daria13
08.08.05, 20:10
Na początek trzy kwiatki tylko z poletka najbliższej rodziny, doświadczone na
własnej skórze. Chronologicznie:
Przykład pierwszy:
Trzyletnia Julka kaszląca nieustająco, czterech lekarzy, pięć syropków, dwa
antybiotyki. Na sugestje mamusi, czyli moje, że to koklusz być może, zbywano
nas odęciem ust i wzruszeniem ramion. Dopiero kategoryczne żądanie zbadania
krwi dziecka pod kątem kokluszu poskutkowało wynikiem pozytywnym i
dwutygodniowym pobytem w szpitalu. Info dla młodszego pokolenia: koklusz to
dość niebezpieczna zakaźna choroba wieku dziecięcego, obecnie szczepiona, ale
jak widać jeszcze czzsami występująca.
Przykład drugi:
Małżonek, jako typowy przedstawiciel płci odmiennej, wiecznie czeguś chory;).
Boląca od lat noga z maleńkim znamionkiem na stopie, to być może coś
poważnego. Chodził, chodził i wychodził skierowanie do onkologa. Onkolog na
pierwszy rzut oka zdiagnozował znamionko jako czerniaka, chorobę śmiertelną,
proszę Pana. Zaordynowała biopsję, a do tego prześwietlenie płuc i usg
wątroby, żeby poszukać przerzutów, a co! Spróbujcie sobie wyobrazić
samopoczucie mojego ślubnego. Na nic się zdały moje pocieszenia i pokazywanie
zdjęć prawdziwego czerniaka z prasy fachowej, do których jego znamionko nijak
podobne nie chciało być. Dwa tygodnie wyjęte z życiorysu. Pod koniec i ja
zaczęłam się lekko niepokoić, bo mi się udzielił jego strach. Okazało się, że
znamionko to: znamię młodzieńcze błękitne i nic innego. Lekarz nawet nie
raczył przeprosić. Koniec.
Przykład trzeci.
Julka, cztery dni temu. Odwieziona przez pogotowie do Szpitala Bielańskiego.
W szpitalu długi wywiad, wpisywanie do komputera i kolejny atak, który
dopiero postawił lekarzy na nogi. Po tomografi przepychanka, na który oddział
przyjąć dziecko, nic to, że dziecko w złym stanie, może czekać kilka godzin,
przewożone z kąta w kąt, bo lekarze nie mogą się zdecydować, czy
pediatryczna, czy chirurgiczna. Czujemy się jak intruzi, jak zbędny bagaż.
Na moje błagania o sprawdzenie, czy są już wyniki tomografii, młody lekarz
wzrusza ramionami, dopiero sama znajduję rzeczone wyniki na recepcji, nikogo
one nie obchodzą. Wreszcie oddział i sugerowane przez panią doktor
schorzenie - wyrok. Na następny dzień przewidziane EEG i okulista. EEG
zrobiona cudem, bo od poniedziałku pani idzie na urlop na dwa tygodnie,
okulisty nie było do dziś. Na wyniki EEG trzeba czekać nie wiadomo jak długo,
bo są zawożone do innego szpitala. Na prośbę o dokładniejsze informację,
dostaję odpowiedż, że tylko na prośbę pani doktor badania zrobiono tak
szybko, bo normalnie trzeba czekać tydzień, a jak mi się nie podoba, to mogę
dziecko umieścić w innym szpitalu, nikt jej na siłę trzymał nie będzie. Dziś
Julka została przeniesiona na inny oddział. Cała procedura zapisywania od
początku no i urocze rozmowy z kolejną panią doktor, która bez ogródek
rozmawia o sugerowanej diagnozie przy 14-letniej pacjentce, która wcześniej
niczego nie podejżewała i zdecydowałam, że dopóki badania nie potwierdzą
diagnozy, nie powiemy dziecku, co może, ale nie musi być grane. Koszmar.
Ufff. Ale się rozpisałam, ale trochę przynajmniej wyrzuciłam z siebie
frustracji, bo nie dość, że przeżywam czarną rozpacz matki niepewnej stanu
zdrowia dziecka, to jeszcze muszę, a właściwie musimy być tak traktowani.
Dlaczego ja muszę odpowiadać za złe humory źle opłacanych lekarzy. Oboje z
mężem pracujemy i duża część naszych zaroków idzie na służbę zdrowia. Wszyscy
robią nam wielką łaskę, że nas leczą, diagnozują, przyjmuja. Lekarze w
szpitalu pracują do 12, jak się dowiedziałam, później zostaje tylko jeden
lekarz na dyżurze. Hmmmm. A może ja za dużo jednak wymagam?
Jestem ciekawa jakie macie doświadczenia ze służbą zdrowia u nas i na świecie
i czy ktoś może się pochwalić dobrymi spotkaniami z lekarzami.
Pozdrawiam okropnie zazdrosna o spotkanie Anety i Kwiecienki, ale w nadziei,
że to dopiero początek całej serii spotkań:)
Ps.
Ja też czytam Ptaka nakręcacza i mimo, że nie jestem facetem i nie trawię
romansów książka mi się podoba, a co ciekawe mojej koleżance, którą
zachęciłam też:)