ballest
02.04.08, 23:31
no to mosz:
"Tam oszalał naród
- 6 lipca 1941 r. spotkałem kolegę, który powiedział, że z
okolicznych wiosek, z Wąsosza, z Żebr, wybierają się do Radziłowa
zrobić tą samą robotę co w Wąsoszu. Tam, dzień wcześniej, 5 lipca
chłopi podjeżdżali furmankami pod żydowskie domy i zabijali
siekierami mężczyzn, kobiety i dzieci. Zabitych i rannych załadowali
na wozy i wywieźli za miasto, na ulicach było pełno krwi
wyciekającej z ciał wrzuconych na furmanki. Zaraz poleciałem do
Dziewięcina, żeby ostrzec zaprzyjaźnionych sąsiadów, Finkelsztejnów -
opowiada Stanisław Ramotowski, lat 86, Sprawiedliwy wśród Narodów
Świata, który próbował uratować całą rodzinę, ale udało mu się
ocalić tylko rówieśniczkę Rachelę, jego późniejszą żonę. - Nie
chcieli uwierzyć. Udało mi się ich w końcu przekonać i poprowadzić
na moje pole. Rzeczy ich w worki popakowaliśmy, wrzuciliśmy na
poddasze. Nad ranem przyjechali, pobili okna, co było, zrabowali.
Następnego dnia wieczorem zaszedłem tam, oprawcy siedzieli jak na
swoim. Rozpiłem z nimi cztery butelki wódy i jak oni się popili,
powrzucali my ze szwagrem ich rzeczy na wóz. Oni z tego żyli, że je
sprzedawali, póki ktoś na nich nie doniósł i żandarmi nie zabrali
ich do getta. Wykradłem wtedy z getta żonę, nie dało się ich
wszystkich zabrać. To było zrządzenie, że ona miała żyć, a ja na to
postawiony przez Boga zostałem.
7 lipca rano na rynku pojawił się samochód z Niemcami (niektórzy
świadkowie mówią o dwóch, nawet trzech samochodach).
Antoni K.: - Niemców było pięciu i szofer. Białe czapki, rękawiczki.
Dużo ludzi się zebrało, ja też tamoj był. Wysiadł Niemiec i mówi po
polsku: "Weźcie wszystkich Żydów, najpierw żeby pleć trawy na rynku.
Jedziem na rynek do Jedwabnego, potem wrócimy, zobaczymy, co
zrobiliście, jak nie, to my was załatwimy".
Maciej F.: - Przyjechało trzech Niemców w otwartym samochodzie.
Stanąłem blisko. Powiedzieli: "Tu mocno śmierdzi Żydami. Jak
przyjedziemy za kilka dni, ma tak nie śmierdzieć". Wskazali na
Feliksa Mordasiewicza, że ma być za to odpowiedzialny. On się
spytał: "Ale czym mam to zrobić?". To mu z samochodu wynieśli pięć
karabinów, takich długich, jednostrzałowych. Poszedłem do domu
powiedzieć mamie, że coś się zdarzy, nakarmiłem króliki, zjadłem
obiad i jak wróciłem na rynek, formowała się już kolumna Żydów.
Dostrzegłem, jak w jednej czwórce idzie rzeźnik Sawicki, nasz
sąsiad, co miał tanią jatkę na Kościelnej, z żoną i starszą córką.
Hanna Z.: - Przyjechało czterech Niemców na rynek w dwa samochody,
takie, co jeżdżą w dzikie tereny, mieli czapki z trupimi główkami,
przywieźli karabiny do rozdania. Szczególnie młodzi chłopcy poszli
ich posłuchać. Powiedzieli: "Macie tu Żydów, co przez nich wasze
rodziny zamarzną w Rosji. Zbierzcie ich na rynek pod warunkiem
pielenia bruku". Bo było tak, że tuż przed przyjściem Niemców była
wielka wywózka, kobiety i dzieci już wysłali, a mężczyzn trzymali do
przesłuchania i Niemcy ich odbili, gdy rozbrajali twierdzę Ossowiec.
Chłopy wróciły rozjuszone i hulaj dusza. Chodzili po chałupach i
mówili: "Żydzi, nasz polski rynek zarósł bardzo, idźcie plewić". Oj,
oj, oni z radością, Żydzi, brali skrobaczki, że mogło być gorzej. A
nasi selekcjonowali na rynku najgorszych komunistów. Jak ktoś miał
do kogoś pretensje, szukał swego na tym rynku i się z nim rozliczał.
Żydzi w kominach się chowali, a oni ich wyciągali. Jeden, komunista,
tak się bał, że idzie na śmierć, że nożycami krawieckimi sam sobie
przeciął gardło. Przed zachodem słońca przyjechali Niemcy,
przywieźli jeszcze amunicję i kazali sprawdzić, czy został wzięty
ten najważniejszy baranek. Chodziło im o rabina.
Z relacji polskich wynikałoby zatem, że Niemcy nakazali Polakom
zabić Żydów, dali im wolną rękę i odjechali. Ale Chaja Finkelsztejn
opisuje, że to Niemiec - określa go jako gestapowca - wspólnie z
sekretarzem gminy Stanisławem Grzymkowskim szukał miejsca do
spalenia Żydów. Najpierw planowali dokonanie tego w domu
modlitewnym, ale z obawy, że pożar przeniesie się na sąsiednie
budynki, wybrali oddaloną od zabudowań nieużywaną stodołę (jej
właściciel przed wojną wyjechał do Argentyny). "Byłam świadkiem, jak
Niemcy zorganizowali Polaków z miasteczka - zeznawała. - Polacy zaś
byli wykonawcami całej akcji".
Jan Skrodzki: - Rynek był wybrukowany kamieniami, pomiędzy którymi
wyrastała trawa. Obserwowałem pielenie z naszego domu. Z innego
okna, wychodzącego na Piękną, widziałem kolumnę. Nieraz potem
widziałem na filmach transporty Żydów: esesmani, karabiny, psy. U
nas niczego takiego nie było. To byli nasi ludzie z Radziłowa i
okolicznych wsi. Musieli się wcześniej zorganizować, postanowić - w
tym dniu ich załatwimy, bo jak by inaczej się zebrali? W poprzednie
dni też kazali przychodzić na rynek, ale bez dzieci. Tego nie zrobił
margines społeczny. Tam było pełno młodych ludzi, i to nie z kijami,
ale pałami. Widziałem potem, co po Żydach zostało na Pięknej: buty,
łyżki, widelce, których używali do wygrzebywania trawy.
Ściany stodoły były z kamienia, wierzeje - drewniane. Klepisko na
środku, a po obu stronach sąsieki, na których przechowywano zboże.
To było przed żniwami, sąsieki były puste, to tam przez otwory
wrzucano dzieci do płonącej już stodoły. Pod stodołę były postawione
drągi, podtoczono pod te drągi głazy, żeby Żydzi nie mogli uciekać.
Bolesław C.: - Widziałem, jak ich zapędzali, jak stodołę oblali.
Jaki to był płacz! Żydów to najwięcej było malutkich dzieci i
starców. Niemowlaki wrzucali górą do stodoły. Z ciekawości tam
przyszła masa ludzi, najwięcej młodzieży, były też kobiety. Przez te
torfy jeden Żydek uciekał. A stał taki, chyba z okolicznej wioski,
pijany w drebiezgi, miał mauzera, złożył się do strzału i popatrz
pani, choć pijany - trafił.
Hanna Z.: - Gnali ich pod naszymi oknami, a sąsiadka Żydówka
mówi: "Panie Z., pan taki przyzwoity, szanowany człowiek, pan nasze
dobra weźmie i uratuje". Ale młodzież miała noże sprężynowe w
rękach. Żydówka niosła na ręku synka, drugi się czepiał u nóg, to
taki jeden, przyjezdny, wcześniej go nigdy nie widzieliśmy, pognał
ją, smagnął pałą, mózg dzieciaka się wysypał. Tata tylko patrzył zza
firanki i płakał. Ja tam byłam i widziałam. Rachela Wasersztajn była
zaraz po porodzie, zabrali ją z łóżka z połogu, ona była
najśliczniejsza w miasteczku obok mojej siostry Zosi, szła i
płakała, przez szczyt wrzucili jej dziecko do stodoły na spalenie.
To jej mąż, Berek Wasersztajn, podczas procesu Feliksa Godlewskiego
zeznawał, co o śmierci żony opowiedziała mu Polka: "Żona moja była
schowana. Kiedy ją wykryli, zaprowadzili do stodoły. Kosmaczewski
kazał jej wchodzić wraz z dzieckiem i z powodu silnych płomieni
przystawił jej drabinę. Żona zaczęła prosić, żeby chociaż zabrali
dziecko, które miało dziesięć dni. Kosmaczewski, złapawszy dziecko
za nóżki, wrzucił je przez dach do stodoły, a żonę przebił bagnetem
i również wrzucił".
- Stodołę podpalał Józek Klimaszewski - mówi Hanna Z. - Miał może z
16 lat. Gruby, niewielkiego wzrostu, tak że koledzy musieli go
podsadzić. - Widziałem na własne oczy, jak Józek oblał stodołę -
opowiada Maciej F. - Potem gonił dziewczynę, której udało się
wyskoczyć ze stodoły. Dorwał ją w życie i zabił.
- Ludzi żywcem, o Boże, palili, oni próbowali uciekać, wdrapywali
się na dach, skakali - opowiada Janina Staniurska z domu
Korytkowska, kuzynka Jana Skrodzkiego mieszkająca w Trójmieście. -
Po zbożach trochę ludzi się pochowało, rozwścieczeni bandyci z
pałami zboża przeszukiwali. Miałam 12 lat, wracałam z pastwiska za
Matlakiem, zaniosłam tam jedzenie chłopcu, który pasł krowę. Było
późne popołudnie. Patrzę, przez żyta leci jeden z pałą do
mnie: "Żydówka jesteś" - krzyczał. Jak mnie prowadził, Jarosz i
Andrychowski, sąsiedzi, którzy mieli domy najbliżej stodoły, ujęli
się za mną: "To nie Żydówka. Co wy chce