Dodaj do ulubionych

Wojsko! Wojsko!

04.11.05, 10:28
Obejrzałem wczoraj „Ludzi honoru” na TV4 i naszły mnie refleksje dotyczące
powszechnego obowiązku obrony Ojczyzny. Tak się składa, że ten „zaszczytny
obowiązek” mnie ominął (kat. E – trwale niezdolny do służby wojskowej –
ewakuować razem z kobietami i dziećmi ;)) ze względu na chorobę oczu –
podejrzenie jaskry (na komisji wojskowej facet w komisji jak zobaczył
papierek uśmiechnął się znacząco i powiedział „bardzo dobra choroba”). Nawet
nie musiałem symulować bo rzeczywiście wtedy leczyłem się i wyniki wskazywały
na ryzyko rozwinięcia się choroby ale orzeczenie komisji przyjąłem z dużą
ulgą. Zresztą w planach były studia automatycznie odwlekające ewentualny
pobór. Większość moich znajomych też nie służyła w wojsku – oprócz kumpla ze
studiów, którego po magisterce wzieli a on za bardzo się nie bronił. Więc
wspomnienia „wojenne” znam tylko z ust kumpla i wujów. I właściwie te
wspomnienia nie są złe. Dla kumpla to był okres wielkiego chlania i luzu,
wujki snują opowieści o różnych sposobach urządzenia się w jednostkach ,
wyjściach na przepustki itp. - taki tam obóz harcerski z większą dyscypliną.
Ale u wszystkich, którzy bronili się przed poborem przeważało zdanie, że to
po prostu czysta strata czasu – 18 miesięcy (bo wtedy tyle wynosiła służba
zasadnicza) wycięte z życiorysu a oficjalno-patriotyczny aspekt służby to już
zupełna abstrakcja.
A ja pewnie ciężko bym przeżył to wojsko gdyby mnie wzięli bo mało jest
rzeczy, które potrafią mnie totalnie wkurzyć tak jak jakiś kapral-palant,
który poczuł zapach WŁADZY nad ludźmi (chociażby czasowej) i się nią upaja.
No i te żenujące widoki rezerwistów w pociągach, pijanych, agresywnych z
badziewnymi malowanymi chustami z pomponami. I nie chciałbym aby mój synek
gdy dorośnie musiał w czymś takim wbrew swojej woli uczestniczyć. Jeśli armia
to ochotnicza i zawodowa.
A jak wyglądała lub nie wyglądała Wasza przygoda z armią (lub Waszych mężów,
braci). Jak to wygląda za granicą Polski gdzie mieszkacie?
Pozdrawiam
Obserwuj wątek
    • brunosch Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 10:53
      > A jak wyglądała lub nie wyglądała Wasza przygoda z armią (lub Waszych mężów,
      > braci). Jak to wygląda za granicą Polski gdzie mieszkacie?

      Chcesz od nas wydobyć tajemnice wojskowe? Może jeszcze dorzucić zasady doktryny
      wojennej?
      • mamarcela Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 10:59
        bruno napisał
        Chcesz od nas wydobyć tajemnice wojskowe? Może jeszcze dorzucić zasady doktryny
        > wojennej?

        To wszystko w ramach reorganizacji przez tego jak mu tam tych no wiesz służb
        specjalnych. :)
        Dolce et decorum est pro patria mori

        mamarcela z ishiguro kazuo (kaziem?)
      • griszah Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 11:16
        > Chcesz od nas wydobyć tajemnice wojskowe? Może jeszcze dorzucić zasady
        > doktryny wojennej?
        A Masz dostęp? Przyślij na moją skrzynkę - obiecuję, że nikomu nie powiem :).
        Sierżant Griszah
    • aaneta Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 11:12
      He, he, mężów i braci nie mam ani jednego, ale za to mam dwóch synów, w tym
      jednego w wieku tzw. poborowym. Dobrze, że studiuje, bo pomimo dużej wady wzroku
      i usuniętego guza mózgu i tak jest zdolny do służby wojskowej. Ku chwale
      Ojczyzny, oczywiście :(
    • diffie Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 11:34
      W wojsku byłem, a jakże, strzelałem z haubicoarmaty. Awansowałem do stopnia
      kapral podchorąży. Już niżej nie można było.
      Po przejściu do rezerwy armia kilkakrotnie wpadała na chytry plan, aby posłać
      mnie na trzymiesięczne przeszkolenie dla przyszłych oficerów. Nie mogłem, praca,
      małe dziecko, kto niby zarobi na rodzinę ? Zasypywali mnie pocztowymi awizami, w
      końcu w drwiach stanęli mili panowie w hełmach i pod bronią. Następnego dnia
      miałem się zjawić w WKU i odebrać skierowanie na szkolenie.
      Jedynie doktor J. mógł mnie uratować. Zupełnie przypadkowo mój kolega ze
      szkolnej ławy przewodniczył komisji lekarskiej przy owym WKU.
      Zadzwoniłem do doktora J. Pocieszył mnie, że to żaden problem.
      Następnego dnia zjawiłem się w szpitalu. Doktor J. bardzo się ucieszył i od razu
      chciał mi robić kompleksowe badania. Zapytałem, czy jest to aby konieczne dla
      uzyskania odpowiedniego zaświadczenia. Odparł, że te sprawy w ogóle nie mają ze
      sobą związku, że on tak z życzliwości mnie zbada. Dareczku, mówię, ale o
      dziesiątej muszę być w WKU. Fakt, zapomniałem o tym głupstwie, mówi doktor J.
      Wystawił mi szybciutko jakiś papierek, z kodowym określeniem choroby. To na co
      ja właściwie choruję, zapytałem. Nieważne, będzie dobrze, powiedział Dareczek.
      O dziesiątej wszedłem do WKU. Miłej pani wręczyłem zaświadczenie od Dareczka.
      Pani wyjęła z szuflady książkę objaśniającą znaczenie owych tajemniczych kodów.
      Prowadzi tak paluszek po kartce i mówi:
      - O, jest! Doktor J., nasz przewodniczący, napisał że ma pan złamaną nogę. To my
      już panu dziękujemy.



















      • diffie Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 13:49
        Następnego dnia z owym doktorem J. poszliśmy na piwo.
        - Dlaczego napisałeś, że mam złamaną nogę ? Przecież zjawiłem się w WKU bez
        żadnego gipsu, mogli coś podejrzewać ? - zapytałem.
        Dareczek tylko machnął ręką.
        - My tak sobie w komisji czasem żartujemy. - odparł - Rozumiesz, humor lekarski.
        Złamana noga to jeszcze nic ! Kiedyś stanął przed nami taki wystraszony
        chudziak, oglądamy jego zaświadczenie od lekarza, panie kolego, pan też się może
        zapozna, i w końcu doktor Pawlicki pyta poborowego:
        - Czy pan ma dwa jądra ?
        - Tak, mam.
        - Czy pan się czuje kobietą ? - drąży dalej doktor Pawlicki.
        - Nie, czuję się mężczyzną, nigdy nie myślałem o tym, żebym był kobietą.
        Doktor Pawlicki zamyślił się i po chwili zapytał podchwytliwie:
        - To może pan się czuje starą kobietą ?!
        - Teeeż nieee ...
        Doktor Pawlicki spojrzał na kolegów. Pokiwali zgodnie głowami. Potem pomachał
        lekarskim zaświadczeniem i rzekł:
        - Bo tu jest napisane, że panu macica wypada.






        • griszah Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 15:19
          Jak dla mnie bomba :)))))). Muszę to sprzedać znajomym.
          Pozdrawiam.
          • brunosch Dowcipy lekarskie 04.11.05, 15:36
            kumpel (z medycyny zresztą) chciał usprawiedliwić nieobecność na zajęciach.
            Prowadzącemu podał zwolnienie lekarskie. Ten czyta i oczy robią mu się coraz
            większe i większe, w końcu pyta:
            - ile ich w końcu masz?
            - ale czego?
            - czytaj!
            Kumpel bierze papier do ręki, a tam jak wół: "torsio penis sinistrae".
            • griszah Re: Dowcipy lekarskie 04.11.05, 16:31
              Cholera poddaje się. Dowcip ma pewnie fajną pointę ale rozumiem tylko środkowe
              słowo :) a słowniki łac.-pol. on-line zawiodły.
              • brunosch Hę? 04.11.05, 19:12
                miało być : torsio peDis sinistrae (skręcenie lewej nogi) wpisano mu Skręcenie
                peNisa lewego
                • griszah Re: Hę? 07.11.05, 09:05
                  Tak jak myślałem - pointa świetna ale dowcip należy do grupy dowcipów
                  hermetyczych - tzn. istnieje szansa, że trzeba będzie go dotłumaczyć (w tym
                  przypadku osobom nie znającym łaciny). Takim dowcipem jest np. ten o inspekcji
                  w zakładzie psychiatrycznym. Wchodzi gość do sali z pacjentami i widzi, że
                  wszyscy biegają chaotycznie a pośrodku stoi jeden i się nie rusza. Zapytany
                  dlaczego wszyscy tak biegają odpowiada, że jest tu taki jeden i wszystkich
                  całkuje, a na pytanie dlaczego on stoi w miejscu odpowiada: bo ja jestem e do
                  x.
                  Pozdrawiam.
    • braineater Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 13:16
      Długie, ale to jedno z bardziej traumatycznych przeżyć, jakie miałem.:)


      Godzina piąta, miniut trzydzieści...
      aaaa - to nie ta melodia:)
      Bo to dziewiąta rano była, też w okolicach trzydzieści, kiedym to z łoża
      zwleczony, usłyszał domofonienie głośne, a władcze. Okres to w życiu mym był,
      kiedy zdecydowanie stawiałem odpór szkole, gardząc takimi pomysłami, jak
      przychodzenie na ósmą rano czy generalnie pojawianie się częściej niż dwa razy
      w tygodniu, natomiast prowadziłem dość ożywione życie towarzyskie w domowych
      pieleszach. Dlatego też, bez pytania, kto zacz i po co dzwoni, otworzyłem drzwi.
      Oczętom moim jeszcze snem sklejonym, obraz ukazał się przedziwny, bo w
      drzwiach, zamiast kolegi, co przyjść miał i z którym poświęcać się mieliśmy
      oglądaniu Cartoon Network i zażywaniu różnych substancji, stało dwóch
      nieprzyjemnie woniejących mężczyzn w ochydnej odzieży koloru grantowego. Jeden
      mały, konusowaty, w lornetkowatych okularach, którego zidentyfikowałem, jako
      skądinąd znanego mi dzielnicowego i drugi, dwumetrowy niedźwiedź grizzli,
      ledwie muśnięty jakimś pozorem cywilizowanej ogłady. Troszkę mnie to
      zestresowało, bo niechęć do służb mundurowych połaczona z respektem przed
      psychopatami z oznakami władzy, w genach została mi zaszczepiona i wzmocniona
      jeszcze telewizją i różnymi wcześniejszymi przygodami. Ale cóż, otwarłem, to
      już nie da rady udawać, że mnie nie ma. Trzeba było jakoś zagaić rozmowę
      - Słucham, panowie do...? - spytałem, licząc jeszcze po cichu, że może im się
      guziki na domofonie pomieszały i nic ode mnie akurat nie chcą.
      - Czy pan Braineater? - Nadzieja okazała się złudna.
      - No tak. Ale o co chodzi?
      - Dlaczego nie odebrał pan jedenastu wezwań na WKU?
      I tu dygresja maleńka. Nie odbieram poleconych, nie odbieram niczego, co ma
      awizo, nie reaguję na żadne wezwania, o których nie wiem wcześniej, że mają
      być. Ale tego im powiedzieć nie mogłem, więc trzeba było rżnąc głupa.
      - Eeeeehhhhmmmm. Jakie polecone, ja nic nie wiem, nic do mnie nie przyszło...
      - metoda niestety nie zadziałała.
      - Dostalismy zawiadomienie z poczty, że wszystkie wezwania zostały odesłane
      listem zwrotnym i że na żadne pan nie raczył odpowiedzieć.
      - Ale kiedy ja naprawdę, ja zawsze sprawdzam, odbieram i naprawde mowię panom,
      że nic nie było.
      To ich równiez nie przekonało i widzę, że myślą. Znaczy ja stoję w t-shircie i
      szortach na korytarzu , konus myśli, a grizzli stoi, patrzy na mnie i
      astmatycznie sapie. Nagle dzielnicowemu myśl jakaś błyskotliwa musi się
      pojawiła i z radosnym usmiechem mówi:
      - No ale skoro pana zastaliśmy, to pan teraz sie ubierze i pojedzie z nami na
      stawkę...
      Noż k.mać! Co było robić. Zagarnąłem pierwsze z brzegu ciuchy ze stosu na
      podłodze, przyodziałem sie, umyłem ząbki, poszukałem legitymacji szkolnej a
      wszystko to pod czujnym okiem obu panów, ktorzy w końcu wleźli do mieszkania.
      Wreszcie gotów i idziemy. W oknach kamienicy, jako, że już ciepło było,
      girlandy sąsiedzkich biustów i łokci oraz argusowy zestaw ocząt z ciekawością
      wgapiający się, cóż to zaś tyn gupek z piyrszego piyntra wyłonacył. Główka w
      ramiona wtulona, krok spieszny i szybki myk na tylne siedzenie radiowozu,
      pozwoliły mi zejść z widoku wiernym kibickom naszej familokowej rzeczywistości.
      Jedziemy już chwilę i naraz pada pytanie:
      - A zdjęcia pan ma?
      - Jakie zdjęcia?
      - No swoje. Do książeczki wojskowej.
      I tu mnie wzięli z zaskoczenia po raz drugi dnia dzisiejszego.
      - No nie, nie mam. Skąd miałem wiedzieć.
      - Aha - konus znów popadł w odrętwienie. Myśli, znaczy.
      - No to pojedziemy najpierw do fotografa.
      - No dobrze. - Odpowiedziałem - Tyle, że ja nie mam przy sobie ani grosza, cała
      kasa została w domu.
      Na co, grizzli znad kierownicy zdecydował:
      - No to wracamy.
      Pisk opon, lekki akt piractwa po podwójnej ciągłej i jedziemy z powrotem. I
      znów: oczęta, sąsiadki, szybkie przegrzebanie się przez graty w
      mieszkaniu 'gdzieś, tu kurde ostatnio widziałem mój portfel' i wreszcie sukces.
      I jak w refrenie: sasiadki, uśmiechów już mniej, radiowóz.
      Wreszcie dojechaliśmy pod najbliższy zakład fotograficzny. Wchodzę, panowie za
      mną, pani laborantka nieco zdziwiona, konus tonem rozkazującym decyduje:
      - Dla tego pana sześc zdjęć.
      Pani ustawia mnie na krzesełku, ja próbuje nie wyglądać jak idiota, panowie
      policjanci się patrzą i milczą. Błysk, jeszcze jeden i:
      - Zdjęcia do odbioru za 30 minut. Dziękujemy za skorzystanie z naszych usług.
      Polecamy się na przyszłość.
      Wracamy do radiowozu. Nadal siedzę z tyłu, a moi opiekunowie nadal milczą.
      Nuda. Dłużyzny, a ja nie wpadłem na to by zabrać ze sobą coś do czytania.
      Obserwuję sobie przez zakratowaną tylną szybkę przechodniów i powoli zaczynam
      się czuć, jak K., choć w odróżnieniu od niego, ja przynajmniej wiem dlaczego
      spędzam czas na tak wyrafinowanej rozrywce. Wreszcie kurdupel decyduje, że czas
      minął i sam idzie odebrać zdjęcia. Wróciwszy, rzuca mi je na kolana, mówiąc:
      - No to mamy wszystko. Jedziemy na WKU.
      Co robić - jedziemy.
      W środku Wojskowej komendy uzupełnień, kilkanaście podobnych mi ofiar z
      napięciem śledzi pczynania stupiędziesięciokilowej kobiety w mundurze koloru
      szarego, z wielkim gniazdem os na głowie, o barwie wściekłego fioletu, która od
      czasu do czasu odrywając się od krzyżówki w jakiejś kolorowej gazecie, anonsuje:
      - Kowalski - do sierżanta, pokój 203. Ale ruuuuuuchy, co tu jeszcze stoisz.
      Panuje ogólna atmosfera przygnębienia i oczekiwania na wyrok, potęgowana
      jeszcze przez tych, co już z sierżantem mieli do czynienia i którym okazał on
      pełną empatię i wyrozumiałość.
      - No i wiysz, godom mu, co jo bych chcioł sam kasi blisko, kit mu cisna, że
      matka choro, stary nikaj niy robi, a jo robia w piekarni i ich utrzimuja. A łon
      pado, no ja, rozumia, pomyślimy, a potem ciul, i mi godo, to pan pojedziesz do
      Ełku. Kaj jes kurwa jakis Ełk, sie pytom.
      - Wiysz jo niy wiym, ale to chyba kasik nad morzem je.
      Wreszcie moja kolej. Z lekka drżaczką, starając się wygladać na krańcowa
      życiową sierotę, co przy moich ówczesnych pięćdziesięciu kilogramach wagi i
      mordce po tygodniowym balowaniu noc w noc, nie było aż tak ciężkie, wchodzę do
      przerażającego pokoju 203. Przede mną lekarz, pielęgniarka, sierżant (chyba,
      musze wnioskować z rozmów na korytarzu, bo na tych krzaczkach, gwiazdkach,
      znaczkach nijak się nie wyznaję.)
      - Pan sie rozbierze. Tam za parawanem. - Zakomenderował lekarz.
      - Tak cały? - spytałem ostrożnie, nie do końca będąc pewnym, czy wszystkie
      nakazy higieny spełniałem ostatnio, czy też coś przypadkiem pominąłem.
      - Nee. W gaciach pan możesz zostać.
      No to rozebrałem się szybciutko, zostając w szortach i skarpetkach, czując się
      jak postać z dowcipu rysunkowego w gazecie dla panów i wylazłem zza tego
      parawanu. Nie było tak źle, jedynie pielegniarka na moment zasłoniła się jakimś
      plikiem dokumentow, co jednak nie stłumiło lekkiego parsknięcia. Zaczęło się
      badanie. Lekarz obszedł mnie wokół, popatrzył, postukał w plecy, wydarł się, że
      skarpetki zdjąć należało, bo jak ma sprawdzić, czy nie mam platfusa, wreszcie
      stwierdziwszy, że prócz lekkiej niedowagi, nie widzi żadnych innych wad, kazał
      mi zasiąść na krześle i wpatrywać się w tablicę z literkami, oko jedne przy tym
      mając zasłonięte ręką. No tego, to sie akurat spodziewałem i miałem zamiar nie
      widzieć ani jednej literki na tej tablicy, mylić wszystkie, łącznie z tymi
      największymi. Co też zrobiłem, udawałem, że widzę jeszcze tylko pierwsze trzy
      rzędy i że nic poza tym. W napięciu czekałem na wyrok.
      - Wzrok jak u sokoła.
      Mać, mać, mać, mać, powiedziałem sobie w duchu, no ale cóż - nie wyszło.
      Lekarz zasiadł do wypisywania dokumentów, ja dostałem pozwolenie na ubranie się
      i wreszcie, po odpowiedzeniu na kilka pytań, mających na celu podtrzymanie
      niekrępującej towarzyskiej atmosfery, typu
      - Jądra ma pan oba?
      - Nie moczy sie pan w nocy?
      - Leczenie psychiatryczne było jakieś?
      usłyszałem:
      - Zdolny do służby wojsko
      • braineater Re: Wojsko! Wojsko! pt. II 04.11.05, 13:17
        wojskowej. Kategoria A, bez żadnych paragrafów. Może pan iśc do komandosów.
        Zdębiałem w dość mocnym juz wtedy przestrachu. Wszytsko, tylko nie w kamasze,
        tylko nie do woja, mamuuusiu ja nie chce, ja już będe grzeczny. Na szczęscie
        mialem jeszce jedną linię obrony
        - Ale, ale ja sie uczę, do szkoły chodzę, maturę mam za rok zdawać. Ja nie moge
        do wojska, ja potem na studia chcę.
        I wtedy pierwszy raz usłyszałem głos sierżanta.
        - No to co wy nam tu Braineater dupę zawracacie. Zaświadczenie ze szkoły jest?
        - No nie ma, bo ja tu tak z przypadku dzisiaj, ale jutro zaraz przyniosę.
        - Przynieśc zaświadczenie do końca tygodnia, bo inaczej bliet.
        - Oczywiście, na pewno, aj nawet dzisiaj, ja napewno
        - WYJŚĆ!

        No i wyszedłem. Biegiem. Jak Zatopek Emil smignąłem na przystanek, by jak
        najszybciej oddalic się od tego koszmaru. Dz8ień później przyjechałem z
        zaświadczneiem, i przyjeżdżałem z kolejnymi zaswiadczeniami, co roku
        praktycznie, starając sie nigdy więcej nie zpaomniec o zbliżającym terminie
        pojawianie się na WKU.
        A trzy miesiące temu poszedłem tam po raz ostatni, by wyjśc z upragniona
        pieczątką "Przeniesiony do rezerwy.

        Tyle.:)

    • broch Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 13:23
      A.M. = szkolenie wojskowe w czasie studiow, i 3 miesiace wakacji pod namiotem po
      skonczeniu nauki (a lato tego roku bylo piekne). Brode kazali zgolic, choc
      mialem "pismo" od dermatologa ze golic sie nie moge. Wasy zostaly, ale czulem
      sie lyso i z tego przejecia wlosy mi wypadly.
      Ostatni raz Armia Polska przypomniala sobie o mnie z rok temu wzywajac na
      szolenie i grozac wiezieniem w razie nie stawienia sie. Chlopaki mnie lubia (ale
      biletu lotniczego do kraju pozalowali).
    • staua Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 17:20
      Plec zenska i maz nie z Polski, ale moge o nim opowiedziec. Otoz w Rumunii za Ceausescu sluzba
      zasadnicza byla jak w Niemczech - obowiazkowo po ukonczeniu szkoly sredniej, przed studiami. A moj
      maz niestety zakonczyl szkole w roku 1988, wiec na Ceausescu sie zalapal. Wszystko jednak z
      wlasciwym sobie rozsadkiem przygotowal duzo wczesniej, tzn. rozwazyl mozliwosci: byl zdrowy,
      znajomosci u lekarzy nie mial, jedynym wyjsciem bylo wyczynowe uprawianie sportu (jak sie mialo
      osiagniecia na skale krajowa, to zamiast wojska byl wojskowy klub sportowy). Tak wlasnie zrobil i
      zostal mistrzem Rumunii juniorow w biegu na 100 metrow oraz w skoku w dal, zapewniajac sobie ten
      klub (mimo to musial na obozach sportowych nosic mundur, ma nawet zdjecie).
    • nienietoperz Re: Wojsko! Wojsko! 04.11.05, 17:35
      Melduje, ze po pierwszym brutalnym werdykcie - kategoria A bez paragrafu -
      poslusznie jezdzilem do WKU co troche przynoszac kolejne studiowe zaswiadczenia,
      zawsze slyszac: 'Poczekamy na was, kolego, ale w koncu do nas traficie'. Udalo
      sie nie trafic, zdobywajac ostatecznie przeniesienie do rezerwy - co zreszta
      wiazalo sie z rozpaczliwym poszukiwaniem roznych dokumentow, ktore machina
      wojskowa w zwiazku z moimi roznymi przemeldowaniami sie zdolala zagubic.
      Jedynym przypadkiem z mojej klasy w liceum, ktory nie dostal kategorii A byl
      kolega uprawiajacy zawodowo koszykowke, ktory nieopatrznie wydal sie komisji z
      wlasnym planem studiowania w akademii policyjnej w Szczytnie. W efekcie dostal
      odroczenie w zwiazku z lekko podwyzszonym cisnieniem. Stos wykonanych przez
      niego na wlasna reke badan specjalistycznych (kardiolog, okulista, gastrolog) z
      zaswiadczeniem, ze cisnienie nie jest zwiazane z zadnym stanem chorobowym
      nie pomoglo.
    • dr.krisk Moje przygody z wojskiem... 04.11.05, 18:51
      Na studiach mialem przez caly rok zajecia na tzw. studium wojskowym, Studium
      owe skladalo sie z:
      a) kadry oficerskiej, tj. rozmaitych odpadowych starszych oficerow, ktorzy
      sprawiali wrazenie ze przy probie wystrzelenia z czegokolwiek postrzeliliby sie
      ze skutkiem smiertelnym;
      b) magazynku ze sprzetem wojennym: pare rozbrojonych kalaszy, rkm DT, oraz
      niezapomniane pistolety P64 (slynace z absolutnej niemoznosci trafienia z nich
      do jakiegokolwiek celu).

      Na zajeciach tych poznalem takie niezwykle przydatne rzeczy jak np. roznica
      pomiedzy natarciem a atakiem (kto wie niech podniesie lape!). Oraz dlaczego to
      my mamy racje, a NATO nie ma (i dlatego jakby co, to przegra z kretesem).
      A do wojska nie poszedlem, bo WKU zgubilo moje dokumenty.... naprawde!!!!
      KrisK
    • brunosch no dobra... 04.11.05, 19:20
      zdradzę różne tajemnice wojskiwe.
      po pierwsze: u nas było tylko Przysposobienie, na którym człowiek dowiadywał się
      dziwnych rzeczy choćby tego, że "obrona cywilna RFN powadzi działalność
      skierowaną przeciwko antyterroryzmowi" (już wiemy skąd al-Kaida) oraz że Wam,
      studentom to dobrze, zbierze się dwóch - trzech i już w brydża grają.
      Po drugie: kazano rozwiązywać zagadki strategiczne
      po trzecie: ogólnie było strasznie (od 8.00 rano)
      • staua Re: no dobra... 04.11.05, 19:50
        Jezeli chodzi o Przysposobienie Obronne w szkole, to u nas tez byli ciekawi wykladowcy. Powiedzonko
        jednego zwlaszcza utkwilo mi w pamieci: "lina moze sie zerwac pod ciezarem sylwetki".
      • brunosch Re: no dobra... 04.11.05, 22:05
        Bruno szcześliwy jak prosię w deszcz podchodzi do obrony magisterki (trwało to
        pisanie, a trwało) a tu nagle Pani z Dziekanatu wyskakuje ze swojego żeremia, i
        woła do promotora, że B. ma "nieuregulowany stosunek do służby wojskowej". Po
        różnych przepychanakach (bo jak wiadomo Pani z Dziekanatu to więcej niż
        profesor) okazało się, że długi proces tworzenia pracy magisterskiej zaowocował
        tym, że na IV roku (przynależnym dla B.) egzaminu nie było, natomiast w kilka
        lat, kiedy magisterka się tworzyła, a B. przebywał na różnych urlopach
        dziekańskich, naukowych i zdrowotnych chyłkiem-cichcem egzamin wrócono. W
        efekcie konflikt powstał militarno-zbrojno-cywilny. Ale udało mi się wybronić.
        Mam z woja 4, co znaczy, że potrafię obandażować a i niekiedy postrzelić.
        Taki jestem!
      • mamarcela Re: no dobra... 05.11.05, 00:06
        mamarcela mimo, że płci jak najbardziej niewieściej, też miała z wojskiem
        przygody. Konkretnie dwie. I onbie dotyczyły o dziwo bluzeczek.
        Pierwszą przygodę z wojem miała
        • mamarcela cd - wojsko a damska garderoba 05.11.05, 00:28
          cd. (kot)
          mamarcela w I klasie liceum, kiedy to pod koniec roku dowiedziała się, że ma z
          PO 31 dwójek i jedną trójkę (za pozoranctwo), o czym zresztą nie miała
          zielonego pojęcia, bowiem pani od PO, zwana powszechnie Zosią Partyzantką tak
          mamarcelę znielubiła, że stawiała jej te pały gratis. Okazało się, że
          wszystkiemu winna była bluzeczka mamarceli, która się pani od PO zbyt frywolną
          wydała. Zażądała nawet owa Zosia Partyzantką zwana, aby mamarcelę ze szkoły
          wyrzucić, albo przynajmniej poprawką z PO ukarać. Niestety ciało pedagogiczne
          stanęło murem za mamarcelą i jej bluzeczką, a obrażona Zosia odeszła ze szkoły.
          Na jej miejsce przyszedł pan M. - historyk z wykształcenia - u którego grało
          sie na lekcjach w brydża i pokera, a bluzeczka bardzo mu sie podobała.
          Drugą przygodę z hunta wojskową przeżyła mamarcela na studiach. Ją też
          podobnie, jak Bruna, dopadło jakieś egzamino-zaliczenie z woja zupełnie
          nieprzygotowaną. I znowu na horyzoncie pojawiła się bluzeczka, a właściwie
          sukienka, której frywolność miała zamydlić oczy pułkownikom i skłonić ich do
          postawienia mamarceli trójki z wojska. Miała to być trójka i tylko trójka,
          albowiem wyższy stopień byłby po prostu dla mamarceli kompromitacją. Nabijała
          się w końcu okrutnie ze wszystkich, co mieli z tegoż przedmiotu czwórki i
          piątki.
          Niestety sukienka okazała się zbyt frywolna i pułkownicy postanowili nagrodzić
          ją oceną bardzo dobrą. Jaki blamaż. U pułkownika nr1 -bdb, nr2 - bdb, u
          trzeciego toż samo. Pozostał jeden, żeby dostać w sumie dostateczny trzeba było
          u tego trzeciego przypalić. Ale jemu skubańcowi też się sukienka podoba i
          zadaje jakieś takie głupie pytania. I jeszcze się cholernik upiera: "No, niech
          studentka odpowie. Przecież na pewno studentka wie?. To może niech studentka w
          książce sprawdzi my nic nie widzimy." Horror.
          W końcu dostała mamarcela tę swoją wymarzoną tróję. Ale naprawdę długo musiała
          pułkowników przekonywać, że na pewno nie wie, co to są "dobra kultury".
          pozdrawiam
          dzielny wojak mamarcela
    • beatanu wojsko tu i tam 08.11.05, 20:34
      griszah napisał:
      > A jak wyglądała lub nie wyglądała Wasza przygoda z armią (lub Waszych mężów,
      > braci). Jak to wygląda za granicą Polski gdzie mieszkacie?

      W Szwecji też istnieje powszechny obowiązek służby wojskowej, ale wygląda to
      trochę inaczej niż w Polsce. Rozpad imperium sowieckiego, głównego
      potencjalnego "wroga" spowodował totalną zmianę tutejszej doktryny wojskowej.
      Redukcje, oszczędności, cięcia itp. Obowiązek stał się rodzajem przywileju i
      zaledwie co trzeci osiemnastolatek odbywa zasadniczą służbę, która teraz - o
      ile wiem - trwa 11 miesięcy. Przed komisją wojskową mają obowiązek stawić się
      wszyscy osiemnastolatkowie, nie zwalnia ich przyjęcie na studia czy cośkolwiek
      innego. Spośród nich wybiera się tych najbardziej odpowiednich. Osób, które
      totalnie odmawiają służby (od dawna istnieje możliwość zamiany służby z bronią
      na cywilną służbę społeczną) nie jest wiele, bo w rozmowach z kandydatami
      bierze się pod uwagę motywację i dąży się do jak największej dobrowolności. Ale
      w praktyce zawsze znajdzie się kilka osób (ponad 10 rocznie), którym za odmowę
      służby grozi grzywna i więzienie (do roku). Absurdalna sytuacja, bo
      wsród "odrzuconych" roi się od chętnych.... Oprócz tego jest też całkiem spora
      grupa kobiet, które na ochotnika zgłaszają się do wojska (pełnoletnie Szwedki
      od mniej więcej dziesięciu lat mają prawo - ale nie obowiązek - odbywania
      zasadniczej służby wojskowej)

      Kiedy kilkadziesiąt lat temu przed komisją poborową stawał mój mąż wszystko
      wyglądało ciut groźniej i o dobrowolności nie było mowy... Ale facet był
      przekonany, że do wojska się nie nadaje. Po prostu powiedział, że nie
      wytrzymałby tego psychicznie. Odbył dodatkową rozmowę z psychologiem i...
      dostał "frisedel" czyli odpowiednik kategorii E (czy istnieją kategorie
      jeszcze bardziej posunięte w alfabecie?) - co mnie, osobie z zapędami
      pacyfistycznymi, bardzo się spodobało...

      Mniej podoba mi się pomysł najstarszej córki, która już kilka razy wspomniała o
      możliwości przedłużenia sobie beztroskiej młodości w... wojsku. Hmmm. Pożyjemy,
      zobaczymy.

      Ze szkolenia wojskowego na studiach pamiętam przede wszystkim rozentuzjazmowaną
      panią w mundurze (stopnia wojskowego nie pamiętam, zresztą nigdy ich nie
      opanowałam...), która zdradziła nam tajemnicę, że "to coś, co wypływa spod
      skóry, gdy wyciskamy pryszcza na nosie, to coś - to właśnie osocze!" cytuję z
      pamięci :)

      B

      • stella25b Re: wojsko tu i tam 26.11.05, 17:21
      • stella25b Mlodemu wyszlo na dobre 26.11.05, 18:01
        Opowiem historie o naszym przyjacielu Mlodym, ktory to dzieki armii odnalazl
        droge w swoim zyciu. Mlodego poznalismy w Niemczech przez wspolnych znajomych
        jescze w czasie naszych studiow. W tym czasie u podnoza Alp Mlody szkolil
        szeregowcow przyszlych Strzelcow Alpejskich. Sam, trafil do wojska jako
        obywatel niemiecki zmuszony odbyc zasadnicza sluzbe wojskowa. A ze Mlody byl
        rodem z Gdanska i gory znal jedynie z obrazkow to dostal bilet do Garmisch-
        Parenkichen do jednostki Strzelcow Alpejskich. Mlodemu tak sie u tych Strzelcow
        spodobalo, ze przedluzyl swoja sluzbe o nastepne 3 lata i zostal tzw. "freie
        Soldat" szkolacym szeregowcow. Z opowiesci Mlodego wynikalo, ze caly czas
        spedza w gorach na nartach badz wspinaniu (zastanawialam sie zawsze czy on w
        ogole mial w reku karabin), wiec ja + moj maz prawie zwatpilismy w nasz zyciowy
        wybor. Postanowilismy w tym czasie wyjechac do Meksyku i wejsc na Iztaccihuatl,
        pierwotne plany zdobycia Popocatepetel musielismy zmienic na miejscu, gdyz Popo
        w tym czasie byl juz aktywnym wulkanem. Rok pozniej wybuchl zalewajac u swojego
        podnoza miejscowosc Meka meka. W czasie tej mini-wyprawy okazalo sie, ze Mlody
        bardzo zle znosi wysokosc (wedlug kalkulacji to ja mialam byc najslabszym jej
        uczestnikiem) i w rezultacie nie wchodzil z nami na jeden z wielu szczytow tej
        gory tylko "umieral" w puszce biwakowej. Podczas schodzenia musielismy
        rozpakowac jego pleck i podzilic na nas dwoje bo Mlodemu sily odmwialy
        posluszenstwa. Kiedy dotarlismy juz na przelecz, w czasie czekania na taxi (na
        przelecz mozna jedynie dotrzec z Meki meki taxi) rowno nabijalismy sie z
        Mlodego, twierdzac, ze nic dziwnego, ze ta armia 2 wojny swiatowe przegrala ,
        jesli ma takich zolnierzy jak Mlody. Mlody dzielnie znosil nasze przytyki i po
        roku zakonczyl kariere w wojsku, rozpoczynajac studia sportowe o profilu
        nauczycielskim na uniwersytecie (w Niemczech nie ma AWF studiuje sie sport na
        Uni. W czasie studiow otrzymal specjalne stypendium (bezzwrotne)z jakiejs tam
        puli wojskowej i smieje sie z nas, ktorzy mielismy panstwowe
        stypendium "zwrotne".
    • 3promile Re: Wojsko! Wojsko! 27.11.05, 11:09
      Bardzo mi się podobało w wojsku! Wojsko jest fajne! Byłem w wojsku kilka razy!


      U kolegów na przysiędze ;-)
      • stella25b Re: Wojsko! Wojsko! 27.11.05, 12:16
        Syndrom Mlodego rzadko sie zdarza:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka