puls
25.08.03, 23:00
Samobójczy strach Zachodu
Tygodnik "Wprost", Nr 1047 (22 grudnia 2002)
Synowie Allaha stali się nowymi nietykalnymi
Oriana Fallaci
Włoska pisarka i dziennikarka. Korespondentka wojenna w Wietnamie i na
Bliskim Wschodzie. Śledziła konflikt indyjsko-pakistański w 1971 r., wojnę w
Libanie w latach 80., wojnę w Zatoce Perskiej w 1991 r. Zasłynęła jako
autorka ostrych wywiadów ze światowymi przywódcami - od ajatollaha
Chomeiniego po Lecha Wałęsę. Jej książka "Wściekłość i duma" wzbudziła
kontrowersje i wywołała bardzo emocjonalną dyskusję publiczną.
Dlaczego jestem w Ameryce? Dlaczego robię coś, czego nigdy wcześniej nie
robiłam w Europie? To proste - od 11 września prowadzimy wojnę. Linia frontu
nie przebiega w Europie, ale właśnie tutaj. Europa nadal znajduje się na
tyłach. Jako korespondent wojenny - a byłam nim kiedyś - wolałam być na
pierwszej linii niż na tyłach. Podczas tej wojny nie czuję się
korespondentem, lecz żołnierzem. A żołnierz ma obowiązek walczyć. W tej
wojnie wykorzystałam szczególną broń osobistą. Nie jest to broń palna, lecz
książka. Niewielka, bo liczy zaledwie 187 stron. Zatytułowałam
ją "Wściekłość i duma".
Ta książeczka wywołała w Europie wiele zamieszania. Jedni pieją hymny
pochwalne. Inni jej nie znoszą, potępiają i marzą, by - podobnie jak
naziści, którzy w latach 30. podpalali księgarnie - spalić ją wraz ze mną.
Spalić wiedźmę, spalić heretyczkę! Na stos z nią! Ta książka powstała
błyskawicznie, odrywając mnie od powieści, nad którą pracowałam. Pozbawiła
mnie też wolności, bo czas pochłaniają mi weryfikacje przekładów, a jej
absorbujący sukces wywołuje we mnie niekiedy pewną urazę, a czasem nawet
mdłości.
"Wściekłość i duma" jest owocem wiedzy płynącej z doświadczenia - ośmielę
się nawet powiedzieć, że mądrości. A jednak przypomina krzyk dziecka z baśni
Andersena, które woła, że król jest nagi. Król jest nagi, a moją bronią jest
prawda.
Góra lodowa fanatyzmu
Od Afganistanu po Sudan, od Palestyny po Pakistan, od Malezji po Iran, od
Egiptu po Irak, od Algierii po Senegal, od Syrii po Kenię, od Libii po Czad,
od Libanu po Maroko, od Indonezji po Jemen, od Arabii Saudyjskiej po
Somalię - nienawiść do Zachodu rozprzestrzenia się jak pożoga roznoszona
przez wiatr. Wyznawców islamskiego fundamentalizmu przybywa w postępie
geometrycznym, podobnie jak nowych komórek. Najpierw komórka dzieli się na
pół, za chwilę są cztery, później szesnaście, trzydzieści dwie i tak w
nieskończoność. Ugrupowania ekstremistyczne, fanatyczne mniejszości -
ekstremistów są miliony. Niezależnie od tego, czy jeszcze żyje, dla wielu
Osama bin Laden jest postacią legendarną, podobnie jak Chomeini. Po śmierci
Chomeiniego rzesze uznały za swego przywódcę bin Ladena, nowego bohatera.
Oglądałam jego wielbicieli z Nairobi. Na placu zatłoczonym bardziej niż w
Gazie, Islamabadzie czy Dżakarcie reporter telewizyjny rozmawiał z jakimś
starcem. Pytał, kim dla niego jest bin Laden. "Bohaterem, naszym bohaterem" -
entuzjastycznie odparł starzec. "A co będzie, jeśli on umrze?" - dociekał
dziennikarz. "Znajdziemy kolejnego" - nie mniej entuzjastycznie stwierdził
pytany.
Można więc powiedzieć, że duchowy przywódca tych ludzi jest tylko
wierzchołkiem góry lodowej. Tą jej częścią, która wyłania się z otchłani. W
tej wojnie rzeczywistym protagonistą nie jest bin Laden. Jeszcze w mniejszej
mierze jest nim kraj, który udzielił mu schronienia, czy jego kraj ojczysty,
czyli Arabia Saudyjska i jej stronnicy - Iran, Irak, Syria i Palestyna. Ta
góra lodowa nie zmieniła się od 1400 lat. Nadal tkwi w otchłani ślepoty. Nie
otworzyła drzwi przed postępującą cywilizacją. Nigdy nie chciała znać
wolności, demokracji ani postępu. Krótko mówiąc, nie zmieniła się wcale. Ta
góra, pomimo hańbiącego bogactwa rządzących, zapatrzonych w przeszłość
władców - królów, książąt, szejków i bankierów - nadal żyje w oburzającej
nędzy. Utrzymuje się przy życiu w potwornej ciemności, w przerażającym mroku
religii. Ta góra tonie w analfabetyzmie. Nie wolno zapominać, że niemal w
każdym muzułmańskim kraju liczba analfabetów przekracza 60 proc.
Ta góra skrycie nam zazdrości naszego życia, chociaż nigdy się do tego nie
przyzna. Albo zazdrości nam nieświadomie, obarczając nas odpowiedzialnością
za swoją nędzę materialną i duchową. Mylą się ci, którzy są przekonani, że
święta wojna zakończyła się w 2001 r., kiedy obalono reżim talibów w
Afganistanie. Mylą się ci, których radością napawa widok kabulskich kobiet
bez burek idących wreszcie do szkoły, lekarza lub fryzjera. Mylą się także
ci, którzy czują, że zemsta się dokonała, kiedy widzą, jak kabulscy
mężczyźni golą brody.
Mężczyźni znów mogą zapuścić brody, a kobiety ponownie mogą być zmuszone do
noszenia burek. Spójrzcie na mapę - na południe od Afganistanu rozciąga się
Pakistan, a na północy muzułmańska Czeczenia, Uzbekistan i Kazachstan. Na
zachód od Afganistanu leży Iran, sąsiadujący z Irakiem. Irak z kolei
graniczy z Syrią, a ta z Libanem, niemal w całości muzułmańskim. Na południe
od Libanu leży muzułmańska Jordania, a zaraz za nią ultramuzułmańska Arabia
Saudyjska. Po drugiej stronie Morza Czerwonego rozciąga się Afryka, która od
dawna jest opanowana przez islam - Libia, Somalia, Nigeria, Senegal,
Mauretania, Czad. Mieszkańcy tych krajów popierają świętą wojnę islamu.
Spierdalaj, Fallaci!
Konflikt między światem Zachodu a islamem nie jest starciem zbrojnym - to
konflikt kultur, konflikt religijny. Nasze militarne sukcesy nie rozwiążą
problemu ekspansji islamskiego terroryzmu. Przeciwnie, zachęcą do aktów
terroru, podsycą nienawiść i sprawią, że terrorystów nieustannie będzie
przybywać. Najgorsze dopiero przed nami. To smutna prawda. To prawda, o
której wielu nie chce słyszeć, nie chce jej znać, nie chce jej uznać.
Oczywiście, niemal wszyscy ochoczo przyznają, że Osama bin Laden nie jest
grzecznym chłopcem i raczej nie zasługuje na Pokojową Nagrodę Nobla. Nawet
na tę, którą Szwecja przyznała Arafatowi. Ale nikt otwarcie nie powie, że
bin Laden to tylko wierzchołek góry lodowej. Ci, którzy są tego świadomi,
szepcą: "Dziękujemy ci, Oriano, że mówisz to, co myślimy, ale nie mów
więcej".
Wypowiadają te zdania szeptem, bo się boją. Zachodem zawładnął strach.
Wszyscy są przerażeni. Boją się wystąpić przeciw górze, boją się skrytykować
świat muzułmański. Obawiają się, że zostaną potępieni za wstecznictwo.
Przeraża ich, że będą nazwani rasistami. To nieuczciwe określenie pozwala
nieuczciwym wyznawcom politycznej poprawności szantażować tych, którzy nie
wiedzą, co zawsze oznaczało słowo "rasizm". Krótko mówiąc, boją się obrazić
synów Allaha. Obawiają się, że ci mogliby ich za to ukarać. Synowie Allaha
stali się nowymi nietykalnymi!
Na miłość boską, można dziś mówić, co się chce i krytykować każdego. Można
obrażać chrześcijan, buddystów, hindui-stów i żydów. Można spotwarzać
katolików. Można oskarżać księży o gwałty i pedofilię. Można pluć na Matkę
Boską i Chrystusa. Można żądać usunięcia krzyży ze szkół i szpitali. Jakiś
czas temu pewien muzułmanin, który czekał na poród swojej żony we włoskim
szpitalu, miał czelność zażądać, by usunięto krzyż z sali porodowej. A
samozwańczy przewodniczący Włoskiej Partii Islamskiej stwierdził, że
krucyfiks to mała, naga postać, która budzi przerażenie w muzułmańskich
dzieciach. Burmistrz miasta w północnych Włoszech musiał zatrudnić
pośrednika w szkole, ponieważ muzułmańskie dziecko stwierdziło, że nie
będzie rozmawiać z nauczycielką - tylko dlatego, że jest kobietą.
Biada jednak temu, kto ośmieli się skrytykować religię i świat muzułmański.
Biada Fallaci, która pisze o górze lodowej, rasistów nazywa rasistami.
Fallaci wymierzy surową karę ten sam człowiek, dla którego krucyfiks jest
małą, nagą postacią budzącą przerażenie w muzułmańskich dzieciach, który
bezczelnie obrzuca obelgami mojego nieżyj