Dodaj do ulubionych

Dystrofia...uleczalna czy nie..?:(

15.08.04, 10:29
Mam pytanie na temat Dystrofi( zanik mięśni)...Jeśli ktoś się w tym orientuje
to czy dzięki leczeniu w Ukrainie ta choroba moze ustać, czy jej postęp może
być powolniejszy? I czy zmiany psychiczne też mogą być widoczne...?

Obserwuj wątek
    • mantis77 Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 16.08.04, 02:40
      Proszę zajrzeć na www.dystrofia.dzieciom.pl/dystrofia/index.php
      Tam jest sporo artykułów z czasopism. Odpowiedzi rodzin na artykuły itp. po
      przeczytaniu i szukaniu odpowiedzi muszę z przykrością stwierdzić (To jest
      tylko moje zdanie) że raczej nie ma na dzień dzisiejszy takiej terapii któraby
      dawała jakieś pozytywy. Tym bardziej jest to dla mnie przykre że moja
      dziewczyna ma rdzeniowy zanik mięsni. Ale nie wolno się załamywać. Żyjmy chwilą
      i patrzmy ile możemy dać ciepła tym osobom.
      • karcia-albi Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 16.08.04, 08:43
        Bardzo dziękuje za pomoc. Ciesze sie tylko że można z tym żyć i że zabiegi w
        Ukrainie przynoszą efekty. trzymaj sie:*:*
    • blanqua Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 17.08.04, 20:59
      Co do terapii na Ukrainie. Niestety nie ma żadnych dowodów na to że ta terapia
      działa. Najprawdopodobniej działa tu tylko efekt placebo.
      Prowadzacy tą klinikę jest osobą bardzo nieuczciwą. Nie pozwala na dotarcie do
      żadnych danych, nie mówi o tym jaki lek przyjmuje osoba chora. Jest to
      działanie eksperymentalne a więc zgodnie z procedurami osoba, która uczestniczy
      w eksperymencie nie powinna płacić. A tutaj rodzice osób chorych są obierani z
      pieniędzy. Ponadto tą samą metodą (kroplówkami) usiłuje leczyć wszelkie
      nieuleczlne choroby. ten profesor nie chce przedstawić wyników ani historii
      chorób przed żadnym poważnym towarzystwem. Żeruje na cierpieniu i nadziei osób
      nieuleczelnia chorych.
      Rozmawiałam na ten temat z profesorami neurologii oraz biotechnologii i mówili,
      że nie ma żadnych szans aby taka terapia w takiej formie mogła działać.
      Najprawdopodobniej terapia działa na zasadzie efektu placebo.
      Ale w takim momencie haniebne jest branie ogromnych sum pieniędzy od rodziców.
      Blanka
      • mantis77 Lepiej kochać niż stracić życie ganiając za kasą. 18.08.04, 00:50
        blanqua napisała:

        > Ponadto tą samą metodą (kroplówkami) usiłuje leczyć wszelkie nieuleczlne
        choroby.


        Właśnie to mnie przekonało aby nie walczyć o kasę dla mojej ukochanej, bo
        wcześniej jej pytałem o tą klinikę i powiedziała tylko "poczytaj sobie
        dokładnie". A jej mama jest na tyle zaradna że gdyby to naprawdę miało jakiś
        sens to by te pieniądze skądś wytrzasnęła.

        > Najprawdopodobniej terapia działa na zasadzie efektu placebo.

        Ponieważ ktoś mi powie że jakieś osoby doznały postępu to powiem że po
        pierwsze niewielkiego a po drugie zgadzam się że to może być efekt placebo. Po
        trzecie nie mamy pewności czy komórki (czy cokolwiek to jest bo pewności nie
        mamy) jest wolne od wirusów żółtaczki, HIV itd.
        • karcia-albi ale jest jakas szansa...chociaz mała... 18.08.04, 10:59
          ale skoro jest jakaś mała iskierka nadziei na poprawienie stanu zdrowia to
          myśle, że trzeba ją wykorzystać...i chociaz kosztuje ogromne pieniadze to potem
          ma się poczucie, że się chociaz sprobowało...
          • mantis77 Re: ale jest jakas szansa...chociaz mała... 18.08.04, 17:41
            Moja dziewczyna mówi że nie ważne ile lat żyjesz. Ale żyj pełnią życia. I ja
            się z tym zgadzam. Bo jeśli będziesz zbierać kasę na taką inicjatywę (a pan
            doktor nie zaspokoi się po pierwszej opłacie tylko jest to cały cykl) to
            stracisz ileś czasu. Czasu który powinno się podarować tej osobie którą się
            kocha. No i chłodnym okiem patrząc nie wiemy co tam siedzi w tej kroplówce.
            Chyba nie trzeba być geniuszem żeby wiedzieć że lek na wszystkie schorzenia nie
            istnieje (a jest reklamowany jako na AIDS i inne choroby zresztą można było
            sprawdzić na ich sronie www). A zabiegi tej kliniki są dla mnie jakieś dziwne.
            Dlaczego nikt głośno nie mówi co to dokładnie jest? Dlaczego nie ma oficjalnych
            badań. Czy to jakaś "czarna magia"? Takie pytania mi się nasuwały na dzień
            dobry? A poza tym Amerykańce mają 1000 krotnie lepszy sprzęt i ludzi i jakoś
            prowadzili badania ale nie przyniosły rezultatów. Gdyby była taka możliwość
            napewno by na tym zbijali kasę bo to naród dosyć interesowny. Gdy w poznaniu
            lekarz odkrył szczepionkę na bodajże czerniaka złośliwego, wszędzie było głośno
            a on przeprowadzał badania oficjalnie na ludziach za ich zgodą, ZA DARMO. Więc
            cóż mamy do czynienia z tamtą kliniką. Jak dla mnie jest to złudne dawanie
            nadzieji i żerowanie na niewinnych. Ja też przez jakieś 10 lat mojego
            dzieciństwa chodziłem do różnych różdżkarzy, energoterapeutów itp. Ale w końcu
            do mojej mamy dotarło że coś co jest uszkodzone mechanicznie nie da się uleczyć
            jakimiś bioprądami. Tak więc sorry, że może rozwiewam nadzieję ale nie widzę
            jej w tej klinice. Wolę spędzić czas przed komputerem szukając nowych wyników
            badań w innych "cywilizowanych" krajach. Medycyna prze naprzód, bądźmy dobrej
            myśli.
            • karcia-albi Re: ale jest jakas szansa...chociaz mała... 18.08.04, 18:15
              ja wszystko rozumiem. Wiem, dziwne wydaje się, ze klinika jakby sie ukrywa i
              nie publikuje wyników swoich badań. Fakt,iż są to "eksperymenty", za które
              pobiera się niebotyczne pieniądze, też jest bardzo dziwny. Ale nie wiem jak
              wytłumaczyć to, że po przyjeżdzie z Ukrainy mój chłopak poczuł się dużo lepiej,
              było to i jest nadal widoczne.
    • mantis77 Czy można wyleczyć wszystko? 18.08.04, 17:51
      Zadajmy sobie pytanie czy istnieje lek na wszystkie choroby?
      I pytanie drugie czy w klinice zadbają o to aby nie złapać innej choroby. Skoro
      leczą także AIDS czy na pewno wszystko jest sterylne?

      Proszę wejść na stronę:

      www.emcell.com/en/experience/index.html
      I zobaczyć o czym mowię.
    • karcia-albi Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 18.08.04, 18:22
      to co mówi twoja dziewczyna jest niesamowicie ważne i bardzo mądre. Nurtuje
      mnie jeszcze jedno pytanie, ale nie wiem czy je do ciebie kierować, bo niby
      skad miałbys wiedzieć...jednak zaryzykuje;) Od dłuższego czasu staram się
      odnaleźć odpowiedź na 2 pytania. Czy są rózne przebiegi tej choroby, czy jedni
      posiadają ją bardziej zaawansowaną, a drudzy mniej?( gdyz słyszałam o śmierci
      młodych osób poniewaz choroba zaatakowała płuca). Czy na to się umiera?
      • mantis77 Będę szczery do bólu:( 18.08.04, 23:35
        Będę szczery do bólu. Wiem dużo o tej chorobie mimo że np. mama mojej
        dziewczyny myśli że ona wie lepiej od wszystkich, ale to taka mała dygresja. Od
        razu przyznam że na pewno nie wiem wszystkiego. Ale jak z kimś chce się wieść
        życie na dobre i na złe, należy się poważnie zastanowić i dowiedzieć wszystkie
        za i przeciw.

        A więc odpowiadam

        Po pierwsze choroba jest śmiertelna. Choć trzeba to ująć troszkę inaczej. Ona
        jest jak AIDS (nie chodzi mi o zarażenie bo się zarazić nie można) Bo tak jak w
        tamtej chorobie wyniszcza twój organizm i umierasz na coś zupełnie innego.

        Najczęściej przyczyną śmierci jest niewydolność płuc (zaczyna się od zpalenia
        oskrzeli i płuc a dalej można się domyśleć). Mięśnie nie mają jak ściskać i
        rozszerzać płuc i kończy się na oddziale w szpitalu pod respiratorem. Wiem o
        tym że moja dziewczyna i tak może skończyć, ale ją kocham i nie zostawię.

        Drugą przyczyną może być niewydolność krążenia. Serce przecież to też mięsień i
        to jeden z ważniejszych.

        Żeby dokończyć ten strasznie smutny ton dodam że najczęściej choroba dotyka
        mężczyzn i kończą oni swój żywot zazwyczaj przed 20 rokiem życia.

        Są dwa najbardziej popularne odmiany zaniku: rdzeniowy (dotyka dziewczyny i
        facetów) i Duchenne`a (chorują tylko chłopcy). Moja dziewczyna ma rdzeniowy
        zanik mięśni. Są jeszcze inne odmiany ale dokładnie nie znam ich przebiegu.
        Natomiast pewne jest że (przynajmniej tak widzę z doświadczenia) zanik mięśni
        Duchenne`a przebiega szybciej niż rdzeniowy.

        Przważnie lekarze mówią że nikt nie dożywa 20 ale moja dziewczyna jest jakby
        zaprzeczeniem tej teorii bo ma 23 lata. Fakt choroba postępuje i to widać. Rok
        temu kożystając z komórki, bez problemu wciskała klawisze przez plastykowe
        etui. Dziś często nie może ich wcisnąć do końca i się niecierpliwi. Pewnie że
        można zwalić winę na zimno że plastik jest twardy itp. ale niestety zmiany
        postępują ale po malutku. Jak na razie nie ma problemów z oddychaniem ale może
        to wynik jej ćwiczeń śpiewu (występuje z dużymi osiągnięciami na fastiwalach).

        Co mogę doradzić. Po pierwsze się nie załamywać. Po drugie dobrze jak taka
        osoba ma wózek inwalidzki sterowany joystickiem bo jest bardziej samodzielna.
        (Moja dziewczyna ma dwa jeden domowy jeden na dwór) Niestety wiem z
        doświadczenia że przeszkodą może być samo mieszkanie żeby można było wyjjść z
        domu. Dodatkowo można takiej osobie zafundować psa tresowanego do pomocy
        (zapali światło, poda komórkę, podniesie coś z ziemi, otworzy drzwi itp.)
        Więcej informacji o tej dziedzinie w stowarzyszenie "Alteri" które szkoli takie
        psy. Niestety tego nie ma moja dziewczyna bo jej mama by się nie zgodziła bo by
        go trzeba wyprowadzać ale widziałem prezentację psów właśnie z dziewczyną na
        wósku z zanikiem. Co ważne część szkolenia przeprowadza sama osoba
        niepełnosprawna.

        Aha jeszcze jedno różnica między np. tymi rodzajami schorzenia jest taka że w
        Duchenne'ie są uszkodzone mięśnie a w rdzeniowym zaburzona komunikacja między
        rdzeniem a mięśniem ale sam mięsień nie jest uszkodzony a zanika spowodu braku
        ruchu.

        No to tyle jak ktoś ma jeszcze pytania to możecie pisać tu albo na maila.

        Pozdrawiam
        zakochany w Promyczku Mantis
        • karcia-albi Re: Będę szczery do bólu:( 20.08.04, 20:13
          Mój chłopak ma zanik mięsni typu Duchenne`a. Myśle, że jest jeszcze troche za
          mlody na 100% samodzielnośc, chociaż za góra 2 lata trzeba bedzie częsciowo się
          usamodzielnić. Bede z nim tak długo jak nam bedzie ze sobą dobrze. I postaram
          sie nie załamywać;) Bardzo dziękuje...
        • sita_atlantis Re: Będę szczery do bólu:( 27.08.04, 16:20
          _respect_ Podziwiam, podziwiam i jeszcze raz podziwiam
    • blanqua Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 20.08.04, 20:02
      Zanik mięśni może mieć różne formy i oprócz typu Duchenna istnieją także inne
      odmiany, których przebieg jest zróżnicowany.
      Co do terapii ukraińskiej. Cóż, nie jest to jeden zabieg a cała seria. Co kilka
      miesięcy należy przyjeżdżać na kolejne. Życie zamienia się w nieustanne
      poszukiwanie pieniędzy na kolejne kroplówki. Poza tym sama forma podawania tego
      jest dość zabawna. Podaje on normalną kroplówką jakąś ciecz. Jest to wyciąg z
      abortowanych płodów, w których mają się znajdować komórki. Dowiadywałam się od
      biotechnologów. Szansa byłaby gdyby udało się wyizolować dustrofinę i do
      poszczególnych komórek wszczepiać. A tego nie da się zrobić, nie ma na to
      mozliwości. próbowano wyizolować te komórki macierzyste ale także te próby nie
      zostały uwieńczone powodzeniem.
      Jest to raczej oszukiwanie siebie. rodzice chcą wierzyć, że robią wszystko, co
      możliwe, raczej może uspokoić swoje sumienie. Ale czy to jest najlepsze co
      mozna dla dziecka zrobić? Czy zamiast być z dzieckiem, rehabilitować, zapewniać
      komfort zycia właściwe jest podejmowanie prób skazanych na porażkę aby uspokoić
      sumienie?
      Poza tym pozostaje kwestia tego, że wyniki badań nie zostają nigdzie
      opublikowane. Nie ma możliwości zweryfikowania tej terapii, nie znamy skutków
      ubocznych ani zasad przeprowadzania. Nie ma więc mowy o jakiejkolwiek
      naukowości tej terapii.
      Blanka
      • karcia-albi Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 21.08.04, 16:15
        Czy zamiast być z dzieckiem, rehabilitować, zapewniać
        >
        > komfort zycia właściwe jest podejmowanie prób skazanych na porażkę aby
        uspokoić
        >
        > sumienie?
        Ale dlaczego odrazu skazanych na porazke???;/ przeciez skoro nic nie jest
        publikowane to nie mozna ani wierzyc w skuteczność tej metody, ale tez zupełnie
        jej skazywać na niepowodzenie.
        • blanqua Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 22.08.04, 00:04
          Niestety w medycynie aby mówić o rzetelności muszą być znane wyniki. Każda
          normalna metoda zanim jest zastosowana na ludziach przechodzi testy, fazę
          eksperymentów. O ich wynikach informuje się, publikuje.
          Cała atmosfera tej metody (tajemnicza klinika, leczenie jedną metodą wszystkich
          chorób, brak danych naukowych, podpisywanie przez rodziców, że bierze się to na
          własną odpowiedzialność, szalenie wysokie koszty) w połączeniu z tym, że na
          obecnym stopniu rozwoju medycyny nie ma szansy aby taka technologia miała
          zastosowanie do dystrofii (ponieważ nie da się z krwią podać komórek
          macierzystych tak, aby one działały) każe sądzić,że jest to szarlataneria.
          Cóż, profesor bazuje na rozpaczy rodziców z Polski. Jakoś z innych krajów do
          niego nie jeżdżą - ponieważ to co on mówi to mrzonki.
          A gdyby rzeczywiście metoda ta miała działać to ogłosiłby ją, pozwolił poznać
          światu medycznemu jako wielkie dobrodziejstwo.
          Blanka
      • sebanna5 Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 18.09.04, 19:41
        Ludziki. Jestem ze Szczecina. Poszukuję rehabilitanta/tki dla mojego synka. Ale
        musi to być ktoś dobry, z doświadczeniem - tzn żebym nie musiała zaglądać do
        książki, żeby sprawdzać czy dobrze wykonuje ćwiczenia. I żeby to nie był ktoś
        dopiero uczący się rehabilitacji chorych dzieci. Bo i takie kwiatki mi sie
        zdarzały. Wiem, że gdzieś muszą nauczyć się praktyki, ale po prostu uważam, że
        mój syn nie ma czasu na źle prowadzone ćwiczenia. Zrozumcie - chcę dla niego
        jak najlepiej i muszę zapewnić mu w miarę najlepszą opiekę. To wszystko co mogę
        dla niego zrobić. Chciałabym takiego rehabilitanta, który przychodziłby do
        domu, bo mamy tyle wyjazdowych zajęć z dwóką dzieci, że ciezko byłoby jeszcze
        gdzieś dojeżdżać. Poza tym potrzebuję osobę zdecydowaną, która nie będzie
        traciła czasu na licytowanie się z dzieckiem czy ma ochotę ćwiczyć, a może
        jutro, a może coś tam...Miałam tez taka rehabilitantkę, która połowę czasu
        traciła na przekonywanie mojego synka do ćwiczeń, wysyłając przy tym sms-y
        przez komórkę (myślała, że jej nie widzę). Dziecko 5-letnie też się szybko
        niecierpliwi, jest znudzone ćwiczeniami, ale może znalazłby sie ktoś, kto ma
        jekieś podejście do dzieci? Jestem też twarda jesli chodzi o narzekania mojego
        synka podczas ćwiczeń. Wiem, że rozciaganie boli, ale lepszy ból niż świadomość
        wczesniejszego posadzenia go na wózku. Serce mi sie kraje, ale nie mięknę gdy
        podczas ćwiczeń skarży się na ból. To dla jego dobra i na pewno mu nie ustąpię
        pod tym względem. Wiem dobrze, że zamieniłabym się z nim - wolałabym, żeby mnie
        bolało. To chyba naturalne. Naprawdę poszukuję konkretnej osoby, znającej się
        na rzeczy. Może znacie kogos takiego? Oczywiście w cenie w granicach rozsądku.
        Chyba żądam zbyt wiele? : )
        • mantis77 Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 18.09.04, 22:42
          Wydaje mnie się że takie podejście jest złe. To dziecko samo powinno chcieć
          ćwiczyć. Powinno stworzyć sie takiw warunki aby poprzzez zabawę i ruch samo
          chciało ćwiczyc. Ból to oznaka że ktoś chyba sobie nie radzi z tym tematem. No
          chyba że chcą stosować terapię wojty czy coś na siłę. Nie polecam. Powiem
          wprost sam jestem niepełnosprawny i co miałem gorset nosić który niby miał mnie
          trzymac prosto (jak miałem 8 lat). Do dziś pamiętam że mnie uwierał i
          potrafiłem pod blzą go rozsznurować aby mama nie widziała. I co jestem
          pokrzywiony. A teraz coś z innej beczki. Wiele razy widziałem jak dzieci na
          turnusach (jak byłem młodszy wraz z rówieśnikami zachowywałem sie tak samo)
          mówiły że nie mogą robić ćwiczeń bo boli i to i tamto, a gdy wieczorem na
          turnusie była organizowana dyskoteka dla dzieciaków kazdy tak szalał (i mimo
          woli sam robił podobne do ćwiczeń ruchy napinając te same mięśnie) że na drugi
          dzien bolały ręcę, tułw i Bóg wie co jeszcze. Uważam że ćwiczenia tylko przez
          zabawę i bez bólu bo się dziecko zniechęci. A jak boli to znaczy że coś tu nie
          styka.
        • w_i_o_s_n_a Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 20.09.04, 23:51
          sebanna5 napisała:

          > Ludziki. Jestem ze Szczecina. Poszukuję rehabilitanta/tki dla mojego synka.
          Ale
          >
          > musi to być ktoś dobry, z doświadczeniem - tzn żebym nie musiała zaglądać do
          > książki, żeby sprawdzać czy dobrze wykonuje ćwiczenia. I żeby to nie był ktoś
          > dopiero uczący się rehabilitacji chorych dzieci. Bo i takie kwiatki mi sie
          > zdarzały. Wiem, że gdzieś muszą nauczyć się praktyki, ale po prostu uważam,
          że
          > mój syn nie ma czasu na źle prowadzone ćwiczenia. Zrozumcie - chcę dla niego
          > jak najlepiej i muszę zapewnić mu w miarę najlepszą opiekę. To wszystko co
          mogę
          >
          > dla niego zrobić. Chciałabym takiego rehabilitanta, który przychodziłby do
          > domu, bo mamy tyle wyjazdowych zajęć z dwóką dzieci, że ciezko byłoby jeszcze
          > gdzieś dojeżdżać. Poza tym potrzebuję osobę zdecydowaną, która nie będzie
          > traciła czasu na licytowanie się z dzieckiem czy ma ochotę ćwiczyć, a może
          > jutro, a może coś tam...Miałam tez taka rehabilitantkę, która połowę czasu
          > traciła na przekonywanie mojego synka do ćwiczeń, wysyłając przy tym sms-y
          > przez komórkę (myślała, że jej nie widzę). Dziecko 5-letnie też się szybko
          > niecierpliwi, jest znudzone ćwiczeniami, ale może znalazłby sie ktoś, kto ma
          > jekieś podejście do dzieci? Jestem też twarda jesli chodzi o narzekania
          mojego
          > synka podczas ćwiczeń. Wiem, że rozciaganie boli, ale lepszy ból niż
          świadomość
          >
          > wczesniejszego posadzenia go na wózku. Serce mi sie kraje, ale nie mięknę gdy
          > podczas ćwiczeń skarży się na ból. To dla jego dobra i na pewno mu nie
          ustąpię
          > pod tym względem. Wiem dobrze, że zamieniłabym się z nim - wolałabym, żeby
          mnie
          >
          > bolało. To chyba naturalne. Naprawdę poszukuję konkretnej osoby, znającej się
          > na rzeczy. Może znacie kogos takiego? Oczywiście w cenie w granicach
          rozsądku.
          > Chyba żądam zbyt wiele? : )


          a byłaś w fundacji i czy wiesz gdzie oni są w szczecinie ? jeśli nie to
          napisz dam ci adres do nich
          pozdarawiam
    • w_i_o_s_n_a Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 22.08.04, 20:31
      TROSZKE DAM DO POCZYTANIA
      www.swiatnauki.pl/?q=art&n=200408a&p=1
      forum.onet.pl/0,2,1,0,1313,3836314,11506182,uforum.html
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=22&w=6885164&a=6885164
      POZDRAWIAM :-)
      • karcia-albi Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 22.08.04, 22:41
        wielkie dzieki za te strony. I znowu wielka nadzieja, ze w końcu znajdzie sie
        skuteczne lekarstwo na tą chorobe. Pozdrowienia;]
        • sebanna5 Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 23.08.04, 13:03
          Cześć. Mam 5-letniego synka chorego na Duchenne'a. Moze i to co sie dzieje na
          Ukrainie to szarlataneria, ale wiecie co? Doskonale rozumiem tych rodziców. W
          końcu co zostało do stracenia? Nastolatek nie ma juz czasu, więc chwytają sie
          ostatniej deski ratunku. Niezwykle trudne jest pogodzic się z sytuacją,że
          ukochany syn umrze. Mój synek jest bardzo mądrym dzieckiem, ciekawym świata,
          zamiłowanym majsterkiem-klepką Nie poddaje się swojej chorobie,usiłuje biegać,
          choc nieudolnie mu to wychodzi. Nasze zycie legnie w gruzach, kiedy go
          stracimy. Dlatego wciąż mam nadzieję, że cos wymyślą. Stale śledzimy strony
          internetowe - te angielskojęzyczne, bo one na bieżąco przekazują informacje o
          postepach w badaniach nad dmd i trzeba przyznać, ze nadzieje miec mozna.
          Oststnio np (lipiec 2004) podali informację, że już znaleźli nośnik u myszy -
          substancję, która w jednym wstrzyknięciu dostarcza prawidłowe geny do mięsni,
          nie wywołując przy tym reakcji immunologicznej (odrzuceniowej). I faktycznie
          badania prowadzone są na szeroka skalę w wielu krajach, bo przeciez ta choroba
          jest straszna, wraz z mięsniami człowiek traci resztę swojej godności (gadajaca
          kukła). Dlatego teraz jak nigdy dotąd nadziei nie wolno tracić. Dopóki bedzie
          to możliwe będę pełna optymizmu dla mojego syna - dla mojego kochanego dziecka.
          Nigdy nie pokażę mu, że się poddałam, bęsę walczyć o niego z całych sił, a
          jeżeli Bóg zechce inaczej to i tak zrobie wszystko razem z moją całą rodziną,
          aby był szczęśliwy. NIE ILOŚĆ A JAKOŚĆ ZYCIA DECYDUJE O SZCZĘŚCIU. Ofiarujemy
          mu z siebie wszystko co najlepsze. Póki co - trzymajcie się. Dobrze, że nie
          jestem sama : )
          • karcia-albi Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 24.08.04, 23:31
            rowniez podzwiam rodzicow mojego chłopaka i ich rozumiem.
            pozdrowienia
          • szimi80 Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 04.11.04, 15:33
            sebanna5 napisała:
            przeciez ta choroba
            > jest straszna, wraz z mięsniami człowiek traci resztę swojej godności
            (gadajaca
            >
            > kukła)
            NO TO PIĘKNIE KOCHASZ SWEGO SYNA!!! skoro uważasz że przez chorobę człowiek
            traci godność i staje się gadającą kukłą.... ja do tej pory myślałem że godność
            się traci poprzez niegodne człowieka czyny a nie przez chorobe... przecież
            człowiek chory a raczej niepełnosprawny nie jest winny temu że jest
            niepełnosprawny - wrodzonej niepełnosprawności NIKT nie jest winny.... twoje
            myślenie jest chore
            • sebanna5 Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 05.11.04, 21:19
              Chyba Ty nie wiesz co mówisz do cholery!!!!!!!!!!!!! Kocham swojego syna tak
              bardzo, że wolałabym byc chora zamiast niego!!! Boli mnie każdy jego upadek,
              kazdy siniak, ściska mnie kiedy mówi, że widział reklame w telewizji, ze
              wymyślili tabletkę na chore nóżki. Nie zrozumiałes/aś mnie zupełnie. Nie chodzi
              mi o to, że ludzie niepełnosprawni sa gorsi, bo akurat poznałam paru
              niepełnosprawnych i wiem jacy są - optymizmu i radości zycia mozna
              niejednokrotnie im pozazdrościc. Chodzi mi o to, że akurat ta choroba jest
              straszna - czy mozesz wczuc się w nastolatka, któremu matka albo ojciec
              podciera za przeproszeniem tyłek, bo sam nie potrafi, przy którym wykonuje
              najintymniejsze zabiegi higieniczne????????????? To nie chodzi o mnie czy o
              meza, bo my zrobimy wszystko co trzeba, żeby mu pomóc. Tylko, do cholery,
              chodzi o uczucia mojego dziecka. On nie bedzie mógł ruszyc reka ani noga, nie
              rozumiesz tego??????????????????????????? I to mnie przeraża!!!!!!- nie, że
              będzie niepełnosprawny!!!!!!! Bo ludzie niepełnosprawni mogą chociaż
              samodzielnie pracować przy komputerze. I nie obrażaj mnie więcej, bo na to nie
              zasłużyłam!!!!!! Ta utrata godności to jest mój krzyk rozpaczy! Nie moge po
              prostu pogodzic się z tym, że on bedzie musiał zmierzyć sie z kompletnym
              nieposłuszeństwem swojego ciała. I to Ty jesteś chory, ze w ten sposób to
              zrozumiałes!!! Bynajmniej nie zamierzam sie poddawać - to nie mój ból jest
              ważny, ale ból mojego syna i zrobię wszystko,żeby był jak najmniejszy, ale
              jestem tylko człowiekiem i tez potrzebuje się pożalic gdzies na boku, zeby mój
              synek tego nie widział, bo ja musze byc silna dla niego.
              • mantis77 cóż 06.11.04, 02:08
                Ja coś dorzucę. szimi80 jest też niepełnosprawny i obrażasz go mówiąc że nie
                wie co to znaczy być niepełnosprawnym (wiem bo go znam). Ja też jestem
                niepełnosprawny. Tak zaraz usłyszę wrzaski bla bla bla możesz ruszać rękoma i
                pisac na klawiaturze itd.

                Teraz wyjaśnię. Mam dziewczynę chorą na rdzeniowy zanik mięśni i wiem że to
                choroba postępująca. Zamiast myśleć że jest inny spróbuj zrobić tak by czuł sie
                dobrze. Niech żyje pełnią życia. Jak najwiecej swobody. Moja dziewczyna mogłaby
                Ci powiedzieć co to znaczy "złota klatka" więc zbyt mocno niezagłaskuj dziecka
                bo nie użyje uciech tego świata. Przewrócił się to dobrze znaczy że mógł się
                przewrócić czyli że jeszcze chodzi. I nich się chłopak stara jak może (moja
                dziewczyna jeździ na wózku). Choroba jest postępująca i nie ubłagana wiem o
                tym. Ale zamiast wydawać kasę na terapie zza Buga staraj się Wyprzedzić chorobę
                naprzód. Przystosuj mieszkanie tak żeby w przyszłości mógł wyjechać wózkiem
                elektrycznym na dwór (moja dziewczyna mieszka na 2 piętrze i mimo wózka nie
                może sama sobie radzić). Rozejrzyj się ile takie wózki kosztują i zbieraj kasę.
                Wiem że może skończyć się respiratorem i śmiercią tak bywa zazwyczaj. I
                wiedziałem to jak zaczynałem chodzić z moją dziewczyną. Wiem że nie jest jej
                łatwo gdy prosi mnie w nocy żeby ją obrócić na drugi bok bo sama się nie
                odwróci. Znam ten ból. Ale nie traktujmy takiego człowieka, żeby go we
                wszystkim wyręczać. I weź się w garść kobieto masz syna i on dzięki twoim
                zabiegom może żeć do 20 roku życia a może dłużej (zależy jak choroba postępuje)
                moja dziewczyna ma 24 lata i jeszcze żyje i jest normalną dziewczyną jak inne.
                Tylko wózek ją odróżnia. Poza tym robi wszystko co inne dziewczyny maluje się,
                plotkuje, interesuje modą itd. Więc niech i twój synek będzie jak najdłużej
                wśród rówieśników i normalny. Aha i jeszcze jedno. Musisz dojrzeć do jednej
                rzeczy. Być może jest jeszcze za mały, ale kiedyś będziesz mu musiała
                powiedzieć że to choroba nieuleczalna i prowadzi do śmierci. Lepiej by usłyszał
                to od Ciebie wiedząc że go kochasz niż to ukryjesz i dowie się od kogoś innego
                lub przeczyta gdzieś (np. w internecie). To tyle.

                Pozdrawiam
                Mantis
                • sebanna5 Re: cóż 06.11.04, 08:35
                  Cześć Mantis! Nie wiem dlaczego uwzieliście sie na mnie. ja nie siedzę
                  bezczynnie.Michał dostaje encorton, kreatynę i jeszcze cos tam na wzmocnienie.
                  Chodzi na basen, do domu przychodzi rehabilitantka. Uczęszcza do grupy
                  integracyjnej w przedszkolu (doświadczył juz prześladowań ze strony
                  rówiesników - cięzko to przezył - w poprzednim przedszkolu). Ma angielski i
                  kurs komputerowy w połaczeniu z zabawą. Jest ciekawym świata i madrym
                  dzieciaczkiem. Nie zamierzam sie użalać nad nim bo w niczym mu to nie pomoze.
                  wiec to nie jest tak, że postawiłam na nim kreskę - po prostu mam chwile
                  słabości, jestem tylko człowiekiem. I nie wyreczam go w niczym, bo wiem, że to
                  do niczego dobrego nie prowadzi - czyli wszystko w rozsadnych granicach. I
                  jeszcze raz -NIE UWAZAM, ZE LUDZIE NIEPEŁNOSPRAWNI SA GORSI!!!! Jeżeli kogoś
                  uraziłam przepraszam!!!
                  • mantis77 I jeszcze raz 06.11.04, 19:14
                    Muszę wytłumaczyć. Wcale nie myślę że myślisz o synku źle. Ale nawet jeśli
                    doznaje jakichś przykrości ze strony innych dzieci to należy porozmawiać z
                    rodzicami tych dzieci a nie go zabierać z przedszkola. Poprostu stanie się
                    wyobcowany i "zagłaskany". Ok trzeba chronić dziecko ale nie możne go izolować
                    od rówieśników. Bo normalne życie zamieni się w "złotą klatkę" w domu. zajrzyj
                    może na www.pion.pl i na forum tam zawarte. Są tam porady matek które
                    mają dzieci i mają problemy podobne do twoich. Może nie z tą samą chorobą ale
                    dzieci które też nie chodzą lub gorzej sobie radzą. Ja tylko wiem z swojego
                    doświadczenia że jestem tym kim jestem dzięki temu że matka ile się dało
                    to "pchała" mnie do ludzi. I chodzi o normalne życie. Plusy i minusy. Wiem co
                    ludzie mogą mówić. Ale jeśli nauczy się radzić sobie z tym jako dziecko to
                    jadąc wózkiem elektrycznym mając lat 17 np. będzie wiedział co powiedzieć gdy
                    go ktoś zaczepi albo czemu nic nie mówić. A tak będzie bezradny i będzie unikał
                    życia na zewnątrz. Dobrze że jest rezolutny i chce się bawić i ćwiczyć ale
                    postaraj się jak najmniej ingerować. Tzn nie więcej niż byś miała sprawne
                    dziecko. Niech będzie czuł się taki sam jak inne dzieci. Pozdrawiam.
                    • mantis77 Aha coś jeszcze 06.11.04, 19:18
                      Trzymaj się i nie daj złym myślom. No i teraz zrozumiałem że zabrałaś go z
                      jednego przedszkola do drugiego. Może dobrze ale postaraj się o szkołę
                      także "na zewnątrz" a nie w domu. Jeszcze raz pozdrawiam. Pamiętaj nie jesteś
                      sama.
                    • sebanna5 Re: I jeszcze raz 07.11.04, 10:13
                      Mantis naprawdę nie zamykam synka w złotej klatce. Nie uwazam, że zrobiłam źle,
                      że zabrałam go z tamtego przedszkola. Wiesz dlaczego? Bo to opiekunki nie
                      reagowały kompletnie na przesladowania mojego synka ze strony dzieci. Dzieci sa
                      takie same wszedzie, ale rolą opiekunek jest wytłumaczenie im dlaczego należy
                      szanowac kazdego człowieka, bez wzgledu na jego sprawnosc! Tymczasem Michał nie
                      skarzył się, nie opowiadał mi o tej sytuacji. Wiesz co on robił? Kiedy po
                      przyjściu do domu chciałam go powitać, rzucał sie na kolana, pluł, wrzeszczał.
                      Co jakis czas urzadzał w domu nie wiadomo co- wrzaski, demolowanie swojego
                      pokoju itp, zamknał sie w sobie całkowicie, nie moglisy do niego dotrzec.
                      Bylismy przerażeni. Dopiero moja koleżanka uswiadomiła mi, ze michał ma
                      kłopoty w przedszkolu (jej córka chodziła z nim do grupy). Teraz, kiedy
                      zmienilismy przedszkole, mam pogodne, otwarte, pewne siebie dziecko. Po prostu
                      szok jaka nastapiła zmiana. Wszyscy to zauwazaja. Dlatego nie uwazam, ze błędem
                      było zabranie go z tamtego przedszkola. Tam po prostu zmarnowaliby mi dziecko!.
                      Ale dzieki, Mantis że sie odezwałeś. Kazde rady sa cenne. Pozdrawiam.
              • w_i_o_s_n_a Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 16.11.04, 09:03
                sebanna5 napisała:

                > Chyba Ty nie wiesz co mówisz do cholery!!!!!!!!!!!!! Kocham swojego syna tak
                > bardzo, że wolałabym byc chora zamiast niego!!! Boli mnie każdy jego upadek,
                > kazdy siniak, ściska mnie kiedy mówi, że widział reklame w telewizji, ze
                > wymyślili tabletkę na chore nóżki. Nie zrozumiałes/aś mnie zupełnie. Nie
                chodzi
                >
                > mi o to, że ludzie niepełnosprawni sa gorsi, bo akurat poznałam paru
                > niepełnosprawnych i wiem jacy są - optymizmu i radości zycia mozna
                > niejednokrotnie im pozazdrościc. Chodzi mi o to, że akurat ta choroba jest
                > straszna - czy mozesz wczuc się w nastolatka, któremu matka albo ojciec
                > podciera za przeproszeniem tyłek, bo sam nie potrafi, przy którym wykonuje
                > najintymniejsze zabiegi higieniczne????????????? To nie chodzi o mnie czy o
                > meza, bo my zrobimy wszystko co trzeba, żeby mu pomóc. Tylko, do cholery,
                > chodzi o uczucia mojego dziecka. On nie bedzie mógł ruszyc reka ani noga, nie
                > rozumiesz tego??????????????????????????? I to mnie przeraża!!!!!!- nie, że
                > będzie niepełnosprawny!!!!!!! Bo ludzie niepełnosprawni mogą chociaż
                > samodzielnie pracować przy komputerze. I nie obrażaj mnie więcej, bo na to
                nie
                > zasłużyłam!!!!!! Ta utrata godności to jest mój krzyk rozpaczy! Nie moge po
                > prostu pogodzic się z tym, że on bedzie musiał zmierzyć sie z kompletnym
                > nieposłuszeństwem swojego ciała. I to Ty jesteś chory, ze w ten sposób to
                > zrozumiałes!!! Bynajmniej nie zamierzam sie poddawać - to nie mój ból jest
                > ważny, ale ból mojego syna i zrobię wszystko,żeby był jak najmniejszy, ale
                > jestem tylko człowiekiem i tez potrzebuje się pożalic gdzies na boku, zeby
                mój
                > synek tego nie widział, bo ja musze byc silna dla niego.




                nie oceniam cie bo wiem co to znaczy i postaram sie to wytłumaczyc innym - jest
                to wołanie o pomoc matki która niema siły my też razem z żoną mamy takie chwile
                ale coraz rzadziej bo coraz bardziej sie godzimy na tą chorobę . jestesmy
                świadomi od 9 lat.
                pozdrawiam
    • w_i_o_s_n_a Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 23.08.04, 11:53
      i mam jeszcze pytanie; czy osoby chore na dystrfie mają potwierdzenie z
      instytutu genetyki o 100% chorobie i co wyszło z wycinka???
    • blanqua Re: Dystrofia...uleczalna czy nie..?:( 23.08.04, 16:48
      To jest zrozumiałe, że choroba Duchenne'a u dziecka jest rzeczą powodującą
      rozpacz.
      Jest wielka szansa, że uda się odkryć terapię komórkową, genową, która będzie
      skuteczna.
      Ale terapia na Ukrainie - to bardziej terapia rozpaczy. Pojęcie "chirurgia
      rozpaczy" wprowadził jacques Brehant (francuski onkolog) obserwując operacje
      bardzo drastyczne, które przedłużały trochę życie ale jednocześnie sprawiały
      cierpienie osobie chorej. Wydaje się, że wyjazd na Ukrainę jest bardziej
      potrzebny rodzicom, którzy nie chcą czuć się bezradni, przegrani.
      Ale jednocześnie jest to szarlataneria, wyjazd zabiera wszystkie pieniądze,
      które można by przeznaczyć na polepszenie komfortu życia, pomoc, rehabilitację.
      Wydaje się, że taki wyjazd jest bardziej dla rodziców.
      Tylko, czy taniej nie wyszłoby wsparcie?
      Podziwiam Państwa, którzy są rodzicami chorego synka i mam nadzieję,że uda się
      wynaleźć skuteczną terapię.
      Blanka
    • alicjaczar Mój syn ma 25 lat i jeszcze.....zyje... 04.11.04, 14:39
      Wiem o tej chorobie od 23 lat..Syn został zdiagnozowany w W-ie Dystrofia typu
      Duchcenn'a. Znam wszystkie dosniesienia naukowe i paramedyczne..Nie ma dla
      niego lekarstwa, za wcześnie urodzony...Od 5 lat jest juz na respiratorze..i
      nie wyniknęło to z faktu, jak ktos napisał-zapalenie płuc lub oskrzeli
      tylko "zwyczajna" niewydolnośc układu oddechowego.
      Ludzie, nie traćcie kasy na szarlatanów...trzymajcie pieniadze na respirator
      domowy, byście Kiedys gdy przyjdzie TEN czas mogli wziąć dziecko -czy kogoś
      bliskiego do domu..Taki respirator to 50, 60 tysięcy złotych a reszta do
      tego...:(((((((((((
      Ja znalazłam spsnsorów......żebrałam by go ratowac...Jest w domu od 1999 roku,
      ma 25 lat zyje na Kredyt... tak chciała Bozia...dziekuje Jej, ludziom którzy
      pomogli, bo miałam chyba do nich szczęście...
      Tato syna nas wtedy zostawił...dla niego zycie z "kalekim" synem....chcaiła
      spkojnego zycia. A;e ja mam SYNA!!!!!!!!!
      Szcęśliwa Alicja
      pozdrawiam,pa
      Ala
      NIE WIEZRZCIE SZARLATANOM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
      • sebanna5 Re: Mój syn ma 25 lat i jeszcze.....zyje... 07.11.04, 21:39
        Cześć Alicjo! Podziwiam Cię, że sama potrafiłas zmierzyć się z ta straszną
        chorobą, która dotknęła nasze dzieci (też mam synka - 5-cio letniego-chorego-
        na Duchenne'a). Gdyby nie wsparcie mojego męża, nie wiem czy dałabym radę być
        silna dla mojego synka, a przeciez jest to konieczne, żeby jego życie uczynić
        wartościowym, mimo tak strasznej choroby. Tym bardziej jestem dla Ciebie pełna
        podziwu. Podzielam twoje zdanie, że nie nalezy tracić cennego przecież czasu i
        pieniędzy na podejrzane szarlatanerstwo, nie poparte żadnymi rozsądnymi
        wynikami, ale jestem też w stanie zrozumieć rodziców, którzy chwytają się
        ostatniej deski ratunku. Trzeba mimo wszystko mieć nadzieję, chocby
        najmniejszą, że lada chwila ktoś coś wymysli, badania w tym kierunku są
        zawaansowane. A jeżeli nie - my jako rodzice zrobimy tylko to (raczej az to) co
        w naszej mocy, żeby uszczęśliwić nasze dzieci. Reszta nie od nas
        zależy...Pozdrawiam. Sebanna
        • sebanna5 Re: Mój syn ma 25 lat i jeszcze.....zyje... 07.11.04, 21:46
          aha!!!I jeszcze zapraszam rodziców dzieci chorych na dystrofię Duchenne'a na
          wymianę informacji o swoich doswiadczeniach na forum: Dystrofia Duchenne'a. Mam
          nadzieję, że pomożemy sobie nawzajem, bo z moich doświadczeń wynika, ze mało
          który lekarz wie co z ta chorobą począć. Pozdrawiam. Sebanna
          • alicjaczar Re: Mój syn ma 25 lat i jeszcze.....zyje... 10.11.04, 12:14
            Sebanna, całkowicie podzielam Twoja opinie....Wspólczesna medycyna a włsciwie
            lekarze tak mało wiedzą jeszcze o tej chorobie...często musze sama im opowiadać
            o charakterze tej choroby...A teraz hihi....nieraz przez lekarzy R-ki czy
            pogotowia brana jestem za lekarza anestezjologa, bo potrafie tak fachowo
            przedzstawiac stan syna oraz wychwytuje objawy...A tak powaznie, zycia zmusza,
            trzeba sie uczyć tego, by móc dziecko miec w domu a jednoczesnie jak najdłużej
            utrzymac przy zyciu...Wczesniej tez siegałam medycyny niekonwencjonalnej, gdy
            ta klasyczna nie pomagała...każdy robi do końca...To moje jedyne dziecko.
            Dla lekarza rodzinnego mały/ 24 lata!!!!/ jest trudnym pacjentem, dla
            szpitala...no cóz hospitalizaji nie wymaga na szczęście...zawieszony miedzy
            Niebem a Ziemią...Oby najdłuzej na Ziemi..
            Jestem za Twoim pomysłem-wymiana doświadczeń-ja chetnie sie swoimi
            podziele...Walczyłam główka do przodu...determinacja pomaga...dużo
            osiagnęłam...pomoge chociaż słowem..
            Pozdrawiam wszystkie mamy i dzieciaki,
            pa
            Ala

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka