Gość: Ja
IP: *.localdomain / *.internetdsl.tpnet.pl
10.04.06, 03:14
Miłość sama w sobie jest przecież pragnieniem dobra dla ukochanego człowieka.
I tego człowieka przecież zaczynamy kochać przede wszystkim za to , że JEST.
Ale również za to JAKI jest. Coś się w nim nam podoba bardziej niż w innych,
cos sprawia, że potrafimy Go pokochać. Dlaczego więc chcemy go zmieniać,
dostosowywać do własnych wyobrażeń, potrzeb? Dlaczego miłość zamienia sie w
walkę, rodzaj polityki, zamiast akcweptacji i sztuki kompromisu: Ty jesteś
taki, a ja taka, uczmy się harmonii przy wzajemnej odrębności.Dlaczego tak
wiele cech nagle chcemy zmieniać, a nawet zwalczać u partnera? Dlaczego
codziennie nie mówimy mu, że dzieki niemu nasz świat jest piękniejszy,
lepszy? Dlaczego przestajemy sie do niegousmiechać i dziękować Bogu, że JEST?
Dlaczego tak szybko przyzwyczajamy sie, że to normalne, że musi być? Czy
musimy tracić, żeby docenić? I te moje refleksje nie mają nic wspólnego ani z
utratą ukochanej osoby, ani z niedocenieniem, że ją mam. Może trochę z tym,
że ta osoba traktuje mnie i moją miłość jak coś powszedniego, oczywistego i
nie umie sie już cieszyć, tylko chce mnie zmieniać.