mysty
27.12.06, 11:11
Był poniedziałkowy, świąteczny wieczór. Gościmy znajomych, Tyma
przeszczęśliwy, bo w centrum zainteresowania, siedzi w leżaczku i konwersuje.
I nagle wśród gwaru, śmiechu i rozmów padają słowa: TA-TA.
Głośne, twarde TA-TA …
Na nic całe dnie i noce szeptania do ucha, głowy i nogi: MA-MA …
Na nic odmienianie przez wszystkie przypadki, nawet te nieistniejące,
najpiękniejszego słowa pod słońcem : MA-MA …
Na nic późniejsze tłumaczenie Tymy, że mu się literki pomyliły …
Na nic wszystko … słowo się rzekło (beczy bekiem becznym bez możliwości
ujrzenia światełka w tym tunelu)