krystian71
19.05.05, 00:44
fakty.interia.pl/ziemkiewicz/news?inf=617015
Jan Tomasz Gross, autor głośnej swego czasu książki o zbrodni w Jedwabnem,
stanie przed sądem. Pozwał go potomek jednego z Jedwabian, których Gross
wymienił jako morderców - sprawa ma więc charakter prywatnego dochodzenia
dóbr osobistych. Ale może ośmieli nas ona, aby od Grossa zażądać wreszcie
zadośćuczynienia za zasadnicze kłamstwo, na którym swą książkę zbudował?
Z podziwu godnym lekceważeniem dla zasad historiografii, opierając się niemal
wyłącznie na relacji jednego świadka, którego wiarygodność podważa jego
późniejsza współpraca ze stalinowskimi organami przemocy, narysował Gross
obraz następujący: oto pewnego dnia Polacy w Jedwabnem dostali jakiegoś
amoku, zapewne pod wpływem swych antysemicko nastrojonych duszpasterzy, i
spontanicznie rzucili się mordować swych sąsiadów - Żydów.
Gross nie mógł nie wiedzieć, że to było po prostu niemożliwe. Historia zna
wiele pogromów, które można nazwać spontanicznymi. Nigdy nie padało w nich aż
tyle ofiar - zanim zamieszki rozpętały się na dobre, przynajmniej część
zaatakowanych mogła uciec. Tymczasem w Jedwabnem jednego dnia wymordowano
praktycznie wszystkich miejscowych Żydów - a to znaczy, że cała akcja musiała
być dobrze zaplanowana i przygotowana, rozpoczęta zablokowaniem miasta
znacznymi siłami. Grupa miejscowych zbirów, choćby nawet liczna, nie była w
stanie tak się uwinąć. Gross nie mógł też nie wiedzieć o identycznych
pogromach, jakie wcześniej i później miały miejsce w sąsiednich
miejscowościach - jednoznacznie wskazujących, że Jedwabne stanowiło część
szerszej operacji niemieckich sił policyjnych. A skoro Gross nie mógł nie
wiedzieć, to widać świadomie kłamał, zdając sobie sprawę, jaki jest w
niektórych krajach na takie oszczerstwa popyt.
W dyskusji, która wybuchła po wydaniu książki, historycy dość jasno
odtworzyli przebieg wydarzeń. Wydaje się pewne, że mordu dokonali Niemcy
rękami polskich kolaborantów. Problematyczna sensacja: starali się tak czynić
we wszystkich okupowanych krajach. Gdzie indziej w Polsce im się nie udawało,
bo takich kolaborantów, rekrutowanych głównie spośród kryminalistów, zabijało
za karę polskie podziemie. W Jedwabnem i okolicy żadnych struktur państwa
podziemnego już nie było, zostały wytępione przez poprzednich, sowieckich
okupantów. Cała nabudowana na Jedwabnem "moralistyka" o polskiej winie staje
się w świetle oczywistych faktów nie warta funta kłaków. Który niby naród
żadnych kolaborantów ani kryminalistów z siebie nie wydał? Z okazji rocznicy
powstania w warszawskim getcie w telewizji w kółko pokazywano archiwalne
zdjęcia i jak zwykle nikt przez uprzejmość nie objaśniał, że ci uwiecznieni
na nich policjanci, zaganiający Żydów pałkami do wagonu, to bynajmniej nie
Niemcy ani Polacy, ale też Żydzi, skuszeni do współpracy w zbrodni obietnicą
chwilowego zawieszenia wydanego na nich wyroku.
Ale cokolwiek ustalili historycy, świat to olał. W USA wydano tylko książkę
Grossa, bez żadnych komentarzy ani krytycznych recenzji, a z całej
towarzyszącej jej w Polsce dyskusji wydobyto jedynie głosy tych, którzy
histerycznie rzucili się do przeprosin i bicia w cudze piersi. Choć domaganie
się przeprosin od Polaków za to, że kilku degeneratów dało się kiedyś kupić
SS, ma dokładnie tyle samo sensu, co karanie Żydów za zabicie Chrystusa.
Rafał A. Ziemkiewicz