kangur4
25.11.05, 18:17
Poszłam jak zwykle (no dobra, nie jak zwykle, ostatnio się opuszczam) na
spacer do Łazienek i coś mnie podkusiło, żeby pójść do koników. Akurat pięć
biegało sobie po wybiegu, czy tam jak to się fachowo nazywa.
Matylda dostała hopla z przerzutką ze szczęścia na ich widok. Piszczała,
pohukiwała, cmokała i w ogóle zachowywała się bardzo nieelegancko. Stałam z
nią ze 20 minut, aż w końcu przymarzłam do podłoża i zarządziłam odwrót.
Mówię wam, co to był za ryk! Darła się jak opętana. Do momentu, kiedy nie
doszłyśmy do Pałacu i nie natknęłyśmy się na stado pawii, gołębi i rybitw
(czy też mew) karmionych przez życzliwych emerytów, nie zważających na wołami
napisany zakaz karmienia ptaków, w związku z ptasią grypą.
Tam się uspokoiła i powtórzyła rytuał z cmokaniem i piskiem.
Czy Wasze dzieci też tak mają? Czy też tak euforycznie reagują na zwierzęta?
Biedny mój kot przemyka się już pod ścianami, bo M. swoim entuzjazmem
doprowadza go do obłędu, pies moich teściów - szczeniak w końcu - zaczął coś
Matyldy unikać - chyba go zamęczyła.
Skąd dzieci wiedzą, że zwierzę to zwierzę, a nie jakis wielki ruchomy
pluszak? I dlaczego tak je lubią?