globalista
30.03.02, 18:51
...Propaganda palestyńska demonizuje Szarona, który w swym życiorysie
politycznym ma trzy fazy. Pierwsza, to osiągnięcie w skali Piłsudskiego, gdy
walczył z Tuchaczewskim pod Radzyminem. W 1973 w trakcie wojny Jom Kipur armia
egipska ruszyła przez Synaj ku granicom Izraela. Szaron nakazał oficerowi
łączności zerwać linię ze sztabem. Zlekceważył tym samym rozkaz ówczesnego
szefa sztabu, który nakazał odwrót. Szaron zebrał jednostki pancerne, przełamał
front, przedarł się za Kanał Sueski i odciął armię egipską od jej bazy. 10 tys.
żołnierzy egipskich zostało okrążonych na pustyni. Błagali o wodę, czekając na
śmierć. O Szaronie mówiono wówczas "Arik melech Israel" - Arik król Izraela.
Był bohaterem. On uratował Izrael.
Druga faza, gdy Szaron wyrzucił na siłę żydowskich osadników z Synaju, by
doprowadzić do pokoju z Egiptem. I tego Palestyńczycy mu nie wypominają, ale
pamiętają to prawicowe oszołomy w Izraelu. Oni Szaronowi nie ufają! Pamiętają
mu też, że był doradcą Rabina i nigdy nie był wyznawcą ideologii Żabotyńskiego.
A trzecia faza?
Ani Arik Szaron, ani jakikolwiek żołnierz izraelski nie maczał palców w tej
masakrze. To znowu jest mistyfikacja palestyńska. Prawdą jest, że Szaron był
wtedy ministrem obrony i że walczył z Palestyńczykami w Libanie. Prawdą jest,
że dzięki Szaronowi Arafat był zmuszony pod eskortą izraelską z dwoma tysiącami
najbliższych bojowników uciekać do Tunezji. I prawdą jest, że w tym bezhołowiu
falangi chrześcijańskie, które były aliantami Izraela, zmasakrowały dwa obozy
palestyńskie.
Sąd najwyższy Izraela powołał specjalną komisję do wyjaśnienia tej sprawy.
Komisja Kahna określiła jednoznacznie, że ani Szaron, ani żadni Izraelczycy nie
brali udziału w tej masakrze, i że był to odwet bojówek chrześcijańskich...
(U.H)