mara571
12.12.15, 21:01
czyli podsumowanie dotyczasowych antydemokratycznych rzadow Orbana przez Igora Janke.
"Orbán robi pierwsze kroki w kierunku dyktatury – usłyszałem od węgierskiego socjologa, kiedy przyjechałem do Budapesztu kilka miesięcy po wygranych przez Fidesz wyborach ponad pięć lat temu. Biznesmenów związanych z odsuniętymi od władzy socjalistami oraz wspierających ich intelektualistów ogarnęło przerażenie. Dziennikarze z całej Europy zaczęli wydzwaniać do węgierskich kolegów z gazet i stacji telewizyjnych należących do zachodnich koncernów, które przez lata dobrze układały się z miejscową władzą. I słyszeli o nadchodzącej dyktaturze."
Wśród tych setek ustaw były nowe przepisy regulujące rynek medialny. Jej przeciwnicy nie mieli wątpliwości – za chwilę opozycyjne media będą zamykane, a nieprzychylni władzy wydawcy i dziennikarze karani finansowo. Część węgierskich mediów zorganizowała protest – 3 grudnia 2010 roku niektóre dzienniki i tygodniki ukazały się z niezadrukowanymi pierwszymi stronami, co miało symbolizować nadchodzące zagrożenie cenzurą i karami.
Zachodnie media alarmowały, że rząd w Budapeszcie zaczyna niszczyć opozycję i tłumi wolność. Tyle że gazety, które brały udział w proteście, ukazywały się dalej, ciągle ostro krytykowały rząd, a większość portali internetowych bez chwili wytchnienia ośmieszała Orbána i jego współpracowników. W centrum miasta reklamowały się okładkami tygodniki, jeżdżące po rządzie jak po łysej kobyle. I nic.
Nikt nie zagroził też tygodnikowi „HVG", gdy ten odkrył, że powołany przez Fidesz prezydent Pal Schmidt popełnił plagiat, pisząc pracę doktorską. Prezydent musiał ustąpić, a tygodnik ukazuje się do dziś i nieźle sobie radzi.
Ale zagrożenie ciągle miało nadejść. Koniec wolnych mediów na Węgrzech ogłaszany był niemal każdego dnia. Kiedy pojawiłem się w redakcji jednego z niechętnych Orbánowi tygodników (należącego do zachodniego koncernu), miła dziennikarka opowiadała mi długo o nadciągających zagrożeniach. W końcu wyznała, że jest już zmęczona, bo jestem kolejnym dziennikarzem zagranicznym, któremu opowiada tę historię. Potem odbyłem kilka rozmów z dziennikarzami o konserwatywnych poglądach. Ci nie mieli takich problemów z rozmówcami – żaden z przedstawicieli wielkich zachodnich dzienników i stacji telewizyjnych się z nimi nie kontaktował i o nic nie pytał.
Ciag dalszy
www.rp.pl/Plus-Minus/312119991-Orban-czyli-Chavez-nad-Dunajem.html
Zanosi sie na powtorke z rozrywki. Tym razem z Polska w roli glownej.