bmc3i
07.09.09, 01:19
wyborcza.pl/1,75248,6998361,Bor_Komorowski__Skok_w_przepasc.html
"Stalin już od września 1939 roku nie krył, że przedwojenne polskie kresy zamierza zatrzymać w granicach Sowietów. [...]
Walka z wkraczającymi w przedwojenne granice oddziałami Armii Czerwonej była militarnym niepodobieństwem, politycznie zaś - skończyłaby się katastrofą. Świat zrozumiałby to jako stanięcie u boku Hitlera. Ale poddanie się Sowietom bez próby stawienia im czoła także byłoby katastrofą. Więcej - zdradą.
Więc jak zachować się wobec sowieckich czołgów wtaczających się do stolicy państwa polskiego? Nie wywoływać powstania, czekać aż okupantów w mundurach feldgrau zastąpią ni to sojusznicy, ni to okupanci w szynelach, a wtedy ujawnić się i grać wobec nich rolę prawowitych gospodarzy? A jeśli NKWD po prostu prawowitych gospodarzy aresztuje? I czy w ogóle uniknięcie powstania jest możliwe? Czy udręczona ludność Warszawy nie uderzy spontanicznie, bez planu i cienia szans na sukces, na znienawidzonego okupanta?
Czy raczej uderzyć na wycofujących się z Warszawy Niemców, przetrzymać do wkroczenia Armii Czerwonej i... No właśnie - i co? Wpuścić do miasta, pozwolić zalać sołdatami ulice, tolerować przejęcie kontroli militarnej nad miastem? A jeśli Sowieci zaczną aresztowania? Więc może inaczej, może wyzwoloną Warszawę potraktować jak redutę, postawić barykady, Sowietów nie wpuszczać. A jeśli uderzą - walczyć?
Kwestie, których emigracyjny rząd nie był w stanie wyjaśnić w rozmowach z aliantami, nie mówiąc o Stalinie, rozstrzygnąć musiał gen. Bór-Komorowski. Historia obsadziła w roli męża stanu zawodowego kawalerzystę i wybitnego sportowca."