somepoint210
01.08.07, 23:05
Fragmenty;
Tadeusz Grigo „Na górnym Czerniakowie”.
„Szesnastego września […] budynek szpitalny przy ulicy Zagórnej 9 był już
otoczony ze wszystkich stron. Mimo że szpital się nie bronił, a sanitariuszki
wywiesiły białe prześcieradła w oknach, Niemcy, stojąc kilkadziesiąt metrów
przed frontem budynku, bili z broni maszynowej w drzwi oraz wszystkie okna
parteru i pięter […].
Wtedy dyrektorka szpitala Krystyna Godlewska oraz Irena Zagrodzka i Irena
Kodrycz wyszły przed budynek trzymając w rękach rozwinięte duże białe
prześcieradła. Niemcy przez kilka minut rzucali granatami i strzelali z
karabinów tuż obok stojących nieruchomo kobiet. Potem doskoczyli do nich i
zapytali, gdzie są „bandyci z AK”. Krystyna Godlewska zapewniła ich, że
żołnierze AK, wycofując się wczoraj, wynieśli wszystkich swoich rannych. W
szpitalu są tylko ranne i chore osoby cywilne. Na to jeden z podoficerów- jak
się okazało, z karnej kompanii- oświadczył, że zaraz przeporwadzą rewizję.
Jeśli znajdą dowody na to, że wśród pacjentów są powstańcy, to ci zostaną
rozstrzelani, a sanitariuszki będą odpowiadać za ich ukrywanie. [...]Wszyscy z
niepokojem czekali na wyniki rewizjii, bo któż mógł wiedzieć, czy ci, co
leżeli przed nami, nie przechowali, na przykład w siennikach, furażerek,
opasek, czy legitymacji AK.
Niemcy rozbiegli się po szpitalu […].
Na brzegu mojego łóżka siedziała Danka, gdy jeden z żołnierzy gdzieś niedaleko
nas znalazł biało-czerwoną opaskę z nadrukowanymi literami AK oraz furażerkę z
metalowym orzełkiem. Podszedł do Danki i spytał po polsku, ze śląskim akcentem:
- Co to jest?
Danka spojrzała, przybladła, nic nie odpowiedziała.
- Co to jest?- powtórzył pytanie.
Danka nadal milczała. Wtedy żołnierz, podając jej opaskę, powiedział półgłosem:
- Spalcie to zaraz, bo za dwie godziny będzie tu gestapo!
- Czy pan jest Niemcem?- zapytała po chwili, odzyskawszy równowagę.
- Jo taki Niemiec, jak pani sanitariuszka- odpowiedział człowiek w mundurze
niemieckim i odszedł.
Danka pobiegła do kuchni. Zastała tam już kilka sanitariuszek również z
rzeczami do spalenia. „Nasz” Ślązak nie był bowiem jedynym Polakiem w tej
karnej kompanii. W gabinecie dyrektorki inni, też mówiący po polsku, kazali
Krystynie Godlewskiej spalić wszystkie dokumenty, a znalezione filmy wyjęli z
kaset i prześwietlili.”
"Długa 7 w Powstaniu Warszawskim" Bieleckiego;
Rannych ulokowano jak najdalej od drzwi, a to dlatego, by nie rzucali się w
oczy Niemcom. Sanitariuszki "wigierskie" miały teraz dłuższą chwilę spokoju,
którą starały się wykorzystać na znalezienie jakiegoś pożywienia. "Pająk" i
"Janka" - wyraźnie odważniejsze i bardziej przedsiębiorcze w tych wyjątkowo
trudnych warunkach - zaczęły krążyć po szpitalu, a nawet po jego najbliższej
okolicy. Miały na sobie cywilne ubrania - panterki zrzuciły jeszcze w nocy - a
ktoś dał im "na wszelki wypadek" białe fartuchy i opaski z czerwonym krzyżem
PCK. W czasie tych poszukiwań - ku swemu zaskoczeniu, ale również uldze -
parokrotnie spotykały się z życzliwością żołnierzy Wehrmachtu. Byli to w
większości Ślązacy, którzy wtykali im jakieś suchary czy słodycze, paczki
papierosów, a nawet butelkę wina ze słowami "Fur Kranken". Kilku takich
Ślązaków zaprowadziło je na Kilińskiego 5, gdzie znajdował się rozbity punkt
opatrunkowy. Tu mogły zabrać do fartuchów lekarstwa, bandaże i watę. "Szkoda,
aby to się spaliło, a dla rannych się przyda" - powiedział jeden z nich. Inny,
kiedy nie było obok kolegów, stwierdził: "Ja jestem Ślązak, też Polak, niech
się pani nie martwi, Polska i tak będzie".
Relacje z Archiwum Pamieci Mowionej;
ZYGFRYD BERNARD „Sęp” - Trzeci Szwadron Kawalerii
[po bitwie pod Jaktorowem]
"Doczołgałem się niedaleko drzewa, rosły topole przydrożne… z myślą, że
doczołgam się do drzewa, a tu z tyłu ktoś: Halt! Hände hoch! Leżąc, głos jest
stąd, obkręcam się i patrzę, Niemcy. Pistolet miałem w ręku, a on coś się
drze. Wtedy całkiem straciłem orientację i opadła mi ręka z pistoletem, a on
podszedł do mnie, ich dwóch było, podszedł, stanął nogą na pistolet, zabrał
pistolet i mówi, żebym wstał. Mówi do mnie po niemiecku. Mówię: „Nie mogę”. A
on mówi: „Wstań!” Po polsku, polską gwarą, ale nie znałem tej gwary, bo
jeszcze wtedy śląskiej gwary czy mazurskiej nie znałem. A on taką gwarą:
„Wstań pierunie! Bo tam scelają, to jesce znowu cie poscelą”. Mówię: „Nie
mogę”. (...)
(...) kolega z sąsiedniego plutonu, kresowiak, z Kres, z partyzantki od
porucznika „Doliny”. On biedny mnie z pięćset metrów dźwigał, wziął mnie na
plecy i dźwigał, a był szczuplejszy ode mnie. Taki byłem chłopak jak teraz,
nie taki tęgi, ale wysoki, a on, biedak, dźwigał mnie. Doniósł mnie do
stodoły, a tam przy stodole siedziało już ze trzydziestu naszych, zdrowych,
wziętych do niewoli, tak w kółko, a Niemcy chodzili i pilnowali i dookoła
warta. Mnie, że rannego, więc zaraz Niemiec, który mówił po polsku, później
zorientowałem się, że to musiał być Ślązak, bo on po śląsku gadał. Kiedyś nie
znałem śląskiej mowy, on wziął jednego z kumpli, którzy byli wzięci do niewoli
i zabrał go z sobą, przyniósł kawał deski, gdzieś urwał z płotu czy coś.
Rozcięli mi później but, dechę podłożyli pod nogę, opatrunki na nogę,
przywiązali i tak wnieśli mnie do wiejskiej izby. Tam nie było oświetlenia,
tylko nad kuchnią palił się kaganek.
Jak mnie tam wnieśli, nasi koledzy, bo Niemiec im polecił, jak mnie wnosili,
to był półmrok, tylko słyszałem jęk w izbie. Nie zdałem sobie sprawy, kto tam
jest. Oni leżeli pod ścianą, szereg, ze dwunastu, bo to duża, wiejska chata
była. Po tej stronie był kącik, w kąciku było jakiegoś barachła, stare łachy i
okno było. Wiejska chata była, to okno było tyle od ziemi. Oni mnie tam
położyli. Dopiero wzrok mi się przyzwyczaił do ciemności, zauważyłem, że to są
niemieckie mundury: „O rany, jak zobaczą, że ja Polak, to mnie tu zamordują
jeszcze”. Po chwili przychodzi do mnie Ślązak i przyniósł mi w manierce coś do
napicia, jakaś kawa. Nie zdawałem sobie kiedyś racji, ale to była kawa z
rumem. Napiłem się kawy i mówię: „Proszę pana, to są Niemcy”. „No, Niemcy są”.
„To oni mnie jeszcze zamordują, jak zobaczą, że jestem Polak”. „Pierunie, nie
bój się, tu każdy jest ciężko ranny, to nawet życi nie podniesie do góry”.
Nawet nie wiedziałem, co to znaczy żyć po śląsku"