wojo!!!!
07.11.02, 14:04
Nie jestem Palestyńczykiem
LUDWIK STOMMA
11 września dokonano krwawego zamachu na Pentagon i centrum Nowego Jorku. W
odwecie Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę międzynarodowemu terroryzmowi
i zaatakowały domniemane miejsca przebywania winnych. W zmasowanych nalotach
na Afganistan – czego nie dało się nijak uniknąć, było więc z góry wliczone
w koszta – ginęli też, a może przede wszystkim, cywile nic bezpośrednio z
aktami terroryzmu nie mający wspólnego. Opinia publiczna w Polsce
zaakceptowała te amerykańskie działania, w telewizji zachwycał się nimi
Waldemar Milewicz, a władze nasze na czele z ministrem Siwcem gromko
pokrzykującym, że „Polska też jest w stanie wojny” (sic!), usiłowały nawet
wysłać w Hindukusz i Paropamis niezłomny Grom, co spełzło na niczym z
powodów technicznych oraz małego entuzjazmu Jankesów, a nie z braku chęci.
Od paru lat, z dramatycznym nasileniem w ostatnich miesiącach, dokonywane są
systematycznie krwawe zamachy na ludność Tel Awiwu, Jerozolimy, Hajfy... W
odwecie Izrael stara się punktowymi uderzeniami zbrojnymi sparaliżować
główne centra terroryzmu. W kontratakach tych, czego nie da się uniknąć,
ofiarami padają również (choć tutaj nie przede wszystkim) bezpośrednio nie
mający nic wspólnego z zamachami terrorystycznymi cywile. Tym razem zarówno
nasza opinia publiczna jak i władze zachowują bardzo daleko idącą
powściągliwość. Natomiast Waldemar Milewicz w telewizji równa
spokojnie „ofiary po obu stronach” (czy taka formuła przyszła mu choćby do
głowy w Afganistanie), pokazuje trupy palestyńskich milicjantów komentując,
że „Żydzi zabili ich z zimną krwią” i po chwili dopiero niechętnie dodając,
iż „taka jest przynajmniej jedna z wersji”, jednoznacznie zaś już potępia
fakt, że żołnierze izraelscy szukają terrorystów „nawet pośród rannych w
szpitalu”, co, kiedy kubek w kubek to samo robili Amerykanie w Kandaharze,
jakoś go zupełnie nie oburzało. Telewidz polski ma też możność obejrzenia
ślicznej buzi „męczenniczki”, która za chwilę zamorduje niewinnych ludzi w
restauracji hotelowej, wzruszyć się jej młodym wiekiem i zapoznać z grubsza
z namiętnym przesłaniem. Poprzedniego dnia współcierpi Milewicz z
palestyńskim staruszkiem, który nie może spotkać się z synem, albowiem źli
Żydzi nie przepuszczają go przez kordon. Szale wagi nie pozostają już nawet
w równowadze.
Nie chodzi tu o sentymenty, ale minimum konsekwencji, logiki i przykładania
jednej miary. Tym bardziej że Waldemar Milewicz podaje nam też receptury
polityczne. „Czy Żydzi mają propozycje pokojowego rozwiązania konfliktu?” –
zapytuje retorycznie i po chwili odpowiada sam sobie: „Mają ją Arabowie”.
Ową pokojową propozycją arabską jest według Milewicza saudyjski dyktat, żeby
Izrael powrócił do granic z 1967 r., w zamian za co kraje arabskie go
uznają. Tak się jednak dziwnie składa, że w 1967 r. Izrael był w granicach z
1967 r. Kraje arabskie nie tylko go wtedy nie uznały, ale rozpoczęły wojnę,
której celem było dokładnie to samo, co głoszą dzisiaj najzupełniej otwarcie
palestyńscy terroryści, czyli „zepchnięcie Żydów do morza”. W tym też czasie
wszystkie sporne dzisiaj terytoria znajdowały się w rękach arabskich, były
więc niby obiektywne szanse na utworzenie państwa palestyńskiego.