Dodaj do ulubionych

Śląskie, stare opowiadania

18.10.14, 18:05
Testament poczciwego Ślązaka

Mój synu! - mówił umierający ojciec - zbliża się czas, że muszę udać się w drogę z której nikt więcej nie wraca. Nie mogę cię zabrać ze sobą, ale cię zostawiam na świecie, gdzie dobra rada nie jest zbyteczna. Ja dłużej patrzałem na świat niż ty. Nie wszystko złotem, co się świeci; widziałem niejedną gwiazdę spadającą z nieba i niejedną laskę do podpierania złamaną. Dlatego chcę ci dać kilka rad i powiedzieć ci, czegom doświadczył i czego mię czas nauczył. Nie przywiązuj serca do żadnej rzeczy przemijającej. Nikogo się tak bardzo nie bój, jak samego siebie! Wewnątrz nas mieszka sędzia, który nigdy nie wprowadza w błąd, a głos jego znaczy więcej, aniżeli pochwała całego świata. Postanów sobie, mój synu, nic nie czynić przeciw głosowi sumienia, a gdy coś myślisz i postanawiasz, pytaj się go o radę. Ono z początku mówi pa cichu i jąka się jak niewinne dziecko; ale gdy jego uczciwość uszanujesz, język mu się rozwiązuje i mówi głośno. Pomagaj i dawaj chętnie, gdy możesz, i nie myśl
więcej o tem; gdy nic nie masz, miej kubek wody w ręce i podaj go, a i o tem nie myśl więcej. Nie mów zawsze tego, co wiesz, a zawsze wiedz, co mówisz. Nie pozornie, ale prawdziwie pobożnych czcij i naśladuj. Człowiek, który ma bojaźń Boga w sercu, jest jakby słońcem, które świeci i grzeje, chociaż nic nie mówi. Czyń to, co jest godnem zapłaty, a zapłaty nie pożądaj.
Obserwuj wątek
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 18.10.14, 18:13
      Rozum na rozum

      Syn poczciwego wieśniaka chciał się ożenić z upatrzoną sobie dziewczyną. Ta jednak chciała przystać na to tylko pod tym jednym warunkiem, aby jego ojciec cały niewielki dorobek oddał synowi, a sam zadowolił się skromnym, łaskawym chlebem. Poczciwy starowina, biorąc na swój chłopski rozum, nie widział w tem żądaniu żadnej chytrości i chętnie odstąpił synowi uciułany dorobek. Wnet też zjawiła się synowa w domu. Ba, ale też niezadługo zauważył starowina, że uważają go za zbyteczny, zawadzający sprzęt. Syn ledwie mógł na niego spojrzeć, synowa nie odpowiadała nawet na pozdrowienie, i tylko mrucząc coś pod nosem, stawiała przed nim kawę, Nie dostawał już zwykłej szklaneczki wina na śniadanie, odświętny surdut, którego tak oszczędzał, poszedł z szafy na gołą, wilgotną ścianę i huty leżały porozrzucane na podłodze. Nigdy nie usłyszał poczciwego słowa. Rozpłakał się, nic mogąc dłużej tłumić żalu w duszy, i wyjawił wszystko swemu sąsiadowi, przyjacielowi swej młodości. Był to gospodarz zamożny, a przytem znał się na ludziach i miał wrodzony chłopski dowcip. Ten obiecał temu zaradzić. Po dłuższej tajemniczej rozmowie starzec chwiejnym krokiem idzie do swego kąta, a pod połą, niesie coś ciężkiego, chowa do swojej dębowej skrzynki i zamyka. Na drugi dzień kiedy właśnie ojciec, syn i synowa byli w izbie, przychodzi ów sąsiad jakiś bardzo zakłopotany i prosi naszego starowinę usilnie aby mu na jakiś czas wygodził pożyczkę
      4 000 koron. Po niedługiej gawędzie stary nachyla się spokojnie do skrzynki i wobec synostwa wylicza gospodarzowi 4 000 koron gotówką na stół. Od tej chwili syn i synowa, a osobliwie ta ostatnia, ojcu zaczęli nadskakiwać, aż do śmierci, która nie tak prędko nastąpiła. Złe języki opowiadają, że łakoma synowa w skrzynce starca po jego śmierci znalazła worek napełniony kamieniami. Ów gospodarz bowiem oddał naszemu prześladowanemu przez synową staruszkowi na jeden dzień 4 000 koron, aby wzbudził u synowej mniemanie, że jeszcze tyle posiada i że tyle jeszcze mogą, po nim odziedziczyć. W ten sposób zgotował sobie znośny wieczór życia.
      • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 10.01.20, 20:32
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/oxGGuvbMMEmqRIVyjX.png
        • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 11.03.22, 19:54
          sk ó ra i kuośći na ńćj były. T ak vźon yon i v raźył tćj
          k yobyle do fići dukat. Jedźe yon ta s tym i zidam i, a tu kyobyle
          śe zakćało srać no ji sra, ja z tu naraz v y latu je jć j d u k at z fići.
          T a k V ojtek stanori, śloz z vozu i sovńł tego d u k ata do keseńe
          i pojehał dalej. Ale zidzi vidzeli to, ja k ta kyobyła vysrała d u k a t
          i zacyni ta śv ąjń d rać po zidosku do śeb'e, a potym śe gyo py tajom,
          keloby yon kćał za tyn kyobyłe, a yon povada, zeby jój
          za nic v śveće ńe predńł, bo ńerńz ja k pridźe na ńom cas, to
          ja k zacńe srać, to pełno dukatóv v stajni i m a se ju z potym pyć
          za co. A le skoro yoni to pyosłyseli, tak napyrajom nań, coby Jim
          ja k y o pfedał, ize yoni m u dadzom za ńom dvesta papyrkóv. T ak
          yon jim to vźon i pfedał. T ak yodvóz ik du dom u i kyobyłe jim
          yostavył, a sam poseł. A ći zidzi zaźyrajom i zaźyrajom co pofila
          n a ty n ky o b y łe, skoro ta zacńe tym i dukatam i srać, ale coz bees
          ta cek/ił głu p i zidźe, kćś śe dAł głupóryu hłopu ta k straśńe yom amid.
          J i ńe docekali śe tego bez rok, coby jiru ta kyobyła hoć pdł
          g ra jc a fic k a b y ła y y srała i vźyni ji spfedali join hyclovi na skore
          hoc ji ta ju ż djebła vartała
        • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 11.03.22, 20:02
          A jin k sa m atk a to tak sikovała sina do spovedzi: Jidze,
          mój sinu, a sićko kśędzu povydz, sićko povydz, cobyś nic ńe zatajy
          ł, bobyś jesce gfyśiiyjsy du domu pfiseł, jak o ś poseł.
          Juśći ja k m u ta k napędzała, to poseł i k e śe juz vyspovadAł,
          to tak p e d ź a ł:
          — Jegom oś, jó b y vóm tyz jesce cosi pedźał.
          — No povydz, dźecko, bo ja k co zatąjis, to bedźe źle,
          barz źle.
          — No to vAm povym, ale ńe povyće nikom u ?
          — Ńe povym , bo mi ńe volno jest.
          — No to zaduśujće śe.
          — N a mój duśu ńe povym.
          — No vyće j a i Straaakovego K uby M aćka sin to.... e, k e vy
          patfiće a z ijocóv vam ta k p atfi, jakobyśóe m eli volom pedźeć,
          ale se bocće, jiześće śe zaduśovali.
          — To vyće ta k : ja i Strasokovego K u b y M aćka sin to.... e,
          k e vy może povyće.
          — Ńe povym , pfećek ći śe zaduśovał, to mi v y f .
          — No to vAm vefem. JA, i Strasokovego K uby M aćka sin to
          v y m y yo srokak.
          — No dobfe, dobre, a kas śe majom ?
          — E d ź vej na skvyrlcu, v kśęzim yogrodźe.
          — No to dójcież jim pokój. Cobyśće jik ńe vyb'yrali.
          — yO ńe bedźem y. K azby.
          A tu na nablizsom ńedźele, k e kśondz ńe zacńe vygadovac
          n a m atki, jeze źle dźeći do spovedzi sikujom .
          — Ę , vy m atki, vy m atki vy ćęzki, ńe leki rabunek kejsi
          zdaće Bogu, jize ńe pfisikujeće sinóv do spovedzi. Pfidźe do m ńe,
          to vyće i j o cim bedźe yopovadAł? Uo sro k a k .....
          Jaze tyn, co śe spovadał k fik ń e z pyod hóru:
          — Ę, jegom ość, a jakośće śe duśovali, jeze nikom u nic ńe
          povyce. K 'e b y k był vedźał, jeześće taki papla, tobyk vam nic ńe
          b ćł gadał
      • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 12.01.25, 17:19
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/4fGach4CnjmzCGAnX.jpg
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 18.10.14, 18:22
      Bożomęka i kiełbasa

      Bydzic jusz tymu bardzo downo, jak jedyn ślepy żebrok chodził po pytaniu, Dycki go kludzowoł synek jego niejstarszygo syna, boby stary móg kany wlecieć do krzikopy. Ale tyn synek, co go to kludzmvoł, był wielki hycel i kiedy starzik dostoł co lepszygo ku chlebu, to on to zjodoł, a starymu dowol jyny suchy chlyb. Ros tesz dostali kiełbasy z chlebym i synek zaś, jak dycki, zjod wszystkom kiełbaso, a starzikowi doł som suchy chlyb. Ale tyn ros starzik jusz poczuł, że przi chlebie była i kiełbasa. Nie prawił synkowi z poczontku nic, ale jak jusz byli za dziedziną" to stary chycił miłego synka za rynke i wyzwyrtol mu porzondnie kryką po zadku,
      Synek mu nic na to nie powirdzioł, ale se pomyśloł: Doczkej, szak jo cio dostanym... Każdy ros, jak przichodzili ku krzikopie, to synek musioł wołać: "Starziczku, teras hp, bo je krzipopa", a stary skokoł przez krzipope...No tosz zaros po tym, jak starzik synka poćwiczył, przichodzili ku Bożymęce i tu synek chcioł starzika wywiyść w pole. No tosz krok przed tom Bożą mękom zawołoł na starego: Starziczku, teras hop, bo je krzipopa". Stary skoczył i cały jak długi prasnął sobą o Bożąmękę. Potók się strasznie i zacz on się kijem oganiać i wrzeszczeć: ty dalyboku, ty niponiu, ty próżnio ku, powsinogo, a to ty tak ze starzikym nagrowosz?.. A na to synek, kontent ze siebie" wołoł z boku: a toć...kiełbase toście wywoniali, ale Bożąmękę to ni...

      Ślązak - 1909 rok
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 18.10.14, 18:32
      Odzwyczaił się od strachu

      Nauczyciel, burmistrz i rządca siedzieli w restauracyi przy swoim stole, a czwarty przy nich ni
      jaki pan Floryan Rusecki, od niedawna sąsiady w miasteczku. Zaraz pierwszego dnia zrobił się
      głośnym przysiadł się do panów i począł rozprawiać o swych przygodach, o podróżach, jakie odbywał, nosił też jeszcze strój takich podróżników, hełm tropimowy, kamasze, czem odróżniał się od innych. Ale zdawało się, że chciał się wyróżniać, bo hełmu swego nie zdejmował nawet w szyneczku. Występował śmiało, a spojrzenie miał takie, jakby nieprędko
      czego mógł się zlęknąć, to też otaczał go respekt ogólny. A przecież i on bał się czegoś.
      "Tak, tak," rzekł burmistrz, stawiając poważnie swój kufel. "Jeżeli leśniczy nie przesadził, co czasami czyni, to był dziś w wielkie niebezpieczeństwie życia. Napotkał kłusownika, ten
      strzelił, a kula trafiła w pień dębu, tuż obok leśniczego. "Ach, co tam taka bagatelka", rzekł PGgardliwie Rusecki. "Z czasem człowiek odzwyczaja się od głupiego strachu. Ja nie hoję się nikogo i - niczego. Kpię sobie z rozbójnika, śmieję się z dzikiego zwierzęcia." ,!Hm - hm," mruknął rządca, inni zaś zrobili dziwne miny. "Z pewnością!" zapewniał pan Rusecki. "Ja nie łżę, jak myślicie, a co wam teraz opowiem, moi panowie, to szczera prawda!" "Było to w dziewięćdziesiątym którymś. Sam jak palec, zmęczony, położyłem się w puszczy Sahara, żeby się przespać trochę, a wtem, w zaroślach, tuż za mną, coś się rusza. Oglądam się ciekawie - a tu wychyla się głowa olbrzymiej hyeny i spogląda na mnie bezczelnie "Ah, ah -", zawołali słuchacze mimo woli, a dreszcz ich przechodził. "Ja oczywiście zrywam się prędko - furda, nie takie widziałem bestye," opowiada dalej podróżnik, "ruchem błyskawicznym chwytam za karabin i celuję do czerwonej bestyi...ale zanim jeszcze pocisnąłem za kurek. (Zrywa się przytem ze stołka i pokazuje rękami, jak to było.) Ten tchórzliwy potwór podchodzi do mnie na tylnych łapach, z wyciągniętymi pazurami - widzicie panowie, tak! - i chce mi......."
      Cóż się to stało naraz?.. Wielka gęba wielkiego podróżnika zamknęła się nagle i ani słówka więcej. Skończona straszna odwaga i mężna poza i skulił się blady i cichy, ani go poznasz - a wszystkich opanował strach. Hyena zaprawdę wpadła do izby. Z wyciągniętymi pazurami wpadła do wnętrza jakaś czarownica, a idzie wprost do pana Ruseckiego i wrzeszczy przytem, co jej sił starczy: "Floryanie! . .. Łajdaku!.... - Pijaczyno!.... 'Wracaj do domu!" Była to "małżonka i lepsza połowa" pana Ruseckiego. Panowie spoglądali osłupiali. Co, Rusecki, śmiały pogromca krwiożerczych hyen, ani mrugnie na te tytuły zaszczytne, jakie dostał wobec wszystkich? Chyba, że hyena saharska musiała być - kanarkiem w porównaniu z tą kobietą.
      'W reszcie i pan Floryan odzyskał mowę, przynajmniej do tego stopnia, że nieśmiało jak dziecko przemówił: "Chwileczkę, kochana Kunegundo, niech tylko skończę panom tę historyę." "Co, opierasz się?" wrzasnęła zgrzytając zębami i chwyciła go za ramię. "Do domu w tej chwili - marsz!" Pociągnęła go za sobą do drzwi jak owcę. Skulony pokłonił się pan Floryan swym hełmem i rzekł cicho: ,.Dobrej nocy, moi panowie." Wyglądał jakby szedł na ścięcie, aż litość brała, popatrzeć na niego. Drzwi zamknęły się, panowie odetchnęli głęboko. Więc to jest człowiek, który odzwyczaił się od "głupiego strachu"? Śmiech wybuchł głośny, niepowstrzymany. Nauczyciel, roześmiawszy się, zawołał głośno: Odwagi, odwagi, panie Floryanie. Wszak ty nie obawiasz się niczego... Nie boisz się nawet hyeny - tylko własnej żony.
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 18.10.14, 18:36
      Złe wychowanie

      W pewnej wiosce żyła niedawno temu wdowa wraz z swym synem. Gospodarstwo miała wielkie, bieda nie zaglądnęła jej nigdy w oczy, więc syna swego rozpieściła i źle wychowała. Janek mógł robić, co mu się żywnie podobało a matka nie zganiła go nigdy. Kiedy podrósł, miał zawsze pieniądze na hulatykę. I teraz jeszcze matka zaślepiona miłością, pozwoliła mu trwonić pieniądze w towarzystwie złej młodzieży. Nareszcie zachorowała matka bardzo ciężko. Można się było spodziewać katastrofy. Wysłała więc syna do miasta, aby sprowadził doktora. Poczciwy synalek wyszedł z rana do miasta, ale zamiast do lekarza, poszedł do propinacyi. Pił
      ze znajomymi i płacił kolejkę za kolejką. Po co matce lekarza rozumował. Niech umrze, a wtedy gospodarstwo przypadnie mu w udziale. Wtenczas dopiero będzie hulał i używał.
      Już dobrze pijany wracał wieczorem do domu. Wstąpił do stolarza i zamówił trumnę dla matki. Ludzie mówili we wsi, ze długo nie pociągnie, aby więc dwa razy nie fatygować się do miasta, zrobił to zawczasu. Matka była tej wielkości co on, więc miarę zrobił sobie zaraz stolarz. Zadowolony, że trumna będzie gotowa i że matka umrze, skoro nie sprowadził jej doktora, wracał do domu, zataczając się okropnie. W oczach ćmiło mu się i mieniło. W ciemności zmylił drogę, wpadł w dół z wapna, który deszcz wodą wypełnił, i utopił się.
      Nazajutrz znaleźli go ludzie i wydobyli z wody. Nie można go było przywieść do życia, śmierć nastąpiła przed kilku godzinami. Trumna, którą Janek zamówił dla matki, przydała się dla niego samego. Matka powoli powróciła do zdrowia i długie lata jeszcze opłakiwała stratę syna i własną głupotę, że syna źle wychowała.
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 18.10.14, 18:52
      Żarski nie chorował nigdy w życiu. Interes szedł mu dobrze, żona poczciwie wychowywała dziatki, nie było wielkich uciech, ale i zmartwień nie było. Nic więc dziwnego, że Żarskiemu przybywało co roku tuszy, a gdy doszedł do pięćdziesiątki ważył już 110 kilogramów. Lepiej być tłustym niż chudym - mówią - nim bowiem tłusty schudnie, to chudego już dawno pogrzebali. Zdanie to często przytaczali Żarskiemu przyjaciele jego na pocieszenie, ale nie pocieszyli go tern bardzo. Otyłość ma swe ujemne strony - dowodził zdesperowany rzeźnik. Najpicrw nogi mnie bardzo bolą, nosić bowiem muszę moje ciężkie ciało od rana do nocy.
      To nie żart dźwigać dwa centnary! W lecie pocę się okropnie łaźnia niczem! Kilka koszul zmieniać muszę na dzień. A w końcu ciągle wisi mi nad głową niebezpieczeństwo nagłej śmierci. Były to zarzuty nielada, więc przyjaciel Herdzina poradził Żarskiemu, aby się udał do specyalisty na kuracyę. "A cóż to jest za doktor ów pan Specyalista?" pytał dobrodusznie. rzeźnik, który dotąd z doktorami nigdy nie miał do czynienia. "Specyalista, to nie jest nazwisko doktora, lecz tak mówi się o lekarzach, którzy wyłącznie leczeniu jednej poświęcają
      się choroby. Na przykład ty jesteś rzeźnikiem od wołów, Jacek bije konie, Jantek kłuje wieprze. Każdy jest specyalistą tylko w swoim fachu." "Lekarze piszą się jednak doktorami wszech nauk lekarskich ?" "Oh, nie możesz mnie pojąć!" skrzywił się Herdzina. "Dziś lekarze uczą się o wszystkich chorobach po troszeczku, ale potem obierają sobie jedną tylko chorobę dla gruntownego zbadania. Gdyby tobie kazali zrobić kiełbasy, tobyś je tam jakoś popitraszył, ale nigdy nie zrobiłbyś tak smacznych, jak Jantek, bo on w kiełbasach specyalistą. Podobnie i lekarz każdej czepi się choroby, ale w jednej obranej przez siebie jest niedoścignionym specyalistą. Na przykład jeden leczy tylko oczy, drugi brzuchy; jeden jest specyalistą od paznokci, drugi od nagniotków; jeden umie zrobić tak, żeby chudy utył, drugi żeby tłusty
      zesechł na szczypę." "Takiego potrzebuję specyalistę." "I "Aha, teraz już rozumiesz, co to jest specyalista?! Otóż idź że do takiego, a ten ci da tak praktyczne wskazówki, że nie będziesz potrzebował chodzić do niego kilka razy, jak do innych niespecyalistów." Żarski podziękował "za oświeoenie" swemu przyjacielowi i udał się do specyalisty od "schudnienia", który odtłuszczał pasibrzuchów. Dr. J asiilski, mąż szerokiej sławy, niejedną setkę tłuściochów wyprasował już na szkielet. Zbadał serce Żarskiego i poklepał go po ramieniu. "Szczęście, żeś pan zawczasu zgłosił się do mnie. Serce ma uderzenia niedokładne, lada dzień mogła nastąpić katastrofa. Jadaj pan tylko 10 deka mięsa na dzień, nie pij piwa ni wódki, a rób forsowne marsze cały dzień, czy deszcz czy pogoda. Tak przez pół roku. Potem zgłoś się pan do mnie..
      Tania recepta zadowoliła Żarskiego. Postawił za ladą, handlu żonę, sam zaś biegał jak opętany po mieście i okolicznych wioskach. Ważył się co miesiąc i z rozkoszą zauważył, że
      kuracya znakomicie skutkuje. Każdego miesiąca ubywało sadła. W piątym miesiącu doprowadził już do tego, że jego powłoka straciła 30 kilogramów. Pomimo dżdżystej jesieni prowadził kuracyę forsownie dalej, chcąc utargować choć 20 kilo. Ale wkrótce spostrzegł, że nogi mu puchnąć zaczęły, a rwanie zasnąć mu nie dało. Zjawił się reumatyzm w całej okazałości. Czy nie lepiej było pozostać tłuściochem, ale wolnym od reumatyzmu?!" pytał się żony i przyjaciół. "Udar serca już dawno byłby cię zabił," pocieszali go, a reumatyzm wyżre wszelki tłuszcz z organizmu i teraz dopiero będziesz normalnym człowiekiem. Zresztą i na reumatyzm jest sposób. Idź do specyalisty, on go zaraz wypędzi." Poszedł rzeźnik do specyalisty od reumatyzmu i zażądał prędkiego środka. Specyalista pokiwał głową i z rezygnacyą rzekł: "Jak chodzi o pośpiech, to włóż pan nogi po kolana w mokry piasek, aż się dobrze rozgrzeją!" Środek ten znakomicie poskutkował. Już w czwartym tygodniu zeschły nogi tak, że przez skórę wydobywały się piszczele. Równocześnie jednakowo poczuł Żarski drapanie w gardle, potem darcie, wreszcie już mówić przychodziło mu z trudnością. Chroniczne zapalenie usadowiło się w gardle na dobre. "Gardło, co tam gardło, albo to jeden choruje na gardło?" pocieszali przyjaciele. ,,W jesieni i zimie każdy przechodzi katary i zapalenia gardła, mniejsze lub większe. Płucz gardło słoną wodą, a za tydzień będziesz
      zdrów!" Nie pomogło jednak słone płukanie. Z gardłem było coraz gorzej. Udał się więc teraz Żarski do specyalisty chorób gardła. Ten wskazał mu jako konieczność leczenie elektryką.
      Chodził więc codziennie rzeźnik do specyalisty i elektryzował gardło bardzo regularnie. Wkrótce nastąpiło polepszenie, a potem wyleczenie! Elektryka lecząc gardło, zaszkodziła jednak nerwom i głowie. Żarski rozdrażnił się do tego stopnia, że nawet spać nie mógł.
      W głowie czuł jakąś ociężałość i szum. Już nawet o swej chorobie myśleć nie mógł porządnie i nie wiedział, co robi. Zaprowadziła go żona do innego specyalisty, który leczył choroby nerwowe. Ten zalecił mu spokój, dyetę, leżenie na słońcu i łykanie silnych dawek bromu. Kuracya znów znakomicie pomogła, rzeźnik począł sypiać, pozbył się bolu głowy, ale zrujnował żołądek. Nie miał apetytu, odbijały mu się kwasy, stracił siły i wysechł jak szczypa. Wydłużyło mu się oblicze nieprzyjemnie, oczy zapadły głęboko, wyglądał jak suchotnik.
      Przestraszona żona zaprowadziła go teraz do specyalisty, który leczył suchotników. Ten opukał rzeźnika troskliwie i pocieszył, że choć płuca są bardzo osłabione, jednak przez odpo-
      wiednią kuracyę wzmocni swe siły. Musi starać się przedewszystkiem jeść dużo i tłusto. Codziennie pół kieliszka wódeczki, namoczonej w piołunie i szałwii zrestauruje mu żołądek
      i wilczy wywoła apetyt. Tylko cierpliwości i wytrwałości, a organizm z przybywającą tuszą odzyska i siły. Tak się stało, jak przepowiedział doktor. Z przybywającą tuszą wracało Żarskiemu zdrowie, humor i siły. Po pięciu miesiącach, gdy stanął na wadze, znów ważył 110 kilogramów wrócił więc do tego samego punktu, z którego wyszedł przed dwoma laty, gdy rozpoczął kuracyę. Dwa lata męczył się i cierpiał niepotrzebnie i u specyalistów leczył. Stracił dużo pieniędzy i zaniedbał swe interesa. Oto, co zyskał na kuracyi u specyalistów. Kiedy w restauracyi rozprawiał znajomym o przebytych utrapieniach, tak kończył zawsze swe opowiadanie: "Jeżeli między rzemieślnikami są specyaliści, to ma to jakiś sens; kto robi same płaszcze, ten nie zaszkodzi robiącemu fraki. Kto robi szafy, nie zawadza fabrykującemu tylko stołki. Ale głupstwem jest specyalność w leczeniu. Specyalista leczy ci tylko nogę lub gardło, a niech tam dyabli biorą resztę ciała. chirurg mówi, że operacya się uda - a człowiek umarł. Bierz licho specyalistów, a gdy będę znów chory, pójdę do takiego lekarza, Który wszystko leczy i zwraca uwagę na zdrowie całego organizmu.
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 18.10.14, 23:35
      Historyjka o parobku i o grochu

      Pewien wybredny parobek, siedząc nad misą pełną grochu, przewróciwszy łyżkę wklęsłością do dołu, tak jął mówić do grochu: - Jeśli się będziesz na łyżkę brał, to cię będę jadł.
      Groch oczywiście na odwróconą łyżkę brać się nic chciał. Gospodarz to zauważył, ale nie mówił nic. Zdarzyło się jednak potem w lat parę, gdy rok był nieurodzajny, że ten sam parobek, który się już ożenił i osiadł na własnej gospodarce i chleba mu nie stało na przednówku, przyszedł do swego dawnego gospodarza prosić o wspomożenie, Kmieć otworzył mu śpichlerz, w którego jednym kącie leżało żyto, w drugim jęczmień, w trzecim tatarka (poganka), a w czwartym groch. Może ci grochu potrzeba? - zapytał gospodarz. Oj, przydałby się, przydał - odpowie biedaczysko. Więc daj miech i trzymaj! To mówiąc, wziął szuflę i trzymając tak samo na opak, czyli dnem do góry, mówi do grochu: - Jeśli się będziesz brał, to cię będę sypał. - Panie gospodarzu, odwróćcie szuflę, to się zaraz groch weźmie. - A pamiętasz mój bratku, jakeś u mnie gardził tym grochem, odwracając łyżkę nad miską?
      Parobek dalejże za nogi gospodarza, przeprasza go ze łzami i wyznaje, że zgrzeszył, gardząc darem Bożym, a poczciwy kmieć, dawszy pożyteczną naukę, przebaczył mu i nasypał
      w cztery miechy: żyta, jęczmienia, tatarki i grochu.
      • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 11.11.14, 21:28

        • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 05.02.15, 16:39

    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 13.03.15, 22:48
      Meter słomy

      Kiesi, juz doś downo tymu, miyszkoł w Ochabach jedyn kumornik, a był to straszny
      wiłogłów. Błozna sie go dzieciały dycki i co chwile musioł kómusi cosi wymarasić. Bez tego ni móg żyć. Nazywoł sie Czornecki. Jak to kumornik, piniędzy nigdy ni mioł, a gorzołeczka mu strasznie szmakowała. Nieboszczyk Tramer, co mioł kiesi gospode, nie chcioł mu już dawać na gebeno, bo mioł ś niego brać, kie w chałupie biyda aż piszczała. Czornecki se tam z tego nic nie robił, ale dycki kómbinowoł, jakoby też prziś ku piniądzóm na te gorzołeczke. Roz se siedzi w gospodzie przi achtliku ze starym Rychlikym. To była tako drugo wymasta. Nawinół sie jakisi handlyrz z Górnego, co chcioł kupić słómy. Jak to Czornecki usłyszoł, zaroz. sie s nim doł do godki i prziłobiecoł handlyrzowi sprzedać dwa metry słómy. Handlyrz mu doł cosi na zodanek, postawił achtlik, potym wzión Czorneckiego na furmanke i pojechali do jego chałupy. Jak już byli przi chałupie, Czornecki kozoł chłopu poczkać i prawił, że idzie do izby po klucze od stodoły. A chałpe mioł drzewianóm, takóm lichóm bude, jako to kumornik. A naokoło było tam wiency chałup i stodół. Handlyrz siedzi na wozie pod chałpóm, czeko, doczkać sie ni może, a Czornecki jak z tej chałpy nie wychodzi, tak nie wychodzi. Jak już to trwało dobróm chwile, wloz do chałupy, dziwo sie, a w kóncie kole łokna siedzi staro Czornecko i łoto spódnice. Chłop sie pyto, kaj je gazda z kluczami od stodoły, żeby te słóme se móg wziąś. Baba zrobiła na chłopa łoczy, bo o niczym nie wiedziała ani swoigo chłopa nie widziała i zaczyno lamyntować, że sóm biydnymi kumornikarni i żodnej słómy ni majóm a stodoła, co stoi blisko chałpy je od sąsiada. Mógliście widzieć, co sie nawyzywała na starego, jak sic dowiedziała, że wzión zodatek na słóme, co ji ni mioł. Prawiła, że jejimu chopu ni ma co wierzić, bo to je bity cygón i wichlyrz, co jyno myśli, kajby piniądze na gorzołke wywichlarzić. A Czornecki, tyn lagramynt łobeszeł kole chałupy żeby sie handlyrz nic wszymnół, i stracił sie z łoczy, że go ani baba nie uwidziała przez łokno. Handlyrz, jak mu to baba wszystko łopowiedziała, klón, co wlazło, ale cóż mioł poradzić. Luto sie mu zrobiło biydnej baby skyrs takigo chachara i poszeł do sąsiadów, a wygónił cosi tej słómy. Jak jechoł
      spadki, stawił sie ze złości do Tramera, dziwo sic a tam miły Czornecki siedzi se jak gdyby nic przi achtliczku i popijo gorzołke. Za piniądze z tego zodanku, co mu handlyrz doł za słóme. Mógliście sie dziwać, jak sie handlyrz ciepoł. Niewiela brakowało, a dostałoby sie Czomeckimu porządnie biczyskym. Ale Czomecki, nie w ciymie bity, prawi se mu tak:
      _ Łobiecołech dwa metry słómy, to słóma bydzie. Pójcie haw sy mnóm.
      Wyszeł z handlyrzym przed gospoda i pozbiyroł pore słómek rozciepanych na ziymi. Wyjón z kapsy skłodany colsztok, łodmierził handlyrzowi dwa metry tych słómek i doł mu.
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 28.05.15, 10:30

    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 25.08.15, 19:17

    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 07.11.16, 10:31
      ***
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 02.04.17, 22:02
      A to ciekawe...
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 29.07.17, 17:41
      ***
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 17.09.17, 19:59
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/2HJODeT7XkTb2i9OMX.jpg
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 30.09.17, 14:22
      Na razie nie znalazłam nic nowego
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 23.02.18, 16:45
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/eb24c5H6FDPZXb6z2X.png
      • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 23.02.18, 16:46
        Znalazłam książkę "jednego drania"
        A tam takie fajne, śląskie opowiadania
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 06.05.18, 23:07
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uX9VClLj9fEuU7fa3X.png
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 13.09.18, 22:59
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uX9VClLj9fEuU7fa3X.png
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 20.01.19, 21:41
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/ddohi3Olw8wr0j43DX.png
      • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 20.01.19, 21:42
        O rany
        Ale dziwny ten Śląsk mamy
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 02.04.19, 23:08
      *
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 03.07.19, 18:35
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uX9VClLj9fEuU7fa3X.png
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 25.10.19, 23:19
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uX9VClLj9fEuU7fa3X.png
      • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 10.05.24, 11:29
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/HQLh1hRyLikIY9ccX.jpg
      • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 12.01.25, 17:23
        Trzeba ukarać drania
        Za te opowiadania
      • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 10.05.26, 22:02
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/4OrZOQgoRage4hFfX.jpg
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 10.01.20, 20:33
      Przypomniało mi się takie stare przysłowie - Ten Jasiu tak loto, że się o Bożą Mękę rozbije
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 11.02.20, 12:33
      *
    • madohora Re: Śląskie, stare opowiadania 28.06.20, 12:35
      http://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/1LhxMkUGggbxsWsIVX.jpg
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka