misterpee
29.11.11, 17:38
"Zupełnie nie podzielam zachwytu, z jakim media przyjmują tzw. wiosnę arabską. Po kolei upadają tzw. reżimy i dyktatury, co budzi ogromne podniecenie zachodniego establishmentu, Ameryki i mediów. W każdym z tych krajów (Egipt, Libia, Syria, wcześniej Irak) ofiarami tych rzekomo „demokratycznych” ruchów padają przede wszystkim chrześcijanie.
Tak było w Iraku, po obaleniu siłą reżimu Saddama Husajna. Mieszkało tam ponad 1,5 mln chrześcijan, a wicepremierem był chrześcijanin Tarek Aziz. Dzisiaj, w „demokratycznym” Iraku, zostało ich 25 tys. – reszta uciekła lub została zabita.
W Egipcie powoli zbliżamy się do tego samego scenariusza – co prawda wojsko jeszcze się trzyma, ale po wprowadzeniu „demokracji” wybory wygra jak nic Bractwo Muzułmańskie i wtedy po Koptach nie zostanie nawet ślad. Już dzisiaj są bezkarnie atakowani, mimo że stanowią 10 proc. populacji.
Z kolei w Syrii chrześcijanie murem stoją za Baszarem al-Asadem, bo wiedzą co ich czeka, kiedy uadnie.
Powstaje pytanie – kto jest zainteresowany w likwidacji świeckich nacjonalistycznych dyktatur, kto chce pod pozorem „demokratyzacji” doprowadzić do zwycięstwa islamistów? To może wydać się zdumiewające, ale biorą w tym udział Stany Zjednoczone. Bo to one pierwsze dały sygnał do demontażu naseryzmu na Bliskim Wschodzie, atakując czołowe państwo rządzone przez świeckich nacjonalistów – Irak. Efekt – chaos, anarchia, ponad milion ofiar. Jeszcze wcześniej poparły muzułmanów w Europie, wspierając Bośniaków i Albańczyków w ich walce z chrześcijańskimi Serbami. Trudno sobie wyobrazić, żeby Ameryka nie wiedziała co robi. Ma w tej dwuznacznej grze i takie „osiągnięcia”, jak wyhodowanie na własnej piersi Talibów"