gelatik
07.04.02, 23:17
Komunistyczne Chiny poznały smak cielesnych uciech za pieniądze. Erotyczny
przemysł to już znacząca część chińskiego PKB.
Każdy mężczyzna podróżujący samotnie po Chinach zna tego rodzaju sytuacje. Oto
po długiej podróży dostaje klucz do hotelowego pokoju, otwiera drzwi, wchodzi i
ledwie zdąży usiąść, już rozlega się telefon. - Czy życzy pan sobie masaż? -
pyta kobiecy głos, którego ton nie pozostawia wątpliwości, o jaki masaż chodzi.
Albo inna sytuacja: nasz podróżny postanawia się ostrzyc. Idzie do pobliskiego
salonu, gdzie kilka młodych niewiast bezczynnie przygląda się, jak fryzjer
najpierw myje włosy, masuje głowę (to standardowa pozycja w cenniku usług
chińskich fryzjerów), strzyże. Potem pada sakramentalne pytanie, przy którym
znudzone dziewczęta wyraźnie się ożywiają: - Czy życzy pan sobie masaż na
zapleczu?
Można by pomyśleć, że masaż to narodowy sport Chińczyków. Ale to tylko jeden z
eufemizmów, pod którymi ukrywa się seks za pieniądze. Chińska gospodarka należy
do najszybciej rozwijających się na świecie, a jednym z jej najprężniejszych
sektorów jest przemysł erotyczny. Miliony prostytutek na każdy gust i każdą
kieszeń. Sklepy pełne sztucznych penisów i afrodyzjaków, targowiska z
nielegalną pornografią. Wraz z sukcesem liberalnych reform gospodarczych
nastąpiła prawdziwa eksplozja seksu. Wydaje się, że dla mieszkańców jest on
niemal tak ważny, jak największe bóstwo współczesnych Chin: pieniądze.
W 1964 roku partia komunistyczna oficjalnie ogłosiła, że problem prostytucji w
Chinach przestał istnieć. Po rozpętaniu przez Mao rewolucji kulturalnej w 1966
roku seks pozamałżeński był niebezpieczny, bo groził publicznym napiętnowaniem.
Nawet uprawianie miłości w stadle małżeńskim dopuszczane było tylko w celach
prokreacji, a zbyt częste używanie rozkoszy uważano za niepotrzebną stratę
energii niezbędnej do pracy dla dobra ojczyzny. Jedyną osobą, która mogła wtedy
bezkarnie oddawać się seksualnym uciechom, był sam Mao.
Prostytucja wciąż jest w Chinach tematem tabu, trudno więc o szczegółowe
informacje o skali tego zjawiska. Wiadomo tylko, że jest przytłaczająco
wielkie. Źródła amerykańskie mówią o 4-10 mln prostytutek w całych Chinach.
Duża singapurska gazeta "Lianhe Zaobao" ocenia, iż może ich być "nawet do 20
mln", i wylicza, że przemysł seksualny przynosi ok. 6 proc. chińskiego PKB.
Chiński ekonomista Yang Fan mówi, że dane te mogą być zaniżone - ponieważ
prostytutki wydają znaczne sumy na artykuły niezbędne im w pracy, takie jak
telefony komórkowe, ubrania, perfumy czy biżuteria. Branżę erotyczną wraz ze
związaną z nią konsumpcją należy oszacować na co najmniej 1 bln juanów (około
pół biliona złotych), czyli około 12 proc. chińskiego PKB. Zdaniem Yang Fana
znaczenie tego sektora gospodarki jest tak duże, że samo wprowadzenie w 1999
roku nowych, zaostrzonych przepisów regulujących działanie lokali rozrywkowych
(chodziło m.in. o podniesienie wymagań sanitarnych i zwiększenie kar za brak
licencji) doprowadziło do obniżenia wzrostu PKB o 1 punkt procentowy.
Prostytutki w Chinach są zwykle zatrudnione przez różnego rodzaju "zakłady
rozrywkowe", czyli salony fryzjerskie i salony masażu, hotele i restauracje,
bary karaoke i salony tańca. A te oferują zarówno san pei, czyli dziewczęta do
towarzystwa (których głównym zadaniem jest zabawianie mężczyzn przy kolacji,
ale które w praktyce wykonują również usługi seksualne), jak i zwykłe
prostytutki. Jest też specjalna kategoria: pracownice public relations w
firmach prywatnych i spółkach joint venture. Głównym ich obowiązkiem jest
wprawienie szefa lub ważnych klientów firmy w "dobry nastrój".