Dodaj do ulubionych

38stron...

09.04.05, 21:04
Przepraszam, że znowu zamęczam was, drogie e-Mamy, opowiadaniami Ani, ale...
ostatnio moja córka przeszła samą siebie. Napisała 38 Stron, format A-4! I to
jeszcze nie koniec, bo podobno, ma dojśc do conajmniej stu stron i wszystko
wskazuje na to, że to zrobi. Pożyczyła postacie główne ze swojego ulubionego
czasopisma i debiut murowany. Przytaczam to, co do tej pory napisała:
Złote Oko

W tym dniu, gdy zaczyna się nasza opowieść, padał rzęsisty deszcz.
Lało tak bardzo, że zastanawiałam się, czy nie przeczekać ulewy w szkolnej
świetlicy. W bibliotece nie miałam już czego szukać, ponieważ znałam już
większość książek które tam były. Ale, w końcu, to był piątek i nie było
ostatniej godziny. Po dłuższym namyśle, postanowiłam iść do domu. I to był
mój błąd, a zarazem początek fantastycznej przygody.
Gdy szłam do domu, ulewa się wzmogła. Nie widziałam przed sobą nic, nawet
mojej ręki, gdy ją wyciągnęłam na całą długość. Bałam się, że pomylę drogi,
albo, co gorsza, wyjdę na ulicę i potrąci mnie samochód. W pewnej chwili
zatrzymałam się i próbowałam się zorientować gdzie jestem. Wytężałam wzrok z
całej siły, ale nie mogłam niczego dostrzec. Nagle przypomniałam sobie, że w
plecaku mam laser, kupiony na wycieczce w Krakowie. Nie chcąc zatrzymać się
na środku chodnika, znów wyciągnęłam rękę przed siebie i chciałam wyczuć
ścianę jakiegoś budynku. Zrobiłam dwa kroki w prawo- nie znalazłam muru;
naprzód- też nie. Do tyłu nie było co patrzeć, bo stamtąd przyszłam. Została
lewa strona. Zrobiłam dwa kroki-jest! Jest ściana! Zdjęłam plecak i uklękłam
na jednym kolanie. Po chwili laser rozjaśnił przestrzeń w promieniu kilku
metrów. Założyłam plecak z powrotem i poszłam dalej. Po kilku metrach
poświeciłam laserem w lewo, na ścianę. Zauważyłam, że trochę dalej są drzwi.
I to dość duże. Przeniosłam światełko na nie i zobaczyłam, że nad nimi
napisane jest "BIBLIOTEKA PUBLICZNA". Postanowiłam wejść do środka i
przeczekać największy deszcz. Gdy znalazłam się w holu, wyjęłam z plecaka
komórkę i zadzwoniłam do mamy, żeby powiedzieć, że wrócę do domu trochę
później. Zgodziła się bez większych targów. Poszłam więc do szatni i
zostawiłam płaszcz i plecak.
Po chwili weszłam do działu „ dla dzieci i młodzieży”. Przez kilka minut
krążyłam bez celu między półkami, gdy nagle coś przyciągnęło moją uwagę. Była
to książka, która stała na ostatnim regale, w najbardziej oddalonym kącie
biblioteki. Wzięłam ją i poszłam do czytelni. Miała piękną, lśniącą okładkę,
w kolorze czystego złota. Pośrodku miała napisany jasną żółcią, tytuł „ZŁOTE
OKO”, a poniżej rysunek wielkiego oka.
Usiadłam w czytelni z książką na stoliku. Otworzyłam ją..........i
wtedy stało się coś dziwnego. Z książki zaczęło wydobywać się jasne światło.
Ziemia zaczęła drżeć. Nie wiedziałam co się dzieje, chciałam uciekać......ale
wtedy światło zaczęło mnie oplatać. Jak jasny sznur. Po chwili książka mnie
wciągnęła. Po prostu. Wciągnęła mnie do swojego wnętrza, razem z ciałem.
Fizycznie! To było coś... niezwykłego. Kręciło mną jak na najszybszej
karuzeli świata. Nie wiem, co było dalej. Straciłam przytomność. Pamiętam
tylko oślepiający blask. I mój strach.
Obudziłam się na ciepłym piasku. Po czytelni nie było śladu. Po bibliotece
też nie. Wszystko nagle zniknęło. Była tylko ta plaża. I morze parę metrów
dalej. Wstałam i rozejrzałam się. Potwornie się bałam i snułam tysiące
przypuszczeń: czyżby mnie porwali? A może gorzej?
Parę kilometrów w lewo był las. Postanowiłam tam iść. Chciałam się czegoś
dowiedzieć. Gdzie jestem i co się stało. Gdy przeszłam mniej więcej połowę,
spojrzałam na morze i zobaczyłam delfiny.
Pluskały się beztrosko wśród fal. Ten widok trochę mnie uspokoił. Usiadłam i
wpatrywałam się w dal. Gdy odpoczęłam, poszłam w dalszą drogę. Dotarłam do
lasu bez przeszkód. Gdy poszłam parę kroków dalej, zobaczyłam jastrzębia.
Spojrzał na mnie, tak jakoś dziwnie i odfrunął. Nagle pod stopami przebiegły
mi dwie wiewiórki. Jedna miała orzeszek w łapkach. Po chwili z błyskawiczną
szybkością wspięły się na drzewo. Poszłam dalej. Po chyba kilku godzinach,
zobaczyłam źródełko. Wypływał z niego wąski strumyczek. Nagle poczułam
ogromne pragnienie. Wzięłam trochę wody na rękę i wypiłam. Była pyszna.
Lodowata i czyściutka. Wtedy coś sobie uświadomiłam. Po pierwsze: nie jestem
na Ziemi. Na pewno. Tam już nie ma takich czystych źródeł. A przynajmniej nie
w Polsce. Po drugie: Gdy zobaczyłam w źródełku moją twarz, o mało nie
dostałam zawału. Już wcześniej wiedziałam, że jakimś sposobem zniknęły mi
buty, ale to było coś więcej. Nie byłam w swoim ciele! Byłam kreskówką!
Wcześniej miałam normalną twarz, bladą skórę, długie, rozpuszczone, brązowe
włosy, niebieskie oczy i zwykłe ubranie. Teraz włosy miałam czarne, krótkie,
związane gumką na czubku głowy. Skórę miałam opaloną na jasny brąz. Moje oczy
też zmieniły kolor. Teraz były brązowe, jak moja skóra i o wiele większe niż
wcześniej. Poza tym ubranie. Zamiast bluzki w paski i dżinsów, miałam długą,
poszarpaną, czerwoną sukienkę, wiązaną na biodrach zwykłym kawałkiem sznurka.
Właściwie, były to dwie związane płachty czerwonego, dziurawego materiału.
Miałam też białą bluzkę, też poszarpaną. Do tego stopnia, że jeden rękaw
trzymał się tylko na ramieniu i na łokciu. Odcinek ręki pomiędzy nimi miałam
odsłonięty. Poza tym bluzka była wiązana dwa centymetry poniżej klatki
piersiowej. Twarz miałam jak u rysunkowej postaci. Innymi słowy: Byłam
zupełnie do siebie niepodobna.
Nagle zorientowałam się, że skądś znam to miejsce. Poza tym byłam
głodna. Bardzo. Postanowiłam natychmiast znaleźć jakąś osadę, wieś, lub
najlepiej miasto. Wtedy było mi wszystko jedno, byleby tylko coś zjeść.
Poszłam na wschód. Po jakichś dwóch godzinach (z przerwami) dotarłam na skraj
lasu. Dalej była jakaś łąka. W oddali widziałam stado owiec. Co miałam robić?
Poszłam w ich kierunku. Po pół godzinie, już kompletnie wyczerpana, doszłam
do stada, zobaczyłam pasterza...i nagle uświadomiłam sobie gdzie jestem. W
Meridianie! W komiksowym mieście z W.I.T.C.H.! Przeżyłam szok. Zawsze
chciałam się tu znaleźć!
Podeszłam do pasterza. Był to mały chłopiec o niebieskiej skórze w
ciemniejsze ciapki (jak to w Meridianie), brązowe, potargane włosy i zielone
oczy. Był ubrany w ciemnobrązową pelerynę, bardzo powszechne na tej planecie
(Meridian to nazwa planety i miasta zarazem. Czytelniczki W.I.T.C.H. to
wiedzą.), a pod nią miał wyblakłą koszulę i spodnie związane sznurkiem w
pasie. Siedział na kamieniu i strugał patyk małym scyzorykiem. Obok niego
leżała fujarka.
Zastanawiałam się, kto teraz rządzi w Meridianie, znaczy w jakich
jestem czasach. Jeśli jestem przed akcją toczącą się w W.I.T.C.H. „na
rozgrzewkę”, to rządzi Fobos. Jeśli po akcji, to jego młodsza (błe!) siostra,
Elyon. Szczegóły w W.I.T.C.H.
Podeszłam do pastuszka ze słowami:
-Witaj. Nie wiesz, jak dojść do miasta?
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem i odparł:
-Idź cały czas na południe. Po jakiejś godzinie zobaczysz miasto.
Żołądek skręcał mi się z głodu. Perspektywa maszerowania jeszcze godzinę do
miasta, nie za bardzo mi się uśmiechała. Pastuszek chyba to zauważył, bo
powiedział:
-Jeśli chcesz coś zjeść, zostań ze mną chwilkę. Za pięć minut przyjdzie moja
mama z obiadem dla mnie. Podzielę się z tobą jak chcesz.
-Dzięki. Rzeczywiście jestem bardzo głodna.-odparłam.
Usiadłam na trawie i poczułam, że jestem nie tylko głodna, ale i wykończona.
Do tej pory nie zwracałam uwagi na to, że bolą mnie nogi. Ale teraz byłam
pewna, że przez noc (jeśli dożyję tutaj nocy i spokojnie ją prześpię) wyjdą
mi zakwasy.
Okazało się, że pastuszek ma na imię Kajerten. Powiedział mi, że
władzę sprawuje już Elyon. Opowiedział mi też o swoim życiu. Jego tata był
cieślą, a mama zwykłą gospodynią domową. Miał młodszego br
Obserwuj wątek
    • karolina_244 Re: 38stron... 09.04.05, 21:28
      z ciekawosci ile ma lat??
      przeczytalam wyrywkowo i nawet wciaga i interesujace wink
    • mamaani5 Re: 38stron... 09.04.05, 23:16
      Ma 12 lat. Ciąg dalszy:
      Miał młodszego brata, Olika. Ze zwierząt mieli owce i psa pasterskiego (znaczy
      się, ja go tak nazywam, bo przypomina raczej połączenie królika, wilka i
      łasicy. Ale przyleciał, gdy pastuszek mówił mi, jak ma na imię.) o imieniu
      Nimbus. Kajerten był też zainteresowany skąd pochodzę, gdyż wyglądam jak
      Strażniczki Wielkiej Sieci (W.I.T.C.H.), lub ludzie z rodu Escanorów, czyli
      władców Meridianu. Gdy wszystko mu wyjaśniłam, był zaciekawiony moim światem.
      Opowiedziałam mu o wszystkim, a on wyglądał na szczerze zafascynowanego.
      Najbardziej zaciekawiły go opowieści o szkole. Nie dziwię się. W Meridianie nie
      ma szkół. To jedna z jego znaczących zalet i jeden z powodów, dla których
      chciałabym tam mieszkać. W Meridianie uczy się tylko szlachta i władcy. I to
      indywidualnie. Zwykłe dzieciaki znają tylko alfabet meridiański (ja zresztą
      też. Serio.). Reszty uczą się w życiu (przynajmniej tak mi się wydaje.)
      Kajerten powiedział mi też, że jego największym marzeniem jest przejażdżka na
      smoku i że przejęcie rządów przez Elyon nic nie zmieniło, tylko ewentualnie
      pogorszyło. Radość i pokój są pozorne, a ludziom żyje się gorzej niż
      kiedykolwiek.
      Trochę później przyszła mama Kajertena, Nasuja, z Olikiem na ramieniu.
      Był jeszcze bardzo mały, wyglądał na jakiś rok, może pół roku. Mama Kajertena
      przyniosła ciepłą zupę i dwie bułeczki. Chłopak mnie przedstawił i wyjaśnił
      matce kim jestem. Nasuja była dla mnie bardzo miła. Zostawiła nam obiad i
      wróciła do domu. Gdy zjadłam jedną bułkę i spróbowałam zupy, postanowiłam
      ruszać dalej. Pożegnałam się z Kajertenem i podziękowałam mu za wszystko i
      poprosiłam, żeby pozdrowił rodzinę. On na pożegnanie dał mi brązową pelerynę,
      dokładnie w moim rozmiarze. Podziękowałam jeszcze raz, zarzuciłam pelerynę na
      ramiona i ruszyłam dalej.
      Tak jak powiedział mi Kajerten, po godzinie byłam już pod murami
      miasta. Po obu stronach bramy stali strażnicy. Gdy podeszłam, jeden z nich
      powiedział:
      -Imię i cel wizyty?
      -Ania, moim celem jest znalezienie czegoś do jedzenia i, ewentualnie, miejsca
      do spania.-odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
      -Wejść!- powiedzieli chórem i otworzyli bramy.
      Gdy weszłam, od razu zaczęłam się rozglądać za czymś do jedzenia. Peleryna
      osłaniała mi twarz, co pomogło mi unikać dziwnych spojrzeń i niewygodnych pytań.
      Nagle zdałam sobie sprawę, że przecież nie wiem, czym tu się płaci!
      Zapomniałam o to zapytać Kajertena! Jak mogłam zdobyć coś do jedzenia, bez
      pieniędzy lub czegokolwiek? Zwinąć? W życiu. Żebrać? Nigdy. Mam swój honor.
      Zrezygnowana ruszyłam naprzód z pochyloną głową. Nie wiem już, ile tak
      szłam. Wiem tylko, że skręcałam od czasu do czasu. Właśnie wtedy, gdy znów
      zmieniłam drogę, poczułam dziwny niepokój. Byłam w ciemnej alejce, koło
      śmietnika. Podejrzane miejsce. Chciałam zawrócić, ale właśnie wtedy drogę
      zagrodziło mi dwóch wyrostków: jeden miał zieloną skórę, drugi niebieską. Obaj
      mieli kije w rękach. Wyglądali na mniej więcej piętnaście lat. Przeraziłam się
      nie na żarty. Jeden warknął:
      -Masz kasę?
      -Nie mam.- odpowiedziałam drżącym głosem.
      - Akurat. -warknął drugi- Dawaj, bo cię obijemy!
      - Naprawdę nie mam pieniędzy! Nawet nie wiem, czym tu się płaci! Jestem z dość
      daleka!- zawołałam
      - Dawaj, bo inaczej....-pierwszy podniósł kij.
      Teraz to już wpadłam w panikę. Wiedziałam, że nie mam szans na ucieczkę, bo
      wyrostki zastawiali przejście. W walce też nie miałam szans.
      W tej chwili usłyszałam wrzask:
      -ZOSTAW JĄ!
      Wyrostki odwróciły się gwałtownie. Za nimi stało dwóch chłopaków, mniej więcej
      w moim wieku. Z błyskawiczną szybkością zastosowali parę ciosów i wyrostki
      leżały już na ziemi.
      -Uff...dzięki.-powiedziałam z ulgą.
      -Nie ma za co.-powiedział jeden z chłopaków.
      Dopiero teraz dokładnie im się przyjrzałam. Mieli rude włosy, nieliczne piegi,
      normalną, ludzką skórę, tylko lekko opaloną i szaro-niebieskie oczy. Wyglądali
      jak bliźniaki. Identyczne. Nie mieli brązowych płaszczy, tylko szare koszulki z
      krótkimi rękawami do łokci i ciemne spodnie, również wiązane w pasie. Nie mieli
      butów, tak jak ja.
      -Jak masz na imię?- zapytał jeden.
      -Ania.-powiedziałam.
      -Ja jestem Fobos, on Cedric. –powiedział pierwszy.
      Skamieniałam. Przecież to niemożliwe! Przecież...oni wyglądali na jakieś
      dwanaście lat! A Fobos i Cedric są dorośli i wyglądają trochę inaczej. Na pewno
      nie są podobni jak bliźniacy. I są blondynami, a nie rudzielcami!
      -Wiem, co myślisz.-powiedział następny z chłopaków-Chodź z nami, to ci wszystko
      wyjaśnimy.
      -Zgoda.-powiedziałam.
      Pierwszy z bliźniaków podszedł do ściany i nacisnął cztery cegły. Mur
      momentalnie się odsunął, ukazując całkiem przyjemne mieszkanko.
      -Witaj w naszym domu-powiedział pierwszy bliźniak.-Chodź, nie bój się.
      Weszłam pierwsza, zaraz za mną drugi bliźniak, a na końcu pierwszy.
      - Usiądź. Zaraz ci wszystko wyjaśnimy.-powiedzieli.
      Gdy wszyscy usiedliśmy, bliźniacy opowiedzieli mi, że gdy byli uwięzieni w
      Kondrakarze (twierdza pośrodku nieskończoności) pękła tak zwana „kula czasu”.
      Najmocniej podziałało na mglistą wieżę, czyli miejsce, gdzie byli uwięzieni. I
      tak, znowu wylądowali w dziecięcej postaci. Co gorsza, tego stanu nie można już
      odwrócić. Ale miało to swoje zalety, ponieważ mglistą wieżę zbudowano dla
      dorosłych, a oni, pod dziecięcą postacią, z łatwością przecisnęli się przez
      kraty i zwiali. Ale zmienił się nie tylko ich wygląd, ale i charakter.
      Nie wiedziałam, czy im uwierzyć, ale mówili tak przekonywująco, że w
      końcu uwierzyłam. Spytałam jeszcze o parę rzeczy, między innymi o to, czym tu
      się płaci. Gdy już wszystko było jasne, zapadł zmrok. Chłopaki zaproponowali,
      żebym przenocowała u nich. Nie miałam nic przeciwko. Byłam tak wykończona, że
      mogłabym usnąć wszędzie.
      Tamtej śniło mi się, że jestem w jakimś korytarzu i widzę przed sobą
      drzwi. Były zamknięte na kłódkę i łańcuch. Szarpałam z całych sił, ale klamka
      ani drgnęła. Siłowałam się z drzwiami całą noc, bez skutku. Chciałam wejść,
      zobaczyć co jest za nimi. Byłam pewna, że to coś cennego, ponieważ nawet sejfów
      w bankach nie zamyka się tak mocno. Gdy po raz „enty” szarpnęłam
      drzwi...obudziłam się.
      Na początku nie wiedziałam, gdzie jestem. Jednak zaraz sobie
      przypomniałam i zadrżałam. Jeśli nie było mnie cały dzień, w moim świecie
      pewnie już szuka mnie cały kraj! Na tę myśl aż się wzdrygnęłam. To by było
      potworne. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Fobosa:
      -Widzę, że śpiąca królewna wreszcie się obudziła! Chodź, jest już śniadanie!
      Wciąż lekko oszołomiona, podniosłam się z posłania i podeszłam do
      prowizorycznego stolika. Za śniadanie posłużyły suche bułki i zimne mleko. Dało
      się zjeść.
      Po śniadaniu okazało się, że skończyły się zapasy żywności. Trzeba było
      zdobyć nowe, co było dla nas niebezpieczną misją, z uwagi na nasz wygląd i na
      to, kim są, a raczej byli, Fobos i Cedric. Jednak nie było rady, trzeba było
      iść. Zebraliśmy się i wyszliśmy z naszej kryjówki na ulice Meridianu. Byłam tak
      czujna, jak jeszcze nigdy, chłopaki też, ale im to już pewnie spowszedniało
      (zakwasy mi jednak nie wyszły przez noc, co jak dla mnie jest dziwne, bo po
      przejściu dwóch kilometrów, ledwo powłóczę nogami).
      -Co zrobimy?- spytałam.
      -Poszukamy monet na ulicach. Spotkamy się na głównym placu, za dwie godziny.
      Ania, masz mapę miasta.-powiedział Fobos i dał mi rulon papieru.-Powodzenia!
      Poszliśmy w trzech kierunkach: ja na północ, Fobos na południe, Cedric na
      wschód. Niestety, brakowało kogoś, kto mógłby pójść na zachód.
      Szukałam monet już jakieś pół godziny, a nie znalazłam ani jednej. Po
      chwili wyszłam na ruchliwszą ulicę, by poszukać tam. I to był mój błąd, chociaż
      parę monet znalazłam.
      Nagle poczułam szarpnięcie za włosy. Jakaś wielka łapa podnosiła mnie
      do góry. Jakiś gruby, wstrętny głos, powiedział:
      -No, no, no, co my tu mamy! Jeszcze jedna sztuka do kolekcji. W końcu was
      wyłapaliśmy!
      Łapa puściła moje wł
      • mamaani5 Re: 38stron... 09.04.05, 23:17
        Łapa puściła moje włosy i złapała za ramię. Byłam zbyt przerażona, żeby
        wrzasnąć. Odwróciłam głowę i zobaczyłam Fobosa i Cedrica, z rękami związanymi
        za plecami. Obaj mieli miny ludzi, których właśnie złapano w pułapkę bez
        wyjścia. Wokół nich stali strażnicy. To jeden z nich mnie złapał.
        -Do lochów z nimi. Potem zdecyduję, co z nimi zrobić. –powiedział jakiś cienki,
        piskliwy i bardzo nieprzyjemny głosik. Z tłumu wyłoniła się jego właścicielka -
        Elyon.
        „O żesz ty!”- pomyślałam-„Niech ja cię dorwę!”
        Poprowadzono nas do lochów. Były to ciemne, wilgotne cele, tylko z jednym
        okienkiem na samej górze. Panowało tam lodowate zimno. Wszystko porastała
        pleśń, a na suficie była jakaś lepka, niezidentyfikowana substancja. Inaczej
        mówiąc, ostatnie miejsce, gdzie chcielibyście się znaleźć. Sądząc po odgłosach,
        które dochodziły przytłumione zza ścian, przejęcie władzy przez Pannę Nadętą,
        niewiele zmieniło, tak jak mówił Kajerten .
        Siedziałam na twardej pryczy i obmyślałam plany zemsty na Elyon.
        Wymyślałam też na nią wszystkie możliwe wyzwiska, np.: wstrętna pijawka,
        oślizgły gad, paskudny szczur, itd. Fobos i Cedric chyba robili to samo, bo
        siedzieli bez ruchu, wpatrzeni w podłogę.
        W końcu zeskoczyłam z pryczy i podeszłam do drzwi celi. Wtedy usłyszałam strzęp
        rozmowy strażników:
        -Słyszałeś, co się stało, Dernol?
        -Nie, a co?
        -Zniknęło Złote Oko, najcenniejszy skarb wszechświata. Od wieków był ukryty
        gdzieś w Meridianie.
        Aż podskoczyłam. Przecież Złote Oko to książka, którą czytałam (a raczej
        próbowałam czytać), kiedy się tu dostałam. No, wypisz, wymaluj! Cuda!
        Ze stanu bezgranicznego zdumienia wyrwał mnie głos drugiego strażnika:
        -Myślisz, że to te trzy małe łotrzyki go zwinęły?
        -Nie, są na to za głupi. Nawet najwięksi i najcwańsi mędrcy nie zdołali go
        odnaleźć przez wieki. Mówi się, że ten, kto go znajdzie, stanie się
        najpotężniejszą istotą we wszechświecie, a Oko da mu wszystko czego zapragnie!
        -Jej, chciałbym je znaleźć.
        -Każdy by chciał i właśnie dlatego kosmos zwariował na tym punkcie. Kiedy tylko
        ktoś ma trochę wolnego czasu, idzie i szuka, nawet w najbardziej absurdalnych
        miejscach, na przykład na śmietniku. Idioci! Po co ktoś miałby wyrzucał
        najcenniejszy skarb wszechświata do zsypu?
        -Rzeczywiście absurd.
        -No właśnie. Jak gdzieś jest, to tak ukryte, że nikt nie może go odnaleźć.
        -A może ono wcale nie istnieje i dlatego nikt nie może go znaleźć?
        -Co ty, chory? Przecież to dziedzictwo kosmosu! Musi istnieć!
        -Może masz rację....
        -A wiesz, że Elyon, Światło Meridianu...
        -Wiem kim jest Elyon, Reryt.
        -Wiem, że wiesz. W każdym razie rozkazała spalić na stosie tą trójeczkę. Jutro,
        w samo południe.
        Serce mi stanęło na moment. Usłyszałam już dość. Od razu opowiedziałam
        o wszystkim chłopakom. Zaczęłam od naszego wyroku (No proszę, a niby taka
        miłosierna!), a potem spytałam o Złote Oko. Fobos się zamyślił, a po chwili
        powiedział:
        -Tak istnieje coś takiego. Słyszałem na historii Meridianu. Najważniejsze i
        najcenniejsze dziedzictwo wszechświata. Mówisz, że zniknęło?
        -Tak usłyszałam- odpowiedziałam -Nie wiem czy to prawda. Ja się nie orientuję w
        tutejszej przyrodzie, geografii i historii.
        -W każdym razie, istnienie Złotego Oka to fakt historyczny. Jeśli naprawdę
        zniknęło, to oznacza poważne kłopoty dla wszystkiego co żyje...chyba że ktoś je
        szybko odnajdzie.-wyjaśnił Fobos.
        -Jak szybko? -zapytałam.
        -Eeee...nie wiem. Wiesz, kiedy ta gruba baba....yy, znaczy się, moja
        nauczycielka, mi to mówiła, to chyba się trochę, tak jakby...zamyśliłem.
        Spojrzałam na niego podejrzliwie.
        -Ech, no dobra, byłem zajęty robieniem samolotów z papieru. Zadowolona?
        -Jasne, prymusie. A nie wiesz przypadkiem, czy Złote Oko naprawdę spełnia
        wszystkie życzenia tego, kto je odnajdzie? Nawet te najbardziej absurdalne? -
        spytałam.
        -Po pierwsze, przestań się ze mnie nabijać. Po drugie, zgadza się. Złote Oko
        spełni każde pragnienie tego, kto je odnajdzie. I jeszcze jedno: do znalezienia
        Złotego Oka, potrzeba czterech przedmiotów: Złotego Sztyletu, Złotego Miecza,
        Złotego Piasku i Złotego Łuku. Też są dobrze ukryte w różnych miejscach
        wszechświata.
        -Więc mamy dostatecznie dużo powodów, dla których warto zwiać. –stwierdziłam
        -Ciekawe, jak zamierzasz to zrobić. Rozejrzyj się. Stąd nie sposób uciec. –
        odparł z pesymizmem Fobos.
        Rzeczywiście. Drzwi dębowe i zamykane na mniej więcej piętnaście zamków, tylko
        z malutką siateczką u góry, przez którą słyszałam rozmowę strażników. Ściany są
        z kamienia, zaprawa z roztopionego metalu, podłoga z żelaza w najczystszej (i,
        niestety, najtwardszej) postaci, a sufit ze stali. Stąd nie można było uciec.
        Ze złością walnęłam pięścią w ścianę. Wtedy stało się coś, czego nie
        przewidziałam. Ściana....odsunęła się. Nie wydała przy tym żadnego dźwięku.
        Niesamowite. Zamurowało mnie. Fobosa i Cedrica też. Przed nami otwierał się
        tunel, oświetlany pochodniami.
        -Idziemy? -zapytałam.
        -Lepsze to, niż dać się spalić. –odparł Fobos. –Chodźmy.
        Weszliśmy do tunelu. Roznosił się tam dziwny zapach. Było tu jednak cieplej i
        jaśniej, niż w celach. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam, że przejście za
        nami się zamknęło. Czyli nawet gdybyśmy chcieli, nie moglibyśmy już wrócić.
        Zresztą, po co niby wracać? Żeby dać się spalić? W życiu!
        Szliśmy przez tunel jakieś piętnaście minut, zanim na końcu tunelu
        pojawiło się światło. Poszliśmy w jego kierunku. Po chwili wyszliśmy na
        zewnątrz. Nareszcie. Gdy pomyślałam, w jaką furię wpadnie Elyon, gdy się dowie,
        że zwialiśmy, musiałam się uśmiechnąć.
        Zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie mamy pójść. Gdy rozejrzałam się
        jeszcze raz, zobaczyłam mały, czerwony przycisk w ścianie.
        -Spójrzcie na to, chłopaki.-powiedziałam i pokazałam go.
        -Co to jest?- spytał Cedric.
        -Nie wiem. Trzeba zobaczyć. –powiedziałam i wcisnęłam przycisk.
        W murze otworzyło się małe okienko, przez które zobaczyłam stół, a na
        nim cztery sztuki czegoś, co przypominało wygładzone kamienie. Wyciągnęłam je
        stamtąd. Były dość ciężkie.
        -Co to jest? -spytałam.
        -Ja nie wiem. –odpowiedzieli jednocześnie chłopaki.
        -To ja chyba tym bardziej. -stwierdziłam –Ale może dowiemy się tego później.
        Weźmiemy je ze sobą.
        -Ale w czym? Nie weźmiemy tego gołymi rękami. – powiedział Cedric.
        -Tyle to i ja wiem. –odparłam.
        Nagle zobaczyłam porzuconą torbę na ramię, która leżała pod czymś, co
        przypominało krzak jałowca. Wyglądała na dosyć solidną i dość dużą, na to, żeby
        pomieścić te kamulce, czy cokolwiek to było. Już wyciągnęłam po nią rękę, gdy
        nagle przypomniałam sobie, że w Meridianie nic nie jest takie, na jakie
        wygląda. Wyglądało to dość podejrzanie, że potrzebujemy torby i nagle ona
        pojawia się tuż koło nas. To mogła być pułapka. Rozejrzałam się, wzięłam długi
        kij, który leżał nieopodal i delikatnie trąciłam torbę. Nic się nie stało.
        Spojrzałam na Fobosa i Cedrica.
        -Chyba jest prawdziwa, nie? –spytałam.
        -Pewnie tak. –odparł Fobos.
        -No trudno, jak tak, to tak. –odpowiedziałam i wyciągnęłam rękę. Nic się nie
        stało gdy dotknęłam torby. Tak samo zresztą, gdy ją podniosłam. Zajrzałam do
        wnętrza. Nic nie było. Dałam ją chłopakom. Też nie zauważyli nic podejrzanego.
        Wtedy byliśmy już przekonani, że torba jest całkowicie bezpieczna. Włożyłam
        kamienie do środka i przerzuciłam torbę przez ramię.
        Nagle coś usłyszałam. W pierwszej chwili byłam pewna, że mi się
        wydawało , ale odgłos powtórzył się znowu. Przypominał dźwięk, który wydaje
        maszerująca armia.
        -Słyszycie? –zapytałam chłopaków.
        -Ja tak. –powiedział Fobos.
        -Ja też. –powiedział Cedric.
        -Co to jest za dźwięk? –spytałam niespokojnie.
        Przez chwilę wszyscy słuchaliśmy. W końcu odezwał się Fobos:
        -O żesz, spadajmy!
        Wszyscy zerwaliśmy się na nogi w jednej chwili. Szybko spojrzałam za mur. Po
        dwóch sekundach, wiedziałam już, o co chodziło.
        • mamaani5 Re: 38stron... 09.04.05, 23:18
          W naszą stronę rzeczywiście maszerowała cała armia i to z Elyon na czele!
          -Rany, w nogi, są już parę kroków stąd! -wrzasnęłam.
          Wszyscy w jednej chwili puściliśmy się pędem w pierwszym kierunku, który rzucił
          nam się w oczy. Biegliśmy sprintem godnym olimpijczyków, przez jakieś pięć
          minut, ale okazało się, że wybraliśmy złą drogę i trafiliśmy na ślepą uliczkę.
          Gdy uciekaliśmy, armia wciąż deptała nam po piętach. Teraz była coraz
          bliżej. Słyszeliśmy zbliżające się kroki.
          Nie pamiętam, żebym kiedyś była tak przerażona. Nawet spotkanie z
          tamtymi dwoma wyrostkami tak mnie nie przeraziło. Teraz nie mieliśmy dokąd
          uciec, nie miał nam kto pomóc, nie było nawet się gdzie schować, choćby w
          pojemniku na śmieci. Zaczęliśmy stukać w ściany, ale nie było tajemnego
          przejścia, lub czegokolwiek innego.
          Za rogiem uliczki zaczęły pojawiać się złowróżbne cienie. Słyszałam
          stukot, który mógł być odgłosem maszerowania armii, ale też biciem mojego
          serca. Czułam się tak, jakby wszystko dookoła, zamieniło się w posągi. Zakryłam
          oczy dłońmi i czekałam na cud. Przez głowę przemykały mi tysiące przerażających
          pytań, między innymi: co z nami zrobią, jak nas złapią? Czy wrócę jeszcze
          kiedyś do domu? Itp. A najważniejsze z moich pytań brzmiało: Kiedy mogę
          zakatrupić tą zarozumiałą pijawkę, Elyon?
          Pierwszy strażnik już sunął w naszym kierunku. Dopiero teraz zdałam
          sobie sprawę, że chłopaki stoją przede mną i starają się mnie osłonić.
          Świat wirował mi przed oczami. Zza rogu wychodzili już następni strażnicy. W
          końcu wyszła też panna Małe, Nadęte, Wredne i dwulicowe do wszelkich Granic
          Światełko Meridianu, Elyon. Mogłabym przysiąc, że serce stanęło mi w piersi. I
          wtedy zdarzył się wyczekiwany cud.
          Strażnicy byli coraz bliżej. Pierwszy już wyciągał łapę. Powoli zaczynało mi
          się robić ciemno przed oczami. Wiedziałam, że szansa na ucieczkę wynosi mniej
          więcej tyle, co wielkie, okrągłe, zero.
          Nagle ktoś nad naszymi głowami, wrzasnął na cały głos:
          -HEJ, TUTAJ!
          W jednej chwili spojrzałam w górę. Zobaczyłam postać, która rzuciła nam sznur.
          -Wskakujcie!- krzyknęła.
          Nie musiała powtarzać dwa razy. W jednej chwili wszyscy skoczyliśmy do sznura.
          Fobos dopadł liny jako pierwszy, Cedric zaraz za nim. Obaj po sekundzie byli
          już prawie na szczycie. Potem ja złapałam sznur i zaczęłam się wspinać. Zajęło
          mi to jakieś pięć sekund, po upływie których byłam już na szczycie. Dopiero
          wtedy przypomniałam sobie, że z podciągania i wchodzenia po czyś bez oparcia
          się na schodku czy czymś takim, jestem kompletnym zerem. Nie umiem nawet
          podciągnąć się na drążku na WF-ie. Widać strach (a raczej panika) potrafi
          zadziałać cuda.
          Kiedy już wciągnęliśmy sznur, by strażnicy nie mogli się po nim wspiąć,
          spojrzałam na tajemnicza postać. Okazało się, że wygląda dokładnie tak samo jak
          Fobos i Cedric!
          W głowie zaświtał mi pewien pomysł, ale na razie nie byłam pewna, czy słuszny.
          Za chwilę jednak, Cedric go potwierdził, mówiąc:
          -Cześć, stary! Jednak udało ci się nawiać z Kondrakaru!
          -Owszem. –odpowiedziała wesoło postać.
          -Złowiłeś coś ostatnio, przyjacielu? –spytał Fobos.
          Nie musieli mówić nic więcej. Wiedziałam, że ta postać to Frost Łowca. Jego
          Strażniczki dopadły tuż po Fobosie i Cedricu. Widać kula czasu podziałała też
          na niego.
          -O, właśnie, to jest Ania. Dość silna i bardzo miła dziewczyna. Przez przypadek
          znalazła się tu ze świata ludzi. Nie martw się; jest po naszej stronie. –
          przedstawił mnie Fobos.
          -Cześć. –powiedział Frost –Ja jestem…
          -Frost Łowca, wiem. –wpadłam mu w słowo.- Znam większość postaci, które poznały
          Strażniczki. Tylko w tej chwili nie chce mi się tego tłumaczyć od nowa.
          -Prawda, zupełnie zapomniałem. –powiedział Fobos –Musimy znaleźć nową kryjówkę.
          O poprzedniej wiedzą już pewnie strażnicy.
          -Znamy większość kryjówek i tajnych przejść w Meridianie. Strażnicy wiedzą o
          jednej setnej. Mamy w czym wybierać. –powiedział Cedric.
          -A skąd poznamy, że akurat o tej kryjówce nie wiedzą strażnicy? –spytałam.
          -Bo wiemy o których wiedzą, a o których nie.- powiedział Fobos –Mamy mapę.
          -Skąd ją masz? O ile pamiętam, to gdy strażnicy mnie dorwali, upuściłam ją. –
          stwierdziłam z żalem.
          -Ale gdy wlekli nas do lochów, udało mi się ją złapać palcami od nóg. Nikt nie
          zauważył.- odpowiedział Fobos.- Zresztą , z pamięci też umiałbym powiedzieć, o
          których kryjówkach strażnicy wiedzą. Tylko, że wtedy mapa mogła wpaść w
          niepowołane ręce.
          -To dobrze, ale chyba powinniśmy już iść. Na dachu jesteśmy łatwym celem.-
          powiedziałam.
          -Masz rację. –odparł Fobos. –Idziemy chłopaki. Tu gdzieś jest zapadnia.
          Wyjdziemy tamtą drogą.
          Przez chwilę wszyscy szukaliśmy tej zapadni. W końcu znalazł ją Cedric.
          Niestety, okazało się, że otwiera się na hasło. Tu byłam bliska płaczu. Są
          tysiące, nie, miliony słów, których można użyć jako hasła. W przypływie
          rozpaczy walnęłam pięścią w klapę i krzyknęłam „Żesz!”. I wtedy klapa
          odskoczyła. W tamtej chwili pomyślałam, czy nie zatrudnić się, jako zawodowy
          ślusarz do otwierania zamków na hasło. Na podstawie tych, które już rozbroiłam,
          myślę, że zbiłabym majątek.
          Już mieliśmy wejść, gdy powiedziałam:
          -Zaraz! Kto normalny zamyka klapę w suficie na hasło?
          -Ktoś, kto nie jest do końca normalny, czyli pan hrabia Somsterto. –
          odpowiedział Fobos- Ma fioła na punkcie bezpieczeństwa. Potrafi być
          denerwujący, ale jest całkowicie nieszkodliwy.
          -A jeśli nas przyłapie, jak przemykamy się przez jego dom?- zapytałam.
          -Nic. Powścieka się trochę, powrzeszczy, a my możemy sobie w tym czasie
          spokojnie przejść.- odpowiedział Fobos.
          -Jeśli tak mówisz... –powiedziałam.
          Weszliśmy do środka. Pierwszą rzeczą która mnie uderzyła, był ostry zapach
          stęchlizny. Chyba dawno nikt nie wchodził na strych, gdzie teraz byliśmy. Stało
          tu całe mnóstwo przedmiotów, niektóre o jasnym przeznaczeniu, (np.: kołyska) a
          inne wprost przeciwnie (np.: coś, co przypominało połączenie pozytywki i
          tamburynu). Następne drzwi były zamknięte na klucz, ale okazało się, że dla
          Cedrica to nie problem. Po prostu podniósł kawałek drutu, wygiął go,
          pomajstrował przy zamku i proszę! drzwi otwarte. Zapytałam, czemu nie uciekli z
          mglistej wieży wcześniej, skoro Cedric umie tak szybko otworzyć zamek. Chłopaki
          wyjaśnili mi, że w Kondrakarze są specjalne zamki, które, niestety, może
          otworzyć tylko Wyrocznia.
          Przez dom przeszliśmy bez przygód. Hrabia Somsterto właśnie uciął sobie
          drzemkę, co można było usłyszeć z drugiego końca domu. Przy
          okazji „pożyczyliśmy” sobie cztery brązowe peleryny.
          Wyszliśmy na ulicę, z płaszczami narzuconymi na ramionach.
          -Chodźcie za mną. Mam pomysł, gdzie się ukryć. –powiedział Fobos.
          -Może kupilibyśmy coś do jedzenia?- zapytałam –Udało mi się uzbierać trochę
          monet.
          -Masz rację. Nie mamy nic do jedzenia. Chodźmy.
          W pół godziny obeszliśmy mnóstwo straganów. Zakupione towary chowałam do torby
          z wygładzonymi kamieniami, którą wciąż miałam na ramieniu.
          -Chyba mamy już wszystko. –powiedział Cedric.
          -Pewnie tak. Idźmy już. –odparł Fobos.
          Po jakichś dziesięciu minutach byliśmy już w nowej kryjówce. Gdy już się
          urządziliśmy i usiedliśmy spokojnie, zaczęłam zastanawiać się, co dalej.
          Chłopaki chyba też. Nagle przypomniałam sobie o wygładzonych kamulcach.
          -Frost, może ty wiesz co to jest? –spytałam i pokazałam mu jeden z gładkich
          kamieni.
          -Nie bardzo. –odparł. – Nie przypominają niczego, co dotąd widziałem.
          -Trudno. –powiedziałam.
          Wszyscy smętnie patrzyliśmy na kamienie. Po pięciu minutach znów się odezwałam:
          -Chyba powinniśmy spróbować odnaleźć Złote Oko.
          Chłopaki natychmiast się ożywili.
          -A co się z nim stało? –spytał Frost.
          -Podobno zaginęło. -odparł Cedric- Anka, jak ty zamierzasz je odnaleźć? Nawet
          najwięksi mędrcy nie potrafią go znaleźć!
          -Może nam się uda. –od
          • mamaani5 Re: 38stron... 09.04.05, 23:20
            -Może nam się uda. –odpowiedziałam- W końcu, musimy coś robić. Nie możemy
            siedzieć tu na zawsze.
            -Ale nie ma żadnych wskazówek! –powiedział Fobos- Możemy nie znaleźć go przez
            całe lata!
            -Wiem. –odparłam- Ale przynajmniej nie będziemy tu tak siedzieć bez celu.
            -Może masz rację.- przyznał w końcu Fobos. –Kto się zgadza, niech podniesie
            rękę!
            Po chwili w powietrzu były cztery ręce. Wszyscy się zgadzali.
            -Zgoda. Jutro ustalimy, kiedy ruszamy. –oznajmił Fobos- Ale teraz zjedzmy coś i
            chodźmy spać.
            Zjedliśmy kolację, na którą składało się jedno jabłko na osobę i plasterek
            szynki, po czym poszliśmy spać. Śniło mi się, że siedzę w klatce wiszącej pod
            sufitem w jakimś pomieszczeniu, a ta mała żmija, Elyon, szczerzy na mnie swoje
            krzywe zęby. Tuż za nią, stał wielki kocioł z wrzącą smołą. Elyon śmiała się i
            dała jakiś dziwny znak ręką. Nagle klatka ruszyła naprzód, prosto nad kocioł.
            Zrozumiałam, co ta pijawka chce zrobić i poczułam taki gniew, jakiego nie
            czułam jeszcze nigdy. Prawie bezwiednie wyciągnęłam ręce przed siebie i
            wrzasnęłam na cały głos jakieś słowo. Błysnęło niebieskie światło...i okazało
            się, że leżę na podłodze, tuż koło kotła. Spojrzałam na klatkę; teraz siedziała
            w niej Elyon i darła się na cały głos. A klatka zatrzymała się i powoli
            zjeżdżała do kotła...
            Ta część snu była tak przyjemna, że musiałam się uśmiechnąć.
            Nagle przyjemny sen zniknął i znów pojawiły się zamknięte drzwi, które
            śniły mi się poprzedniej nocy. Znów szarpałam się z nimi godzinami. Bez skutku.
            Nagle obudziłam się i zobaczyłam, że wygładzone kamulce lśnią czterema
            różnymi kolorami, każdy innym: białym, złotym, fioletowym i zielonym. Poza tym,
            lekko drżały.
            Natychmiast wygramoliłam się z posłania i obudziłam chłopaków. Wszyscy
            wpatrywaliśmy się jak zahipnotyzowani w kamienie, które drżały coraz mocniej.
            Każdy z nas usiadł przy którymś; ja przy białym, Fobos przy złotym, Cedric przy
            zielonym, a Frost przy fioletowym. Gdy kamienie drżały już bardzo mocno, stało
            się coś, czego nikt z nas nie mógł przewidzieć; zaczęły pękać, a spomiędzy
            pękniętych kawałków wyglądały małe pyszczki. Wtedy zrozumieliśmy; to nie były
            kamienie, to były jajka! I to nie byle jakie, tylko najprawdziwsze smocze jaja!
            Gdy smoczki wydostały się już ze skorup, rozejrzały się i każdy skoczył
            na kolana temu, kto był przy jego jajku. Ich łuski lśniły tym samym kolorem, co
            skorupy. Ten który wskoczył mi na kolana był bielutki jak śnieg. Gdy dotknęłam
            jego grzbietu, okazało się, że nie ma łusek, tylko mięciutką sierść, jak u
            kociaka. Miał rubinowe oczka, pyszczek charakterystyczny dla smoka i ostre
            ząbki, co zobaczyłam gdy ziewnął. Miał małe łapki, zakończone pazurkami. Jego
            ogon był taki, jak reszta ciała, miękki i puszysty, tylko z jednym rogiem. Miał
            parę sporych skrzydeł.
            Maluch przytulił się do mnie i usnął. Mruczał jak kotek. Nie wiedzieć
            czemu, poczułam się bardzo szczęśliwa.
            Przyjrzałam się pozostałym smokom: ten, który wykluł się ze złotego
            jaja, miał lśniące łuski tego samego koloru i skrzydła pokryte malutkimi
            kolcami. Jego oczy były koloru szafirowego.
            Następny, z zielonego jajka, też miał łuski tego samego koloru, parę
            skrzydeł i mały róg na czole.
            Miał oczy koloru złotego.
            Ostatni, z fioletowego jaja, również miał łuski, koloru tego samego, co
            jego jajko. Posiadał zwykłą parę skrzydeł, a jego grzbiet i ogon były pokryte
            kolcami.
            Pierwszy odezwał się Fobos:
            -To chyba trochę opóźni poszukiwania, nie?
            -Pewnie tak. –powiedziałam- Nie możemy zabrać ze sobą czterech małych smoków.
            Trzeba poczekać aż podrosną.
            -Może to i dobrze się stało.-powiedział Cedric- Nie będziemy musieli chodzić na
            piechotę. Złote Oko może być miliardy kilometrów stąd.
            -A ja bardziej lubię jeździć na czymś, niż chodzić.-stwierdził Frost.
            -Każdy bardziej lubi jeździć, niż chodzić.-odparłam.
            -Dobra, dobra, na razie zastanówmy się, co zrobić z tymi maluchami. –powiedział
            Fobos- Wie ktoś, czym one się żywią?
            -Mięsem, to nawet ja wiem. –odparłam- Nie słyszałeś?
            -No...nie bardzo. –powiedział Fobos.
            -Mhm. -mruknęłam. Wiedziałam, że jak nawet ktoś mu to mówił, to on był zajęty
            czymś ciekawszym.
            -Dobra, kładźmy się już spać.- powiedziałam- Jutro mamy ciężki dzień.
            -Masz rację.- zgodził się Fobos- Ale najpierw chyba trzeba im coś dać do
            jedzenia, nie?
            -Chyba tak.-powiedziałam.
            Każdy z nas wziął plasterek szynki i dał swojemu smokowi.
            -To im nie wystarczy.- powiedziałam, patrząc, jak smoki połykają szynkę w
            całości-Muszą nauczyć się polować. Zapasów nie starczy na długo.
            -Na razie my możemy coś zdobyć. –powiedział Fobos- Właściwie, takie polowanie
            jest tańsze niż kupowanie jedzenia. I ciekawsze.
            -A jak będziemy mieli gdzie rozpalić ogień, to będzie też jedzenie dla nas. –
            stwierdziłam.- Nie będziemy musieli szukać monet na ulicach.
            -Dobry pomysł, ale naprawdę chodźmy już spać- powiedział Fobos. –Inaczej rano
            nie wstaniemy.
            Ułożyliśmy się z powrotem na posłaniach. Nasze smoki ułożyły się tuż
            przy nas. Mój przytulił się do mnie i zasnął w jednej chwili. Ja tuż po nim.
            Spałam mocno i do rana już nic mi się nie śniło.
            Obudziło mnie cichutkie popiskiwanie mojego smoka. Trącał mnie delikatnie
            noskiem, chcąc, żebym się obudziła. Wstałam, pogłaskałam go i
            nagle....usłyszałam jego głos w mojej głowie.
            -Ania.
            Byłam zaskoczona. Nie przewidziałam czegoś takiego. Ale zapytałam, również w
            myślach:
            -Umiesz mówić?
            -Tak. –odpowiedział głos.-Po wykluciu wybrałem sobie Ciebie na opiekuna. Ale
            żebym mógł być naprawdę twój, ty musisz nadać mi imię.
            Zastanowiłam się przez chwilę. W końcu powiedziałam w myślach:
            -Oliver.
            -Może być. Ładne. –odpowiedział mi również w myśli.
            -Jesteś głodny? -spytałam
            -Tak.- odpowiedział.
            -No dobrze, może coś poradzimy.- powiedziałam w myśli.
            Wstałam i opowiedziałam o wszystkim chłopakom.
            -Ty też?- spytał Fobos- Też rozmawiałaś ze swoim smokiem?
            -Tak, wy też? –spytałam zdumiona.
            -Owszem. –powiedział Cedric.
            -Nadałaś mu imię? –spytał Frost.
            -Tak. -odpowiedziałam- Oliver.
            -Mój ma na imię Płomień. -powiedział Fobos.
            -A mój Szmaragd. –powiedział Cedric.
            -Mój to Błysk. –powiedział Frost.
            Uśmiechnęłam się. Wszystkie cztery smoki już oficjalnie należały do nas. Nagle
            przypomniałam sobie o czymś:
            -Trzeba im dać coś do jedzenia.
            -Wiem. –odparł Fobos i rzucił smokom po plasterku szynki.-Dziś w nocy idziemy
            na polowanie.
            -Dobra. –powiedziałam- Ale może za dnia ustalimy, kiedy wyruszamy na
            poszukiwanie i dokąd wyruszamy? Złote Oko może być gdziekolwiek.
            -Wyruszamy kiedy smoki podrosną. –powiedział Fobos.
            -A dokąd wyruszamy? –spytałam.
            -Zastanówmy się.-powiedział Fobos- Gdzie na pewno nie ma Złotego Oka?
            -W Meridianie. –stwierdziłam –Z tego co słyszałam, każdy milimetr kwadratowy
            tej planety jest już obejrzany ze wszystkich stron.
            -Ale jeśli nie ma go w Meridianie.. -powiedział Cedric- To jak mamy je znaleźć?
            Jedyne przejście między światami to Kondrakar, a tam nie wrócę za żadne skarby.
            -Ja też nie. –powiedział Frost.
            -Musimy znaleźć jakieś inne wyjście z Meridianu do innych światów. –powiedział
            Fobos.
            Zamyśliłam się. Nagle mnie olśniło:
            -Mam! Chłopaki, czy w Meridianie istnieje coś takiego jak zbiorniki z tlenem?
            -Tak, a co? –spytał Fobos.
            -Pomyślałam, że moglibyśmy je założyć na plecy i wylecieć w przestrzeń na
            smokach. -powiedziałam- Myślicie, że dadzą radę? Oczywiście jak urosną?
            -Najlepiej sami je spytajmy. –powiedział Fobos.
            Po chwili wszyscy połączyliśmy się ze swoimi smokami.
            -Oliverze, jak myślisz; gdy podrośniesz dałbyś radę polecieć w kosmos ze mną na
            plecach?
            -Naturalnie. –odpowiedział
            -Na pewno? To strasznie długa droga. Mamy zamiar lecieć do gwiazd.. A
            najbliższa jest miliardy kilometrów stąd.
            -Dam radę. –powiedział- Smoki pokonują wi
            • aka10 Re: 38stron... 10.04.05, 14:52
              A czy mala wie,ze Ty to na necie publikujesz? Pozdrawiam.
          • iffona Re: 38stron... 11.04.05, 16:18
            z czystej ciekaowosci Ty to przepisujesz ? czy ona ma to w wordzie ?

            tak poza tym to podoba mi sie, ma dziewczyna dar
            • allija Re: 38stron... 12.04.05, 07:37
              Będąc w tym wieku mniej więcej też pisałam powieść pod wpływem przeczytanych
              książek. Mój syn tez pisał i chyba coś tam pisze dalej.
              Córka wyrasta ci na humanistkę najwyraźniej.
    • smutek8 Re: 38stron... 12.04.05, 22:57
      A tak naprawdę to w jakim celu i na tym właśnie forum, przedstawiasz
      opowiadania swojej córki?
      Natknęłam się na nie już jakiś czas temu i nie wiem dlaczego to robisz?
      Chcesz, aby je komentowano? Chwalono? Poprawiano? Bardzo jestem ciekawa.
      I co to znaczy:
      > Pożyczyła postacie główne ze swojego ulubionego
      > czasopisma i debiut murowany. ???
      Nic z tego nie rozumiem.
      • no-surprises Re: 38stron... 13.04.05, 15:00
        Z ust mi wyjęłaś te słowa. Sama często powtarzam uczniom - mało ważne ile,
        ważne - co.
    • irytek001 Re: 38stron... 13.04.05, 21:48
      Aniu (jeśli to Twoje prawdziwe imię)
      Dlaczego na forum udajesz swoją mamę???
    • archi_joa Re: 38stron... 14.04.05, 00:12
      na forum niczego nie można byc pewnym, ale jesli Twoja corka Ania ma 12 lat i to
      jest jej i tylko jej opowiadanie, to gratuluję....i radze powolutku, powolutku
      podsuwac jej rozne ksiazki, czyli rozwijac humanistycznie...moze na poczatek
      'mała czarownica'...a jesli chodzi o opowiadanie...to mysle, ze z czasem wiele
      rzeczy trzeba bedzie dopracowac, ale jak na 12 lat całkiem sprawny styl ..
      pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka