jagusia252
27.08.11, 11:17
Dziś w nocy mój 19-miesięczny synek zaczął wymiotować. Bałam się, że się odwodni, więc pojechaliśmy do szpitala. Na miejscu okazało się, że lekarz dyżurujący pojechał na wizytę domową. W kolejce do lekarza czekało również dziecko z udarem słonecznym (tez taki mały szkrab jak mój synek). Przyjechaliśmy do szpitala przed 1 w nocy, a lekarz pojawił się o 2. W międzyczasie synek dwa razy wymiotował. Oczywiście pielęgniarki wcale się tym nie przejmowały. Lekarz, który nas przyjął to za przeproszeniem jakiś oszołom. W ogóle nie wiedział jak się zabrać do synka, nie wiedział co ma zrobić. Żadnych pytań co mogło spowodować wymioty. Po prostu osłuchał go, sprawdził gardło i brzuch i kazał czekać. Po paru minutach zjawiła się jakaś Pani doktor, która dopiero wtedy powiedziała co ten pan "lekarz" ma robić. Kiedy powiedziała, że trzeba podać jakiś tam lek doraźnie w dawce 1,5 ml, to nasz pan doktor spytał się czy w tabletce??!!! Jakaś masakra. Synek dostał zastrzyk i ok. godz. 2.30 pojechaliśmy do domu.
Może ktoś wie jak to możliwe, żeby na dyżurze w szpitalu nie było lekarza? Na co idą nasze składki zdrowotne? Kiedy wreszcie będziemy mogli spokojnie jechać do szpitala, wiedząc że lekarze szybko i skutecznie nam pomogą?