
      der Minderheit in Oberschlesien - im Bezirk Oppeln zählt sie rund ein Drittel
      der Einwohner, im Industriegebiet um Gleiwitz und Kattowitz rund fünf Prozent -
      zufrieden, dass die Region nun dank der beiden Stürmer Klose und Podolski
      endlich einmal internationale Aufmerksamkeit erfährt.

      Doch wenn die Presse im fernen Warschau einfach schreibt, "ohne die Polen" wäre
      die deutsche Mannschaft bei weitem nicht so gut, ist die Empörung groß. Josef
      Klose, einst Linksaußen des Erstliga-Clubs Odra Opole, jedenfalls reagierte im
      Warschauer Boulevardmagazin Fakt leicht gereizt: "Ich bin Schlesier und
      Europäer. Alles, was Mirek im Fußball erreicht hat, verdankt er deutschen Clubs
      und mir."

      Das Haus für Deutsch-Polnische Zusammenarbeit in Gleiwitz nahm die Fußball-
      Weltmeisterschaft zum Anlass, eine Ausstellung über oberschlesische
      Fußballspieler in den Nationalmannschaften Polens und Deutschlands zu zeigen.
      In der vergangenen Woche wurde sie im Pressesaal des Schlesischen Stadions von
      Chorzow (früher: Königshütte) bei Kattowitz eröffnet (www.haus.pl), unter
      anderem weisen die Ausstellungsmacher darauf hin: "Von den acht Toren der
      deutschen Mannschaft wurden bisher fünf von Oberschlesiern erzielt (vier von
      Klose, eins von Podolski)!" Und das war nur der Stand von Samstagnachmittag, 17
      Uhr.

      Die Schau schildert auch die verwickelte und tragische Geschichte der Region -
      Kattowitz war im 20. Jahrhundert deutsch, polnisch, deutsch und wieder
      polnisch. Und jedes Mal hat die Seite, die gerade oben war, die andere
      unterdrückt. "Die Konfrontation gehört der Vergangenheit an", sagt nun heute
      einer der Organisatoren der Ausstellung. "Heute sind wir gemeinsam auf unsere
      Jungens stolz!" Dann fügt er hinzu: "Und Warschau sollte endlich lernen, dass
      die Menschen in Oberschlesien anders ticken."








      www.sueddeutsche.de/,tt2l13/sport/weltfussball/special/710/65645/index.html/sport/weltfussball/artikel/202/79123/article.html


    • palec1 Re: wystawa o slonskim fusbalu - brawo! 27.06.06, 06:26
      Thomas Urban/20.06.2006 13:02
      Pół duszy niemieckiej, pół polskiej

      W czasie wspólnego oglądania mundialowych meczów mniejszość niemiecka na Górnym
      Śląsku stara się nie rozniecać narodowościowych emocji
      17-letnia Anja chowa twarz w dłoniach. „Tak bardzo chciałam, żeby moja Polska
      wygrała” – mówi, szlochając, w oryginalnej mieszance niemieckiego i polskiego.
      Oliver Neuville właśnie zdobył dla Niemców zwycięskiego gola, mecz skończy się
      za parę chwil. Na werandzie hotelu Salve w małym śląskim miasteczku Głogówek
      przez moment panuje absolutna cisza.
      Gdy jednak na dużym ekranie ustawionym w namiocie piwnym ukazują się twarze
      Klinsmanna i Ballacka, kilku młodych ludzi gwiżdże. Natychmiast zrywa się
      starszy mężczyzna i strofuje ich po polsku: „Spokój, nie chcemy tutaj kłótni!”.

      Oberglogau, po polsku Głogówek, jest jednym ze skupisk mniejszości niemieckiej.
      Od czasu wyborów samorządowych w 1990 r. powołuje burmistrza podobnie jak trzy
      tuziny innych gmin w tej części Górnego Śląska. Lokalni politycy uważają się
      za „budowniczych mostów pomiędzy Niemcami i Polakami” i w żadnym razie nie
      chcą, by rozgorzały tu jakiekolwiek nacjonalistyczne emocje.

      To miasteczko na płaskowyżu wznoszącym się nad Śląskiem Opolskim Polacy od
      dawna nazywają małym Berlinem. Fakt, że w Polsce żyją Niemcy, władze długo
      jednak negowały. Pod reżimem komunistycznym ludzie czuli się tu niemal jak na
      końcu świata. Jedyną atrakcją Głogówka był pokój muzyczny na zamku, w którym
      wielki Beethoven skomponował niegdyś wpadający w ucho utwór „Dla Elizy”.

      Wraz z otwarciem granic na początku lat 90. miasto zaczęło przeżywać rozkwit,
      także dzięki intensywnym stosunkom z Niemcami. Oba rządy, zarówno Polski, jak i
      RFN, starały się wówczas, by z powodu mniejszości niemieckiej nie dochodziło do
      żadnych napięć. Ale przed kilkoma laty spokój się skończył. Kilka kroków od
      historycznego rynku znajduje się bowiem dom, o który toczy się zaciekły proces:
      poprzedni właściciele jako członkowie niemieckiej mniejszości przesiedlili się
      jedno pokolenie temu do Republiki Federalnej, a teraz chcą odzyskać tytuł
      własności. Obecni właściciele bronią się i mają za sobą patriotów z całego
      kraju, a tych są miliony. Roszczenia Niemców do nieruchomości, które są dziś
      polskie – to interesuje i porusza także prasę w dalekiej stolicy, Warszawie.

      A przy tym przedstawiciele niemieckiej mniejszości i polskiej większości od
      dawna żyją w Głogówku zgodnie, spokrewnili się, spowinowacili ze sobą, i
      wszyscy są katolikami. Anja, która ubolewa nad porażką Polski, jest
      głogówczanką. Jako małe dziecko przesiedliła się wraz z rodziną do Zagłębia
      Ruhry. Teraz przyjechała z wizytą i następnego dnia po meczu weźmie oczywiście
      udział w procesji Bożego Ciała. „Właściwie to dziwne – uważa. – Wyjechaliśmy
      jako Niemcy, ale Niemcy traktują nas tam jak Polaków. I dlatego jestem teraz po
      stronie Polski!”. Ale kilku jej przyjaciół z Głogówka widzi to dokładnie
      odwrotnie: „Dla Polaków jesteśmy Niemcami. Tak więc utożsamiamy się z Niemcami”.

      Tym sposobem na werandzie hotelu Salve są dwie grupy fanów. Jedni wiwatują na
      cześć Miroslava Klosego, drudzy wygwizdują go przy każdej akcji. Dla nich
      jest „zdrajcą”. Klose urodził się w Opolu, stolicy tego regionu. Jego matka
      jest Polką, a ojciec Josef , były lewoskrzydłowy pierwszoligowego klubu Odra
      Opole, pochodzi z rodziny niemieckiej. Po II wojnie światowej, jak tysiące
      innych Górnoślązaków, pozostali w kraju. Większość z nich myślała chyba, że
      polski zarząd, ustanowiony po wojnie przez zwycięskie mocarstwa będzie
      przejściowy. Stało się inaczej. Śląsk został wcielony do Polski, a
      komunistyczne kierownictwo wymyślało najróżniejsze represje dla wszystkich,
      których polskość mogła budzić jakiekolwiek wątpliwości – od wywłaszczenia po
      obozy pracy.

      Takie jest doświadczenie całej generacji Górnoślązaków. Setki tysięcy
      skorzystało z okazji, żeby przesiedlić się do Niemiec, gdy tylko Warszawa na to
      zezwoliła. Należały do nich także rodziny Klosego i Podolskiego, który urodził
      się w przemysłowym mieście Gliwice. Obaj przybyli do RFN jako dzieci. Polska
      prasa przemilcza te zależności, dla niej Klose i Podolscy są Polakami, którzy
      przesiedlili się do Niemiec, by mieć lepsze życie. I teraz jako „antypolską”
      prowokację odebrano w dalekiej Warszawie słowa Klosego, który przed meczem
      Niemiec z Polską powiedział, że oczywiście będzie śpiewał wraz innymi niemiecki
      hymn narodowy, a tekstu polskiego w ogóle nie zna.

      W namiocie piwnym w Głogówku po zakończeniu meczu dyskutowano gorąco, czy może
      Klose celowo zaprzepaścił swoje wielkie szanse na strzelenie goli, bo ma
      jednak „duszę pół niemiecką, pół polską”. Jeden z miejscowych notabli
      stwierdził: „Jak to dobrze, że żaden z naszych chłopców nie wbił Polakom
      bramki!”. Podolski wypowiedział się dopiero po grze – internetowemu
      serwisowi „Gazety Wyborczej” oznajmił: „Moje serce bije dla Niemiec i dla
      Polski”.


      wiadomosci.onet.pl/1342857,2677,kioskart.html

    • palec1 Re: wystawa o slonskim fusbalu - brawo! 27.06.06, 06:57
      www.miroslavklose.de/
      Persönlich: Geburtsort:
      Oppeln/ Polen eine schöne Stadt die ich immer wieder gerne besuche


      podolski.7dcserver5.de/
      Geburtsort Gleiwitz

      Ich bin zwei- bis dreimal im Jahr in Gleiwitz und besuche dort meine Oma. Ich
      habe immer noch eine starke Bindung zu meinem Geburtsort und bin dort
      mittlerweile mindestens genauso bekannt wie in Deutschland.


      NASZE GRYFNE SLONSKIE KARLUSY ! :)
    • fyrlok Hermann 28.06.06, 00:31
      miasta.gazeta.pl/katowice/1,35055,3406459.html
      • reden6 Wilimowski 29.06.06, 10:29
        ww6.tvp.pl/3143,20060627361736.strona

        miasta.gazeta.pl/katowice/1,35024,3437954.html

        www.ruch-chorzow-ks.de/Zdjecia_GrobWilimo.htm
    • amoremio Re: wystawa o slonskim fusbalu - brawo! 08.07.06, 01:39
      Zakazane słowo "Ślązak"




      Michał Smolorz 07-07-2006 , ostatnia aktualizacja 07-07-2006 12:19




      Przyznaję się bez bicia: na fusbalu kompletnie się nie znam, pod tym względem
      jestem dalece niedoskonały, wręcz kaleki. Dlatego cały mundial toczy się gdzieś
      poza moimi emocjami. Spoglądam jednak do gazet, jadąc samochodem włączam radio,
      przychodzę do piwiarni, a tam wszędzie fusbal. Jedno mnie uderza: powtarzalność
      pewnego poglądu, że "w piłkarskiej reprezentacji Niemiec grają dwaj Polacy".
      Albo że "Polacy zdobywają bramki dla Niemców". Albo i tak: "Polak grający w
      reprezentacji Niemiec królem strzelców mundialu". Niektórzy komentatorzy i
      sprawozdawcy są bardziej ostrożni i używają eufemizmu: "Urodzeni w Polsce
      Mirosław Klose i Łukasz Podolski to najsilniejsze atuty reprezentacji
      Niemiec", "Niemcy powinni dziękować urodzonemu w Polsce Klosemu za bramki
      zdobyte dla ich reprezentacji", "Znów najlepszym piłkarzem na boisku był
      urodzony w Polsce Mirosław Klose". I tak dalej.

      Z pewnością nie słucham, nie oglądam i nie czytam wszystkiego, co dziennikarze
      nadają o mundialu, ale w tym wszystkim, co rzuca się na oczy i uszy, ani razu
      nie padło, że obaj mityczni gracze, to nie żadni "Polacy w reprezentacji
      Niemiec" ani "urodzeni w Polsce piłkarze", ale po prostu Ślązacy. Gdyby rzecz
      działa się 20 lat temu, o tym, jakich zwrotów używać w relacjach z mundialu,
      decydowałby Wydział Propagandy Komitetu Centralnego rządzącej Polskiej
      Zjednoczonej Partii Robotniczej. Przed wyjazdem wszyscy sprawozdawcy zostaliby
      dokładnie pouczeni, każdy też dostałby do pomocy "opiekuna politycznego", który
      czuwałby dniem i nocą, aby w ferworze meczu nie wypsnęło mu się "Ślązak". Gdyby
      już się wypsnęło, to czuwający w redakcji cenzor natychmiast by to wychwycił,
      zaś idący z "poślizgiem" materiał trafiłby na antenę bez tej karygodnej wpadki.

      Dziś raczej trudno zakładać, że rządząca partia uczuliła sprawozdawców, by
      któryś nie chlapnął o "Ślązaku Klosem" albo o "urodzonym na Śląsku Podolskim"
      (choć nigdy nic nie wiadomo). To raczej wyprane do cna dziennikarskie mózgi nie
      przyjmują do wiadomości oczywistego dla nas faktu, że najzwyczajniej można być
      Ślązakiem-Niemcem i grać w niemieckiej reprezentacji. I bynajmniej nie jest to
      to samo, co czekoladowy piłkarz grający w polskiej drużynie po błyskawicznej
      naturalizacji dokonanej przez prezydenta Kwaśniewskiego. To jakaś wewnętrzna
      autocenzura blokuje komentatorów, jakaś kijonkistyczna siła ściska gardło, aby
      broń Boże nie wykrztusić słowa "Ślązak". Bo przecież jest powszechnie wiadomym,
      że "Ślązak" może się kojarzyć wyłącznie z "bojownikiem o wyzwolenie narodowe i
      społeczne, który przez sześć stuleci zmagał się z pruską butą i walczył o
      polskość, by ostatecznie pod sztandarem Korfantego przywrócić Śląsk Macierzy".

      Dlatego Mirosław Klose (nie żaden "Miroslav") i Łukasz Podolski (broń Boże
      nie "Lukas") to dla polskiego dziennikarza nie żadni tam "Ślązacy", ale po
      prostu "Polacy w reprezentacji Niemiec" lub najwyżej "urodzeni w Polsce
      piłkarze". Takie dwa Murzynki znalezione na pustyni i szybko wyposażone w
      niemieckie paszporty, aby mogli zagrać na mundialu pod czarno-czerwono-żółtym
      sztandarem. I tylko w dyplomatycznym geście nie piszemy przy ich nazwiskach:
      zdrajcy, sprzedawczyki, folksdojcze! Ale tak w domyśle - jak najbardziej.

      Dopiero patrząc na ten oczywisty absurd, widać, jak wiele jeszcze jest do
      zrobienia w uświadamianiu, na czym polega fascynująca istota śląskości.
      Śląskości, która może mieć różne oblicza. Dopiero z tej perspektywy widzę
      właściwą wymowę znakomitej wystawy "Górnoślązacy w polskiej i niemieckiej
      reprezentacji narodowej", przygotowanej przez Stadion Śląski i Dom Współpracy
      Polsko-Niemieckiej pod patronatem "Gazety". Polecam - do obejrzenia w biurze
      prasowym dyrekcji stadionu. To jest klucz do zrozumienia opisanego tu problemu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka