Zwariuję, słowo daję, zwariuję. Starszak spał tak fatalnie, że postarzałam się o jakieś 20 lat i wydawało mi się, że już nic nie będzie straszniejsze. Myliłam się. Pojawił się młodszy.
Pierwszy rok - cudo, dużo jadł, dużo spał, sielanka.
Po urodzinach rozpoczęlo się piekło.
Usypianie w dzień trwało jakieś 1,5 godziny, a spanie 35 minut. Od pół roku, aktualnie dwulatek nie śpi w dzień. Dobra, można się przyzwyczaić (choć z trudem, fajnie było mieć te parę minut na dokończenie kawy).
Ale noce to już ciężko przeżyć, śpiąc po 2-3 godziny.
Zasypia koszmarnie. Jest senny, mówi już, zeby go wyjąć z wanny na luli, spokojnie się kładzie, robi papa, zamyka oczy i
udaje, że zasypia, bo nie wiem jak inaczej to okreslić.
Po 5 minutach nagle jakby ktoś wpompował w niego powietrze. Siada lub robi koci grzbiet, zaczyna komentować rzeczywistość, kopie, podnosi nogi do góry albo niby lezy, ale godzinę miętosi namiętnie rękę i nie pozwala nawet się podrapać, bo jest ryk "daj rękę!".
Po godzienie do 1,5 zasypia. Na 2-3 godziny i powtórka z rozrywki.
Robimy z mężem dyżury, że każde mogło sobie te 3 pospać, bo w nocy trzeba przy nim godzinę siedzieć (aaaaaaa!!!!!).
Opcje - spanie razem, spanie osobno, kładzenie później , wczesniej przerobione.
Dlaczego on przysypia, a potem (po 5-10 minutach) jest jak młody bóg?
I dlaczego w nocy budzi się co 2 godziny na godzinę?????
Kanalia jedna w wieku dwóch lat powinien spać choć troszkę lepiej.
Jeszcze kilka takich nocy i skończy się jakąś rodzinną tragedią.
Aha, w dzień jest grzeczny, spokojny, bardzo pogodny, mało płacze itd.
Ratujcie