mister1 09.03.06, 18:54 wielka szkoda, poczulem sie, jakbym stracil czlonka rodziny. Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
mister1 Re: Zmarła Hanka Bielicka 10.03.06, 07:56 Artystka urodziła się w 1915 roku. Studiowała romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim i aktorstwo w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie pod okiem Aleksandra Zelwerowicza. "Zelwer nauczył mnie sztuki aktorskiej. Już w szkole uświadomił mi, że będę aktorką charakterystyczną. Z trudem wybijał mi z głowy myśl o operacji plastycznej nosa. »Na to, żeby była pani aktorką, pani Bielicko, musi pani jeszcze popracować, ale ten nos już dziś wart jest miliony. Takiego kinola ze świecą szukać«" - wspominała słowa profesora w jednym z wywiadów artystka. "Tak naprawdę dał mi popalić dopiero na trzecim roku. Przejęta do granic recytowałam jakiś tragiczny monolog, gdy nagle Zelwerowicz ryknął: »Zabierzcie tego krokodyla ze sceny, bo umrę ze śmiechu!«. A potem jeszcze mnie dobił: »Gdyby przyszło Pani do głowy grać Ofelię, to radzę już w pierwszym akcie iść do zakonu, bo inaczej widzowie skonają ze śmiechu«" - opowiadała aktorka. Na scenie zadebiutowała w 1939 roku w Teatrze na Pohulance w Wilnie. Planowała wyjechać do Paryża na stypendium, jednak gdy dostała propozycję zagrania w "Obronie Ksantypy" Ludwika Morstina w wileńskim teatrze, za namową ojca 28 sierpnia 1939 r. Bielicka wyjechała do Wilna. Być może ten wyjazd uratował jej życie, bo w czasie pierwszego wrześniowego nalotu, bomba uderzyła w jej rodzinny dom, a całą rodzinę wywieziono do Kazachstanu. Swojej roli w Ksantypie nie zagrała, ale w okresie okupacji, gdy teatr w Wilnie wznowił swoją działalność, aktorka zagrała kilka ról w repertuarze lekkim: komediach i farsach. Później przeszła do Teatru Dramatycznego w Białymstoku. Od 1949 r. Bielicka grała w warszawskim Teatrze Współczesnym. Kreacje Bielickiej z tamtego kresu to m.in. postać Eugenii Ratnikowej w "Wieczorze Trzech Króli" Williama Shakeaspeara, Miss Roberts w "Mieszczanach" Maksyma Gorkiego, Prezeski w "Pensji Pani Latter" Bolesława Prusa. "Byłam we Współczesnym razem z Szaflarską, Mrozowską, Łapickim, moim mężem Duszyńskim. Myśmy ten teatr zakładali. Zdecydowałam się jednak odejść do Syreny, bo wiedziałam, że dla takiej aktorki jak ja nie ma miejsca w teatrze dramatycznym" - wspominała Bielicka. W 1954 r. Ludwik Sempoliński zaproponował Bielickiej zagranie roli w "Żołnierzu królowej Madagaskaru" w Teatrze Syrena. W ten sposób artystka związała się z teatrem, w którym występowała przez ponad 40 lat. Często pojawiała się także na estradzie, m.in. w kabaretach "Szpak", "U Lopka", "U Kierdziołka". Podczas występu w krakowskim kabarecie "Siedem kotów" w 1947 r. poznała Bogdana Brzezińskiego, który obiecał napisać coś specjalnie dla Bielickiej. Kilka lat później stworzyła postać Dziuni Pietrusińskiej - komentującej paradoksy rzeczywistości sąsiedzkiej i ogólnospołecznej "paniusi miejsko-wiejskiej z dość poważnie zmąconym poczuciem własnych korzeni", jak scharakteryzował postać sam autor. Hanka Bielicka wygłaszała słynne monologi Dziuni z właściwym sobie temperamentem, w zawrotnym tempie. W tej roli bawiła publiczność i słuchaczy radiowego "Podwieczorku" przez 25 lat. Jako Dziunia wygłosiła ponad tysiąc monologów. Charakterystyczny głos aktorki, który był przeszkodą przy obsadzaniu jej w wielu rolach teatralnych, tutaj okazał się ogromnym atutem. Aktorka była rozpoznawalna wszędzie i często przez przypadkowe osoby nazywana po prostu "Dziunią". Bielicka znana była także ze swojego zamiłowania do kapeluszy i torebek. Uczyniła z nich atrybut kreowanej przez siebie Dziuni. Na przekór szarej rzeczywistości Hanka Bielicka nakładała kolorowe kapelusze, śmiała się i bawiła publiczność. Zawsze chciała, aby ludzie choć przez chwilę zapomnieli o własnych kłopotach i uśmiechnęli się. Bielicka zagrała także w ponad 20 filmach, m.in. "Zakazane piosenki", "Celuloza", "Cafe pod Minogą" i "Małżeństwo z rozsądku" oraz wielu serialach m.in. "Wojna domowa", "Palce lizać", "Badziewiakowie". Ostatnio zagrała w ekranizacji powieści Katarzyny Grocholi "Ja wam pokażę!", który na ekranach polskich kin miał premierę w lutym. Odpowiedz Link
mister1 Re: Zmarła Hanka Bielicka 16.03.06, 15:10 PAP, IAR, jg 16-03-2006, ostatnia aktualizacja 16-03-2006 14:57 Na Starych Powązkach w Warszawie trwają uroczystości pogrzebowe Hanki Bielickiej Legendarna aktorka zmarła 9 marca w wieku 90 lat. Odpowiedz Link
mister1 Szkoła smaku Hanki Bielickiej 17.03.06, 20:13 Im jestem starsza, tym dokładniej widzę, ile zawdzięczam rodzicom, rodzinie, dzieciństwu. Moja młodość, zakończona brutalnie w 1939 roku, moja Łomża, moi nauczyciele - z tego czerpię siły. Dzięki temu tak długo zachowałam pogodę ducha i umiejętność prawdziwego śmiechu. Przyszłam na świat w trzech czepkach, dosłownie. Matka, jak dawny przesąd kazał, spaliła je dopiero w moje szóste urodziny. Trzy czepki to dobra wróżba. Mamusia mi mówiła, że jeden jest na szczęście, drugi na długowieczność. Na co trzeci - nie pamiętam. Może na talent albo na zdrowie? Urodziłam się 9 listopada 1915 roku w małej miejscowości Konowk, aż pod Połtawą. Gdy rozpoczęła się rewolucja, majątek Boguchwała położony między Krakowem a Rzeszowem, w którym ojciec pracował, nie był już bezpiecznym miejscem. Rodzice, jako poddani rosyjscy, musieli wycofywać się razem z wojskami. Podróż trwała wiele miesięcy. W Konowce mamusia zsiadła z wozu, bo nie mogła już dalej jechać. Po jakimś czasie ja się urodziłam. Pewnie dlatego do dziś nie mogę usiedzieć na miejscu. Tatuś czekał na syna i kiedy dowiedział się, że ma drugą córkę, to był po prostu wściekły, poszedł w pole i nie chciał wracać do domu. Może dlatego ja przez cały okres dorastania starałam się być tak jak chłopaki - ruchliwa i wysportowana. Surowo, ale z miłością Kiedy miałam dwa i pół roku osiedliśmy w Łomży. Moje dzieciństwo było beztroskie i szczęśliwe. Rodzice bardzo się kochali. Nigdy nie słyszałam, żeby się kłócili, a przed dziećmi trudno takie rzeczy ukryć. Aczkolwiek bywały między nimi ciche dni, które mamusia nie wiedzieć czemu ubóstwiała. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej mieszkaliśmy wszyscy na kupie w kamienicy babci Czerwonkowej w Łomży. Niewiele babcia miała z tej kamienicy: czynsz najwyżej z dwóch mieszkań i frontowych sklepów. Resztę pomieszczeń zajmowała rodzina. Wujek - drugie piętro, babcia z najmłodszą córką Gienią - moją matką chrzestną - parter. My mieszkaliśmy na pierwszym piętrze w trzech pokojach z kuchnią. Długie podwórko wybrukowane kocimi łbami należało do dzieci. Było nas sporo: ja i siostra Marysia, dwóch synów wujka, córka dozorcy i syn lokatorów Jasio Górski, pierwsza miłość mojego życia. Bawiliśmy się całymi dniami, najczęściej i najchętniej w sklep. Z rozrzewnieniem myślę nawet o rytuale wieczornego mycia. Wodę dostarczał woziwoda, raz w tygodniu wlewało się ją do beczek, bo w Łomży nie było wodociągów, a więc wodę należało szanować. Nie do pomyślenia było, żeby każdy miał własną kąpiel. Na kąpiele chodziło się łaźni miejskiej. Myliśmy się po kolei według ustalonego porządku. Rodzice mieli w sypialni własną miednicę i dzbanek, nas w kuchni myła gosposia. Spać kładliśmy się około godziny ósmej. Od kiedy w domu było pierwsze radio, jeszcze takie na słuchawki, to odbywał się kolejny rytuał - wieczornego słuchania, który był powodem późniejszej pory zasypiania. Najpierw zakładali słuchawki mamusia i tatuś. Potem ja z moją siostrą Marysią i wreszcie gosposia. Program nadawany był tylko przez godzinę, często były to koncerty fortepianowe. Gdy trochę podrosłyśmy, chodziłyśmy z Marysią po lekcjach na zbiórki harcerskie, obowiązkowo uczyłyśmy się dwóch języków - francuskiego i angielskiego, uczestniczyłyśmy w próbach szkolnego chóru. W domach urządzało się potańcówki przy pianinie. Najczęściej u Jasia Górskiego, bo tam było najwięcej miejsca - jego rodzina zajmowała ogromne pięciopokojowe mieszkanie na tym samym piętrze co my. W Łomży mojego dzieciństwa i wczesnej młodości obowiązywały rygorystyczne normy obyczajowe. Chowano nas z miłością, ale surowo. W domu musiałyśmy być zawsze przed dziewiątą i ojca zawsze całowało się w rękę. Tak robiłyśmy z Marysią nawet jako dorosłe panny, gdy tatuś odwiedzał nas w internacie sióstr urszulanek w Warszawie, kiedy już studiowałyśmy. Nie do pomyślenia były też spacery z chłopakami, nawet po mszy czy majowym nabożeństwie wracałyśmy osobno. Tylko ja byłam na specjalnych prawach. Nauczycielka na wywiadówce powiedziała: - Hanka Bielicka może chodzić z chłopakami, bo ona nigdy nie chodzi z jednym. - Lubiłam towarzystwo chłopaków i oni mnie lubili. Byliśmy świetnymi kompanami. Często na naszym podwórku długo czekali, żebym wyszła, ale mama mi nie pozwalała. W naszej kamienicy brama była zamykana na klucz, więc w końcu dozorca wołał: - Panowie uczniowie, czas do domu, już czas. Kuchenne tajemnice Lubię wspominać zapachy mojego dzieciństwa: świeżo upieczone ciasto, przetwory na zimę, dojrzewające owoce. Chleb razowy, bajgle i obwarzanki z prywatnej piekarni prowadzonej przez Żydów. Codziennie rano przywożone ze wsi przez gospodarza i rozlewane do baniek mleko prosto od krowy. Prawie wszystko robiło się w domu. Kisiło się kapustę, ogórki, przygotowywało zaprawy na zimę. Zapasy przechowywano w zimnej, zagłębionej w ziemi piwnicy, która pachniała warzywami i kwiatami, bo córka dozorcy sprzedawała je przed bramą. Wspaniale było schronić się tam latem, w czasie upałów, i ukraść trochę zsiadłego mleka przechowywanego w glinianych dzbanach. Wędliny i mięso kupowaliśmy w sklepie u wujka, który był właścicielem masarni. Do dziś pamiętam smak serdelków... Nigdy później już takich nie jadłam. Wtedy zwierzęta hodowane na ubój były karmione tylko naturalnie. Zapachy, jakie unosiły się w tym sklepie, były tak apetyczne, że na samo wspomnienie ślinka leci. Piątkowy targ, na który chodziłyśmy z mamą, wabił mnogością barw. Tam bukiety kwiatów sąsiadowały ze świeżo złowionymi rybami poukładanymi na zielonych liściach chrzanu. Kurczęta i kury, indyczki i kaczki robiły mnóstwo hałasu. Owoce i jarzyny nie mieściły się na straganach. Masło w osełkach, jaja w kartonach i śmietana w dzbankach wystawione były z brzegu. Mama zawsze potrafiła z kilkunastu dzbanków, odkrywając szmatki i wąchając, wybrać najlepszą śmietanę - taką, którą można było kroić nożem. Zakupy pakowałyśmy do wielkich wiklinowych koszy. Gospodynie w tamtych czasach bardzo pilnowały swoich kuchennych tajemnic. Specjalnością mojej babci były mięsa. Gdy "ukręcała sos", to szła do kąta i odwracała się tyłem do gosposi, która była u niej od dwudziestu lat. Babci się zdawało, że podgląda. - No, czego patrzysz? Rób tam swoje - mówiła zniecierpliwiona. Nawet córce, czyli mojej mamie, nie przekazała swoich kulinarnych tajemnic. Mama natomiast robiła wspaniałe babeczki śmietankowe, sławne w całej Łomży. Przyszła kiedyś sąsiadka, pani Zielińska, i prosi: - Pani Bielicka, niech pani da przepis. - Mama czymś się wykręciła, a gdy tamta wyszła, powiedziała: - Nie mogę jej dać, bo ona nie jest dobrą gospodynią. Zrobi źle, a potem powie, że to przeze mnie, bo przepis był zły! Nie przypominam sobie, żeby mamusia uczyła nas gotowania. Nie chciała też, żebyśmy pomagały jej w kuchni. Uważała, że naszym obowiązkiem jest nauka i nie powinnyśmy tracić czasu na domowe roboty. Mamusia działała w zespole pań opiekujących się porzuconymi dziećmi i starcami. Spotykały się na herbatkach, za każdym razem w innym domu, i gospodynie chciały w czasie takiego spotkania zabłysnąć. Mamusia błyszczała właśnie dzięki babeczkom, ponadto podziw wzbudzały jej pyszne konfitury z wiśni i pięknie haftowane serwetki. Majówki i występy Gdy już nieco podrosłam, zaczęłam uczestniczyć w życiu towarzyskim, które toczyło się głównie w Klubie Wioślarskim. Tam właśnie odbył się mój "debiut" sceniczny w jednym z amatorskich przedstawień. Rodzice urządzali nam też majówki i pikniki. Drabiniastymi wozami jeździłyśmy do Drozdowa, 17 km od Łomży. Tam w lesie znajdowała się słynna góra królowej Bony, gdzie w dawnych czasach polowano. Panie od razu zabierały się do rozpakowywania piknikowych koszy pełnych smakołyków, a panowie wkładali wódeczkę do wody, żeby się schłodziła. Raczono się też słynnym na całą okolicę drozdowskim piwem. Dzieciaki biegały i Odpowiedz Link
mister1 Re: Szkoła smaku Hanki Bielickiej cd 17.03.06, 20:16 Majówki i występy Gdy już nieco podrosłam, zaczęłam uczestniczyć w życiu towarzyskim, które toczyło się głównie w Klubie Wioślarskim. Tam właśnie odbył się mój "debiut" sceniczny w jednym z amatorskich przedstawień. Rodzice urządzali nam też majówki i pikniki. Drabiniastymi wozami jeździłyśmy do Drozdowa, 17 km od Łomży. Tam w lesie znajdowała się słynna góra królowej Bony, gdzie w dawnych czasach polowano. Panie od razu zabierały się do rozpakowywania piknikowych koszy pełnych smakołyków, a panowie wkładali wódeczkę do wody, żeby się schłodziła. Raczono się też słynnym na całą okolicę drozdowskim piwem. Dzieciaki biegały i taplały się w rzece, a panie grały w bezika, czasem haftowały. Ich mężowie natomiast dyskutowali o tym, co się działo w Polsce i na świecie. Mój ojciec, bardzo zaangażowany w sprawy kraju, był nawet posłem na sejm. Endek z przekonań, który po majowym przewrocie Piłsudskiego przestał być posłem i założył kasę komunalną dla rolników. Chodziliśmy też z rodzicami na występy odwiedzających Łomżę teatrów. Sami rodzice często jeździli do Warszawy i świetnie znali repertuar stołecznych scen. Ja "występowałam" od najwcześniejszego dzieciństwa. Miałam zaledwie cztery, może pięć lat, a mama już biegała po sąsiadach, przepraszając za córkę. Bo ja odwiedzałam mieszkania, recytując każdy nowy wierszyk, którego się nauczyłam. Pukałam do drzwi, wchodziłam i mówiłam: "Jasio i Kasia, dwa bączki małe" albo śpiewałam "Krakowiaczek ci ja". Przeszkadzałam ludziom tymi występami. Urządzaliśmy także własne przedstawienia w mieszkaniu Jasia Górskiego. Jego mama szyła nam kostiumy. Ja bardzo chciałam być królewną, a zawsze musiałam grać czarownicę i służące, bo już wtedy byłam charakterystyczna. Nawet w "Kopciuszku" przypadła mi rola macochy. Z tego powodu byłam zawsze zazdrosna, bo kochałam się w Jasiu i chciałam pięknie wyglądać. Pięta Achillesa Jestem z epoki, w której kapelusze nosiło się na co dzień: i do kościoła, i z wizytą do sąsiadki mieszkającej po drugiej stronie ulicy. Gdyby moja matka lub babka weszły do kawiarni bez kapelusza, to wzbudziłyby sensację. Każdy by pomyślał, że w domu coś się złego stało i przyszły wezwać pomoc: tylko wypadek mógł usprawiedliwić taki niekompletny strój. A przecież matka nie była arystokratką. Jako dziewczynka nosiłam bereciki, potem kapelusiki, gdy byłam na uniwerku - studiowałam romanistykę - kapelusze. Choć nie miałam pieniędzy, od razu wybierałam taki, który zwracał uwagę, a gdy okazywał się za drogi, to do tego tańszego przypinałam na przykład jakąś woalkę. Kiedy przyjeżdżałam z Warszawy, ojciec mówił: - W kościele stawaj osobno, po lewej stronie. Ja przy tobie nie będę stał. Wszyscy się gapią na ten głupi kapelusz, zamiast się modlić. Jeśli chodzi o gotowanie, to nigdy do tego nie miałam specjalnego drygu. To była taka moja pięta Achillesa. Wiem, jak się powinno, ale sama nie umiem. Nawet po ślubie - w 1940 roku z Jerzym Duszyńskim, który potem w powojennej Polsce stał się najbardziej znanym amantem - kiedy jako żona weszłam w rolę opiekunki, wszystko potrafiłam zrobić z wyjątkiem gotowania. Tego nie lubiłam i nie umiałam. Nic więc dziwnego, że mój mąż po wojnie powiedział: - Dzięki Bogu, że ta wojna się skończyła. Nie tylko dlatego, że bomby nie lecą. Cieszy mnie, że już nie będę musiał jeść tego, co ty ugotujesz. Myślę, że to tylko dzięki gosposiom i mojej ukochanej mamusi nigdy nie chorowałam na żołądek. Gosposie były jedynym luksusem mojego życia. Muszę przyznać, że były idealne. Miałam do nich szczęście i bezgraniczne zaufanie. Nie wyobrażam sobie bez nich życia! Odpowiedz Link
mister1 Re: Zmarła Hanka Bielicka/Ostatni wywiad 20.03.06, 07:26 kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53662,3215776.html Odpowiedz Link
mister1 w sobote zmarl Lucjan Kydrynski 12.09.06, 18:30 autor wspanialej "Rewii Piosenek" niestety tez odszedl... Odpowiedz Link