inguszetia_2006
24.06.08, 21:50
Witam,
Dzisiaj byłam na wycieczce rowerowej z kumpelą i dwójką małych
pokrak;-) Jako samochodziarz zaciekły i zapiekły wróg rowerzystów na
ulicy, jeździłam po scieżkach rowerowych i chodnikach. Ale nie w tym
rzecz. Otóż, na każdym przejściu schodziłam z roweru i maszerowałam
z gratem przez zebrę. Kierowcy byli bardzo sympatyczni, nawet się
zatrzymywali (może się bali, że zrobię jakiś numer, albo może byli
tacy kulturalni), nikt mi życia nie utrudniał, a wręcz przeciwnie.
I oto, gdy taką właśnię lekcję zrozumienia i kultury uskuteczniałam
na drodze, za moimi plecami pojawiło się dwóch odzianych w
kombinezony facetów w kaskach i śmignęli przez ulicę;-)
Kurza stopa;-)Jakie to było niepedagogiczne;-) A mogło być tak
pięknie;-) Mogli wysadzić swe szanowne tyłki ze swych szybkich maszyn
i przejść po ludzku. Ale nie. Oni musieli śmignąć, bo to dyshonor w
takim kasku popylać na nogach i ciagnąć swój złom.
Następna sprawa; czy rowerzyści płci męskiej to takie du...y
wołowe, że jak widzą, iż kobieta ciągnie rower pod górkę(po
specjalnych szynach dla wózków dziecięcych), to nie wpadną na to, by
pomóc? Pytam, bo nikt nie oferował pomocy, a panowie nieśli rowerki
w rękach po schodach, więc krzepę mieli.
Generalnie, te dwa incydenty, utwierdziły mnie w przekonaniu, że
faceci na rowerze to du...y wołowe i wredne tasiemce;-)
Z rowerowym pozdrowieniem,
Inguszetia