agni_me
15.05.06, 02:44
Od jakiegoś czasu uważnie śledzić forum mogę tylko w niedzielne noce. Inne
fora przybierają mniej gwałtownie, można sie dopisać w każdej chwili, ale TWA
jest kompletnie nieprzewidywalne, w ciągu dwu dni przyrasta kilkaset postów,
które koniecznie trzeba przeczytać. Dopiero co przedarłam się przez wszystkie
nieczytane wątki. I choć to bez sensu, chcę opowiedzieć historie sprzed lat,
która wciąż we mnie siedzi i komponuje sie bardzo z tym, co dane mi było tu
przeczytać.
Przez wiele miesięcy byłam wolontariuszem w hospicjum dla dzieci.
Nieświadomie uciekałam w opiekę nad dziećmi ze zdiagnozowanym zespołem Dawna
a jednocześnie chorobami nowotworowymi. Uciekałam, bo dzieci te (młodzi
ludzie) mając świadomość odchodzenia, zachowywali wciąż pierwotną radość
życia. Zresztą to nieważne, istotne jest to, że darzyłam ich nie tylko
ogromną sympatią, ale też podziwem i szacunkiem. I pełną świadomością jak
ludzcy są, jak wymagający są, jak świadomi są i jak mądrzy są.
Pierwszą baaaardzo ważną pracę dostałam dwa lata później. Pracowałam z
Heńkiem (imię prawdziwe), strasznie fajny młody chłopak. To był mały zespół,
w ciągu kilku miesięcy zżyliśmy sie mocno. Znaliśmy przynajmniej z opowiadań
swoje rodziny świetnie. Jak dziś pamiętam rozmowę przed świętami o wyborze
prezentów dla najbliższych, ktoś rzucił tytuł książki, ja odparowałam, że
to "książka dla dałna". Heniek uśmiechając się zauważył: - świetnie, przecież
moja siostra jest dawnem, trzeba jej dużo obrazków i mało treści.
Wcale nie przeprosiłam wtedy, nie wyjaśniłam, pamiętam, że zaplątałam się w
jakieś agniowe (czytaj: krańcowo głupie wyjaśnienia). Zachowałam się jak
skończonony dawn? nie! zachowałam sie jak przeciętny człowiek. Dopiero
następnego dnia, po nieprzespanej nocy, miałam śmiałość przy wszystkich.
nawet nie przeprosić Heńka, jedynie wyjaśnić, że dałam popis własnej
bezmyślności i kompletnej niewrażliwości. Heniek klepnął mnie w łopatkę i
powiedział "nie martw się, staruszko, wystarczyło, że się jąkasz i wyraźnie
czerwienisz wczoraj".
Siedzi to we mnie do dziś. Dlatego rozumiem wszystkie "pedalskie ryje" w
wypowiedziach i dlatego szlag mnie trafia każdorazowo przy tłumaczeniu takich
zachowań, zamiast prostego - "tak, dałem dupy".
W poniedziałki jestem pedałem, we wtorki dałnem, w czwartki murzynem, we
środę sobą i wszystkim innym (by lubie.pomponiki), mam całkiem fajną twarz,
trudno ją nazwać pedalskim ryjem. Naprawdę. Mimo to...