mamaani5
09.04.05, 21:04
Przepraszam, że znowu zamęczam was, drogie e-Mamy, opowiadaniami Ani, ale...
ostatnio moja córka przeszła samą siebie. Napisała 38 Stron, format A-4! I to
jeszcze nie koniec, bo podobno, ma dojśc do conajmniej stu stron i wszystko
wskazuje na to, że to zrobi. Pożyczyła postacie główne ze swojego ulubionego
czasopisma i debiut murowany. Przytaczam to, co do tej pory napisała:
Złote Oko
W tym dniu, gdy zaczyna się nasza opowieść, padał rzęsisty deszcz.
Lało tak bardzo, że zastanawiałam się, czy nie przeczekać ulewy w szkolnej
świetlicy. W bibliotece nie miałam już czego szukać, ponieważ znałam już
większość książek które tam były. Ale, w końcu, to był piątek i nie było
ostatniej godziny. Po dłuższym namyśle, postanowiłam iść do domu. I to był
mój błąd, a zarazem początek fantastycznej przygody.
Gdy szłam do domu, ulewa się wzmogła. Nie widziałam przed sobą nic, nawet
mojej ręki, gdy ją wyciągnęłam na całą długość. Bałam się, że pomylę drogi,
albo, co gorsza, wyjdę na ulicę i potrąci mnie samochód. W pewnej chwili
zatrzymałam się i próbowałam się zorientować gdzie jestem. Wytężałam wzrok z
całej siły, ale nie mogłam niczego dostrzec. Nagle przypomniałam sobie, że w
plecaku mam laser, kupiony na wycieczce w Krakowie. Nie chcąc zatrzymać się
na środku chodnika, znów wyciągnęłam rękę przed siebie i chciałam wyczuć
ścianę jakiegoś budynku. Zrobiłam dwa kroki w prawo- nie znalazłam muru;
naprzód- też nie. Do tyłu nie było co patrzeć, bo stamtąd przyszłam. Została
lewa strona. Zrobiłam dwa kroki-jest! Jest ściana! Zdjęłam plecak i uklękłam
na jednym kolanie. Po chwili laser rozjaśnił przestrzeń w promieniu kilku
metrów. Założyłam plecak z powrotem i poszłam dalej. Po kilku metrach
poświeciłam laserem w lewo, na ścianę. Zauważyłam, że trochę dalej są drzwi.
I to dość duże. Przeniosłam światełko na nie i zobaczyłam, że nad nimi
napisane jest "BIBLIOTEKA PUBLICZNA". Postanowiłam wejść do środka i
przeczekać największy deszcz. Gdy znalazłam się w holu, wyjęłam z plecaka
komórkę i zadzwoniłam do mamy, żeby powiedzieć, że wrócę do domu trochę
później. Zgodziła się bez większych targów. Poszłam więc do szatni i
zostawiłam płaszcz i plecak.
Po chwili weszłam do działu „ dla dzieci i młodzieży”. Przez kilka minut
krążyłam bez celu między półkami, gdy nagle coś przyciągnęło moją uwagę. Była
to książka, która stała na ostatnim regale, w najbardziej oddalonym kącie
biblioteki. Wzięłam ją i poszłam do czytelni. Miała piękną, lśniącą okładkę,
w kolorze czystego złota. Pośrodku miała napisany jasną żółcią, tytuł „ZŁOTE
OKO”, a poniżej rysunek wielkiego oka.
Usiadłam w czytelni z książką na stoliku. Otworzyłam ją..........i
wtedy stało się coś dziwnego. Z książki zaczęło wydobywać się jasne światło.
Ziemia zaczęła drżeć. Nie wiedziałam co się dzieje, chciałam uciekać......ale
wtedy światło zaczęło mnie oplatać. Jak jasny sznur. Po chwili książka mnie
wciągnęła. Po prostu. Wciągnęła mnie do swojego wnętrza, razem z ciałem.
Fizycznie! To było coś... niezwykłego. Kręciło mną jak na najszybszej
karuzeli świata. Nie wiem, co było dalej. Straciłam przytomność. Pamiętam
tylko oślepiający blask. I mój strach.
Obudziłam się na ciepłym piasku. Po czytelni nie było śladu. Po bibliotece
też nie. Wszystko nagle zniknęło. Była tylko ta plaża. I morze parę metrów
dalej. Wstałam i rozejrzałam się. Potwornie się bałam i snułam tysiące
przypuszczeń: czyżby mnie porwali? A może gorzej?
Parę kilometrów w lewo był las. Postanowiłam tam iść. Chciałam się czegoś
dowiedzieć. Gdzie jestem i co się stało. Gdy przeszłam mniej więcej połowę,
spojrzałam na morze i zobaczyłam delfiny.
Pluskały się beztrosko wśród fal. Ten widok trochę mnie uspokoił. Usiadłam i
wpatrywałam się w dal. Gdy odpoczęłam, poszłam w dalszą drogę. Dotarłam do
lasu bez przeszkód. Gdy poszłam parę kroków dalej, zobaczyłam jastrzębia.
Spojrzał na mnie, tak jakoś dziwnie i odfrunął. Nagle pod stopami przebiegły
mi dwie wiewiórki. Jedna miała orzeszek w łapkach. Po chwili z błyskawiczną
szybkością wspięły się na drzewo. Poszłam dalej. Po chyba kilku godzinach,
zobaczyłam źródełko. Wypływał z niego wąski strumyczek. Nagle poczułam
ogromne pragnienie. Wzięłam trochę wody na rękę i wypiłam. Była pyszna.
Lodowata i czyściutka. Wtedy coś sobie uświadomiłam. Po pierwsze: nie jestem
na Ziemi. Na pewno. Tam już nie ma takich czystych źródeł. A przynajmniej nie
w Polsce. Po drugie: Gdy zobaczyłam w źródełku moją twarz, o mało nie
dostałam zawału. Już wcześniej wiedziałam, że jakimś sposobem zniknęły mi
buty, ale to było coś więcej. Nie byłam w swoim ciele! Byłam kreskówką!
Wcześniej miałam normalną twarz, bladą skórę, długie, rozpuszczone, brązowe
włosy, niebieskie oczy i zwykłe ubranie. Teraz włosy miałam czarne, krótkie,
związane gumką na czubku głowy. Skórę miałam opaloną na jasny brąz. Moje oczy
też zmieniły kolor. Teraz były brązowe, jak moja skóra i o wiele większe niż
wcześniej. Poza tym ubranie. Zamiast bluzki w paski i dżinsów, miałam długą,
poszarpaną, czerwoną sukienkę, wiązaną na biodrach zwykłym kawałkiem sznurka.
Właściwie, były to dwie związane płachty czerwonego, dziurawego materiału.
Miałam też białą bluzkę, też poszarpaną. Do tego stopnia, że jeden rękaw
trzymał się tylko na ramieniu i na łokciu. Odcinek ręki pomiędzy nimi miałam
odsłonięty. Poza tym bluzka była wiązana dwa centymetry poniżej klatki
piersiowej. Twarz miałam jak u rysunkowej postaci. Innymi słowy: Byłam
zupełnie do siebie niepodobna.
Nagle zorientowałam się, że skądś znam to miejsce. Poza tym byłam
głodna. Bardzo. Postanowiłam natychmiast znaleźć jakąś osadę, wieś, lub
najlepiej miasto. Wtedy było mi wszystko jedno, byleby tylko coś zjeść.
Poszłam na wschód. Po jakichś dwóch godzinach (z przerwami) dotarłam na skraj
lasu. Dalej była jakaś łąka. W oddali widziałam stado owiec. Co miałam robić?
Poszłam w ich kierunku. Po pół godzinie, już kompletnie wyczerpana, doszłam
do stada, zobaczyłam pasterza...i nagle uświadomiłam sobie gdzie jestem. W
Meridianie! W komiksowym mieście z W.I.T.C.H.! Przeżyłam szok. Zawsze
chciałam się tu znaleźć!
Podeszłam do pasterza. Był to mały chłopiec o niebieskiej skórze w
ciemniejsze ciapki (jak to w Meridianie), brązowe, potargane włosy i zielone
oczy. Był ubrany w ciemnobrązową pelerynę, bardzo powszechne na tej planecie
(Meridian to nazwa planety i miasta zarazem. Czytelniczki W.I.T.C.H. to
wiedzą.), a pod nią miał wyblakłą koszulę i spodnie związane sznurkiem w
pasie. Siedział na kamieniu i strugał patyk małym scyzorykiem. Obok niego
leżała fujarka.
Zastanawiałam się, kto teraz rządzi w Meridianie, znaczy w jakich
jestem czasach. Jeśli jestem przed akcją toczącą się w W.I.T.C.H. „na
rozgrzewkę”, to rządzi Fobos. Jeśli po akcji, to jego młodsza (błe!) siostra,
Elyon. Szczegóły w W.I.T.C.H.
Podeszłam do pastuszka ze słowami:
-Witaj. Nie wiesz, jak dojść do miasta?
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem i odparł:
-Idź cały czas na południe. Po jakiejś godzinie zobaczysz miasto.
Żołądek skręcał mi się z głodu. Perspektywa maszerowania jeszcze godzinę do
miasta, nie za bardzo mi się uśmiechała. Pastuszek chyba to zauważył, bo
powiedział:
-Jeśli chcesz coś zjeść, zostań ze mną chwilkę. Za pięć minut przyjdzie moja
mama z obiadem dla mnie. Podzielę się z tobą jak chcesz.
-Dzięki. Rzeczywiście jestem bardzo głodna.-odparłam.
Usiadłam na trawie i poczułam, że jestem nie tylko głodna, ale i wykończona.
Do tej pory nie zwracałam uwagi na to, że bolą mnie nogi. Ale teraz byłam
pewna, że przez noc (jeśli dożyję tutaj nocy i spokojnie ją prześpię) wyjdą
mi zakwasy.
Okazało się, że pastuszek ma na imię Kajerten. Powiedział mi, że
władzę sprawuje już Elyon. Opowiedział mi też o swoim życiu. Jego tata był
cieślą, a mama zwykłą gospodynią domową. Miał młodszego br