Dodaj do ulubionych

Legendy z okolic Łomży

10.04.06, 15:54
Właśnie dokopałam się do kilku ;)
Obserwuj wątek
    • maggpie "Jaś Grajek i królowa Bona" 10.04.06, 15:55
      Było to w jedną noc styczniową. Mróz, który od kilku tygodni się srożył i Narew
      grubym okrył lodem, sfolgował właśnie nad wieczorem, a leciutki śnieżek pokrył
      ziemię. Powietrze było zupełnie ciche, i tak łagodne, iż po siarczystych mrozach
      zdawało się ciepło jak na wiosnę. Księżyc, chociaż niepełny, przyświecał jasno,
      a w jego blasku zlodowaciałe drzewa i suche badyle polnych chwastów iskrzyły się
      jak gdyby ze srebra i brylantów samych złożone.
      Mogło być około północy, gdy Jaśko wracał po lodzie zza Narwi do domu, bo
      jakoś tej niedzieli rychlej się skończyły niźli zwykle tany w karczmie, której
      grał właśnie. Był to sobie rześki dwudziestoletni parobczak, z rzemiosła swego
      pastuch bydła w Łomżycy, a z zamiłowania grajek. Chodząc ze stadem swoim przez
      lata całe ze skrzypkami nieodstępnymi, tak się doskonale wygrywać na nich
      wyuczył, że aż rozkosz było słuchać. To i też choć młody, poczynał już mieć
      sławę w okolicy, dziewki uśmiechały się do niego radziej niż do drugich
      parobków, a gdzie było wesele albo tany w pobliżu, trudno się obyło bez Jasia.
      Otóż tedy powracał sobie po lodzie z karczmy do domu, a że mu jeszcze czmerało
      parę kieliszków w czuprynie, wygrywał sobie po drodze to wesołe, to rzewne
      piosneczki, jak mu która na myśl przychodziła. Właśnie przeszedłszy szczęśliwie
      przez rzekę mijał pagórek, na którym kiedyś stało zamczysko królowej Bony, gdy
      wtem stał się przed nim dziw, który go od stóp do głów przejął mrowiem. Tuż
      przed oczyma jego rozwarła się nagle jedna ściana pagórka i z ciemnego jej
      otworu ukazała się piękna pani, wystrojona jak na święto, cała od złota i
      klejnotów. Jaś, choć mu w głowie czmerało, widział, że to coś nie po ludzku się
      dzieje. Chciał się przeżegnać, ale mu smyczek przeszkodził, zawołał więc tylko
      na głos:
      - Wszelki duch Pana Boga chwali!
      - I ja go chwalę - pokornie i rzewnie odpowiedziała strojna pani - choć nim
      oglądać stanę się godną, wieki, wieki jeszcze miną! - z cichym dodając
      westchnieniem. Jaśko, skoro tylko pierwsze słowa jej posłyszał, uspokojony, że
      nie z diabłem ma do czynienia, nie dając na resztę uwagi, zdjął czym prędzej z
      głowy baranią czapkę i kłaniając się nią do nóg zaczął Prawić:
      - A toć mi wybaczcie, Imościulu! żem się was wyląkł, gdyby czego złego... Ale
      dalibóg - bo i skąd się też Imość o tej porze tutaj wzięła?.. Albo pfu! czym ja
      pijany, czy co? - Czyć mi się to jeno widzi, że to my tutaj nad Narwią, w
      szczerym polu - a to ot, że niby zamkowa góra - hę?
      - Dobrze ci się widzi, mój człowieku. Toć to jest zamkowa góra, a ja nieszczęsna
      ta królowa Bona, com na niej kiedyś mieszkała!...
      - Ach, ciężko się nagrzeszyło, ciężko też pokutuję teraz! W zapadłym zamczysku
      moim dręczą mnie i poniewierają złe duchy, tylko ta jedna godzinka przed
      północą, o której za życia bywało pacierz mawiałam, wolna mi od mąk zostaje...
      Ale co ci o tym prawić! choćbyś chciał, pomóc mi nie zdołasz... Oto, uczyńże
      przynajmniej jedno, co możesz. Słyszałam, jakeś idąc ślicznie wygrywał
      piosneczki, zagrajże i mnie jedną, ze dwie jakie, to zapomnę choć na chwilkę o
      mojej niedoli. To mówiąc zjawisko niewieście spojrzało Jankowi w oczy tak
      miłosiernie prosząc, że chociaż dowiedziawszy się o jej godności rad był wziąć
      nogi za pas i drapnąć do domu, nie mógł się oprzeć milczącemu błaganiu i
      podstroiwszy skrzypce zaczął grać jej kwoli śliczną piosenkę:
      Choćbyś ty jeździł we dnie i w nocy, Choćbyś wyjeździł koniowi oczy, Tak ja
      twoją nie będę!
      Bona słuchała z zachwyceniem. Ach!, bo i któż by słuchać mógł bez niego tej
      cudnej mazowieckiej pieśni? - cóż dopiero ona nieboraczka, co od lat tylu nie
      znała innej muzyki, tylko wycia i śmiechy diable?
      Jaś też grał, co się nazywa doskonale. Nie umiał ci on wyprawiać smyczkiem po
      strunach dziwnych skoków jak na przykład dzisiaj niejeden okrzyczany szarlatan,
      ale od pierwszego dotknięcia skrzypek tak się duszą całą wmyślił w piosnkę
      graną, że zapomniał o Bonie i strachu, o wszystkim wokoło siebie, wyśpiewując w
      głębi duszy słowa, których nutę wygrywał. Toteż jednostajna melodia piosenki z
      każdą zwrotką nabierała nowego wyrazu, ruchu i dźwięku, a kiedy przyszedł w
      myśli aż do tych słów dziewczyny:
      A ja się stanę gwiazdką na niebie, Będę świeciła ludziom w potrzebie, Tak i ja
      twoją nie będę! Do nieporównanej odpowiedzi chłopca: A ja mam litość nad
      ubogiemi, To sproszę gwiazdkę z nieba do ziemi. Skrzypki Jasiowe tak czarującym
      odezwały się głosem, że aż Bonie z czarnych oczu trysnęły dwie jasne łez krynice
      i dwoma kroplistymi strumieniami z twarzy na wznoszące się piersi spadały.
      - Dzięki ci, dzięki! - zawołała, kiedy skończył - za te łzy, któreśmi wycisnął.
      Ach, nie pojmujesz sam, ileś mi dobrego sprawił. Łzami tymi wyciekło z duszy
      mojej więcej złego, niżliby ogień czyśćcowy przez cały rok mógł strawić... Ale
      słyszysz? - oto północ bić zaczyna - muszę wracać na pokutę! Bywaj zdrów, a
      pamiętaj, jeśli kiedy będziesz potrzebował pomocy w jakiej potrzebie, przyjdź,
      zagraj tylko pod tą górą, a ja wynijdę do ciebie. Nie zapomnij tylko pory: w
      godzinę przed północą!
      Wtem na wieży łomżyńskiej fary zegar uderzył dwunasty raz, Bona skoczyła w
      czarną czeluść pagórka, która się za nią zawarła, a Jaś posłyszał taki ryk i
      jęk, i brzęk łańcuchów, że zatykając uszy pobiegł wystraszony ku domowi,
      odmawiając z cicha pacierz za zbawienie pokutującej królowej. Słońce poczęło
      wyżej wzbijać się nad ziemię i ciepławy południowy wiatr powiewiewał po
      lesistych Polski płaszczyznach, niosąc na skrzydłach swych młodą wiosnę,
      otoczoną śpiewnymi chórami skowronków i szczebiotliwych jaskółek, ciągnącą za
      sobą długie wędrownego ptactwa sznury.
      A w miarę, jak ten zgiełkliwy orszak niewidzialnej boginki przebiegał ponad
      niwami, topniały lody w brylantowe krople, i śnieg poczerniały rozpływał się w
      tysiące drobnych strumyków, brzmiących po kamykach we wtór świegotu wiosennego
      ptactwa. Bladozielone łąki stroiły się w pierwsze stokrotki, nagie jeszcze
      rosochate drzewa radośniejsząjuż przybierały barwę, zdało się że pod ich grubą,
      szorstką korą widać krążenie soków, a długie ich ramiona, poruszane wiatrem
      przelotnym nie przerażały już tym kościotrupim stężałych członków chrzęstem,
      lecz uginając się lekko, miłym, odzywały się szumem. Nawet posępna
      krzywokonarzysta sośnina, obwiana tchnieniem młodzieńczym wiosny, zdawała się
      odmładzać żywszą barwą i balsamiczną rozlewała wonność.
      Jaś po raz pierwszy wygonił swoje bydełko na świeżą pastwę, na łąki bujne
      brzegiem lasu się ciągnące. Zachwycony pięknością Bożego świata, pochwycił
      nieodstępne skrzypki i zasiadłszy na próchniejącym pniaku starej jakiejś olchy,
      patrząc w jasnobłękitne niebo i słuchając tajemniczych głosów z głębin jego
      brzmiących, wylewał serdeczną muzyką przepełniające duszę błogie uczucia. Biedny
      Jaś, biedny poeta grajek zapomniał na śmierć, że był pastuchem dworskiego bydła.
      Przez przezroczyste niebo widział Boga w całej chwale i wszechmocy, otoczonego
      chórami aniołów, i zdało mu się, że sam stawszy się także aniołem wygrywał na
      swych skrzypkach chwałę Przedwiecznemu... Z marzenia tego zbudził go nagle
      okrutny Boćkowski kańczug, spadając mu gradem ciosów na plecy i ramiona.
      - Ha! psia, chamska duszo, niegodziwa! - wrzasnął z konia gruby pan ekonom - tak
      to pasiesz pańskie bydło? Dam ja ci muzykę, złodzieju?... i grzmocił batogiem dalej.
      Jaś, z bólu i strachu wypuściwszy skrzypki, zobaczył stado swoje rozpierzchnione
      po pastwisku i po bliskiej oziminie, po kępinach i zaroślach i uchodząc przed
      niemiłosiernym batogiem, pobiegł je zaganiać w gromadę. Rozperzony ekonom
      tymczasem grzmiał jeszcze długo, przeklęstwami i groźbami, aż przypomniawszy
      sobie o czymś innym pogalopował dalej. Po kilku godzinach znojnego biegania
      udało się Jaśkowi zegnać wreszcie do kupy wszystkie bydło rozpierzchnione: lecz
      gdy je zebrawszy wziął liczyć.
      I zgrozo! - przekonał się, że czerwonej Łysej" nie dostawało, próżno jej
      dowoływał, próżno szukał w pobliskich zaroślach, a dalej
      • maggpie "Jaś Grajek i królowa Bona" cd. 10.04.06, 15:57
        I zgrozo! - przekonał się, że czerwonej Łysej" nie dostawało, próżno jej
        dowoływał, próżno szukał w pobliskich zaroślach, a dalej odchodzić nie śmiał,
        żeby się wszystko nie rozeszło znowu. Co było robić? pognał przed czasem stado
        do domu, a zamknąwszy w oborze, sam odszedł, choćby noc całą szukać straconej
        jałówki. Ale nie potrzebował trudzić się zbyt daleko zaledwie przeszedł w
        pierwszy gęsty zagaj, znalazł poszarpaną świeżo skó, rę swojej zguby, rogi i
        kopyta. Czerwoną Łysą wilki zjadły! Jęknął Jaś na ten widok jak przybity i
        zdrętwiał cały, myśląc o karze jaka go czeka.
        - Boże mój, Boże! - wołał łamiąc ręce - cóż ja nieszczęśliwy mam począć?.. Albo
        mi się utopić, albo się powiesić!... Wtem przypomniał sobie Bonę i obietnicę,
        którą mu uczyniła. Tonący brzytwy się chwyta, a tak i Jaś, choć go mrowie
        przechodziło na samo wspomnienie zamkowej góry, odważył się i szedł szukać
        pomocy u pokutującej królowej. Stanął u zamkowej góry właśnie w sam czas, bo
        tylko co była jedenasta wybiła, przeżegnawszy się więc pobożnie i poleciwszy
        Panu Bogu, począł wygrywać na skrzypkach. Niezadługo otworzyła się przed nim,
        jak niegdyś ściana pagórka, i Bona w królewskim wyszła stroju.
        - No, jak się miewasz, przyjacielu? - zapytała Janka. - Jakoś smutnie ci dziś z
        oczu patrzy, powiedzże, co ci się stało i jakiej chcesz pomocy?
        - Ach, oświecona królowo? - rzekł grajek - stało mi się ciężkie nieszczęście.
        Zagapił się człowiek, pasąc bydło, a czerwona Łysa tymczasem w las zalazła i
        wilcy ją zżarli! Poradź, pomóż, zlituj się, miłościwa pani! bo mi się chyba
        utopić przyjdzie.
        - Nie rozpaczaj no tylko przed czasem, chętnie ci pomogę. Jałówki wprawdzie
        zjedzonej do życia nie wrócę, ale dam ci tyle pieniędzy, żebyś albo inną kupił,
        albo panu zapłacił. Ileż, myślisz, będzie ci trzeba?
        - Ano Icek dawał panu za nią ośm talarów, ale pan nie chciał inaczej tylko
        dziesięć. Jeszcze sam zapowiedział:
        - Pamiętaj Jasiek, możesz oddać Ickowi czerwoną, jak ci zapłaci dziesięć
        talarów. Ale Icek na moje nieszczęście nie przyszedł!
        - Dobrze tedy - mówiła Bona - ja ci dam dziesięć talarów, a będziesz mógł
        powiedzieć, żeś bydlę sprzedał. Ale po pieniądze sam sobie musisz do lochu iść.
        Stoi tam jedna kadź talarów, to sobie odlicz, co ci ich potrzeba. Pamiętaj
        tylko, żebyś ani na włos nie brał więcej, bo byś popadł w moc złego, a na to ja
        nic bym nie mogła już pomóc.
        Jasiowi nie było miło, że sam musi leźć w głąb góry, ale nie miał innego
        wyboru, zebrał całą odwagę do serca i poszedł. Czarnym, krętym korytarzem
        zaszedł do ogromnej piwnicy, w której od srebra, złota i drogich kamieni widno
        było gdyby w dzień. Pod jedną ścianą stała kadź szeroka, pełna pod wierzch
        bitych, błyszczących talarów. Jaś drżącą ręką. odliczył ich sobie dziesięć - i
        schowawszy je dobrze za nadra, pobiegł nie oglądając się na powrót. Wydostawszy
        się na wolne powietrze odetchnął, jakby się na świat na nowo narodził, a
        podziękowawszy serdecznie Bonie wrócił szczęśliwie do domu.
        Bieda nigdy nie przychodzi sama. Jak się raz zacznie, to idzie jedna za drugą
        jak pacierze w różańcu. Wkrótce po stracie jałówki zdarzyło się Jaśkowi nowe,
        gorsze sto razy nieszczęście: zakochał się biedaczysko. Jeszczeć, że się
        zakochał, może by to i nie było tak źle bardzo, boć powiadają że to nawet czasem
        na dobre bywa, ale licho go skusiło zakochać się w Małgoli, córce młynarzowej z
        łomżyńskiego przedmieścia.
        Taka panna młynarzówna dla ubogiego grajka wiejskiego jest tak w stosunku jak
        na przykład jaka hrabianka albo bogata dziedziczka względem niemajętnego artysty
        albo literata. Schlebiało jej to, że Jaś, dorodny chłopak i lubiony od tylu
        dziewek, był jej uniżonym służką, nawet nie szczędziła mu czułych spojrzeń i
        uśmiechów, ale Jaś, nie w ciemię bity, widział dobrze, że to wszystko kobieca
        obłuda, żeby go sto razy oddała za pierwszego lepszego wiercipiętę z miasta...
        Stary Grzegorz, gajowy, stryj jego, widząc, jak srodze się miłością swą martwił,
        mówił doń nieraz:
        - Ej Jasiu, Jasiu! niechaj ty młynarzównej? Co ci za licho w łeb wlazło? Czy to
        nie masz tylu ślicznych dziewek, co za tobą przepadają, żeby się tamtej
        wpraszać? A gdyby cię nawet kochała, gdybyś się z nią i ożenił, choćby ci też i
        najlepszą żoną była, to wierz staremu, kością w gardle stanąłby ci tatuś i
        matusia, nadęci bracia i siostry, bo to wszystkie takie głupie, żeby się miało
        za coś lepszego od ciebie. Daj jej pokój, mówię tobie, ot wiesz co, wyswatam ci
        Wojciechową Jagnę albo Kaśkę po Jędrzeju?
        Ale zakochanemu prawić, żeby dał pokój, to tak jakbyś choremu chciał odradzić,
        żeby nie miewał gorączki. Jaś wiedział tylko jedno: że bez Małgoli żyć nie może,
        a co dalej będzie, nie myślał. Od kłopotu i zmartwienia zaczął wreszcie chudnąć
        i blednąc.
        Oho - pomyślał sobie - źle! Jak wychudnę i zblednieję, będzie jeszcze trudniej z
        dziewczyną. Cóż ja nieszczęsny mam począć? Ha! dziej się wola Boża! Pójdę na
        porady do Bony, czy co mi nie pomoże?
        I w rzeczy Bona znalazła mu radę (bo ponoć za życia swego nieraz tego sama
        próbowała).
        - Chcesz, żeby cię twoja dziewka kochała? Sposób łatwy na to rzekła - złap
        żywego nietoperza, włóż go w nowy garnek i obwiąż rzeszociskiem, a potem o
        północy zagrzeb w mrowisku. Tylko pamiętaj, odchodząc nie oglądać się, bo by ci
        się złe zdarzyć mogło. Nazajutrz idź do mrowiska, - a znajdziesz w garnku
        kościane widełki i grabki, którą dziewczynę zechcesz, żeby cię kochała,
        przyciągnij ją skrycie ku sobie grabkami, a nie będzie mogła żyć bez ciebie,
        która ci zaś niemiła, a wdzięczy się ku tobie, odepchnij ją jeno widełkami, to
        będziesz miał pokój od niej.
        Uradowany Jaś złotą radą królowej odszedł, po tysiąc błogosławiąc ją razy. W
        kilka dni, złapawszy nietoperza, uczynił wedle jej nauki, a w niej długi czas
        stało się, że wszystkie dziewki, co za nim kiedyś szalały, teraz ani spojrzały
        na Jasia, Małgorzata zaś młynarzówna na śmierć się w nim rozkochała. Ale tu nie
        był koniec jego kłopotów. Kiedy przyszło do oświadczyn rodzice dziewczyny
        rozśmiali się mu w żywe oczy, że taki gołota chce posażnej ich córki, a choć
        kochająca Małgosia płakała i rozbijała się, prosząc u nóg ich, stary młynarz,
        jak kamień twardy, zaklął się, że jeśliby ją wydał kiedy za chłopa, to chyba
        tylko za gospodarza albo gospodarskiego jedynaka. Co mógł biedny Jaś poradzić?
        Musiał znosić cierpliwie wymówki stryjowe, że chciał leźć wyżej, niż podrósł, a
        co najgorsze, patrzeć na łzy i smutek swojej Małgoli. Gdy kilka tygodni tak
        przeszło, a nie było nadziei, żeby młynarz dał się zmiękczyć, Jasiek
        wspomniawszy sobie skarby niezmierne pod zamkową górą postanowił raz jeszcze
        udać się o pomoc obiecaną do Bony.
        Podług zwyczaju Bona przyjęła Jasia łaskawie, pytając, czego by potrzebował.
        - O wielmożna królowo! - począł Jaś kłaniając się do ziemi - a dyć to jeszcze
        nie koniec utrapieniu memu!... Prawdać, Małgola mnie kocha, choć by w ogień za
        mną wlecieć, ale cóż, kiedy jej ojcowie wyśmiali się jeno ze zalotów moich, a
        młynarz zaklął się, że nie wyda jej inak, jak za gospodarza. Cóż ja, biedny
        sierota, mam począć? Użalże się mnie ty, jasna pani! a do końca życia naszego
        będziem oboje co dzień prosić o pokój wieczny dla ciebie!...
        - Z duszy serca miły Janku, jakom przyrzekła, chętnie ci pomogę odpowiedziała
        Bona. - Mów, jak wiele ci potrzeba, ale pamiętaj, mów prawdę, nie żądaj więcej
        nad słuszną potrzebę, bo łakomstwo ciężki grzech i nie zostaje bez kary.
        - A niech mnie Bóg ciężko skarżę, jeśli choć o półgroszek za wiele powiem! Oto
        właśnie o granicę jeno od nas jest na sprzedaży gospodarstwo, po kołodzieju
        Jakubie, co w łcńskie lato utonął, za okrągłe czterysta talarów. Gospodarstwo
        jak z płatka wywinął, wszystkie porządeczki i bydełka śliczne, żebym je tylko
        mógł kupić, młynarz sam by mi się prosił z Małgola.
        - Idźże, weź sobie z lochu te czterysta talarów, ale nie zapominaj, com cię
        ostrzegała: nie tykaj nic, ani na włos więcej, bo byś to drogo przepłacił. Tą
        rażą już bez takiej trwogi
        • maggpie "Jaś Grajek i królowa Bona" cd. vol. II;) 10.04.06, 15:59
          - Idźże, weź sobie z lochu te czterysta talarów, ale nie zapominaj, com cię
          ostrzegała: nie tykaj nic, ani na włos więcej, bo byś to drogo przepłacił. Tą
          rażą już bez takiej trwogi wszedł Jaś do piwnicy, gdzie stały skarby zaklęte, i
          odliczył swoje czterysta bitych. Odchodząc z nimi, obejrzał się ciekawie dokoła:
          mój Boże! co tu śliczności! nie na jedno wzięła ochota, ale przecież przemógł
          siebie i już był u samych drzwi korytarzowych, gdy wtem potknął się o coś na
          drodze. Przeklęte biesy, co skarbów tych pilnowały, uradziły się na Jasiową.
          zgubę i patrzcie! wiedziały psie wiary, czym skusić Mazura!... Schyliwszy się
          grajek zobaczył parę nowiusieńkich butów, z zawijanemi cholewami, wysmarowanych
          słoniną, że aż świeciły, z calowymi u obcasów podkówkami. Czego nie mogło srebro
          i złoto, tego dokazały buty, Jaś ułakomiony czął się namyślać, czyby je wziąć,
          czy nie brać?.. Popatrzył troskliwie po wszystkich kątach, czy gdzie nie siedzi
          jakie licho, zaczajone, ale nic nie było. - Ej pomyślał sobie - tylko aby
          przymierzę, czyby mi też były wraz?.. (położywszy miech z talarami na ziemi
          zrzucił swoje zszarzane chodaki, a nazuł nowe buty na nogi. Wtem na kościele w
          mieście poczęła bić dwunasta godzina i Bona wbiegła do podziemia.
          - Spiesz! uchodź! zawołała - za chwilę zamknie się góra!...
          Ale wystraszony Jaś, o wszystkim zapomniawszy, pobiegł wydostać się na świat
          żywy. - Szczęśliwej drogi w nowych butach! - zahuczał za nim z głębi okrop ny
          głos, zmieszany z, piekielnym śmiechem, od którego aż cała zatrzęsła się góra.
          Jasiowi włosy na głowie powstały, aż wtem poczuł nagle, że go w nogi pali, jakby
          je miał włożone w płonącym zarzewiu... Przerażony chciał zrzucić diabelskie
          buty, ale rozpalona smoła tak do ciała przylgnęła, że ich oderwać nie było
          rady... Rycząc i jęcząc od bólu, padł nieszczęśliwy grajek na ziemię, wijąc się
          jak wąż wśród piekielnych meczami.
          Z rankiem nazajutrz ludzie przechodzący w pole znaleźli Jasia grajka omdlałego
          przy zamkowej górze. Z przestrachem zobaczyli, że obie nogi po kolana na węgiel
          były spalone i rozsypały się całkiem, kiedy go z ziemi pod nosili. Zanieśli
          biedaka do Łomży do szpitala, gdzie go doktorzy ocucili i pomału do zdrowia
          przyprowadzili. Ale na całe życie zostawszy kaleką, musiał potem czołgając się
          na czworakach od wsi do wsi, żebrać kawałka chleba, śpiewając przy swoich
          skrzypkach pode drzwiami u ludzi, nieszczęśliwa zaś Małgosia, od żalu i zgryzoty
          w rychłe Bogu ducha oddała.
    • maggpie "Baśń o księciu i królewnie" 10.04.06, 16:01
      W bardzo dawnych czasach, w miejscu, gdzie obecnie jest wieś Stara Łomża, stał
      zamek, w którym mieszkała królowa z młodziutką królewną.
      Pewien młody książę został oczarowany pięknością królewny i pokochał ją ponad
      życie. Królowa-matka nie chciała jednak zgodzić się na małżeństwo i dlatego
      odważny młodzieniec porwał ukochaną i chciał ją wywieźć w swoje strony. Niestety
      zła matka przeklęła córkę i jej narzeczonego, a za uciekającymi wysłała pościg.
      Księcia ujęto i zabito, a królewna umarła z żalu i tęsknoty.
      W miejscu, gdzie zginął książę rosną białe lilie, a z góry zwanej Górą
      Królowej Bony wypływa strumyk - łzy królewny, które są tak gorące, że woda nigdy
      nie zamarza. Duch zaś królowej za swój zły czyn pokutuje w postaci żaby. Ten
      tylko może wybawić królowę, kto ją bez lęku i obrzydzenia pocałuje. Pewnego razu
      próbowały uczynić to dwie dziewczynki, ale przerażone wyglądem żaby odwróciły
      się od niej ze wstrętem.
      Jeszcze dziś ropucha wychodzi na brzeg strumyka, siada na kamieniu i smutnym
      wzrokiem wpatruje się w szemrzące wody. Czeka i czeka, ale nadaremnie na swego
      wybawcę.
      • maggpie "O jeleniu, który wskoczył do łomżyńskiego herbu" 10.04.06, 16:05
        Wkleję tylko część, bo cosik urywa:

        [...]
        Nie pogoniono za zwierzem. Zajęto się panem na Mazowszu, zawieszonym między
        niebem a ziemią. Zdjęty z dębu, książę sapał ciężko przez dłuższą chwilę, a
        dopiero potem w krótkich zdaniach opowiedział swą przygodę. Zrzucony przez
        przerażonego konia i pozbawiony oszczepu musiał szukać schronienia na dębie.
        Gdyby nie przytomność umysłu i kryjówka na tęgim konarze, nie żyłby już,
        rozszarpany przez okrutną bestię. Jednakże to nie koniec przygód. Zaledwie
        połączono się z pozostałymi grupami i już konno wyruszono w drogę powrotną, ze
        świerkowego zagajnika wypadł jeleń. Piękny okaz rogacza o rozłożystym wieńcu na
        głowie, jaki nieczęsto spotyka się w borze. Widząc orszak konny jeleń przystanął
        na moment. Zawahał się. I to go zgubiło. Jagiełło wyszarpnął oszczep z ręki
        giermka i cisnął z całej siły. Trafił. Rogacz zwalił się na murawę.
        Niemal w tym samym momencie ze świerczyny rozległ się ryk innego jelenia. Samca
        zwycięzcy oznajmiającego puszczy, kto tu jest prawdziwym władcą stada.
        Aj tamci musi być sztuka. Marzenie, jęknął z zachwytem pan Cichosz z Psiej Góry
        i sięgnął po oszczep. Pozostańcie tutaj. Ja się z nim zmierzę - monarcha
        skierował rumaka w stronę zagajnika, lecz ruszyć nie zdążył, albowiem Cieszko
        jednym susem przyskoczył do konia i uwiesił się cugli. Panie najmiłościwszy, na
        Boga. nie jedźcie sami - rzucił półgłosem.
        - Tam zasadzka. Ptaki w świerczynie zamilkły na amen. W zagajniku ktoś obcy być
        musi. Jelenia skrzydlate się nie lękną. Ludzie tamże są i głos rogacza
        naśladująudanie. Łotry jakoweś, bo po cóż by się kryli? A może to Krzyżaki ze
        Szczytna? Lub wyprawa z Malborka? Do granicy stąd, jakby kamieniem cisnąć.
        Na dyskretny znak króla Władysława połowa drużyny skręciła powolutku w las i
        zataczając półkole od tyłu dotarła do zagajnika. Kiedy w powietrzu rozległ się
        umówiony krzyk orła, z obu stron popędzono galopem. Po krótkiej, lecz krwawej
        walce dziesięciu Krzyżaków legło bez ducha. - Żywot zawdzięczam ci, wilczku.
        Władysław Jagiełło przycisnął bliźniaka serdecznie do piersi. Jakże ci się
        odwdzięczę?
        - Nie mnie, miłościwy królu, ale jeleniowi wdzięczność winniście. Gdyby nie
        zwierz ów, nie spostrzegłbym braku ptactwa w świerczynie i nigdy nie odgadłbym
        plugawej zasadzki gotowanej przez komturowych zbójów. - Skromnyś, wilczku, lecz
        to ci się jeno chwali - Jagiełło jeszcze raz uścisnął młodzika. - Niechaj pycha
        nigdy nie zapuści korzeni w twoim sercu. A że wdzięczność długi nakazuje
        spłacać, zabieram cię do Krakowa. W szkołach uczyć się będziesz. Później
        powrócisz tu, aby w moim imieniu doradzać i pomagać leśnym ludziom. - Ja zaś,
        najmiłościwszy panie - dodał książę Janusz - dla wspomnienia waszego pobytu w
        mazowieckich borach jeszcze dziś Łomży prawa miejskie nadam. I herb ustanowię,
        ażeby we wdzięcznej pamięci wydarzenia te po wsze czasy zachować się mogły, bo
        przecież powinny.
        Pan na Mazowszu słowa dotrzymał.Od tamtej pory Łomża jest nie leśną osadą, ale
        miastem.I herb piękny posiada. Z królewskim jeleniem w skoku i z kilkoma
        żołędziami. Te ostatnie dorzucił stary książe na pamiątke owego dębu, który
        ocalił mu życie.

        Początek znajdziecie tu: www.lomza.friko.pl/index.html ;)
    • maggpie "Baśń o złej królowej i zaczarowanych skarbach" 12.04.06, 17:41
      Bardzo dawno temu wśród nieprzeniknionych puszcz i lasów pełnych dzikich
      zwierząt i różnego ptactwa, na wzgórzu wznoszącym się nad brzegiem Narwi koło
      Starej Łomży stał warowny zamek. W zamku tym mieszkał stary i mądry król z
      piękną królową i młodziutką królewną. Król umierając władzę nad krajem
      pozostawił swojej żonie. Królowa przybyła do Polski z dalekich krain, zza
      siedmiu gór i siedmiu rzek. Była podstępna i zła. Znała się na czarach i
      tajemnych sztuczkach. Królowa dawała śmiecie wiejskim dziewczętom za posługi w
      zamku i nie pozwalała oglądać się za siebie. Te, które posłuchały ostrzeżenia,
      po powrocie do domu znajdowały pieniądze, inne zaś żaby i węże. Na
      przeciwległych wzgórzach, gdzie obecnie jest wieś Kalinowo, stał zamek brata
      złej królowej. Powodowana zazdrością kazała przywiązać go do zaczarowanego,
      dzikiego konia. Odważny wieśniak z Siemienia uratował księcia, za co został
      sowicie wynagrodzony. Leczył księcia siemieniem i odtąd wieś nazywa się Siemień.
      Lud nie kochał złej królowej i za ten postępek zburzył się i zażądał, by zrzekła
      się władzy na korzyść swego brata.
      Królowa rozgniewała się bardzo i postanowiła wrócić do swego kraju, za siedem
      gór i siedem rzek. Córkajedynaczka nie chciała jechać razem z matką, ponieważ
      przywiązana była do swoich poddanych. Za to wyrodna matka przeklęła ją i zamek
      wraz ze skarbami zapadł się pod ziemię. Nikt nie mógł odwalić kamienia leżącego
      na wejściu do podziemia, ponieważ strzegły go złe moce. Dopiero młody,
      szlachetny rycerz postanowił oswobodzić królewnę. Nikogo nigdy nie skrzywdził,
      nie pragnął bogactw i dlatego odwalił kamień i wszedł do lochów. Znalazł śpiącą
      królewnę, wyniósł ją i złożył na wonnej trawie. Królewna ożyła i z wdzięcznością
      spojrzała na swego wybawcę. W sercu rycerza powstała chęć bogactw, po które
      wrócił do ruin zamku. I stała się rzecz straszna. Za karę sklepienia zamku
      runęły na rycerza, a królewna z żalu i smutku rozwiała się we mgle razem z
      baśnią. Lud twierdzi, że u podnóża góry płynęły i płyną po dziś dzień łzy
      pięknej i dobrej królewny.
    • maggpie Legendy biebrzańskie, "Bogini wiosny" 19.04.06, 18:57
      Wieś Budy jest położona w Dolnym Basenie Biebrzy. Zupełnie się wyludniła, a
      pozostawione domy, jeszcze kryte słomą, zasiedlili przybysze z miast. W jednym z
      nich osiedlił się bibliofil warszawski nazwany potem Królem Biebrzy.
      W sposób zygzakowaty układał się jego los po przybyciu do tej bagiennej
      krainy. Tutejszemu gospodarzowi zaginęła żona. Długo jej szukał bezskutecznie na
      bagnach, aż po kilku latach znaleziono w zaroślach jej czaszkę i kości. Rolnik
      wyjechał, a na jego miejscu osiedlił się właśnie człowiek ze stolicy. Trochę
      bezradny, trochę marzyciel intuicyjnie zapatrzony w tajemną gwiazdę Biebrzy. Gdy
      groziło mu już absolutne bankructwo, to przed zupełnym upadkiem uchroniła go
      bezgraniczna dobroć do wszystkiego, co żyje.
      "Znalazłem to miejsce - zapisał w pamiętniku - przystanąłem. Tkwię w dziwnym
      bezruchu i obserwuję ciekawe człowieka z człowiekiem spotkania. Przyjeżdżają tu
      ludzie i odchodzą, by znów wrócić i wnet uciec. Tu jeszcze nikomu nic nie
      wyszło, a tymczasem ja miałem więcej szczęścia. Wcześniej uszczknąłem rąbek
      szkoły przetrwania i teraz jestem bogaty w czas, ciszę, przestrzeń i wolność
      oraz romantyczny brak pieniędzy".
      W szczególności przybywają tu ludzie namiętni, w których ciele nie może się
      pomieścić niespokojny duch. Jeden z malarzy zawziął się właśnie na malowanie
      bogiń Biebrzy. Tu naprawdę błądzą jakieś idee, mary, pory dnia lub pory roku
      łatwo się personifikują, bez większych problemów można ubierać je w ciało...
      czyjeż, jak nie pięknych kobiet!
      Portret Bogini Wiosny został powieszony w miejscu najgłówniejszym - w kuchni
      nad stołem. Patrzyła gdzieś w las, a pozostawał do oglądu jej profil, który
      podniecał niecierpliwość w czekaniu, kiedy się odwróci. Pijąc herbatę, piwo,
      wódkę gospodarz z malarzem nadawali jej różne imiona: Maria, Brygida, Jola,
      Agnieszka...
      "Moja ty jedyna, w snach płynąca, dziewczęce piękno ukazująca wciąż! Urzekasz
      mnie tajemnicą swą. Tyś duszą mą, bo kocham cię i jestem z tobą - miodu kroplo!
      Myśli me chcą być z tobą, wchłaniają twe oblicze i samotności pragną naszej.
      Biegną przez wszystkie pory roku. Witaj więc boska wiosno! To ty przyszłaś by
      odejść. Jesteś piękna zbyt wielce, byś była dłużej niż moment..." - dalsza treść
      z pamiętnika.

      Tak mijały miesiące.
      I... stało się!
      Pewnego poranka przed bramą zawarczał dziwnie samochód. Gospodarza jakby coś
      szturchnęło, jakiś niepokój na nim osiadł i zaczai wypychać z domu kierując w
      stronę wjazdu. Wybiegi bez czapki, rozchełstana kurtka zwisała z ramion. Widział
      już z daleka wysiadającą dziewczynę. Niezdecydowanie rozglądała się dookoła idąc
      w jego stronę. Patrzył na jej usta uśmiechnięte na powitanie i na te znajome
      oczy ogromne, skrzące się jak meteory.
      - Boże, Agnieszka! - wykrzyknął i rozciągając ramiona rzucił się na powitanie.
      Potem trochę stremowani długo patrzyli na siebie. Jak niewiele było potrzeba
      czasu, namiętnego czasu, aby bogini z jego portretu odwróciła się. Nigdy nie
      wątpił, że to nastąpi. Jeszcze nigdy nikt nie ustalił alfabetu intuicji,
      przewidzeń, dziwnych układów, kiedy karta w grze raz idzie dobrze, a drugi raz
      kpiąc z nas odwraca się plecami. Wielki moment na początku nas oświetla, aby
      potem pozostawić smak popiołu. I aby znów wkrótce oświetlić.
      Królowanie nad Biebrzą, to życie wśród takich momentów. To piętnowanie duszy.
      To... "romantyczny brak pieniędzy"!!! Cha-cha-cha...
      Panie i panowie! Biebrzą jest piękna!
      "Mgła jest miłością. Ona przysłania całe zło świata, czyniąc istnienie lepszym.
      Wypływa jakby z niebios. A ty, nic nieznaczący człeczyna, nagle wyrastasz ponad
      całe otoczenie. Stajesz się królem życia, swobody! Czarny las w oddali blednie,
      burozielone pola miękną w dotyku. Bezruch ciszy. Dosięga cię kres
      nieskończoności, czas urywa się, aby być z tobą. Farbowane słowa, - dzieła
      człowiecze milkną i odchodzą w nieobjętą dal".

      (*Wzięte z: www.lomza.friko.pl/index.html )
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Topielica" ;) 21.04.06, 18:13
        Tekla Jedlińska mieszkała na samym końcu wioski J. Dalej już nic nie było, tylko
        pola piaskowe i biebrzańskie łoziny - drzewa siedzące, kępiaste, podobne do
        przykucniętych kobiet z tłustymi zadami. Tekla odwrotnie, była kobietą szczupłą,
        chudą, bezdzietną. Owdowiała od piętnastu lat wiodła żywot samotny i ciężki. Na
        jej podwórku wałęsało się tylko kilka kotów, dwa kulawe psy i kilka rabych
        czubatych kur, jakich nikt we wsi nie miał. Ludzie do niej też zachodzili
        nieczęsto, a to z tego powodu, ponieważ ten i ów pobąkiwał, że zabrała mleko
        krowom; komuś tam na jej widok znarowił się koń, trzeba było mu wycierać
        portkami oczy, zaś Balbusiowa Kwiatocha za jej przyczyną, urodziła cielaka z
        dwiema głowami. Ba, a sąsiedzi to nawet widzieli jak kilka razy z jej domu
        wychodził przez komin diabeł. W końcu ciężki jej żywot dobiegi nie mniej
        ciężkiego końca. Bo zmarło się jej akurat w porę wiosennych rozlewisk, kiedy to
        spływająca woda po zimie tworzyła ogromne morze, zalewając łąki, pola i drogi.
        Przez prawie dwa tygodnie ludzie w ogóle nie mogli wydostać się z wioski za
        jakąkolwiek potrzebą. Nie było więc żadnej możliwości odwiezienia zwłok zmarłej
        na kościelny cmentarz. Do tego deszcz padał i padał dalej...
        Nie pozostało nic innego, jak trumnę Tekli wieźć łodziami. Zaraz znalazło się
        dwóch młodych śmiałków, którzy za niewielką opłatą i garniec wina zobowiązali
        się odtransportować ciało zmarłej wodą na wieczny odpoczynek.
        Po śpiewach i modłach trumnę ze zwłokami wstawiono do łodzi większej, którą
        poprowadził Antoni Zbiruć, a Paweł Zadura miał torować drogę czółnem mniejszym,
        bardziej sprawnym na zakrętach. Obaj mężczyźni byli zdrowej budowy, odważni,
        popłynęli więc dziarsko. Ale gdy tylko im wieś skryła się za lasem, a oni
        znaleźli się na bezkresie wód, zła sława Tekli napędziła i im strachu. Dla
        lepszej więc podniety, aby jak najdalej odgonić głupie myśli, szybko opróżnili
        galonik z winem. No i teraz jest całkiem zrozumiałe, że już nie trudno było o
        złapanie tak zwanego pecha.
        Na drugim kilometrze pomylili nurt rzeczny, duża fala zniosła ich na bok,
        łódź Antka nagle uderzyła o jakiś pień, przeboczyła się a trumna ze zwłokami -
        jakby na czyjeś zamówienie - zaczęła zjeżdżać do wody. Gdyby wieko trumienne
        było dobrze przybite, to nic by się nie stało, a tak trumna się rozpadła i ciało
        Tekli szybko zaczęło się oddzielać od drewnianych połówek. A jeszcze jak
        przerażony Antek chciał wiosłem zatrzymać katastrofę, to i ze wszystkim ciało
        nieszczęśnicy wepchnął w nurt rzeczny. Antek w ogóle zbaraniał, nie wiedział, co
        robić. Ale jego kolega w błysk zdjął z siebie grubą kurtkę, i aby nie tracić
        cennych sekund w mig rzucił się do wody. Wiedział, że jeśli tej chwili nie
        wykorzysta, to będzie granda - zmarłej ciała nie znajdą do wiosny.
        I nie mylił się. Był świetnym nurkiem, wino od wewnątrz też grzało, zaraz
        ciało topielicy zlokalizował. Złapał się za jej fartuch, ale na nieszczęście on
        się urwał, był źle zawiązany. Wtedy Paweł chwycił Teklę za ręce i zaczął
        brzuchem i nogami wypychać do góry. I wówczas poczuł, że to nie on, a topielica
        go trzyma za ramiona i chce wleźć mu na kark.
        Paweł ze strachu prawie zdrętwiał. Ręce zrobiły mu się nieruchome, a nogi
        zupełnie obezwładnił spazmatyczny skurcz. Gdyby kolega nie pomógł, nie podłapał
        go hakiem wiosłowym, to nie ulegało wątpliwości, że pozostałby w objęciu Tekli
        do wiosny. Jakaś dziwna moc całkiem mu odjęła siłę i podwodną orientację, choć
        sam nigdy nie wierzył w żadne duchy i nie znał co to jest strach.
        - Czemu nie wyciągnąłeś naszej babci, gdzie ona jest? - wyskoczył z pretensją
        Antek, gdy jego kolega siedząc w łodzi, wypluwał z ust strumienie wody.
        - Du-si-ła mnie - wyjąkał.
        - A nie mówiłem ci, stary, że to czarownica? Widziałem jak coś czarnego było
        uczepione twoich nóg i ciągnęło na dół. Myślałem, że i ja z wami pójdę na dno.
        Paweł milczał. Teraz już wiedział, że to nie Tekla, a jakieś czarcie
        straszydło go holowało do wody. Przecież od dawna mówią, że domem diabła jest
        bagno i teraz nie miał wątpliwości, że dzisiejsze zamieszanie ukartował któryś z
        rogatych koleżków Tekli, czekający tu, aby odbić zakładniczkę. Na tym rzecznym
        łuku, zwanym Końska Szyja, ludzie nieraz słyszeli dziwny barani bekot i omijali
        to miejsce z daleka. Dziś miał na to niewątpliwe dowody.
        Po krótkiej naradzie obaj jednogłośnie ustalili, że wracać do wsi nie mają po
        co, zbesztają ich ludzie. I niehonorowo. A o dalszym szukaniu zwłok już nie było
        mowy.
        Dwie połowy trumny wyłowili z wody bez trudu, włożyli do środka kawałek
        dylaka, i okręcili prześcieradłem. Teraz waga mniej więcej odpowiadała ciężarowi
        zmarłej osoby. Jeszcze nakładali trochę trzcinowisk, aby drzewo przypadkiem nie
        stukało, kiedy ludzie będą zdejmować trumnę w kościele i na cmentarzu. Wieko zaś
        dobrze przybili gwoździami, i popłynęli dalej.
        We wsi, pod kościelnym murem, już ich czekało kilka osób zaproszonych na
        pogrzeb. Paweł z Antkiem pomęczeni, przemoknięci przekazali im trumnę, a sami
        poszli na plebanię do księdza zdać sprawę.
        - Proszę księdza - zaczął już na korytarzu Paweł, nie chcąc iść dalej, bo ciekło
        z jego ubrania - wieko trumny, którą transportowaliśmy łodziami, jest zabite
        czterema gwoździami, nie da się otworzyć żadnym sposobem.
        - Dlaczego? - Ksiądz zatrzymał zdziwione oczy na przemoczonych przybyszach.
        Jeden z nich jeszcze miał podrapaną twarz, nie wątpił, że coś tu się zdarzyło
        naprawdę wyjątkowego.
        - Bo tego, proszę księdza, nie wiemy czy ksiądz wie o tym, że pani Tekla była
        czarownicą, po drodze napadł diabeł, wykradł jej ciało, a my ledwie uszliśmy z
        życiem.
        I mężczyzna najpierw wskazał ręką na podrapany nos i czoło, a potem rozpiął
        kurtkę pokazując mokre ubranie i buty.
        - Jak to, nie ma w trumnie Tekli?
        - No... tego, coś w tym rodzaju...
        - I co ja mam teraz robić? Odprawić nabożeństwo do drewnianego pudła?
        - My też nie wiemy - zbieduleni i przestraszeni chłopcy wzruszyli ramionami.
        - Po prostu jesteście pijani i ciało Bogu ducha winnej kobiety wwaliliście do
        wody! - wrzasnął ksiądz.
        - Przysięgamy na Boga i Świętego Wawrzyńca (św. Wawrzyniec był patronem ich
        kościoła), że nie mieliśmy w ustach ani kropli gorzałki i to była wyłączna
        robota rogatego.
        I obaj padli przed księdzem na kolana. W końcu, po dłuższej, szczerej i
        dokładnej rozmowie, wszyscy doszli do wspólnego przekonania, że trzeba robić
        swoje. Pogrzeb opłacony, stypa przygotowana, a ksiądz nie mógł spamiętać, kiedy
        ostatnio Tekla była w spowiedzi, jak również i w kościele. Przy tym Paweł
        zobowiązał się, że jak tylko woda z łąk zejdzie, odszuka zgubione zwłoki i
        zakopie w grobie. I wszystko dalej poszło jak trzeba. Odprawiono nabożeństwo,
        trumnę zakopano w dole, a ksiądz napomniał chłopców, aby dalej czartów nie
        gniewano, szukając zwłok.
        Ale z wiosną, kiedy już prawie zazieleniły się drzewa, Pawłowi we śnie
        pojawiła się Tekla. Na głowie miała czarną. chustkę, a na sobie czarne ubranie.
        Nie miała tylko wyszywanego fartucha. On zaś czuł straszny wstyd, chował się za
        węgieł chałupy, jakby czuł że ona przyszła do niego po urwany fartuch. Ale
        topielica, uśmiechając się łagodnie, tylko mu się poskarżyła, że jej ciężko
        leżeć w rowie za Końską Szyją, a przecież on zobowiązał się przed księdzem jej
        pomóc.
        I rzeczywiście. Już tego dnia Paweł z kolegą odnaleźli rozkładające się
        zwłoki Tekli we wskazanym miejscu i opowiedzieli ludziom o wprost makabrycznym
        wydarzeniu podczas rozlewisk. Dowiedziawszy się o tym ksiądz, też zgodził się
        odprawić po raz drugi nabożeństwo. Na kazaniu powiedział, że dusza kobiety po
        tak niesamowitym błądzeniu, w końcu przekonała się, że z Bogiem lżej żyć i
        powróciła na łono chrześcijan.
        www.lomza.friko.pl/index.html
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Tunel śmierci" 25.04.06, 19:29
        Na terenie Fortu Centralnego, w schronie pogotowia numer 25, tuż za stanowiskiem
        strzeleckim, znajduje się podziemny tunel, fachowo zwany poterną. Liczy on sobie
        tylko pięćdziesiąt metrów długości. W sumie nic nadzwyczajnego. Jednak w
        przeciwieństwie do kilkudziesięciu jemu podobnych tylko on jest owiany ponurą
        legendą. By ją poznać należy się cofnąć do czasów, gdy w Twierdzy Osowieć
        stacjonowały oddziały carskie...
        Pewnej ponurej listopadowej nocy 1912 roku ścianami schronu wstrząsnął huk
        wystrzału pistoletowego. W jednej z wnęk tunelu odebrał sobie życie rosyjski
        oficer. Nastąpiła chwila strasznego zamieszania. Po czym wszczęto alarm.
        Żołnierzom przybyłym na miejsce tragedii ukazał się straszny widok. Ich
        przełożony, w randze lejtnanta leżał na wznak, rozrzuciwszy ręce, z dziuraw
        skroni, a głowa spoczywała w kałuży krwi. Patrzyli na niego zdziwieni i przerażeni.
        Komisja śledcza badająca zdarzenie zataiła prawdę, zaś świadków skutecznie
        zmusiła do milczenia. Z treści sporządzonego raportu niezbicie wynikało, że
        przyczyną zgonu był nieszczęśliwy wypadek. Bynajmniej nie chodziło tu o
        zatuszowanie samobójstwa. Zaistniał jeszcze jeden ważny powód. Mianowicie, w
        trakcie prowadzonego dochodzenia ustalono, że ów lejtnant od pewnego czasu
        zabiegał o względy polskiej szlachcianki, która mieszkała w pobliżu Goniądza.
        Oświadczyny zostały odrzucone z powodu jego narodowości. I właśnie ów fakt
        zadecydował o takim wyniku śledztwa. W ten sposób uniknięto skandalu o podłożu
        delikatnej natury politycznej, nie licującego w żaden sposób z honorem oficera
        rosyjskiego. Trzy dni po tym tragicznym wydarzeniu odprawiono w garnizonowej
        cerkwi Sw. Liturgię i tak zwane "otpiewanije". Tłum wiernych, w tym dostojnicy
        wojskowi i rzesze żołnierzy oddały cześć należną zmarłemu. Trumna ze zwłokami
        spoczęła w mogile na cmentarzu prawosławnym, umiejscowionym w obrębie Fortu
        Szwedzkiego. Zaraz potem zaczął padać deszcz, który w niczym nie przypominał
        jesiennego. Zdawać się mogło, że jest to majowy kapuśniaczek. Prawie nikt nie
        zwrócił na to uwagi. Tylko sztabskapitan, który jako jeden z nielicznych znał
        prawdę o zmarłym odebrał ten deszcz jako znak stamtąd.
        Gdy noc nastała i w twierdzy zapadła cisza przerywana tylko zmianami warty,
        coś niepostrzeżenie wtargnęło do tunelu. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Z
        początku zgasł acetylen w lampkach karbidowych. Później dało się odczuć
        przenikliwe zimno. I jakby tego było jeszcze za mało, pełniący dyżur żołnierze
        usłyszeli szlochanie i ciężkie westchnienia. Jednak prawdziwa sensacja wybuchła
        nazajutrz, kiedy to jeden z oficerów odkrył na ścianie dość zagadkowy napis,
        wykonany czerwoną farbą. Po przetłumaczeniu na język polski treść jego brzmiała
        następująco:
        - "Chryste, daj wieczny odpoczynek duszy sługi Twego wraz ze świętymi Twymi, tam
        gdzie nie ma chorób ani trosk, ani smutku, lecz niekończące się życie".
        Autora tego napisu nie znaleziono. Okoliczności te wywołały zrozumiały niepokój.
        Powstały na ten temat różne spekulacje. Ucięli je dopiero prawosławni duchowni.
        W stosownym czasie, zgodnie z przyjętymi zasadami odprawili panichidę za
        zmarłego i wyświęcili podziemny korytarz, tym samym kładąc kres doczesnym i
        nadprzyrodzonym zjawiskom.
        Wraz z odejściem z Twierdzy Osowieć żołnierzy rosyjskich, odeszła w
        zapomnienie wyżej opisana historia. Natrafiłem na jej ślad kilkanaście lat temu,
        podczas wertowania pewnego pamiętnika. Pomimo wojen i trudnych czasów
        powojennych, obiekt, w którym rozegrał się dramat, zachował się w bardzo dobrym
        stanie. Co prawda, nie uświadczysz już w nim pełniących służbę żołnierzy, lecz
        jest coś innego...
        Obecnie schron pogotowia dla większości osób kojarzy się długim i ciemnym
        korytarzem, nazywanym tunelem śmierci. Tylko wtajemniczeni wiedzą, że należy
        przejść go po omacku - z jakiego powodu? - o tym amatorzy mocnych przeżyć mogą
        się przekonać w trakcie zwiedzania.
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Klątwa wróżki Zaroty" 26.04.06, 12:53
        W Galindii, kraju sąsiadującym z Mazowszem i Jatwieżą, nastąpił gwałtowny wzrost
        urodzin dzieci. Wówczas ogólne zgromadzenie mężczyzn postanowiło, aby wszystkie
        nowo narodzone dziewczynki uśmiercać, natomiast matkom, jeśli takowa się
        sprzeciwi oddaniu dziecka na stracenie, będą obcinać piersi. Zrozpaczone matki
        galindskie udały się o poradę do cieszącej się wielkim szacunkiem, nie tylko w
        ich kraju, wróżki i kapłanki Zaroty.
        - Najszlachetniejsza Zaroto - zwróciły się do wróżki kobiety, składając dary ze
        srebra i jantaru - tylko ty jedynie możesz uratować nas od hańby i
        zbezczeszczenia. Przyjmij te dary i przekaż bóstwom prosząc, aby oświeciły
        naszych mężów i odwróciły od nas straszne pohańbienie.
        Zarota z trwogą wysłuchała treści uchwał wiecu, przyjęła dary, długo
        rozmawiała z Perkunasem - bogiem, któremu ufała najbardziej na świecie, potem
        orzekła:
        - Bóg przyjął wasze prośby i możecie z ufnością wracać do swoich domów.
        W dniu jutrzejszym Zarota zwołała do siebie możniejszych panów z Galindii,
        włożyła na siebie najpiękniejsze szaty, ozdoby i po ofiarnym tańcu na
        rozpalonych węglach objawiła przesłanie: W połowie dzisiejszej nocy, dorośli
        mężczyźni mają udać się bez broni i tarcz na ziemię słowiańską wydając
        chrześcijanom wojnę.
        - Czyja to jest wola? - zapytał starszy zgromadzenia.
        - Samego Perkunasa.
        Ufni w nieomylność swojej kapłanki, mężczyźni ochoczo wyruszyli na łupieską
        wyprawę . I rzeczywiście. Zaskoczeni zuchwałą napaścią mieszkańcy pogranicznych
        wsi mazowieckich nie zdołali się obronić, Galindowie zaś z wielkimi łupami,
        jeńcami i tabunami koni i bydła wracali do swoich domostw.
        Ale ich tryumf nie trwał długo. Wkrótce pokonani zorientowali się, że w
        zastępach Galindów nie ma ani jednej sztuki broni, ani jednej tarczy.
        Potwierdzili to również jeńcy, którym udało się zbiec. Wtedy Mazowszanie
        dogonili Galindów, odebrali zdobycz, zabijając bez trudu tych napastników,
        którym nie udało się uciec.
        Galindowie otrząsnęli się z haniebnego pogromu dopiero w dniu następnym. Nie
        mieli wątpliwości, że winna jest wróżka. Pomimo wielkiego do niej szacunku nie
        mogli darować swego upadku. Postanowili jednogłośnie uchwałę poprzedniego wiecu
        wykonać bez żadnych wyjątków, poczynając od zdradliwej Zaroty. Wszystkim
        kobietom, które do niej chodziły na skargę za karę nie tylko kazano obciąć
        piersi, ale i wywieść na niedostępny grąd.
        - Każde wiarołomstwo jest znieważeniem bogów, musi być bezwzględnie ukarane -
        oświadczył przewodniczący wiecu. - Przyjmujesz tę karę ze spokojem Zaroto?
        - Nie. Naturalnym prawem, każdej matki jest obrona życia jej dziecka.
        - Bunt czy klątwa?! - wrzasnął kapłan. - Łamanie woli zgromadzenia jest buntem
        przeciwko ołtarzowi! Żrebcy proszę przystąpić do wykonywania wyroku!
        Dwóch mężczyzn w kołpakach ze skóry i grubych konopnych koszulach przywiązało
        ręce Zaroty do kołka, obcięto nożem piersi i rzucono na ogień płonącego stosu.
        Chmielni wojowie uderzyli pałkami w tarcze, zaznaczając pogardę dla
        wiarołomstwa. Potem tak uczyniono z następnymi kobietami. Cały kraj Galindów
        cieszył się ze spełnionej zemsty.
        Niezwłocznie też przygotowano zsyłkę. Miejsce odosobnienia dla niepokornych
        kobiet wybrano w głębokiej puszczy. Był to dziki niedostępny, a zarazem
        przepiękny grąd, nazywany Pobojną Górą. Na tym tajemniczym miejscu wodzowie
        składali dziękczynne ofiary bóstwom po zwycięskich bojach. Tym razem Galindowie
        postanowili oddać w ofierze Perkunasowi swoje wiarołomne kobiety.
        Wywiezione tam nieszczęśnice początkowo płakały, chcąc iść dobrowolnie na
        samospalenie. Ale czas ich uspokoił. Podporządkowane losowi zaczęły sposobić się
        do nowego życia. Od rana do nocy pracowały zawzięcie nad zdobywaniem pokarmu,
        budowaniem szałasów, noszeniem w fartuchach ziemi na wały ochronne. Swoją
        ogromną gorycz i swój bunt przeciwko bogom i nieludzkim wyrokom zamieniły w
        ciężką pracę i miłość do wszystkiego, co żyje. Ich maleńki grądzik wkrótce
        zamienił się w przepiękny rajowy ogród, bo tylko takie miały pragnienie.
        Co dalej stało się z buntowniczkami nie wiadomo. Jedna z wieści głosi, że
        Perkunas w końcu uległ wzruszającemu uporowi Galindianek i przychodził do nich
        co ranka, a po śmierci dusze każdej zamieniał w śpiewającego ptaka.
        Po raz pierwszy spotkał się z przypadkiem, kiedy ofiara zadziwiła ołtarz.
        Spodobało mu się to! Są też przekazy, że Zarota siłą własnej woli zamieniła
        kobiety w niewidzialne nimfy, żyjące do dziś w podziemiach pobojnego grądu.
        Po latach Krzyżacy podbili i spacyfikowali krainę Galindów. Gdy część
        mieszkańców - z uwagi na bezpieczeństwo - przesiedlali w głąb swego terytorium
        do Barcji, siwiuteńki starzec idąc za tłumem wygnańców, nie mógł pozbyć się
        tamtego widoku, gdy ich dumnym kobietom ucinano piersi, wyganiając z kraju. Łzy
        mu ciekły po pomarszczonej twarzy. Smutny to był rajd. Już młodzi nie pamiętali
        wielkich czasów galindskiej wolnej ojczyzny. Nie miał wątpliwości, że jej upadek
        miał początek w klątwie wróżki Zaroty.
      • maggpie Re: Legendy biebrzańskie, "Śnieżna Sowa" 27.04.06, 16:39
        Działo się to w roku 1940. Wojska radzieckie zajęły wschodnie tereny naszego
        kraju. Bojąc się napaści Niemców, bolszewicy wzdłuż Biebrzy od Lipska aż do
        Domurat zaczęli budować pas umocnień. Jeden z konstruktorów, młody oficer Oleko
        Noneszwili zakochał się w Marii Jasionowskiej. Był Gruzinem, pochodził z rodziny
        ziemiańskiej. Nie lubił bolszewików. Marii też się podobał, bo był piękny i miał
        tytuł inżyniera. Planowali wspólną ucieczkę do Kanady. Część pieniędzy
        wojskowych wymienili na złoto i ukryli w jednym z bunkrów. O tym schowku
        wiedzieli tylko: on i Maria. Duży to był skarb, można za niego było kupić
        ogromną fabrykę.
        Już wszystko było przygotowane do ucieczki, młodzi wzięli ślub. I dosłownie
        na jeden dzień przed wyjazdem, wybuchła wojna. Niemcy o świcie zajęli tutejsze
        tereny, rozbili wojska sowieckie, a młody inżynier gdzieś zaginął, nawet nie
        zdążył pożegnać się z Marią. Maria rozpaczała całymi dniami, szukała go
        wszędzie, była z nim w ciąży. W końcu trafiła na ślad Oleka. Ktoś powiedział, że
        uwięziony jest w jednym z łagrów pod Grodnem; rozpoznali go tam ludzie, którzy
        wozili chleb głodującym żołnierzom.
        Maria nabrała złota i pojechała. Przekupiła jednego ze strażników, który jej
        zezwolił na rozmowę z Olekiem. Gdy oznajmiła, że jest w ciąży, Oleko coś
        radosnego wykrzyknął, zaczął biec do drutów i w tym momencie padł strzał. Kula
        strażnika z bliskiej odległości trafiła prosto w otwarte usta. Maria, będąc
        świadkiem tak makabrycznego wydarzenia, wpadła w obłęd, chciała popełnić
        samobójstwo. Rodzice jej początkowo żałowali, traktując romans z Gruzinem jak
        przygodę, ale gdy się dowiedzieli o ciąży, również odwrócili się od niej.
        I to wtedy zaczął nachodzić Marię, Kulawiec, chłopak z jej wsi, rówieśnik. Na
        pewno wywąchał złoto Marii. Zgodził się z nią ożenić, ale dziecka nie chciał.
        Było wprost nie do pomyślenia, aby mógł się wychowywać w wiejskim domu
        komunistyczny bękart. Maria nie miała wyjścia. Ciążę Marii rodzina utrzymywała w
        tajemnicy, uciskano jej brzuch pasami. Na tydzień przed porodem zamurowano ją w
        jednym z bunkrów w lesie, a ludziom oznajmiono, że wyjechała do krewnych w
        mieście. To był pomysł Kulawca, Kulawiec się nią opiekował, dostarczał
        pożywienie przez małe okienko, w czasie porodu miała ona usiąść na wiadro z wodą
        i utopić dziecko.
        Ale czas porodu jakoś nie nadchodził. Kulawiec domyślił się, że coś tu jest
        nie w porządku. W nocy usłyszał płacz, dziecko żyło, Maria karmiła niemowlę, nie
        spiesząc się z wyjściem. Wtedy on, pijany, odmurował otwór i wpadł do środka.
        Jedni mówią, że zabił dziecko, inni twierdzą, że jakby doszedł z Marią do
        porozumienia: za ujawnienie miejsca skarbu zgodził się wywieźć niemowlę, gdzieś
        do miasta. A co naprawdę było między Kulawcem a Marią, to nikt dokładnie nie
        wiedział. Prawdopodobnie on również kochał Marię. Od dzieciństwa razem chodzili
        do szkoły, pasali na łąkach krowy, bawili się. Gotów jej był wszystko wybaczyć,
        ale bolszewickiego nasienia nie. A ona znów nie mogła się rozstać z wielką
        miłością do Oleka.
        Widziano najpierw Marię, jak chodziła po polach półobłąkana, potem gdzieś
        zginęła. Dopiero po zimie znaleziono jej rozkładające ciało na Bagnach
        Biebrzańskich. Kulawiec od tamtej pory żył sam, kobiety go w ogóle nie
        interesowały. Tylko nocami przebywał na bagnach i polował na zwierzynę,
        zabijając wszystko, na co tylko natrafił. Mówili też, że odwiedzały go jakieś
        duchy. Niektórzy nawet widzieli, jak o północy przylatywała do bunkru postać
        podobna do sowy, miała na sobie ślubny welon i złotą koronę na głowie.
        Wśród ludzi nad Biebrzą od dawna powtarzano wieść, że dusze dziewczyn
        zmarłych z miłości zamieniają się w śnieżne sowy i w każdą rocznicę śmierci
        przylatują tu, aby w stroju ślubnym spotkać się z oblubieńcem.
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Klątwa Kozaka" ;) 05.05.06, 18:41
        W górze, pod niebem skowronek zawodził swoje miłosne tęskne pieśni. Mały szary
        ptaszek - dawny mieszkaniec azjatyckich stepów. U nas zadomowił się wtedy, gdy
        człowiek wykarczował wielkie obszary lasów i powstały rozległe przestrzenie.
        Poczuł się wolny jak u siebie na bezdrzewnych obszarach. Dlatego śpiewa w locie.
        Unosi się w górę wysoko, koncertuje, a potem opada na ziemię. I tak w kółko. A
        przecież mógłby usiąść na drzewo, jak czynią to inne ptaki i wywodzić swoje
        trele, które pomagają mu znaleźć towarzyszkę życia. On tak nie czyni. W jego
        pierwotnych stepach, drzewa były rzadkością. W nowej ojczyźnie zachował stare
        obyczaje. Nie przystosował się. Może nawet nie polubił lasów tak, jak my -
        ludzie mieszkający tu od zarania dziejów. W dole, na ziemi, błotnistą drogą
        prowadzącą z Jastrzębnej do Lipska jechał konno człowiek - pobratymiec
        skowronka. Minął niewielką wieś z rzadka rozrzuconymi zagrodami, następnie skraj
        puszczy.
        Jego oblicze rozjaśniło się i na ustach pojawił się uśmiech, gdy znalazł się
        na rozległych bagnistych łąkach. On też pochodził ze stepów, jak ten skowronek
        fruwający w górze i kochał wolne przestrzenie. Był to Kozak wracający z wielkiej
        wojny (1914 -1920). Po lewej stronie drogi bagniste łąki porosłe krzakami
        opierały się o skraj puszczy. Po prawej ręce ogromne obszary łąk, a dalej w
        dolinie, szeroko rozlana Biebrza. Jej brzegi zarosły trzciną, miętą nadwodną,
        tatarakiem, kosaćcem żółtym i inną roślinnością. Na łąkach rdest, rzeżucha,
        szelęźnik włochaty i wszędobylski szczaw. Gdzieniegdzie zielone kępy drzew.
        Droga - pożal się Boże! Raczej bezdroże. Wyżłobione głęboko koleiny, pełno
        wyboi i kałuż, często wymoszczonych drągowiną, aby dało się przejść suchą nogą,
        czy przejechać żelaźniakiem. Właśnie tędy przejeżdżał nasz znajomy Kozak.
        Niemłody już był, ale trzymał się krzepko. Carski żołnierz zaprawiony w bojach i
        trudach. W swoim pięćdziesięcioletnim życiu z niejednego pieca chleb jadł. Włosy
        wystające spod czapki przyprószone siwizną, sumiasty wąs i zawadiacki uśmiech.
        Ciągnął na stepy do swoich. Jeszcze choć raz chciał zanurzyć się w Donie, swej
        ukochanej wielkiej rzece. Tymczasem pod nosem nucił tęskne i żałosne dumki stepowe.
        Na rozległych łąkach poczuł się rześko. Uprzykrzyła mu się jazda przez
        puszczę. Ta nie stanowiła dla niego żadnego przytuliska. Ciemna głusza. W dzień
        jeszcze dało się wytrzymać. Ale już noc w lesie to rzecz wątpliwej przyjemności.
        Drzewa jak upiory, krzaki - to prawie zaczajone wiedźmy. A w ogóle nie wiadomo,
        co czai się w tych ciemnościach. Stepowy człowiek kochał równiny, widną
        przestrzeń i szerokie nad sobą niebo.
        I chociaż nogi konia grzęzły w błocie i torfowym podłożu, jemu to nie
        przeszkadzało. Do wojny zraził się też ogromnie. To car, to inni wielcy wkładali
        mu do głowy, że musi bronić ojczyzny. A jaka tu jego ojczyzna w Warszawie?
        Ludzie mówią innym językiem i mają inną wiarę. Coś nie tak. Na stare lata
        zrozumiał, że wszystkim nie można wierzyć. Z bojów wyszedł cało. Dlatego, gdy
        nadarzyła się okazja, opuścił kamratów z jazdy kozackiej. Zapragnął być z
        bliskimi, głowę na wieczny spoczynek złożyć w rodzinnej ziemi. Po drodze
        zatrzymał się w jakimś majątku. Opiekował się końmi. W tym fachu nie miał sobie
        równych.
        Mówił zawsze : - Kozak na koniu się rodzi!
        Za służbę dostał trochę grosza i wyruszył w podróż. Jechał wierzchem, szedł
        pieszo przy koniu, popasał, odpoczywał i w lecie dotarł nad Biebrzę. Jego koń
        też młodością nie grzeszył, więc musiał go szanować i dbać więcej niż o siebie.
        Sam żywił się tym, co znalazł, co w drodze dostał od dobrych ludzi. Wiózł trochę
        jakiegoś dobytku w worku przewieszonym przez koński grzbiet za siodłem. Nocował
        tam, gdzie zastał go wieczór. Pod stogiem siana w trawie na łące, wśród zbóż na
        polu to znowu w jakiejś opuszczonej szopie. Biedny, ale wolny od trudów wojaczki
        miał zamiar na zimę dotrzeć do swoich.
        - Czy go poznają, po tylu latach nieobecności ?
        Los jednak lubi płatać figle. Było to w samo południe. Z nieba lał się żar.
        Podróżny postanowił odpocząć. Konia puścił wolno na łąkę, sam legł na trawie
        przy drodze. Nad głową płynęły lekkie białe chmurki. To one wiodły go pod
        rodzinny dach.
        - Czy żyje jeszcze matka ? Czy czeka ?
        Nagle z tych marzeń wyrwało go bolesne rżenie konia. Gdy jeździec podnosił
        się z trawy, jego wierzchowiec ukląkł na przednie nogi, potem przewrócił się na
        bok i wyciągnął w bólu kopyta. Łbem rzucał na wszystkie strony, ciężko dyszał,
        wreszcie zamknął oczy. Najwierniejszy przyjaciel odszedł ze służby! Kozaka
        ogarnęła rozpacz wielka jak jego Don. Z oczu rzuciły się strugi łez. Dawno,
        bardzo dawno niespotykane zjawisko w jego twardym życiu.
        - Co teraz z nim się stanie ?
        Wtedy zobaczył ją. Była okręcona na przedniej lewej nodze. Ogromnych
        rozmiarów zygzakowata żmija. Z niewielkiej ranki na podudziu wypływała jeszcze krew.
        - Dlaczego to zrobiła ? Zawsze swym trującym jadem porażała myszy, krety, żaby.
        Co się stało ? Może koń ją nadepnął?
        Kozak tego nie wiedział. Wyraźnie teraz widział zygzaki na jej grzbiecie i
        długi, rozdwojony na końcu język oraz wyodrębniony z reszty ciała sercowaty łeb.
        Wówczas jego rozpacz przerodziła się w okrutny gniew. Zaczął rzucać przekleństwa
        na wszystkie gady. Jego klątwa rozpętała piekło na polach. Przez drogę z prawej
        na lewą stronę pełzły jaszczurki, skakały żaby, przesuwały się beznogie padalce,
        gniewosze, nawet zaskrońce, eskulapy, dwumetrowej długości. No i oczywiście
        najjadowitsze żmije. Przerażający widok.
        Ludzie przez kilka dni omijali tę drogę z daleka. A zdesperowany Kozak
        pożegnał przyjaciela, z ziemi podniósł swój podróżny wór i poszedł przed siebie,
        nic z gadów nie robiąc. Może ufał swojemu zaklęciu? Odtąd po lewej stronie
        drogi, gdzie padł koń, w krzakach i na bielaszkach pełno było gadów. Ludzie
        zachodzili tam niechętnie, nie paśli bydła, nie kosili trawy. A bagno w stronę
        Biebrzy było czyste i nikt nie widział tam żadnego gada. Przeogromna musiała być
        siła klątwy! Niedaleko uszedł Kozak. Oto za rzeką zatrzymał się w prawosławnej
        wiosce Jałowo. Spotkał tu swójaków, którzy mówili podobnym jak on językim i taką
        samą wyznawali wiarę.
        Użyczyli mu gościny, to i został, służąc pomocą, gdy coś dolegało wiejskim
        koniom. Jakoż wkrótce pożegnał się z tym światem. Nie wiemy, gdzie znalazł
        miejsce wiecznego spoczynku, ani jakie miał nazwisko. Nad Biebrzą zostawił
        okrutne przekleństwo. Jego klątwa nad gadami wisi do tej pory. Opowieści o tym
        wydarzeniu można jeszcze dziś usłyszeć od starych ludzi.
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Chrzciny we wsi" 06.05.06, 10:15
        Niewielka nadbiebrzańska wieś Szuszalewo. Po obu stronach podpartej płotami
        drogi rozsiadły się chaty. Wśród zagród domostwo Pietrusia. Może trochę większe
        od innych i z daleka widoczne - po tej wierzbie rosochatej z ogromnym bocianim
        gniazdem.
        Co roku na wiosnę przylatywała bociania para, aby tu wychować swoje
        potomstwo. Czasem w marcu, ale najczęściej w kwietniu gospodarzy witał wesoły
        klekot boćków. Z ich przylotu cieszyli się wszyscy. Ale najbardziej dzieci.
        Wybiegały z domu, klaskały w ręce, śmiały im się oczy. Podniósłszy główki do
        góry wołały:
        Bocian, bocian długie cyby, Weź klomelkę, idź na ryby.
        A przecież wiadomo, że nie tylko ryby są przysmakiem tych wielkich ptaków.
        Przede wszystkim żaby, jaszczurki, dżdżownice i różne owady, to ich pożywienie.
        Innym znów razem prosiły:
        Bocian, bocian kiszka, Przynieś nam braciszka!
        Wtedy ojciec wpadał w straszny gniew. Szukał dziażki. Próbował nawet
        zdejmować pas z brzucha. Bał się tylko, że spadną spodnie. Babka natomiast
        odpasywała fartuch i trokami machała w stronę wnucząt. Skąd u nich tyle
        zacietrzewienia? Po 34 dniach w gnieździe wykluwały się małe bocianięta. Dzieci
        tylko na to czekały i koniecznie chciały pisklęta policzyć. Czasem było ich
        czworo albo pięcioro. Najczęściej dwoje. Po dwóch miesiącach młode opuszczały
        gniazdo i razem z rodzicami leciały na bagienne, nadbiebrzańskie łąki po
        smakowite żaby. Rodzina Pietrusia nie wyobrażała sobie życia bez bocianów. W
        dodatku były to ptaki bardzo pracowite. Co roku przynosiły dziecko. Stąd
        wypływało to zdenerwowanie dorosłych. Patrzyła na to świekra Weronki i pod nosem
        burczała:
        - Boże, mój Boże! Najświętsa Panienko! Ludzie na stronach zyjo i wbijajo się w
        majątki. A nase tylko w dzieci!
        I chociaż nad życie kochała te pyzate buziulki, to ciągle myślała, jak je
        wyżywić i trzewików nakupić. Koszulki szyła sama z lnianego płótna, albo i z
        pacześniny. Spodnie i paltka nosił jeden po drugim. Nawet kopańki nie trzeba
        było wynosić do świeronka. Miała swoje stałe miejsce na ławie przy piecu i w
        niej Weronka kąpała swoje kolejne pociechy.
        Gdy w odwiedki przychodziła druga babcia, starała się udobruchać swachnę. Na
        dowód swoich racji mówiła:
        - Dzieci to Boża rosa. Kogo Pan Bóg stwozy, tego nie umorzy!
        Ale świekra obstawała przy swoim i do synowej miała okrutny żal, że z bocianami
        tak często gada.
        - Za liśnio tych dzieci, za liśnio - powtarzała. Często wychodziła na przyzbę i
        gdy nikt nie słyszał, sama rozprawiała się z ptakami: - Kys, ptasyska, a kys!
        Lećta do Antosiowej, co za biełaskami żyje i swoich dziecków nie ma. A miłuje je
        tak okrutnie, ze jak spotka jakoweś na pastwisku, to tak ksepko psytula, as
        popiskuje.
        Tyle wskórała, że ostatniego, a z kolei dziesiątego, bocian nie przyniósł. Po
        prostu go we wsi nie było. Do ciepłych krajów za wody poleciał.
        Jesień tego roku była krótka. Jeszcze na bagnach gospodarze grabili otawę, a
        już dało się słyszeć klangor zbierających się do odlotu żurawi. Na bielaszkach
        znowu sejmik bociani zapowiadał rychłe pożegnanie. Czajki i jaskółki już dawno
        odleciały. Pietruś oparł się na grabisku, otarł pot z czoła i rzekł:
        -I siulaki na niebie w krąg nie latają i kur nie straszą! Już to Boża zwierzyna
        wie najlepiej. Pewnie wkrótce przyjdzie zimno.
        Już w październiku spadł pierwszy śnieg i wciąż tylko go przybywało. Raz padał
        drobny i gęsty. Kiedy indziej w powietrzu latały płaty jak chrabąszcze i
        obieliły cały świat. Przyszły mrozy, zadymki, że tylko w chacie siedzieć i drwa
        do pieca podkładać. A do Pietrusiów, nie zważając na zimnisko, zaraz po Godach
        dzieciak przybył. Chłopiec niebrzydki i oczki miał wesolutkie. Trudna rada,
        dziecko trzeba ochrzcić. A kościół daleko, aż w miasteczku. Będzie może 6
        wiorst. Już i kumów w wiosce niełatwo znaleźć, bo wszyscy do chrztu trzymali
        starsze dzieci. Z trudem wybrano. Antosiowa zostanie matką chrzestną, a ojcem
        szwagier sołtysa. Chrzciny wyznaczyli na Matki Boskiej Gromnicznej, bo Ona wtedy
        ze świecą chodzi i wszystkie złe moce przepędza. Raniutko przyjechali sankami
        kumowie, przywieźli ubiory kupione specjalnie na tę okazję. Puchowy bet, kocyki,
        pieluszki i koszulki. Szybko zjedli śniadanie. Była przepyszna kapusta na
        kumpiaku i kartofle. Również kwaterka gorzałki, by nie zmarznąć w drodze. Matka
        chrzestna ubrała dziecko. Zawiązała w becik, otuliła kocem. Jeszcze tylko
        kożuchy, wełniane płachty na nogi i w drogę. Jadą. Minęli krzyż, co stał na
        końcu wioski przy drodze. Przeżegnali się nabożnie. Płozy skrzypią po twardym
        jak lód śniegu. Konie raźno parskają. Na ich chrapach i grzywach pojawił się
        szron. Dzwonki dzwonią, melodię echo niesie po niekończącej się bieli. Po jednej
        stronie aż w głąb puszczy, a po drugiej do Biebrzy. Od tej srebrzystej poświaty,
        aż ślozy pociekły po twarzach podróżnych. Minęli jedną wieś i drugą. Wszędzie z
        kominów walił dym. Ludzie palili w piecach, by ogrzać mieszkania. Na szybach
        mróz pomalował diamentowe kwiaty. Zimnisko, aż koty beczały. Podróżni zakrywali
        twarze wełnianymi szalami, by nie odmrozić policzków. Dziecko, na szczęście,
        spało otulone wielką chustką. Gdy wjechali na wzgórze, dało się widzieć wieże
        kościoła w miasteczku. W tej bieli zdawało się, że sięgają aż do nieba.
        Wreszcie dotarli na miejsce. Ksiądz dobrodziej zaprosił do ciepłej izby, aby
        ogrzeli się po podróży. Raptem podniósł się taki krzyk, że gospodyni księdzowa
        do góry podskoczyła. Myślała, że pożar jaki wybuchł, albo i co gorszego.
        - O Jezusie Nazareński! O Najświętsza Panienko! - lamentowała matka dziecka.
        Wszystkim dech zaparło ze strachu. Nie mogli zorientować się, o co te okropne
        wrzaski.
        Chwila ciszy... A potem znowu:
        -Toż to wy wzięli łońskiego Joziaczka, a latosi w domu został na leżance przy
        piecu. Tamten miał się nazywać Pietrek, jak jego ojciec.
        Wtedy w izbie zawrzało. To dlaczego, ty Weronka, sama nie spojrzała?
        - Bo nie miała ja czasu. Ale gdzie ty - ojciec był?
        Ja nic nie widział. A zresztę ja nawet w gminie u wójta nie dam rady spamiętać
        wszystkich imion, nie mówiąc o datach urodzenia.
        Pokój zadrżał od śmiechu. Najgłośniej śmiał się ksiądz dobrodziej. Gdy już się
        uspokoiło, proboszcz powiedział:
        - Dobrze, że metryka nie zrobiona. Za tydzień przywieziecie to najmłodsze
        dziecko i wtedy zostanie ochrzczone.
        Z niczym wrócili do domu. Tylko daremnie tak zmarźli. A teściowa od progu:
        - Ach, wy lelaki wierutne! Ja zaodras zobacyła, ze Pietrek został w domu, jak
        tylko zacoł pisceć na leżance przy piecu. Gapy jedne!
        W następną niedzielę chrzest odbył się bez większych przygód. Potem
        poczęstunek. Misy mięsa, zimnina, kapusta z kumpiakiem, kindziuk, który na tę
        okazję czekał w okraśniku. Mocny chrzan, antał piwa i drożdżowe bułki upieczone
        w łachaniach. Również gorzałka.
        Gdy wychylono po kilka kieliszków, rozległy się okrzyki:
        Jak kum kumy nie wykumiaczy, dzieciak nieba nie zobaczy.
        Musiał więc chrzestny uściskać chrzestną matkę i wręczyć całe torby cukierków,
        aby mogła uraczyć nimi wszystkie dzieci i biesiadników.

        Jeszcze długo w tę mroźną noc słychać było gwar przy biesiadnych stołach. A
        Pietrek słodko spał sobie w kołysce uplecionej z łoziny i zawieszonej na belce u
        powały. Niech zdrowi balują. A ty Pietrusiu, rośnij jak te drożdżowe bułki w
        łachaniach.

        [PS. Mam nadzieję, że mnie www.lomza.friko.pl za kopiowanie nie pozwie ;)]
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Sum zwany ślepcem" 08.05.06, 12:09
        Sum, zwany Ślepcem, długo myślał przed wędrówką. Popłynie ostatni w górę rzeki
        za swoimi współbraćmi. Bez ustanku dawał im znaki na trwogę: woda robi się
        brudna, niesie obce zapachy i smak. Nawet czuł dziwne zawroty głowy, tracił
        orientację.
        A tak chciało się żyć! Uwielbiał rzeczne przyciemnione dno, cichą toń wodną,
        poplątane korzenie drzew, w których czuł się bezpiecznie. Z jakąż rozkoszą
        ocierał brzuch o kamienie, właził w największe zarośla, aby potem wyskoczyć
        niespodziewanie, jak zygzak błyskawicy. Wokół przerażone ryby rozlatywały się na
        boki, a on pan tych wód, znów dostojnie wchodził do swojej kryjówki. Była to
        jego już czwarta wędrówka, do której się szykował. Ale teraz czuł przed nią
        dziwny strach. Wciąż zwlekał z opuszczeniem "domu" na Szerokiej Rzece, rzece
        jego ojców i braci. Znał tu każdy zakątek, każde zagłębienie, każdy wir i
        głębokie spokojne zakola. Życie tu nie sprawiało zadnego kłopotu, nawet
        prowadziło do lenistwa. Miał prawie pod nosem bazar pełen ślimaków, małż, żab,
        drobnych rybek. Wystarczyło tylko poleżeć w bezruchu, otworzyć szeroko paszczę i
        cmoknąć. Nigdy nie polował na małe kaczątka lub inne ptaki, zwyczajnie ignorował
        te skrzydlate stworzenia.
        W końcu i on wyruszył w niewiadomą podróż, nawet nie wiedział jak daleką. Ile
        trzeba będzie znów mil przypłynąć, nim znajdzie czystą wodę i dobre miejsce na
        żerowanie? I ten trwożny niepokój osiadał na jego duszy - przerażał go. Może to
        była oznaka starości? A może to była ostatnia jego podróż?
        * * *
        We wsi Dowidowizna dwóch rybaków ciosało łódź. "A wdole tam jak jedwabisty
        szal leżała Biebrza". Woda już ustąpiła, ubiegłoroczne trzciny znaczyły tylko
        zakola, na podmokłych łąkach żółciły się dywany kaczeńców, przynosząc co roku
        żółty kolor powrotów. Antek skręcał papierosa z amerykańskiego tytoniu:
        Wczoraj jakiś zwierz zwinął siatkę w kłąb, nawet powyrywał kołki, do których
        była przywiązana. Pośrodku miała dziurę, przez którą mógłby przeleźć duży pies.
        - Sum - orzekł pewnie kolega, nie przestając ciapać siekierą smolistej deski;
        wokół unosił się zapach świerkowego drzewa. - Wrócił nad Biebrzę "Piłsudski"? (w
        tutejszym żargonie tak nazywano wąsate ryby). Pietruś na głęboczyźnie to
        wyholował takiego z szesnaście kilo. W łodzi był sam, aby go ujarzmić, to usiadł
        mu na grzbiet, a ten go jak nie majtnie ogniem, to tylko pluskot rozległ się
        echem - obaj z "dziadkiem" poszli za burtę.
        Tak mówisz?... - Antek zapuścił palce w kudłate włosy. - W takim razie mój był
        ze dwa razy większy:
        dziura półmetrowej średnicy, cała siatka zbita w kłąb, a olchę grubości końskiej
        nogi wyrwał z korzeniem.
        - Mm... na starym Sumowie, to ponoć taki byk się zagnieździł, że kaczka to mu
        tylko kwaknie - ciągnął dalej kolega. - Jak uda mu się dobrze pysk rozdziawić,
        to i dwie cyraneczki zgarnie. Pietruś te wyczyny olbrzyma dokładnie podpatrzył.
        To może zarzucimy tam na noc nową nylonowe.
        - Głupiś! Co jemu znaczy taka drgawiczka! Na niego trzeba mieć harpuna z żelaza
        na linie holowniczej.
        - Co poddajesz się? - Antek wsadził drugą piątkę palców w swoje kędziory. - Toż
        ty "Dawid", tak mówią na ciebie. A pamiętasz z Biblii jak Dawid sposobem
        rozwalił Goliata! Znasz Mietka Kobusa z miasta, płetwonurka? On załatwi za pięć
        minut największą bestię.
        Ślepiec płynął w górę rzeki z dwoma niniejszymi współbraćmi. Płynęli bez
        odpoczynku. Pragnęli jak najszybciej uciec od zaraźliwej wody. Ślepiec też
        chciał zdążyć na dawne miejsce, które jeszcze pamiętał, przed pojawieniem się
        nad wodą pierwszych piorunów. Dopiero huk z nieba i spadający ogień go ożywiały.
        Tedy czuł w żyłach nową krew, uzyskiwała ona potrójną moc. Z nawałnicą i
        piorunami woda się podwajała, podrywała muł denny, zgarniała różne badyle
        roślin, wywalała drzewa. To był jego czas. Jego kalendarz życia dzielił się na:
        czas mętnej wody, czas piorunów, czas miłości i czas lenistwa. Tak dzielił swoje
        życie. Przeżył już sporo lat, uwalniał się z różnych pułapek, porozrywał dużo
        sieci, nosił w ciele odłamki żelaza, skóra mu stwardniała jak blacha. Chciał o
        tym opowiedzieć innym. I dlatego miał jedyne pragnienie, aby ten kto żyje nad
        wodą poznał jego język. Wówczas mu przekaże wielką tajemnicę życia.
        Wschód słońca. Moment narodzin. Każdy dzień jest nowonarodzeniem. Dla
        człowieka, dla cielaczka pasącego się na łące. Dla małej kaczuszki. I dla
        naszego pięćdziesięcio-kilogramowego Ślepca. Wszyscy jesteśmy dziećmi słońca, bo
        pragniemy mieć kolejny nowy dzień. Kobus patrzył na to słońce, które wychylało
        się zza lasu. Blask tarczy miał lepiej oświetlić dno rzeki, rozjaśnić cień pod
        nawisami brzegów. Skafander zapiął dokładnie, pasek kuszy włożył na ramię,
        harpun naciągnął lewarem. Nie znali się ze Ślepcem. Każdy miał swój świat, swoje
        życie. I każdemu tak samo zaczynał się nowo narodzony dzień.
        Tafla wodna błyszczała idealnie, jak szybka szkła. Czarny dziób łodzi, w
        której siedziało dwóch rybaków, wystawał z szuwarów. Kobus nabrawszy powietrza
        zanurkował pierwszy raz, drugi, trzeci. Z doświadczenia podwodnego dobrze znał
        miejsce przebywania dużych drapieżników. I już za trzecim razem zlokalizował
        suma. Ogromna bestia stała nieruchomo pod największym nawisem, wystawał jej
        tylko ogromny łeb. Spotkali się oczyma. Kobus nigdy nie widział u ryby tak
        małych oczu, które jakby go zaczęły niepokoić.
        "Ślepiec?" - zadrwił. I nagle nie wiadomo czemu zadrżały mu ręce, mało nie
        wypadła kusza. Nie miał czasu na myślenie, zajmowanie się detalami. Należało
        szybko odpalać harpun. Wymierzył kuszę rybie prosto w brzuch. Ale brzuch ten był
        jakoś rozdęty, którego grot mógł nie przebić, za małe na bokach będą wypusty,
        tedy nie załapie się rękoma i nie wlezie na jego grzbiet. Ta kalkulacja mu
        przeleciała przez umysł szybko, jak błysk lasera. Musiała już być decyzja. Życie
        miał rozliczone matematycznie, że każda cząstka wiedziała co ma robić. Śmierć
        też jest matematyką! Ostatni namiar!... Spust!!!
        Wokół zawirowała czerń podobna do smoły, prawie nic przed sobą nie widział.
        Ale udało mu się ręką chwycić za grot w ciele ryby, jednak był on za krótki,
        zaraz się wyśli- zgnął. I teraz stało się to najgorsze. Czuł, jak jego ciało
        wbijało się w wodę, wodę twardą, jak betonowy mur. Sum ciągnął go na środek
        rzeki za sznur grotowy który nieszczęśliwie uczepił się za zapięcie pod szyją.
        Dusił się. Szarpnął za sznur ręką, aby się uwolnić. Nic. Jego matematyczny umysł
        dalej już sam liczył zdarzenia, jak ustawiona maszynka, w którą nigdy nie
        wątpił. Dokładnie po roku od opisanego zdarzenia błotnistą drogę wiodącą od
        Dawidowizny w stronę Sumowa kołysał się mały fiacik. Dało się jechać tędy tylko
        dlatego, że przed wschodem słońca mróz ściął torfowe błota. Samochód zatrzymał
        się nad samą rzeką, z niego z trudem wydostawał się nasz kusznik Kobus.
        Wprawdzie udało mu się tedy ujść z życiem w walce z sumem, ale po długim
        leczeniu, został na trwale inwalidą. Bez czapki, wsparty na kuli, przeniósł oczy
        w stronę wschodzącego słońca. Rubinowa tarcza poprzecinana chmurkami
        przypominała trochę ogromny łeb Ślepca. Kobusowi wydawało się, że to była tam
        jego dusza. W kątach oczu zaszkliły się łzy. Duszę się miewa. Przychodzi ona do
        człowieka ze wschodem słońca. A potem odchodzi w inne miejsce, gdy ty jej nie
        masz jak przyjąć. Wówczas stajesz się pusty.
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Duma Jaćwinga" 27.05.06, 11:56
        1264 r. po zwycięskiej bitwie nad Jaćwingami książę Leszek - dowódca boju -
        kazał odszukać Kumata. Ale nigdzie go nie było. Przyprowadzono tylko młodego
        chłopca, który, według relacji jeńców, miał być synem jaćwieskiego wodza.
        - Nazywasz się Skirmut i jesteś synem Kumata? - zapytał książę.
        - Tak. Jestem synem naszego wodza.
        - Jakie masz życzenie?
        - Chcę, abyście mnie zabili, tak jak ojca.
        Po chwili wojowie przynieśli ciało zabitego Kumata. Skirmut padł na zwłoki ojca
        i zaczął przerażająco szlochać, aż echo leciało po zagajnikach. Wydawało się, że
        to płacze dumna Jatwież, którą sąsiedzi zawzięli się złożyć do grobu.
        Książę Leszek nie przeszkadzał chłopcu w pożegnaniu z ojcem. Gdy się Skirmut
        wypłakał podszedł bliżej, pogłaskał go po włosach i, aby jeszcze bardziej zdobyć
        przyjaźń chłopca, rozkazał pogrzebać Kumata według jaćwieskiego zwyczaju.
        Po zakończeniu walk Skirmuta zabrano do niewoli. Najpierw przebywał w
        Łęczycy, a potem przywieziono do Wizny. Tu, na pograniczu z Jatwieżą, mógł
        przydać się Mazowszanom do targów i rozgrywek politycznych. Chłopak był
        posłuszny, pilny, szybko się przysposabiał do rzemiosła wojskowego. Jego
        wychowawcy nawet nabrali pewności, że zupełnie zapomniał o swoim pochodzeniu. A
        największy na niego miał wpływ Zbirut, z którym Skirmut najbardziej się związał,
        nawet nazywał go ojcem, ponieważ okazało się, że matką Zbiruta była jaćwieska
        branka.
        Pewnego razu, gdy obaj polowali w puszczy, żubr zranił śmiertelnie Zbiruta.
        Skirmut, opatrując jego rany i widząc nadchodzącą śmierć zapytał:
        - Ojcze, dlaczego służyłeś tak wiernie obcym ludziom? Przecież masz w żyłach
        krew naszą, jaćwieska. Wtedy Zbirut ostatkiem sił podniósł się na deskach i odrzekł:
        - Daj mi kubeł gorącej wody z kostką miodu.
        Gdy Skirmut wykonał polecenie, wówczas Zbirut kazał postawić naczynie pośrodku
        stołu, a po bokach położył trzy krążki z uciętego drzewa służące za podstawki.
        Włożony do wody miód rozpuszczał się momentalnie, prawie nie podnosząc cieczy.
        - Miód to my, Jaćwingowie - przemówił Zbirut - a wokół: Mazowszanie, Litwini i
        Krzyżanoścy Nie ma nam innego wyjścia, jak się rozpłynąć. Kurhany to zbyt wysoka
        cena.
        Po tych słowach Zbirut położył się na pryczę i zaczął zamykać oczy. Skirmut
        przerażony skoczył do przyjaciela, porwał go w ramiona, zatrząsł raz, drugi.
        Poczuł ogromną grozę, która wypełniała szałas, jakieś ostre pazury go łapały za
        gardło. Uciekaj! - jakby coś jęknęło. Odruchowo rzucił się do drzwi, ale w nich
        stał na czatach groźny strażnik. Serce mu biło jak młotem. Teraz poczuł w sobie
        prawdziwy zew puszczy, zobaczył wojów jaćwieskich pędzących wichrem do ataku na
        czele z ojcem. Tam jego miejsce!
        Skirmut chwilę stał jakby w paraliżu, potem schylił się nad martwym ciałem
        Zbiruta i pocałował w usta. Już po raz drugi całował zimne usta swoich
        najbliższych. Tedy na grobie ojca zaprzysiągł zemstę. Co ma robić?
        Po tygodniu od tego zdarzenia w wiznieńskim grodzie ogłoszono alarm - nagle
        zginął Skirmut. Jak potem ustalono, jeden ze strażników przywiązał go pod
        końskim brzuchem, zasłonił po bokach zwisającą derką i obaj bez przeszkód
        wyjechali na zewnątrz przez główną bramę. Dopiero w puszczy Skirmut ze swoim
        mazowieckim przyjacielem poczuli się prawdziwie wolnymi ludźmi. Mazowszanin
        odpiął od pasa bukłak z miodem i podał koledze.
        Wolność!
        Skirmut jeszcze w pełni nie mógł uświadomić, co się stało. Wokół pachniało
        ziemią, na jeziorze pękały lody, śpiewały ptaki - budziła się wiosna. Zobaczył
        korowód nagich dziewczyn idących ze śpiewem w stronę świętego gaju.

        Narodziny wiosny były zawsze największym ich świętem. Teraz obydwaj zwarli
        się w uścisku i zaśpiewali na cały głos:
        Syta druhna, syta, zjadła zasiek żyta, pięcioro pokosy, pieczeń za trzy grosze.
        Hu-ha...hu-ha... hu-ha!... Syta druhna, pękata, zjadła byka, miał trzy lata. War
        piwa wypiła I jeszcze się swarzyła Hu-ha... hu-ha... hu-ha...
        Echo pieśni niosło się daleko, daleko po dolinach. Oto siła ich bogów: lauks
        (ziemia), dagis (święto narodzin) i alu (bukłak z miodem). Oto duma Jaćwinga!
        - Dziękuję ci serdecznie za pomoc - Skirmut długo trzymał przyjaciela w objęciu.
        - Całe życie będę ci za to wdzięczny. Do zobaczenia!
        Minęło 20 lat. Nieustanne napady krzyżackie wyniszczyły krainę Sambów,
        Natangów, Bartów, Galindów, Jaćwingów. Potem jeszcze watahy Tatarów wypalały do
        cna wsie i grody tubylczej ludności. W końcu wielka ich armia stanęła u wrót
        Wizny. Mazowszanie broniąc zaciekle swego grodu, oczekiwali na pomoc z zewnątrz,
        a szczególnie od polskiego króla. I w pewnym momencie zobaczyli dziwny oddział
        wojsk stojący w lesie jakby w oczekiwaniu na rozkazy. Wysłano na zwiady
        doświadczonego woja Grzebka, który wprost nie mógł uwierzyć własnym oczom, kogo
        zobaczył. Był to jego dawny druh Skirmut ze swoim wojskiem - przybyli na pomoc.
        Ogromnej radości teraz nie mogli obaj pomieścić w sobie. Kiedy Skirmut obejmował
        ramiona przyjaciela i całował jego gorące usta, grały mu w duszy słowa z
        "testamentu drugiego ojca" o miodzie i trzech krążkach z uciętej brzozy.
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Diabelskie lusterko" 30.05.06, 18:30
        Srodkowa Biebrza ma swoisty urok. Centralnym jej punktem jest Pobojna Góra, za
        którą rośnie Puszcza Jamińska - kraina miodu, trochę dalej w dół Biebrzy,
        zaczyna się linia Piekielnych Wrót, zaś patrząc w górę rzeki, zobaczymy chałupy
        przysiółka Dwugły. Tu dawniej stały magazyny zbożowe, stąd tratwy ze zbożem i
        drzewem płynęły do Warszawy, Gdańska, a nawet za granicę. Stała tu też karczma,
        do której tłumnie schodzili się okoliczni chłopi aby popić i pogwarzyć o różnych
        sprawach. Stałym jej bywalcem był niejaki Świder ze wsi Ostrówek. I jemu to
        pewnego razu przydarzyła się niżej opisana przygoda. Nasz pan Diabłuś zza
        Piekielnych Wrót niemało się napracował, aby Świdra przerobić na swoje kopyto,
        choć na początku uważał, że to miał być najłatwiejszy materiał. Zamówił u
        najlepszych wyrobników bryczkę, ostrzygł sierść, ogolił się, poucinał rogi, a na
        głowę włożył stylowy kapelusz z dużym rondem. I przykrywając się szarą peleryną
        wyjechał stępa na drogę. Na zegarze była północ. W tym czasie akurat wracał z
        karczmy nasz bohater pod dobrym chmielem. Dziś przehulał nie tylko wszystkie
        pieniądze za sprzedane żyto, ale nawet oddał w zastaw dla Żyda buty i sam wracał
        do domu w skarpetach, przeklinając na głos siebie i cały świat.
        I nagle posłyszał obok głośne:
        - PyrrrrrL.
        Podniósł przymglony wzrok. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, co zobaczył.
        Stała przed nim elegancka bryczka, z bardzo eleganckim panem na koźle. Ów
        jegomość ukłonił mu się nisko, zapraszając uprzejmie do środka. Pan Świder,
        czując się śmiertelnie zmęczony, oczywiście nie mógł nie skorzystać z tak
        zachęcającej oferty. Z trudem zgramolił się na siedzenie, i jak tyko powóz
        ruszył, postanowił zaspokoić swoją ciekawość:
        - Szanowny panie, czymż ja zasłużyłem na taką łaskę?
        - O, niczym - rzecze mu stangret śpiewnym głosem. - Dobroczynność jest celem
        naszego stowarzyszenia. My akceptujemy każdą słabość człowieczą i naprawdę
        żałujemy, tych, którzy chodzą w skarpetach i marzną, im nogi.
        - Panie Dobry nie rozumiem tego. Przed takim jak ja, to ludzie zamykają, domy,
        żona już połamała trzeci wałek na mnie, a tu słyszę, że istnieje jakaś łaska dla
        kiepskich.
        - Właśnie. I szczególnie dla tych, którzy nie mają zamiaru się poprawiać.
        Naszemu bractwu na takich jednostkach bardzo zależy. My usiłujemy tworzyć nad
        nimi parasol ochronny.
        - Ojejku, jak zrozumiałem, to ja już jestem zupełnie spisany na straty?
        - Ależ nie. A po co masz się poprawiać? Jesteś urokliwym folklorem na tutejszej
        ziemi. Każdy człowiek musi mieć godność, nawet ten ostatni. Gdybyś nie pił, to
        nie miałbyś okazji przejechać się posrebrzanym kołowozem. A jeszcze gdybyś
        przyłożył łopatą w tyłek Marcie Balbinowej, której bydło tobie dewastuje ogrody,
        bo ona nie ma czasu pilnować, gdyż chodzi niby na modły, to nawet zagwarantujemy
        ci dożywotnią pensję palacza w naszej korporacji smołowniczej.
        To w czymż rzecz! Już jutro, jak się rozwidni, to dla niej nałożę z pięć łopat
        na tłusty tyłek, to właściwie ja przez nią tak się męczę i muszę pić. I, panie
        Dobry, pan jest naprawdę za mną?
        - Oczywiście. Tylko proszę ten dokument podpisać Pan w cylindrze wyjął papier,
        pióro gęsie pomoczył w atrament koloru czerwonego i położył przed Świdrem.
        Tym rażeni pasażer trochę się stremował, podnosząc oczy na woźnicę, aby dobrze
        mu się przyjrzeć. - A właściwie to kim pan jest i co jest zapisane na tym
        papierze, który mam podpisać.
        - Oczywiście nie ukrywam tego, że jestem mieszkańcem zza Piekielnych Wrót. A
        podpis twój jest nam potrzebny po to, aby mieć pełne zezwolenie na trwałe
        przestawienie "klepek" mózgowych w twojej głowie. Bo chyba zdajesz sobie sprawę
        z tego, że w przyrodzie musi istnieć równowaga pomiędzy tym, co się buduje i
        tym, co się rozwala. Inaczej konstrukcja świata - i tak już zwichnięta - może runąć.
        Po tych słowach Świder dokładniej przyjrzał się postaci "Dobrego" jegomościa.
        Bez większego trudu zauważył na jego czole blizny po rogach, ślady na ciele po
        zgolonej sierści oraz złożony w ósemeczkę ogon przyczepiony do kieszonki na
        piersiach. Odruchowo wykrzywiły mu się usta w sylabę "oj", nawet chciał wznieść
        okrzyk o wsparcie, skierowany do Anioła Gabryjela. Ale że mina woźnicy nie była
        zbyt zaczepna zaś on, pijaczek, stał się jakby komuś potrzebny, a jeszcze
        propozycja, że nie musi się wcale poprawiać, była bardzo nęcąca - więc zaczął
        drążyć sprawę dalej:
        - Znaczy się, że mam okazję rozmawiać z panem tak by powiedzieć... Diabolim?
        - Tego... nie sprzeczajmy się o szyld. Załóżmy, że tak.
        - Eee... wszystko jest niby w porządku, tylko tego... może niech mi pan odpowie,
        dlaczego wasz wizerunek został ustalony tak odrażająco? Proszę dotknąć moich
        rąk, one same już drżą na widok "piekielnej" postaci. Nawet dziś, jak widzę, pan
        sam się maskuje.
        - Właśnie! - wykrzyknął woźnica podniecony i zaczął czegoś szukać na siedzeniu.
        Po chwili otworzył skórzaną dyplomatkę i wyjął z niej okrągłe lustro w
        miedzianej oprawie, ustawiając w stronę twarzy Świdra. - Proszę się przyjrzeć w
        nim dokładnie. Aby było widniej, to ja zaraz zapalę świecę. I teraz Świder
        zobaczył w lusterku ogromne straszydło z rogami, sierścią i ogonem. Przerażony
        złapał się za lusterkową ramę, zaglądając na drugą stronę, czy to nie jest jaka
        podróba. Nie. Wszystko było w porządku. A postać lusterkowa obracała się
        dokładnie tak, jak on obracał głową. Teraz wszystko w nim zadrżało. Chciał
        wyskakiwać z bryczki, ale bał się, że ta postać z lusterka pociągnie się za nim.
        A on przecież chce być wolnym człowiekiem!
        - Eeee... tego... - Świder zaczął się znów jąkać - Przecież to nie ja tam
        jestem, a to pan Dia...Diaboli.
        - Nie? To jest lusterko twojej duszy. Jestem wzorcem twego chcenia. Po co tam
        nosisz takie straszydło? Szybko wyrzuć. To nie ja, a tyś je stworzył. I
        pamiętaj, co jest najgorsze, że uciec od swojej chimery nie ma gdzie, będzie za
        tobą łaziła wszędzie. Jaki nosisz obraz w sobie, takim jesteś.
        W tym momencie przerażenie Świdra doszło zenitu. Odruchowo chwycił za kijek
        leżący na kozłach i walnął z całej siły w diabelskie lustro. Gdy szkło rozpadło
        się na drobniutkie kawałki, to zrobiła się dziwna rzecz. Nasz bohater nagle
        zobaczył, że siedzi wśród bagiennych mokradeł na kępie, a wokół rosną łozy,
        turzyca i błyszczy woda.
        Długo nie mógł dojść do siebie. I dopiero po godzinie, jak się zaczęło
        rozwidniać, ruszył w stronę swojej wsi. Nad nim wstawał przepiękny biebrzański
        poranek. Czajki kwiliły, tańczyły bataliony, rycyki w duetach zataczały śpiewnie
        koła. Cała kopuła niebieska aż rozsadzała się od tiurlulukania skowronkowego,
        nie mogąc pomieścić ich śpiewu. Trzepoczące skrzydełkami ptaszki wisiały, jak na
        sznureczkach, jak bombki choinkowe i ile miały tylko sil tak radowały się
        wstającym porankiem. Ich podniebnym szaleństwom nie było końca. Tak chyba
        wyglądał raj pierwszych ludzi.
        Nasz pan Świder zdjął czapkę i wziął ją do ręki. Nigdy tak mu się nie szło lekko
        do domu, jak dziś. Nawet zaczęła go poszturchiwać dziwna myśl, że dla tego
        "pewniaka", który go tak zwodził przez połowę nocy, to mu na złość przestanie
        pić wódkę!
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Pobojna góra" ;) 31.05.06, 10:59
        Pobojna Góra, po Twierdzy Osowieć jest drugim miejscem na linii biebrzańskiej
        pod względem pokładów tajemnych mocy. Położenie tego grądu wśród łąk, zarośli i
        lasów jest specyficzne, wyjątkowe. Wokół błotniste bezdroże, od północy puszcza
        Jamińska, od południa łuk Biebrzy, a od wschodu i zachodu otwarte łąki z ładnymi
        widokami. Sam grąd ma kwadrat 150 na 150 metrów z dwóch stron otoczony nasypem
        wysokości do pięciu metrów - niewątpliwie usypany ręką ludzką. Wygląda jak
        obwałowanie obronne od strony otwartej. O nazwie "Pobojna Góra" pisze się już w
        początkach XVII w. Historycy sądzą, że tam było prastare grodzisko. Miejscowa
        ludność tę nazwę wiąże z "potopem" szwedzkim. Podczas odwrotu prawdopodobnie tu
        wojska szwedzkie się zatrzymały i walczyły najdłużej.
        Ale Pobojna Góra słynie i z innych zagadek.
        W pogodne i ciche noce, jeśli ktoś dobrze przycupnie i wyciszy się, to usłyszy
        dziwne odgłosy wydobywające się z głębi ziemi: ktoś rozmawia obcym językiem,
        czasem dojdzie głośne nawoływanie albo popłynie piękny rozczulający śpiew.
        I również przedziwne sny tu miewa człowiek, gdy podejmie decyzję noclegowania
        w namiocie. Jeden pan, nauczyciel z Łodzi (a może z Łomży? ;), opowiadał, jak od
        niego we śnie żądał jakiś głos zapłaty rublami za miejsce noclegowe. A gdy on
        zaczął tłumaczyć, że nie ma obcych pieniędzy, to mu upadł namiot. Po
        przebudzeniu stwierdził, że faktycznie namiot się rozbroił. Pary zakochanych to
        najczęściej miewają tu erotyczne sny. To stąd, z Pobojnej Góry, wyniosła się
        treść, że Biebrza jest najbardziej erotyczną rzeką w Polsce. Może dlatego, że
        hrabia Brzostowski swoją wielką miłość do Wiktorii Rymaszewskiej wyznał właśnie
        na tym grądzie, tak był urzeczony pięknymi widokami. Natomiast w zamierzchłej
        przeszłości, to tu przebywały galindskie kobiety z obciętymi piersiami - ze
        swoją wróżką Zarotą.
        Siłę erotyczną tego miejsca potwierdzają również tutejsi mieszkańcy, których
        często zwodziły duchy zalotnych dziewic. I niejedna para stąd powróciła już
        zaręczona. Powtarzane legendy o Pobojnej Górze spowodowały sprowadzenie tu
        jasnowidza Klimuszki, który był znany z odkrywania skarbów i zwłok zaginionych
        osób. W swojej wizji potwierdził przebywanie zagadkowych bytów ludzkich i
        istnienie tajemnych przedmiotów. Ale z uwagi na odległość czasową nie był w
        stanie określić szczegółów.
        Sam również doznałem tu wiele niesamowitych wrażeń. Żadne miejsce na całej
        Biebrzy nie pobudza tak moich sił witalnych, jak ten grąd. To tam najbardziej
        ładuje się język mojej wyobraźni i tam najczęściej poszukuję żywiołu
        nieskończoności. A miody pszczele jakie tam się zbiera! Wyjątkowe właściwości
        aromatyczne. I stamtąd też przywiozłem zagadkową wizję otrzymaną we śnie na nowe
        tysiąclecie. Wokół bajeczny krajobraz z laskami na obrzeżach, jak na biblijnym
        obrazku. Zza horyzontu prześwieca księżyc, a w dole, jak zagubiony szal, wywija
        się Biebrza. Może i to była dekoracja, ponieważ ja przygotowałem się do roli
        aktorskiej, siedząc na tronie, raczej drewnianym kufrze. Ubranie ze skóry
        dokładnie przylegało do ciała, na którym nie miałem nic, oprócz bawełnianej
        koszulki. Na pasku przy spodniach oraz przy mankietach kurtki błyszczały
        miedziane sprzączki.
        I tak, siedząc na "kufrowym tronie" i w egzotycznej scenerii, uczyłem się
        tekstu, który miałem wygłosić przed niewidoczną publiką.
        - Czy chcesz żyć długo i szczęśliwie? - stawiał banalne pytanie kobiecy głos.
        Tak - odpowiadałem. Ale ja inaczej odpowiedzieć nie mogłem, bo za mną jakby
        stukała katarynkowa maszyna: tak... tak... tak...
        - To pocałuj mnie - rozkazywał ten głos.
        Przepiękna pani, wodzirej kosmicznej urody, wówczas brała do ręki trupią czaszkę
        z dziurkami na oczy oraz wystającymi zębami i jakby podpływała do mnie. Ja
        przykładałem usta do białych zębów i z przyjemnością je całowałem, bo ja
        przecież takiej roli chciałem, nikt mnie do tego nie zmuszał. Na wargach czułem
        jakiś jałki smak, zalatywało trochę stęchlizną; ta czaszka jeszcze dobrze nie
        wyschła, a ja koniecznie paliłem się do gry.
        - Czy chcesz żyć krótko i byle jak? - znów leciał banał, aż strach było słuchać
        takiego powtarzalniaka! A za mną nadal drobniła ucho ta sama katarynka: nie...
        nie... nie. To ja buch! oczywistą odpowiedź:
        - Nie, to pocałuj mnie.
        Efemeryczna kobitka powtórnie brała czaszkę, zbliża prawie do moich warg,
        wypuczając białe zęby. Ja: plus - całowałem słodko, nawet z rozkoszą całowałem,
        trochę woniejący czerep człowieczy. A gdzieś, może spod ziemią, szumnie klaskała
        publiczność, skandując: " Niech żyje tron, niech żyje katarynka!..."
        Dlaczego to nie mnie gawiedź biła brawo, a katarynce?...
        Właśnie przebudziłem się z tą małą rozterką. Ale na ogół ze swej roli byłem
        zadowolony! Usta przecież złożyły pocałunek, wprawdzie udziwniony, ale mimo
        wszystko pocałunek. Wydawało mi się, że w tym to momencie nastąpił pełen
        przechył losu na moją stronę. Czy aktor zawsze powinien poszukiwać sensu swojej
        roboty? On jest wynajęty do gry...
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Czarna Dama" 31.05.06, 15:03
        Legenda związana z Czarną Damą zrodziła się podczas pierwszej wojny światowej.
        Wtedy to wojska niemieckie po zwycięstwie nad Rosjanami pod Tannenbergiem
        otrzymały rozkaz ścigania rozbitego przeciwnika oraz zdobycia Twierdzy Osowieć.
        By tego dokonać imały się różnych sposobów. Z początku, lekceważąc jej zdolności
        obronne ośmielili się forsować z marszu. Następnie użyli do niszczenia umocnień
        ogromnej ilości dział, włącznie z tak zwanymi "Grubymi Bertami". Jednak bez
        sukcesu. I właśnie za tą przyczyną szóstego sierpnia 1915 roku Niemcy
        postanowili zaatakować twierdzę za pomocą gazów bojowych. A trzeba wiedzieć, że
        w tym okresie maski przeciwgazowe były bardzo prymitywne, nieskuteczne.
        Przykładowo, żołnierze rosyjscy posiadali na swoim wyposażeniu tylko specjalne
        paski muślinowe, wypełnione watą. Użycie ich w trakcie walki było bardzo trudne,
        ponieważ należało je przetrzymywać ręką, w celu uzyskania mocniejszego
        przylegania do ust i nosa.
        Z chwilą, gdy wiatr powiał w kierunku broniących się Rosjan, żołnierze
        niemieccy wypuścili chlor z trzydziestu baterii gazowych, liczących kilka
        tysięcy butli stalowych. W kilka minut utworzyła się ogromna chmura szerokości
        kilku kilometrów i wysokości kilkunastu metrów. Pchana siłą wiatru dotarła do
        pierwszych okopów, a później przeszła nad wszystkimi budowlami wojskowymi, które
        były rozmieszczone na terenie czterech wydzielonych obszarów, zwanych fortami. W
        wyniku działania chloru uległo śmiertelnemu zatruciu przeszło tysiąc żołnierzy
        rosyjskich. Gazy te o strasznej sile niszczenia spaliły również napotkaną po
        drodze roślinność. Na szczęście dla obrońców, z czasem trująca mgła zaczęła
        wytracać swój impet, przechodząc nad bagnami, rzeką, i kanałami odwadniającymi.
        Mimo to i tak zginęłoby Rosjan o wiele więcej, gdyby nie zdecydowali się
        samowolnie uciec z pola walki. Oczywiście takie zachowanie nie służyło
        skutecznemu odparciu niemieckiego ataku. Dlatego też nastąpiła zdecydowana
        reakcja dowódców, którzy szybko uporządkowali szyki obronne i zmusili żołnierzy
        do ponownego zajęcia stanowisk w okopach. Zapewne współcześni historycy
        niechlubne zachowanie rosyjskich żołnierzy wytłumaczą demoralizacją wywołaną
        śmiertelnym działaniem gazu. Będzie to jednak tylko połowiczna prawda, gdyż
        faktycznie panika wybuchła z innego powodu. Stało się tak za sprawą czarnej
        zjawy, która krążyła w oparach gazu. Tym widziadłem okazała się Czarna Dama. To
        właśnie ona wybierała ofiary, a następnie pozbawiała życia, dusząc za gardło.
        Stąd, nie ma co się dziwić, że w relacjach z pola walki pojawiły się opisy
        trupów z szeroko rozwartymi oczami, wyrażającymi paniczny przestracha. Prawda
        wyszła na jaw dopiero podczas doraźnego sądu polowego. Przesłuchiwani, właśnie
        tym tłumaczyli swoją dezercję z pola walki. Jeden z nich - opisał owe tajemnicze
        widmo. Jego zdaniem było to monstrum przypominające wyglądem kobietę, o
        szerokości kilku metrów i długości około stu, które miało na sobie jakby czarną
        pelerynę. Oczywiście nikt z przełożonych nie dał temu wiary.
        Zjawa ta objawiła się ponownie po siedemnastu dniach, pomagając wojskom
        niemieckim w ostatecznym wejściu do twierdzy. Prawdopodobnie za sprawą Czarnej
        Damy, jeszcze dwukrotnie podczas drugiej wojny światowej pojawiały się w
        Twierdzy Osowieć niemieckie mundury, niosąc za każdym razem, pożogę i śmierć. Z
        czasem wszyscy zapomnieli o owej tajemniczej postaci. Dopiero w 1992 roku
        podczas realizowania reportażu przypomniano o tej legendzie. Powodem tego było
        zdjęcie wykonane przy śluzie, tuż obok schronu, zwanego przez znawców tematu -
        blokhauzem. Na nim według zamierzenia fotoreportera miała znajdować się
        dziennikarka, a gdzieś w tle miał widnieć ów historyczny obiekt wojskowy. Stało
        się jednak inaczej, gdyż po wywołaniu zdjęcia okazało się, że jest na nim
        jeszcze ktoś inny. Tym kimś była Czarna Dama.
        To odkrycie wyjaśnia wiele powojennych zagadek. Zapewne to z inspiracji
        Czarnej Damy w tajemniczy sposób zniknęła świątynia i setki innych carskich
        budowli. W niej także należy upatrywać sprawczynię nieszczęśliwych zdarzeń,
        które przytrafiły się osobom usiłującym spenetrować podziemne lochy Twierdzy
        Osowieć.
      • maggpie Legendy biebrzańskie, "Ukryty skarb" 31.05.06, 21:43
        Twierdza Osowieć wśród wielu tajemnic, skrywa też niejedną, związaną z mniejszym
        lub większym skarbem. Przez przeszło sto lat przewinęło się tu dziesiątki
        tysięcy żołnierzy i innych osób. Była ona milczącym świadkiem dwóch wojen
        światowych i walk w 1920 r. Każdy przysłowiowy metr ziemi na terenie tej warowni
        jest przeorany pociskami i splamiony krwią ludzi w mundurach. Ginęli oni w
        większości bezimiennie. Wiemy tylko, że byli to między innymi Rosjanie, Niemcy,
        Polacy, Francuzi, Białorusini, Ukraińcy, a nawet Włosi.
        Niżej opisane zdarzenie miało miejsce podczas pierwszej wojny światowej, w
        sierpniu 1915 roku. Po prawie rocznej, dzielnej obronie twierdzy, załoga
        rosyjska otrzymała rozkaz jej opuszczenia. Ewakuacja odbywała się głównie szosą
        prowadzącą do Grodna. Część żołnierzy miała za zadanie przedostania się w głąb
        Rosji linią kolejową prowadzącą przez Białystok. Niektórym nawet - udało się.
        Niestety, w krótkim czasie Niemcy opanowali okolice Knyszyna. Została odcięta
        dogodna droga ucieczki. Los sprawił, że w tym czasie w rejonie miasteczka
        przebywał jeden z pułków broniących wcześniej Osowca. Został on zmuszony przez
        wojska niemieckie do odwrotu. W grupie uchodzących z tego miejsca znalazł się
        pewien rosyjski żołnierz, który wiózł bryczką czterech oficerów sprawujących
        pieczę nad kasą pułku. Jechali okrężną trasą, wybierając przeważnie leśne
        bezdroża. Przez dłuższy czas ich podróż przebiegała bez większych problemów.
        Dopiero parę kilometrów za Laskowcem dało się słyszeć odgłosy przybliżającego
        się frontu. Kanonada artyleryjska wywołała zdenerwowanie wśród oficerów. Zaczęli
        coś do siebie szeptać. Po krótkiej naradzie podjęli, jednomyślną decyzję.
        Zsadzili woźnicę i nakazali mu czekać w przydrożnych krzakach. Sami odjechali w
        kierunku lasu. W międzyczasie szrapnele poczęły rozrywać się coraz bliżej.
        Woźnica nie wiedział co ma robić. Na szczęście po kilkunastu minutach ujrzał
        ponownie przełożonych. Wracali już bez skrzyni. Nie dane było mu, jednak dalej z
        nimi podróżować. Na jego oczach jeden z pocisków trafił w bryczkę, do której
        weszli oficerowie - wszyscy zginęli gwałtowną śmiercią. On sam jeszcze długo
        błąkał się po bagnach, aż wreszcie dotarł do swoich. Tam zdał relację z
        przebiegu zdarzenia. O mały włos nie oskarżono go o kradzież rubli. Jednakże
        udało się mu wyjść z tej opresji cało.
        Minęło wiele lat. Za okupacji sowieckiej i zaraz po drugiej wojnie światowej
        okoliczni mieszkańcy wiosek często widywali żołnierzy, którzy czegoś tu szukali.
        Nikt nawet nie domyślał się prawdziwego powodu. Tłumaczyli to kolejną akcją
        przeciwko polskim partyzantom. Z czasem nastał całkowity spokój. Jednak na
        początku lat sześćdziesiątych znowu zaczęli się pojawiać obcy. Stało się to za
        sprawą pogłoski o skarbie, którą rozpowszechnił jeden z mieszkańców wsi. Jego
        wiedza oparta była na informacji uzyskanej od pewnego Rosjanina, który mieszkał
        przez kilka dni w jego domu. Być może nie doszłoby do wyjawienia sekretu, gdyby
        nie przypadek. Zdarzyło się to podczas suto zaprawianej kolacji. Ów
        obcokrajowiec wycierając usta, wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Nie spostrzegł
        nawet, że coś upadło na ziemię. Była to kartka ze szkicem drogi i pobliskiego
        terenu. Zaciekawiło to gospodarza. Długo nad tym zastanawiał się, aż zebrał się
        na odwagę i zapytał wprost o powód posiadania takiego rysunku. Wtedy dopiero
        usłyszał historię o kasie pułkowej. Było w niej tyle autentyczności, że od razu
        zgłosił swój akces do poszukiwań. Szukali przede wszystkim w charakterystycznych
        punktach. Wiedzieli, że kasa została zakopana z pełnym przemyśleniem. Ich
        zdaniem musiał tam znajdować się odpowiedni znak rozpoznawczy, choćby jakiś duży
        kamień, drzewo, czy coś podobnego. Niestety czas zrobił swoje. Ślady stały się
        nieczytelne. Z tego też powodu, po kilku dniach zaniechali dalszego kopania.
        Miejsce ukrycia skarbu, pomimo wielu późniejszych prób zlokalizowania jest do
        dziś owiane tajemnicą.
        Jedynym argumentem przemawiającym za jego istnieniem są resztki rozbitej
        bryczki oraz śladowe informacje na ten temat znajdujące się w archiwach
        rosyjskich. Wiadomo tylko, że w kasie były złote ruble, a cała skrzynia ważyła
        dwa pudy, czyli 32,76 kg. Nawet jeśli skarb tkwi gdzieś w ziemi, to i tak tylko
        przypadek zapewne sprawi, że ktoś go odnajdzie.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka