Dodaj do ulubionych

spotkanie z dzieckiem-intelektualistą

27.11.08, 10:27
Chłopczyk lat 5 z hakiem. Czyta płynnie (zaczął podobno cos koło 2 roku zycia), liczy łacznie z działaniami do 100, ojczysty język perfekcyjnie, angielski super (rozmawia płynnie), niemiecki znośnie. Obsługa kompa w stopniu zadziwiającym (był w stanie zainstalowac sobie Linuxa bezbłędnie odpowiadając na pojawiające się komunikaty).
Pierwsza nasza wizyta u nich z naszym wówczas 3.5 latkiem.....totalna klapa. Mój młody to głupiutkie dziecię jest więc liczyło na super ubaw, tymczasem intelektualista nie miał zadnej zabawki "stosownej do wieku" smile. W pokoju stał globus, biurko z kompem, stos gazet (głównie komputerowych), książki (głównie dla dorosłych). Opędzał się od naszego młodego jak od natretnej muchy, nie reagował na prosby o wspólną zabawę (chocby bieganie czy granie w piłkę), siedział i przysłuchiwał się rozmowie dorosłych, co chwila zadając (sensowne zreszta) pytania z branży informatycznej (oboje z mezem jestesmy informatykami).
Konkluzja - szybko sie ewakuowalismy bo młody potwornie sie nudził.
Zakładalismy ze jesli w domu odwiedzanych jest rowiesnik to nie trzeba młodemu zabierac zabawek, ze wspolnie wesoło spedzą czas a dorosli sobie pogadają.
Sumując-było smutnie.
Wczoraj rewizyta.
Pokój młodego to chyba typowy pokój 4-latka, mnóstwo aut (bo je uwielbia), klocki, plakaty z samochodami, książki o autach, puzzle, kolejka itp...., acha i gumowe zwierzaki bo zaczął kolekcjonowac smile)). Młody nie czyta, choc bardzo lubi słuchac bajek, liczy do 20 (czasem sie myli), układa puzzle (nie za skomplikowane), angielski tyle co w przedszkolu, niemiecki wcale, do kompa dopuszczany rzadko (tylko gry stosowne do wieku).....patrząc na średnią krajową smile nie wydaje mi sie aby odstawał więc konfrontacja z intelektualistą mnie nie zestresowała na szczescie.
Młodemu udało się zaciągnąć intelektualistę do zabawy (był przeszczesliwy), poszło w ruch wszystko co było w pokoju (łącznie z pochowanymi po roznych kątach kasztanami/kamykami znad morza/szyszkami z lasu itp...). Intelektualista wpada z błyskiem w oku i wrzeszczy..mamo, jakie on ma fajne zabawki!!! Bawili sie fantastycznie, az zal bylo konczyc wizyte bo i nam sie dobrze gadało.
Na koniec intelektualista pożyczył od nas PC Format i Chip do poczytania smile)
Zastanawiam sie czy został odcięty od "normalnych" zabawek, aby nie zaprzątały jego głowy niepotrzebnie, czy sam postanowił byc małym dorosłym? Moze fakt ze ma starszą siostre (sporo starsza) powoduje ze przebywa częściej ze starszymi dziecmi i sam z siebie spoważniał?
Ale wczoraj to było nie to samo dziecko, miał normalny dziecięcy błysk w oku.
Gdybym nie uważała że rodzice są ok, to pomyslałabym że na siłe robią z niego Einstaina....ale wygląda na to, że intelektualista sam postanowił taki być wink,co nie zmienia faktu ze jednak wciąż jest dzieckiem, tyle że dorosłym.
A wy, znacie takich małych-dorosłych? I czy są takimi z wyboru czy z musu?
Obserwuj wątek
    • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 14:33
      Biedne dziecko sad
      Moje dzieciaki mają bardzo dużo zabawek i gier. Moja starsza córka
      4,5 ostatnio zawziela się na pisanie. Nic jej nie interesuje, tylko
      pianie i literki. Ogólnie umie bardzo dużo, jest w tym też zasługa
      przedszkola, które jest na wysokim poziomie. Nawet mnie to niepokoi
      i sama staram się jej organizować inne zajęcia, koleżanki. Mąż
      uważa, że to przejściowei minie. Mam nadzieję, bo nie chciałabym,
      żeby była kujonem. Ona ciągle gada o szkole i że się musi uczyć.
      Młody za to jest strasznym szajbusem i czasami jak zacznie śpiewać,
      to pół dnia potrafi się wydzierać i ja już od zmyłów odchodzę. Jest
      też inteligentny i do tego uzdolniony muzycznie. Potrzebuje dużo
      zajęć, żeby ustabilizować się emocjonalnie i dużo czasu mu
      poświęcam. Jest to dziecko, które od maleńka było za szybkie,
      wszystko robił za cześnie, wszystko musi sam, wszystkiego musi się
      nauczyć. Pisze nawet z siostrą literki smile Wszystko przychodzi mu z
      taką łatwością, że aż jestem czasami w szoku. Mały nie może znieść,
      że czegoś nie umie i uczy się tak długo aż się nauczy. Jest bardzo
      ambitny i niestety też nie potrafi się bawić z dziećmi, które nie są
      na jego poziomie intelektualnym. Zwykle lubi dzieci 2-3 lata starsze
      i wspaniale się z nimi dogaduje.
      Dziecko na pewno powinno mieć zabawki i czas na szjbowanie smile
      Inaczej stanie się nudnym i nielubianym dzieckiem a potem dorosłym.
      • tetlian Powiem krótko 05.12.08, 00:45
        Uważam, że wszystkie dzieci powinny być wychowywane na takich intelektualistów.
        Niestety tak się nie dzieje i dlatego świat składa się w 98% z idiotów, którzy
        nie rozumieją podstawowych praw rządzących światem sad Smutne.
        • lavinka Re: Powiem krótko 05.12.08, 01:00
          Wszak idiotami łatwiej się rządzi, to i nie dziwota,że politycy nie
          dbają o edukację młodzieży.
          • mama_kotula Re: Powiem krótko 05.12.08, 01:06
            Ja powiem tak - widzę np. problem w braku wiedzy z dziedziny tzw. science. Takiej wiedzy praktycznej, o zachodzących w życiu codziennych zjawiskach fizycznych/chemicznych. Typu - na jakiej zasadzie działa termostat w żelazku. Albo - dlaczego do ciasta dodaje się sody/proszku do pieczenia. Ja wiem, że można to skwitować "mnie to nie obchodzi, tak jest i już". Ale z czystej ciekawości choćby to wiedzieć.
            Co z tego, że uczeń jest w stanie obliczyć gęstość strumienia elektronów, jak nie wie, dlaczego żarówka zapala się natychmiast, nawet jeśli jest połączona ze źródłem 10m kablem.


            I do tego jestem autentycznie przerażona, kiedy na forum pojawiają się pytania "pomóżcie w zadaniu domowym" - i okazuje się, że zadanie jest na poziomie matematyki z 4-5 klasy szkoły podstawowej.
            • scarlet_s Ja też powiem krótko 05.12.08, 01:13
              DOBRANOC smile
            • odpowiedzialny_za_napar_kawowy Re: Powiem krótko 05.12.08, 07:31
              > Ja powiem tak - widzę np. problem w braku wiedzy z dziedziny tzw.
              science.

              Ratunku!!! Jestem autentycznie przerażony.
              • mama_kotula Re: Powiem krótko 05.12.08, 10:09
                > Ratunku!!! Jestem autentycznie przerażony.

                Czym jesteś przerażony?
                Wyjaśniam - użyłam skrótu myślowego, posługując się tagiem internetowym "science" ;P, nie mogę określić polskiego odpowiednika na tę grupę nauk (taka wada po dłuższym czasie posługiwania się głównie językiem angielskim).
                • rock73 Re: Powiem krótko 05.12.08, 10:49
                  Sciences - nauki ścisłe, albo przyrodnicze. Przeciwieństwo: human
                  sciences - nauki humanistyczne.
                  • mama_kotula Re: Powiem krótko 05.12.08, 11:53
                    Dziękuję. Czasem brakuje najprostszych słów smile

                    W każdym razie nauki ścisłe w społeczeństwie leżą i kwiczą. Wystarczy powiedzieć "jestem humanistą" albo "nigdy nie byłem dobry z matematyki" bądź "miałem kiepskiego nauczyciela z fizyki". i już się człowiek spotyka z pełnym zrozumieniem.
                    • badjuk Re: Powiem krótko 05.12.08, 12:28
                      mama_kotula napisała:

                      > Dziękuję. Czasem brakuje najprostszych słów smile
                      >
                      > W każdym razie nauki ścisłe w społeczeństwie leżą i kwiczą. Wystarczy powiedzie
                      > ć "jestem humanistą" albo "nigdy nie byłem dobry z matematyki" bądź "miałem kie
                      > pskiego nauczyciela z fizyki". i już się człowiek spotyka z pełnym zrozumieniem
                      > .
                      >
                      >

                      Dobrze powiedziane - lepiej bym tego nie ujął.
                    • rock73 Re: Powiem krótko 05.12.08, 13:13
                      mama_kotula napisała:

                      > W każdym razie nauki ścisłe w społeczeństwie leżą i kwiczą.

                      To temat na inną rozmowę, ale, niestety, prawda. A może właśnie
                      takie dzieci, jak opisane przypadki, kiedyś będą rządzić na Ziemi?
                      Może to jest mutacja genetyczna, która przetrwa?

                      > Wystarczy powiedzieć
                      > "jestem humanistą" albo "nigdy nie byłem dobry z matematyki"
                      bądź "miałem
                      > kiepskiego nauczyciela z fizyki". i już się człowiek spotyka z
                      pełnym zrozumieniem.

                      Grrr, a mnie się "nóż w kieszeni otwiera", jak takie coś słyszę. Ja
                      też miałem kiepskich nauczycieli z fizyki. Umieli mniej ode mnie.
                    • wolf40 Re: Powiem krótko 07.12.08, 13:57
                      Uważasz, że wystarczy oznajmić, iż przez dłuższy czas posługujesz
                      się językiem obcym, aby wytłumaczyć swoje problemy w komunikowaniu
                      się w języku ojczystym żyjąc w ojczystym kraju?

                      Czy może to taka maniera? Bo jeśli tak - padam z wrażenia.
                      • mama_kotula Re: Powiem krótko 07.12.08, 14:08
                        wolf40 napisała:

                        > Uważasz, że wystarczy oznajmić, iż przez dłuższy czas posługujesz
                        > się językiem obcym, aby wytłumaczyć swoje problemy w komunikowaniu
                        > się w języku ojczystym żyjąc w ojczystym kraju?

                        Skarbie, ja nie mam najmniejszych problemów w posługiwaniu się językiem ojczystym i komunikowaniu się w nim, śmiem twierdzić, iż piszę lepiej i poprawniej niż niż jakieś 75% forumowiczów.
                        Nie robię błędów ortograficznych, nie mam kłopotów z gramatyką, piszę składnie i logicznie, nie stosuję techniki strumienia świadomości, tak częstej na forum.
                        Rozumiem, że jeden błąd - czyli użycie niewłaściwego słowa, skrótu myślowego, kalki z angielszczyzny - momentalnie dyskwalifikuje mnie w twoich oczach jako osobę posługującą się poprawną polszczyzną?

                        Trudno, płakać z tego powodu nie będę. smile
                        Miłego dnia smile
                    • lula777 Na litość..... 13.12.08, 16:07
                      ...niech dzieci sie bawią, niech się czasami umieją ponudzić,niech
                      wymyslają sobie zabawy....z pomoca i udziałem rodziców...
                      K..a niech bedą dziecmi a nie jakimis cyborgami.

                      Widze dzieci wożone wciąz na zajęcia:rytmika, plastyka, zajęcia
                      tetralne, muzyka, balet, judo, basen , angielski...paranoja.
                      Dzieciaki nieraz wracają z tych zajęc na spiąco, przekładane do
                      łózeczek i nastepnego dnia znów wyścigi, kto lepiej, kto szybciej, a
                      ten potrafi, a ten nie.....paranoja na kółkach.

                      Poza tym (chciałam wrócic do tematu, bo odbiłam) ten opisywany
                      chłopczyk intelektualista ok, jesli lubi i ma z tego frajde dlaczego
                      nie. Tylko nalezy sie zastanowić nad tym ,czy jak bedzie miał 15 lat
                      nie trzeba bedzie zafundować mu wycieczki w kosmos, no bo do tego
                      czasu chyba wszystko juz przerobi. Nie ma w tym odrobiny zazdrości
                      raczej żal i współczucie.

                      U nas na angielskim (to jedyne zajęcia synkasmile jest taki chłopczyk
                      zawsze wszystko wie, bo rodzice z wyprzedzeniem go uczą, aby był
                      najlepszy, ale jakoś emocjonalnie sobie nie radzi, wciąz płacze,
                      siedzi z boku jak sa jakies zabawy. O co chodzi? O przerost ambicji?
                      O lęk, ze jak źle odpowe to dostanie lanie, albo bedzie musiał
                      słuchac płyty nie 2 razy, ale 128 razy?
                      Normalna rzecza jest nie umiec, normalna rzecza jest zapomnieć,
                      noirmalna jest sie czasami umieć ponudzić.

                      Żal mi dzieci, które jak te marionety przenoszone z miejsca na
                      miejsce z zajęc na zajęcia musza realizowac plan na "bycie
                      szczęsliwym" swoich rodziców. Straszna to porazka, ale i cecha
                      charakterystyczna naszych czasów, niestety sad

                      Nie chce myslec jakie popaprane społeczeństwo wyrośnie z
                      dzisiejszych dzieciaków, wiecznie sfrustrowanych, zagonionych,
                      opetanych rzadza wiedzy absolutnej na każdy temat....
                      Świete słowa padły w "Mam talent" (czekam z niecierpliwościa na
                      kolejną serię) że LEPIEJ WYCHOWAĆ SZCZĘSLIWEGO DRWALA NIŻ
                      NIESZCZĘSLIWEGO PANA PROFESORA....

                      oj Świete słowa.

                      L.



                      • scarlet_s Re: Na litość..... 15.12.08, 17:34
                        Moje dzieciaki chodzą tylko na te zajęcia, na które chcą i je
                        uwielbiają! To jest dla nich radość smile
            • bellaj Re: Powiem krótko 05.12.08, 17:41
              Dziedzina tzw. science to nauki scisle w jezyku polskim. Sama jestem
              chemikiem i uwazam, ze nauki scisle sa bardzo wazne, ale nie
              zapominajmy o naszej poprawnej polszczyznie czy to bedac w kraju czy
              zagranica.

              Pozdrawiam
    • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 16:55
      Może ofiara metody Domana? Może rodzice są OK, ale w dobrej wierze
      przypadkiem go przeintelektualizowali? Może "kątem ucha" usłyszał,
      że teraz to trzeba się uczyć, nie ma czasu na zabawe, wyścig
      szczurów, blebleble? Tak czy owak nie wyobrażam sobie, żeby
      pięciolatek mógł decydować, że on chce sie uczyć, a nie chce
      mieć normalnych zabawek... Przechlapane takie dzieciństwosad
      • demon.maxwella Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 05.12.08, 15:52
        bj32 napisała:

        > Może ofiara metody Domana?

        Chyba mieszamy tu dwie sprawy: uczenie czytania roczniaków kontra dzieci, które się same do tego garną.

        > Tak czy owak nie wyobrażam sobie, żeby
        > pięciolatek mógł decydować, że on chce sie uczyć, a nie chce
        > mieć normalnych zabawek... Przechlapane takie dzieciństwosad

        Może trudne do uwierzenia, ale naprawdę są takie dzieci, które mając po lewej książkę a po prawej samochodzik wybiorą książkę. Same z siebie i niezmuszane przez rodziców. Wiem, bo x lat temu sam byłem takim dzieckiem (przy czym x, choć duże, jest póki co jeszcze na tyle małe, że mogę z całą świadomością oświadczyć, że dobrze pamiętam smile )

        W odróżnieniu od mamy.kotuli, artjoasi i innych (sorry jeśli coś pokręciłem w nickach) nie byłem nigdy diagnozowany na zaburzenia ze spektrum autyzmu. Tak po prostu miałem, a wszyscy dorośli z otoczenia (babcie, ciocie, psiapsiółki, itd.) pamiętają, że sam z siebie garnąłem się do czytania i arytmetyki i potrafiłem na śmierć zanudzić pytaniami. Największy szok przeżyłem zaczynając edukację przedszkolną w wieku ciut ponad cztery lata, kiedy odkryłem, że inne dzieci NIE UMIEJĄ CZYTAĆ. Normalnie nie mieściło mi się to w głowie i ze zgrozą obserwowałem, jak moi "towarzysze niedoli" uważają za doskonałą rozrywkę nazywanie koloru kapelusza, który miś ma na głowie, itp.

        Oczywiście - w dużej mierze zależy to od klimatu w jakim dziecię wyrasta. Jeśli rodzice patrzą na książkę jak na zdechłego jeża, to raczej trudno spodziewać się, że wychowają intelektualistę.

        • mama_kotula Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 05.12.08, 19:39
          Cytat
          Największy szok przeżyłem zaczynając edukację przedszkolną w wieku ciut ponad cztery lata, kiedy odkryłem, że inne dzieci NIE UMIEJĄ CZYTAĆ.


          W głos się uśmiałam!!!
          Bo przypomniała mi się opowieść mojej mamy traktująca o moim pierwszym dniu w przedszkolu.
          Wróciłam do domu i od progu rzuciłam:
          - Mama, te dzieci są nienormalne. One nie potrafią czytać!!!

          Oczywiście, dzieci były jak najbardziej normalne, tylko dokładnie tak jak napisałeś - mnie się w głowie nie mieściło, że można nie potrafić czytać.
        • lavinka Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 06.12.08, 18:27
          "Jeśli rodzice patrzą na książkę jak na zdechłego jeża, to raczej
          trudno spodziewać się, że wychowają intelektualistę. "

          Pozwolę sobie pożyczyć na sygnaturkę smile
    • figrut Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 17:29
      Moja córa była podobna, choć nie interesowały jej tylko i wyłącznie sprawy
      naukowe (no i nie znała innego języka po za polskim), ale również zabawa
      (piaskownica, klocki, zabawa w sklep, lalki, taplanie w błocie itp.). Ma chyba
      ogromne znaczenie fakt, że dziecko jest samo wśród dorosłych (córa była sama
      wśród dorosłych).
      Takie dziecko ma przechlapane wśród zazdrosnych o jego wysoki poziom
      intelektualny dorosłych. Pamiętam sytuację z przedszkola, kiedy opiekunka wręcz
      ze złością narzekała na moją córę, że dzieci nie potrafią jej zrozumieć, gdyż
      używa dorosłych słów.
      Zaprocentowało to jednak w szkole, gdzie nie musiała się uczyć, gdyż nauka
      przychodziła sama, a czytanie i zdobywanie wiedzy na własną rękę stało się dla
      niej przyjemnością. Dziś ma 18 lat, jest dziewczyną pełną szalonych pomysłów,
      uwielbia się wygłupiać, ale jednak dość mocno odstaje od swoich rówieśników (nie
      lubi imprez typu osiemnastka, dyskoteka, co u nastolatków jest dość rzadkie).
      • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 17:40
        Gratuluję córci.
        Mówisz "zazdrośni dorośli", skąd ja to znam?
      • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 18:12
        "Zazdrośni dorośli" W jakim sensie? Przyznam szczerze, że przykład z
        przedszkolanką do mnie nie przemawia... Faktycznie mogła mieć
        problem, jeśli jedno dziecko mówiło całkiem innym językiem niż
        pozostałe. Zresztą jeśli przewyższała poziomem inne dzieci [nie
        neguję tego - gratuluję] to i w szkole mogła się na początku nudzić,
        a ja wiem, co potrafi wyprawiać znudzony siedmio- czy
        dziewięciolatekwink
        I w jaki sposób przechlapane?

        A co do dyskotek - ja nie byłam jakaś szczególnie inteligentna czy
        żądna wiedzy dziecieciem będąc, a dyskoteki i osiemnastki też mnie
        średnio bawiły...wink
        • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 18:20
          Wiele razy doświadczyłam zazdrości od dorosłych.
          • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 19:00
            ALe czym się ona objawia? Tego pojąć nie mogę. Dyskredytują?
            Bagatelizują? Krytykują? W jakich sytuacjach?
            Bo moja córka ma inne zalety i to takie dość widoczne i nie
            zauważyłam, zeby ktokolwiek jakkolwiek objawiał zazdrość...
            • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 19:02
              Np. mam koleżankę, która jest bardzo niemiła dla moich dzieci i
              szuka tylko okazji do krytykowania, zupełnie nie widząc zalet.
              • makurokurosek Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 19:08
                może twoja koleżanka w ogóle nie lubi dzieci, a moze twoje dzieci mają cechy
                które wybitnie ją drażnią
                • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 09:27
                  Tak, mają, masz rację. Oboje są bardzo wysocy a jej synek jest niski
                  i ona strasznie się tym martwi. Mierzy co chwila i ma obseje na tym
                  punkcie. Przy każdym spotkaniu pyta ile mierzom?
                  • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 11:08
                    To jej nie mów, ile mierzĄ, tylko powiedz, że dzieci się rozwijają w
                    rozmaitym tempie, a kompleksów rodziców nie należy na nie przelewać
                    i cześć. Moja córa jest drobna, ale zdumiałabym sie, gdyby było
                    inaczej przy mojej potężnej posturze 160cm/50kg i przy 174cm męża...
                    Po kim ona ma być wysoka? Listonosz też nieduży...wink
                    • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 16:17
                      he he
                      u nas wszystkie dzieci w rodzinie wielkie

                      ale kochana nawet tu na forum jak się pochwalę czymś, to zaraz
                      zadyma się robi. Jedna (chyba lekko nieteges) kobita prześladuje
                      mnie w każdym wątku i koniecznie chce udowodnić, że oszukuję. Tylko
                      nie wiem po co? No dobra, ja skromna nie jetem i już, ale jak ktoś
                      ma taką obesje na punkcie udawadniania, że to tak nie może być, to
                      sorry, ale IMO to chora zazdrość! Poza tym już nie raz widziałam
                      zazdrość na twarzach matek, poprostu widać jakieś takie zmiezanie,
                      niedowieranie, co jeszcze nie wiem. Kurcze moje dziecko rozwija się
                      super-szybko, ale to nie jest jakiś fenomen!
                      • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 17:19
                        Czy ja wiem... Moje dziecko też rozwija sie superekstraordynaryjnie.
                        Przy tym jest ładna niesłychanie, ma cudne włosy... I kupę wdzieku,
                        oraz zazwyczaj sie uśmiecha. To jej kupuje wielbicieli. Tyle, co sie
                        o niej pochwał nasłuchałam, to ho ho! I rzadko widzę jakąś zazdrość
                        w czyichś oczach, czy wręcz zawiść. I to też głównie u jakichś buców
                        z kompleksami i rozdetym ego zazwyczaj.
                        Ja sadzę, ze rodzice często robią dzieciom krzywdę wmawiając im, ze
                        są wyjątkowe dla całego świata. Anka jest wyjątkowa dla nas i
                        nie widzę powodu, żeby wszyscy musieli popadać w dziki zachwyt. I
                        wiesz co? We wrzesniu poszła do pierwszej klasy. I lubią ją chyba
                        wszyscy, a zna pół szkoły już i wiekszość nauczycielismile
                        • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 19:12
                          Ciesze się i gratuluję szczerze.
                          A ja uważam, że ludzie są źli i podli i takie mam podejście.
                          Oczywiście nie wszyscy smile Ja nie smile
                          • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 02.12.08, 12:13
                            Dziękujęsmile
                            A to mi się podoba:
                            "ludzie są źli i podli i takie mam podejście. Oczywiście nie
                            wszyscy smile Ja nie smile"
                            Czyli wszyscy oprócz Ciebie?wink
                            Galopujący pesymizm jest niezdrowy. Wejdź na Pomocne emamy i
                            zobaczysz, ze jednak wiecej jest dobrych ludzi, nie jesteś samawink
                            • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 02.12.08, 16:12
                              Z założenia tak uważam. Jednak pesymistką nie jestem, o nie.
                              Poprostu sądzę, że ludzie są wredni i tyle. Mam dużo znajomych,
                              jednak do większości znajomości podchodzę z dystansem. Np.
                              Koleżanka, która obgaduje inną swoją koleżankę do mnie z góry jest
                              już u mnie na spalonym i raczej jej się nie zwiere, bo potem obgada
                              mnie dalej, prawda. Poprotu jetem ostrożna w kontaktach z ludzmi, bo
                              wiem, jak jest.
                              • lavinka Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 04.12.08, 14:00
                                Pocieszę Cię,że za mną też włóczył się "fanklub" jak opublikowałam na
                                fotoforum skany rysunków z dzieciństa. Miałam wtedy 2-4 lat gdy
                                powstawały a cały szwadron mamusiek(ekipa z e-dziecko) udowadniał
                                mi,że tak rysują 10-latki. Tylko,ze jak miałam 10 lat to rysowałam
                                jak przeciętny 20-latek wink Niestety niektórym mamom nie mieści się w
                                głowie,że ktoś ma "lepsze" dziecko. A przecież zdarza się,ze dziecko
                                jest uzdolnione w jakiejś tam materii, a w innej sobie nie radzi.
                                Geniuszy-omnibusów jest naprawdę niewielu. Ja na przykład byłam
                                uzdolniona plastycznie, matematycznie, muzycznie i dobrze radziłam
                                sobie w bieganiu i skakaniu. Ale za to miałam ogromne kłopoty z
                                pamięcią, tabliczki mnożenia uczyłam się miesiąc(a przecież z samą
                                matematyką radziłam sobie świetnie). Podobnie było później z
                                historią. Masakra. Ale nadrabiałam czym innym. Nie wiem skąd w
                                niektórych ludziach potrzeba równania w dół. Bo dwuletnie dziecko to
                                ma robić to i to, a czteroletnie tak i tak. Bzdura.
                                • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 04.12.08, 23:17
                                  No i tak to jest. Ja nie rozumiem, co im zależy? Wierzą, nie wierzą,
                                  ale po co tak się pienić?
                                  • lavinka Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 05.12.08, 00:14
                                    Temat rzeka. Dla mnie to wynik poczucia niższości, kompleksów, nie
                                    wiem - może po prostu świadomości,że inni mają lepiej. Może ta
                                    frustracja narodziła się dopiero w internecie? Choć nie, ludzka
                                    zawiść jest starsza niż internet smile
                                    • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 05.12.08, 00:23
                                      W realu poprostu nie wypada, ludzie są mili, sztucznie się
                                      umiechają, chociaż zzera ich zazdrość. Wiesz ile awantur na forach
                                      rozpętałam wychwalaniem mojego synka? Jak inne chwaliły było dobrze,
                                      jak ja to od razu zadyma. A dlaczego? Bo moje dziecko rozwija się
                                      szybciej, więcej umie. Zwykła, ludzka zazdrość. Oprócz tego jeszcze
                                      mściwoć, czy co tam jeszcze nie wiem.
                                      Nawet tu na forum, na grudniówkach napisałam nieopatrznie, że moje
                                      dziecko wyprzedza rówieśników. Ale była zadyma. Oczywiście zaraz
                                      trzeba było straszyć, że z takich dzieci wyrastają psychole i wogóle
                                      nie ma się z czego cieszyć i wogóle na pewno kręce, itp.
                                      Na innym forum jedna mama wręcz wyzwała mojego synka bardzo brzydko.
                                      Ludzie są podli i zazdrośni...
                                      • lavinka Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 05.12.08, 00:40
                                        Taaaa, w końcu tylko psychole idą na studia. Każdy normalny człowiek
                                        powinien zakończyć edukację na zawodówce smile
                                      • aniucha333 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 15.12.08, 14:50

                                        > W realu poprostu nie wypada, ludzie są mili, sztucznie się
                                        > umiechają, chociaż zzera ich zazdrość. Wiesz ile awantur na forach
                                        > rozpętałam wychwalaniem mojego synka? Jak inne chwaliły było
                                        dobrze,
                                        > jak ja to od razu zadyma. A dlaczego? Bo moje dziecko rozwija się
                                        > szybciej, więcej umie. Zwykła, ludzka zazdrość. Oprócz tego
                                        jeszcze
                                        > mściwoć, czy co tam jeszcze nie wiem.
                                        > Nawet tu na forum, na grudniówkach napisałam nieopatrznie, że moje
                                        > dziecko wyprzedza rówieśników. Ale była zadyma. Oczywiście zaraz
                                        > trzeba było straszyć, że z takich dzieci wyrastają psychole i
                                        wogóle
                                        > nie ma się z czego cieszyć i wogóle na pewno kręce, itp.
                                        > Na innym forum jedna mama wręcz wyzwała mojego synka bardzo
                                        brzydko.
                                        > Ludzie są podli i zazdrośni...


                                        Scarlet_s

                                        brawo za uczciwa odpowiedz!!! Nic dodac nic ujac smile

                                        Ja sama juz nic nie mowie o moim dziecku bo zaraz jakis "zyczliwy"
                                        zazdrosny typ sie odezwie. Ile to komentarzy potem jest i wmawiania
                                        mi ze jestem aspoleczna, etc A to tylko dlatego ze sie bronie i
                                        bronie wlasne dziecko.

                                        Skad u ludzi sie bierze tyle zazdrosci i zawisci o to ze sa matki
                                        ktore uczciwie chwala wlasne dzieci, maja naprawde zdolen dzieci,
                                        etc Z Mloda chodzimy na skrzypce i myslalam ze tak ok sobei radzi.
                                        Niedawno byla lekcja grupowa i onemialam jak dobrze moja dziecie
                                        sobie radzi. I tak do mnie dotarlo ze wiekszosc dzieci na tych
                                        zajeciach ma rodzicow ktore za malo czasu im poswiecaja i dlatego te
                                        naprawde zdolne dzieciaki radza sobei gorzej niz moje. A tak malo
                                        trzeba zeby miec zdolne dziecko - pare kwadransow pracy z dzieckiem,
                                        np ryswoanie, czytanie, spiewanie, granie, a efekty sa
                                        natychmiastowe. Zwykle lenistwo umyslowe i fizyczne i potem le
                                        leniwe typy rodzicow zazdroszcza innym ktorzy dbaja o wlasne
                                        dzieci...

                                        • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 15.12.08, 16:12
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=566&w=78855903
                                        • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 15.12.08, 17:45
                                          Hitem na tym forum była kasiol81, która założyła sobie specjalnie do
                                          tej awantury drugi nick arwena23. Kobieta ta przez kilka dni
                                          śledziła moje wpisy i awanturowała się ze mną, udowadniała, że
                                          jestem trollem. Przezukała moje wpisy. Psycholka jakaś chyba, ale
                                          sporo czasu mi poświęciła smile)) Nie mogła sobie darować. Nawet
                                          udawała, że mnie zna i pisała straszne bzdury. Teraz się wycofała,
                                          pewnie jej głupio.
                                • mama_kotula Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 05.12.08, 00:39
                                  Cytat
                                  Niestety niektórym mamom nie mieści się w głowie,że ktoś ma "lepsze" dziecko.


                                  Nie, to nie tak do końca. To działa poprzez taki mechanizm - jeśli ktoś na forum napisze, że dziecko ma z czymś problem (z mówieniem, z chodzeniem, z czymkolwiek innym), to dostaje setkę odpowiedzi:
                                  "nie martw się, każde dziecko rozwija się we własnym tempie"

                                  Natomiast to "własne tempo" według tego mechanizmu działa wyłącznie w dół. Znaczy, odnosi się tylko do opóźnień rozwojowych, bo do przyspieszeń dziwnym trafem już nie smile, przyspieszeń nie tłumaczy się "własnym tempem rozwoju", tylko uznaje się za dziwne, kontrowersyjne i rzuca się frazesami o odbieraniu dzieciństwa, realizowaniu ambicji rodziców i biednych dzieciach o smutnych oczach wink).
                                  • lavinka Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 05.12.08, 00:41
                                    O, ciekawa teoria. Nie bywam na e-dziecko, widzę że sporo tracę wink)))
                                  • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 05.12.08, 00:46
                                    Zgadzam się w zupełności smile
                                    Jak komuś gorzej to jet masa pocieszycieli, byle tylko nie lepiej.
              • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 19:30
                Przyznam szczerze, że jest kilkoro dzieci w okolicy, dla których
                również jestem niemiła jeśli zachodzi konieczność. Tylko ja ich
                unikam, bo nie muszę z nimi gadać. I nie dlatego, ze mądre, tylko
                dlatego, ze mi sie w różny sposób naraziły bądź one, bądź ich
                rodzice. I nawet jeśli widzę jakieś zalety, to mi przez gardło nie
                przejdą...
                wink
                • syla_77 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 21:42
                  bj32 napisała:

                  > Przyznam szczerze, że jest kilkoro dzieci w okolicy, dla których
                  > również jestem niemiła jeśli zachodzi konieczność.

                  To bardzo ciekawe zagadnienie - niektórych dzieci po prostu nie lubię i nie jest
                  to bynajmniej spowodowane ich poziomem intelektu. Wredna jestem chyba, ale tak
                  już mam smile
                  • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 09:30
                    a mnie drażnią przemądrzałe dzieci
                • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 09:29
                  jakie to ludzkie...
                  ja tak nie mam, nawet jak nie lubię dziecka, to jestem dla niego
                  miła, bo to tylko dziecko
                  • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 11:04
                    A jeśli "tylko dziecko" ma 14 lat i w wolnych chwilach pluje na moje
                    dziecko, a "tylko dziecka" pies sra mi pod bramą mimo upomnień to
                    też powinnam być miła?
                    A jeśli "tylko dziecko" ma lat 9 i usiłowało moje dziecko zrzucić ze
                    schodów, to pogłaskać po główce?
                    Jeśli tak, to nie dziwmy się potem, że wyrosną z "tylko dzieci"
                    gnoje, którzy nie pomogą wynieść wózka z tramwaju i nie ustąpią
                    miejsca ani ciężarnej, ani staruszkowi o kulach: w końcu dlanich
                    wszyscy powinni być mili, bo ich przyzwyczajali do tego od czas,
                    kiedy byli "tylko dziećmi".
                    • scarlet_s Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 16:00
                      wiesz co myślałam o młodszych dzieciaczkach,
                      sama nie cierpię "młodocianych przestępców"
    • kasiak37 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 19:14
      z tego co opisujesz to rodzice sobie wymyslili wychowac takiego starego
      malenkiego.Nie rozumiem jak mozna nie kupowac dziecku zabawek stosownych do
      wieku.Nie rozumiem jak mozna urzadzic dziecku pokoj jak gabinet doroslego.Nie
      rozumiem jak mozna pozwalac siedziec tyle przy kompie(skoro potrafi zrobic na
      kompie to o czym piszesz-innego wytlumaczenia nie ma bo" trening czyni mistrza").
      Jak dla mnie to rodzice krzywdza to dziecko.
      • mama_kotula Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 00:14
        Cytat
        Nie rozumiem jak mozna pozwalac siedziec tyle przy kompie(skoro potrafi zrobic na kompie to o czym piszesz-innego wytlumaczenia nie ma bo" trening czyni mistrza").


        Niekoniecznie musi to być związane z częstym i długim siedzeniem przy kompie, cały wic w tym, CO dziecko na tym kompie robi.
        Podczas gdy jedno dziecko będzie oglądać teledyski na youtube i wyszukiwać kolorowanki i laleczki papierowe do drukowania (moja córka), inne dziecko będzie z własnej inicjatywy sprawdzać, jak działają w Wordzie kombinacje klawiszy z altem i ctrl i do czego się to mu może przydać (mój syn).
        A oboje spędzają przed kompem tyle samo czasu - czyli ok godziny dziennie, w tym część jest wspólna, np. na starfall.com. Czasem mniej, czasem więcej. Czasem wcale.

        Druga sprawa to obserwacja rodziców.

        Przykład z własnego podwórka: gramy sobie w jedną grę online, którą przed włączeniem trzeba "zhackować", aby dostać się do dodatkowych opcji, dostępnych tylko dla płatnych użytkowników (taaak, wiem, to nielegalne). Aby "zhackować" grę, trzeba użyć programu WPEpro, który przez antywirusa i firewall jest rozpoznawany jako trojan. Zatem trzeba wyłączyć firewall oraz standard shield w opcjach antywirusa, następnie uruchomić WPE, załadować filtry, określić na jakim programie ma działać (firefox) i dopiero wtedy odpalać grę.
        Po tym, jak zrobiłam to kilkanaście razy, zaczął to robić mój pięciolatek. Bezbłędnie i pewnie. Z boku robi to wrażenie, nie powiem wink.

        Inny przykład - dziecięta bawiły się za moimi plecami, ja pisałam grę na komórkę i testowałam różne prędkości poruszania się czegoś tam. Młody stanął za mną i patrzył, co robię. Któregoś dnia sam włączył edytor i zaczął grzebać w kodzie (aaaa, jak to zobaczyłam - to zmartwiałam normalnie). Pytam: co robisz? Na co młody odpowiada: zmieniam prędkość poruszania się ducha i dyni. I faktycznie - zmieniał wartości zmiennych (identycznie jak ja to robiłam kilka dni wcześniej - znowu obserwacja, obserwacja, obserwacja), puszczał run i sprawdzał, co się dzieje big_grin

        Bez większych problemów instaluje programy, podążając za instrukcjami na ekranie (również po angielsku) - źródło to samo, obserwacja.
        Umie obsługiwać rapidshare, megaupload, potrafi ściągać z torrentów.

        Tyle, że mój syn to Aspie, co też ma znaczenie. Zwykle nie korzysta z komputera jak inne pięciolatki - on raczej bada, co może z komputerem zrobić, eksperymentuje.

        Co do opisanego dziecka - nie do końca wierzę w 5-latka czytającego CHIP i inne czasopisma komputerowe. Chyba, że to też Aspie.
    • artjoasia Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 19:30
      Długo zastanawiałam się, czy to napisać, bo pewnie narażam się na ogólny ostracyzm. No cóż, przeżyję, smile

      Ja byłam takim genialnym dzieckiem. Oczywiście wtedy możliwości były zupełnie inne, istniały w zasadzie tylko książki, których pochłaniałam ogromne ilości. Te dla dorosłych oczywiście. Przez pierwszych kilka lat szkoły nudziłam się jak mops, bo wszystko już umiałam, dla mnie to czas bezpowrotnie stracony. I tak dalej. Tylko że równocześnie właściwie w ogóle nie umiałam się bawić (i do tej pory nie umiem) - w każdym razie nie miałam tego "normalnego dziecięcego błysku w oku". Nie rajcowało mnie jakieś bieganie w kółko z wrzaskiem ani wygłupy. Byłam bardzo spokojna, poważna i zawsze nad wiek odpowiedzialna. Doskonale porozumiewałam się z dorosłymi, za to w grupie rówieśników miałam wręcz reakcje lękowe, które pogłębiały się z wiekiem - a im większa i bardziej obca grupa, tym gorzej. Czułam się obca, inna, zawsze miałam wrażenie, że w niczym nie uczestniczę, że nikt mnie nie rozumie i nigdzie mnie nie chcą. To trochę tak, jakbym siedziała zamknięta w jakiejś szklanej klatce i tylko przez szybkę mogła sobie popatrzeć, jak inni się fajnie bawią. W sumie przechlapane dzieciństwo to mały pikuś - potem było znacznie gorzej. I przysięgam, że wolałabym mieć iloraz inteligencji o połowę niższy, ale za to normalne, zwyczajne życie.
      Mam sporo pretensji do rodziców. Nie żebym nie miała normalnych zabawek. Miałam. Bawiłam się nimi sama. Jednak moi rodzice, bądź co bądź ludzie wykształceni i na poziomie, widząc moje problemy z socjalizacją jeszcze przed przedszkolem, nie uznali za stosowne mi tego jakoś ułatwić. Bo przecież inteligentne dziecko sobie poradzi, he he... Nie miałam okazji do kontaktów z rówieśnikami na gruncie nieco mniej stresującym niż przedszkole, bo rodzice nie uważali tego za istotne.

      Tylko że ja mam Zespół Aspergera.
      • mama_kotula Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 27.11.08, 22:24
        Cytat
        Tylko że ja mam Zespół Aspergera.


        Jak większość takich małych intelektualistów.
        I starszych maniaków wink
        Cmoki, Joasia. Nawet nie wiesz, jak wielkie te cmoki dla ciebie smile
        • leli1 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 07:41
          dzieciak to co wie o kompie dowiedział sie głownie z gazet (własnie tych chipow i innych takich), rodzice maja informatyczne tyły wink. On nie naśladuje, tylko tworzy, eksperymentuje (no, czasem zle sie to konczy), ale i tak jego inwencja w tym temacie dla mnie zadziwiająca.
          Dzieciak z relacji mamy wybitnie nudzi sie w przedszkolu, jak tylko ma mozliwosc nie pojsc to z niej korzysta. Potrafi isc z mamą do pracy i grzecznie siedziec przysłuchując sie biznesowym rozmowom.
          Czy jest Aspi?.....powiedziałabym że nie, ale moze sie myle.
          On nawet jak sie patrzy na niego, na jego ubiór to tak, jakbys widziała zmniejszonego dorosłego. Zadne tam bluzy z autami czy spidermanami, ma koszule i np. kamizelke. I on tak CHCE sie ubierac (mój zrobił dziką awanturę jak zamiast bluzy z zygzakiem dałam mu do przedszkola co innego).
          Bardzo jestem ciekawa jak potoczą sie jego losy, a jako ze w pewien sposób jestesmy ze sobą "związani" to pewnie będę miała okazję.
          W kazdym razie dzieciak jest niesamowity, ale czy mu z tym źle??? to pewnie wie tylko on sam.
          • artjoasia Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 10:08
            Cytatdzieciak jest niesamowity, ale czy mu z tym źle???

            W tym wieku jeszcze nie.

            CytatCzy jest Aspi?.....powiedziałabym że nie, ale moze sie myle.

            Szanse są 50/50. W każdym razie alternatywę widzę tylko jedną i to dość naciąganą: przerost ambicji rodziców. W obu przypadkach rodzice jednak nie są OK.
            Jasne, fajnie mieć w domu małego Einsteina; jest się czym pochwalić i w ogóle... Ale wszystko jest w porządku, dopóki to idzie w parze z kopaniem piłki czy łażeniem po drzewach i jedno z drugim nie koliduje.
            Potrafię sobie wyobrazić, że brak "normalnych" zabawek jest autonomiczną decyzją dziecka i rodzice wcale w tym paluszków nie maczali. Jednak coś takiego powinno dać rodzicom do myślenia. Kropka.
        • artjoasia Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 28.11.08, 09:59
          Kurczę, wiem, dlaczego miałabym nie wiedzieć?!? smile

          Dla Ciebie jeszcze większe. Bo poniekąd dzięki Tobie dokonałam tego epokowego odkrycia. Hasło rzuciłaś. No więc postanowiłam się nieco wyedukować, coby mnie własna ciemnota po oczach nie biła. Bo wiesz, ja mam bardzo dużą wiedzę z różnych dziwnych dziedzin, tylko że taką raczej encyklopedyczną. I to raczej z takiej jednotomowej encyklopedii... Wcześniej jakoś się nie interesowałam - no bo przecież ja nie mam autyzmu. He he...
          • elk19300 Re: do artjoasia 28.11.08, 11:12
            A czy moge zadac osobiste pytanie? - nie odpowiadaj jesli nie
            chcesz smile.
            Czy Zespol Aspergera to zdiagnozowany jest u Ciebie w
            sposob "medyczny" czy poczytawszy sama go sobie zdiagnozowalas?
            Przepraszam za pytanie, ale sytuacje jak opisana przez Ciebie maja
            dla mnie bardzo duza wartosc.
            • artjoasia priv do elk19300 28.11.08, 11:26
              Oczywiście że sama. Na 99,99%. Tak się składa, że w moim przypadku nie ma innej możliwości. ZA jest sklasyfikowany jako "zaburzenie rozwojowe", a ja się przestałam rozwijać jakieś 20 lat temu. Jakiś urzędas w Ministerstwie Zdrowia wymyślił, że osobie dorosłej po prostu nic nie przysługuje w ramach NFZ, nawet diagnoza. Wybacz, ale nie mam zamiaru płacić kilka stów za jakiś papierek... W moich czasach szkolnych ZA nie był jeszcze sklasyfikowany jako odrębna jednostka chorobowa i nikt o czymś takim jeszcze nie słyszał. Po prostu nie zdążyłam się załapać i tyle. A pomijając wszystko inne, w dorosłym życiu jednak paru rzeczy zdołałam się nauczyć (na przykład gadać potrafię) - dlatego nie wiem, czy w tej chwili jednoznaczna diagnoza byłaby w ogóle możliwa.
              Pozdrawiam, smile
            • mama_kotula Re: do artjoasia 29.11.08, 13:24
              Ja mogę odpowiedzieć - najpierw zdiagnozowałam się samodzielnie wink, potem moje
              przypuszczenia potwierdziło grono specjalistów.

              Inna sprawa - to nie jest tak, że zawsze ktoś kto się zachowuje DZIWNIE i ma
              objawy ze spektrum AS czy autyzmu, to diagnoza będzie pozytywna. Dlatego
              samodzielne diagnozowanie się przez net raczej nie jest dobre. W ten sposób
              zupełnie zdrowe osoby mogą zidentyfikować u siebie szereg chorób i zaburzeń
              psychicznych, od AS, przez nerwicę natręctw po zespół Tourette'a włącznie
              (zespół tourettea miewam, jak mnie dzieci wkurzą tongue_out znaczy miewam objaw pt.
              niepohamowane użycie wulgaryzmów tongue_out).
              • elk19300 Re: do mama-kotula teraz 29.11.08, 18:21
                Widzisz, mama-kotula, ja juz nie pamietam czy Ty juz kiedys na forum
                wspominalas o AS u siebie czy nie, ale jak czytam Twoje posty to
                rzeczywiscie mam wrazenie, ze myslisz i piszesz niestandardowo, co
                oczywiscie samo w sobie nic nie znaczy, ale w kontekscie zaburzenia
                syna i innych drobiazgow , o ktorych wspominasz, to rzeczywiscie
                myslalam o Tobie w kontekscie zespolu Aspergera smile.
                A ja tak dopytuje, bo jestem matka myslaca bardzo naprzod wink, a u
                mojego malego na razie synka dostrzegane sa objawy mogace swiadczyc
                o "wyluskiwaniu" sie tego zaburzenia i tak sie juz zastanawiam, jak
                moze wygladac zycie dobrze funkcjonujacej osoby z zaspolem aspergera.
                Moze napiszecie, Ty i artjoasia, co zauwazacie u siebie teraz
                nietypowego, albo cos, co utrudnia zycie Wam samym i bliskim.
                Bo akurat (nawiazujac do tematu) ponadprzecietna inteligencja i
                ciety jezyk to chyba teraz, w zyciu doroslym, w moim odczuciu duze
                zalety, a nie utrudnienia smile.

                A co do samodzielnych diagnoz, to zgadza sie, ze mozna samemu
                zdiagnozowac u siebie chyba duza ilosc chorob pelnoobjawowych wink.
                Ja np. odkad wyplynal temat zesplu Aspergera, zdiagnozowalam juz na
                to kilku facetow w rodzinie wink.

                Pozdrawiam.
                • mama_kotula Re: do elk19300 01.12.08, 22:51
                  U każdego aspiego jest inaczej. Co mi konkretnie utrudnia życie:

                  - brak poczucia czasu - znaczy, nie potrafię oszacować, ile robienie czegoś mi zajmie i nie potrafię ocenić, ile czasu już się czymś zajmuję (minutnik i budzik moimi przyjaciółmi)

                  - konieczność robienia list TO DO w niemal każdym aspekcie życia (od planowania przeprowadzki po sprzątanie w lodówce - wszystko musi być rozpisane w punktach), szczegółowych harmonogramów. jak jeden punkt harmonogramu weźmie w łeb... wolę nie myśleć

                  - problemy ze zrozumieniem pewnych form grzecznościowych i "zwyczajowych" - np. że pewne pytania wymagają jednej i tylko jednej odpowiedzi, mimo, że dają dwie do wyboru (czyli że w dobrym tonie jest odpowiedzieć tak, a nie inaczej); podobnie, jak ktoś mówi do ciebie "masz śliczne oczy, wiesz?" to w dobrym tonie jest się zarumienić i powiedzieć "dziękuję" oraz odwzajemnić komplement, a nie odpowiedzieć "tak, wiem że są śliczne" smilesmilesmile

                  - problemy z łapaniem sensu wyrażeń metaforycznych, hiperboli itp. czyli - jak mówisz facetowi "całujesz najlepiej ze wszystkich facetów na ziemi" to nie musisz dodawać "oczywiście, nie całowałam się ze wszystkimi facetami na ziemi, bo to by było niemożliwe" - tego się dopiero ostatnio nauczyłam, kiedy mój facet dostawał niepohamowanych ataków śmiechu z pewnych moich tekstów.

                  - fobia społeczna. argghhh... załatwianie czegokolwiek w urzędach to mój koszmar. nawet zwyczajne zapytanie w informacji, jak dojść do pokoju nr 6, gdzie mam coś załatwić; jedyny sposób to traktowanie wszystkiego w kategoriach zadaniowych

                  - zaburzenia poczucia bezpieczeństwa, kiedy coś jest nie tak, jak być powinno; świeżutki przykład z dzisiejszego dnia - we Wrocławiu na dworcu PKS nie zgadzała się tablica z rozkładem jazdy umieszczona w hali z tablicami na poszczególnych stanowiskach odjazdu. Przeciętny człowiek poszedłby wyjaśnić tę sprawę w informacji. Ja wpadłam w panikę, momentalnie zrobiło mi się niedobrze i gdyby nie mój facet, nie pojechałabym żadnym autobusem, bo żaden sie nie zgadzał i nie wiedziałam, kiedy ma jechać i dokąd. Wesoło, nie ma co tongue_out

                  - i jeszcze parę pomniejszych, w stylu gromadzenia mas informacji, fiksacji na różnych tematach, parę nerwic natręctw. do przeżycia smile

                  W sumie to bardzo dużo pisania na ten temat.
                  A w ogóle to polecam - bardzo polecam - film "Mozart and the Whale" (po polsku były to chyba "Zaklęte serca" czy jakoś tak, ale zdecydowanie lepiej oglądać w oryginale). Bardzo fajnie opowiedziana historia o róznych obliczach Aspergera i autyzmu.
                  • elk19300 Re: do mama-kotula 02.12.08, 12:06
                    No wielkie dzieki za szczegolowy opis smile.
                    ERozumiem, ze osobie zainteresowanej takie trudnosci moga uprzykrzac
                    zycie, ale wiesz, tak sobie mysle, ze paradoksalnie w doroslym zyciu
                    ludziom wiecej uchodzi i nie jestes chyba tak napietnowana jak
                    dzieci z takim zaburzeniem.
                    Wydaje mi sie, ze dorosli w stosunku do innych doroslych rozumieja
                    innosc (mam na mysli taka nieszkodliwa w sumie wink, za to dzieci sa
                    przypasowywane do jakiegos wzorca dla calej gromady rowiesnikow
                    jednego i maja trudniej - oczekiwane jest, ze beda takie jak inni i
                    juz.
                    No wiec w sumie wyszla z tego taka pokrzepiajaca dla mnie refleksja
                    na przyszlosc, ze moze w doroslosci nie byc tak najgorzej (choc
                    oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze tak naprawde trudno przewidziec w
                    jakim to pojdzie kierunku).
                    Jeszcze raz dzieki.
                    A przy okazji: takie "dziwnosci" o jakich piszesz, to ja dostrzegam
                    u duzej czesci moich moich dzieciecych i obecnych znajomych, ktorzy
                    w ogole na temat AS nigdy nie trafili. Pewnie Zespol Aspergera to
                    wcale nie taka rzadka przypadlosc kiedys byla, jak sie mowi, tylko
                    swiadomosc inna byla.
                    • bj32 Re: do mama-kotula 02.12.08, 12:17
                      W związku z tym, że wątek dotyczy jednak nieco innego tematu to albo
                      pogadajcie sobie o tym na Zdrowiu dziecka czy Zdrowiu kobiety, albo
                      w ogóle na maila, OK?
                      • artjoasia I kto to mówi! 02.12.08, 12:28
                        Bj, co Ty taka akuratna jesteś? A Twoje wypowiedzi piętro wyżej to pies? smile
                        • bj32 Re: I kto to mówi! 02.12.08, 12:31
                          O dzieciach, nie o AS czy tam czym u dorosłych;P
                          Poza tym grzecznie pouczam zamiast brutalnie kasować off topiki;P
                          Jestem grzeczną i miłą adminką;P
                          • artjoasia Re: I kto to mówi! 02.12.08, 12:48
                            Nie wykręcaj kota ogonem, o dorosłych, dzieci to tylko zasłona dymna.
                            Że lubią/nie lubią/wkurza ich/są zawistni i co tam jeszcze było. Dorośli, nie
                            dzieci. Zdecydowanie. Na emamę z tym!
                            No jesteś, jesteś, głasku-głasku, przecież się nie czepiam, gdzieżbym śmiała!
                            Może nawet zdążę dziewczynie odpowiedzieć, zanim przestaniesz być grzeczna i
                            miła...
                  • rock73 Re: do elk19300 08.12.08, 12:09
                    Przepraszam, zainteresował mnie ten temat, ale nie chcę zaśmiecać forum. Czy
                    koleżanka mama_kotula, jako ekspertka od ZA, odbiera maile @gazeta.pl?
                • artjoasia Elk, litości!!! 02.12.08, 16:49
                  Co to ma być, jakiś cholerny klub AA? Wątek terapeutyczny? Ćwiczenie z
                  ekshibicjonizmu psychicznego?
                  Do różnych poważniejszych rzeczy i tak się nie przyznam, w każdym razie nie na
                  forum publicznym. Zwłaszcza że są to niejako skutki uboczne i przy odrobinie
                  szczęścia wcale nie musiały się zdarzyć. To był wstęp.

                  1. Nie umiem nawiązywać ani utrzymywać kontaktu. Mając mniej więcej 20 lat
                  nauczyłam się gadać; w tej chwili mogę sobie gadać długo, namiętnie i
                  najzupełniej bezboleśnie. Przedtem byłam przekonana, że jestem po prostu
                  skrajnie nieśmiała i że pokonanie tej przypadłości na pewno ułatwi mi życie. Nie
                  ułatwiło. Jedyny plus, że absolutnie nigdy nie sprawiam wrażenia mruka -
                  wyglądam jak osoba otwarta, wyluzowana, błyskotliwa, potrafiąca kpić ze
                  wszystkiego ze sobą na czele. I tylko ja wiem, że to pic na wodę, ponieważ
                  odbywa się to na poziomie bardzo powierzchownym. W każdym razie gdybym nie wiem
                  jak długo z kimś gadała w atmosferze pełnego zrozumienia, to nigdy nie wynika z
                  tego nawiązanie kontaktu. Nie wiem, jak to się robi. Z drugiej strony mam
                  ogromny problem ze znajomymi, których mam od zawsze. Przeważnie nie potrafię się
                  zmusić, żeby na przykład oddzwonić (czy coś tam odwzajemnić), chociaż doskonale
                  wiem, że powinnam. Starzy znajomi przyzwyczaili się bez większych problemów i na
                  szczęście specjalnie im to nie przeszkadza.

                  2. Sztuka dyplomacji jest mi najzupełniej obca. Jeśli czegoś potrzebuję,
                  potrafię to powiedzieć wyłącznie prosto z mostu i bez żadnych zawiłych wstępów.
                  Niestety tego samego oczekuję od innych - nie umiem się bawić w żadną
                  ciuciubabkę i jeśli coś nie zostanie jasno i wyraźnie sprecyzowane, to po prostu
                  do mnie nie dotrze. Moje szczytowe osiągnięcie w tej dziedzinie: 8 rano,
                  wychodzę do pracy, reszta rodziny śpi. Dzwoni wujek mieszkający w Łodzi: wiesz,
                  właśnie jestem na dworcu, czekam na pociąg, może bym do was wpadł? Bez
                  zastanowienia opisałam sytuację faktyczną: ale ja właśnie wychodzę, mama śpi,
                  babcia też śpi... Ponieważ wujek nie powiedział wyraźnie, że przez dwie godziny
                  nie ma co ze sobą zrobić i że wolałby czekać na pociąg w miejscu nieco
                  przyjemniejszym, niż Dworzec Centralny w Warszawie...

                  3. Nie umiem odczytywać żadnych sygnałów pozawerbalnych. Na przykład nie
                  potrafię ocenić, kiedy rozmówca jest już zmęczony/zdenerwowany/śpieszy się i
                  wolałby już zakończyć rozmowę/wizytę. Dotyczy to w ogóle oceny czyichś intencji.
                  Oceniam tylko to, co zostanie powiedziane.

                  4. Różne rzeczy rozumiem dosłownie. Na przykład zawsze miałam problem z
                  pytaniami typu "co słychać". W ciągu pierwszej sekundy mam istną lawinę myśli w
                  stylu: przecież jak powiem co słychać, to ten ktoś ucieknie z wrzaskiem,
                  przecież on wcale nie chce tego słuchać; a skoro nie chce słuchać, to po cholerę
                  pyta; i właściwie jakim prawem zadaje mi tak osobiste pytanie, skoro nie
                  jesteśmy w zbyt zażyłych stosunkach... Zawsze trochę trwa, zanim się opanuję - i
                  z pewnością przez tę chwilę muszę dość dziwnie wyglądać. Nigdy nie udało mi się
                  opanować sztuki odpowiadania "dziękuję, wszystko świetnie". Z tymi ślicznymi
                  oczami Kotuli mam tak samo - wiję się jak piskorz i zazwyczaj odpowiadam coś
                  głupiego. Dużym problemem jest też zapraszanie powiedzmy na kawę. Dla mnie kawa
                  to znaczy kawa, a nie całkiem co innego. I jeśli się potem okazuje, że wcale nie
                  o kawę chodziło, to czuję się oszukana, wrabiana w coś, mam wrażenie, że to
                  jakaś manipulacja, intryga i spisek. Przecież można było powiedzieć jak człowiek
                  o co chodzi, zamiast mydlić oczy jakąś kawą. Zdarzały mi się dość przykre
                  sytuacje z tego powodu (i jeszcze jakieś absurdalne pretensje - że przecież
                  wiedziałam, w co się pcham... no cóż, nie wiedziałam!) - więc nauczyłam się tych
                  "kaw" po prostu unikać na wszelki wypadek. Tylko że to jest zwykła dezercja, a
                  nie rozwiązanie problemu.

                  5. Bardzo źle znoszę niespodzianki, nawet jeżeli z założenia miały być miłe. To
                  dla mnie po prostu totalny chaos i dezorganizacja. Czuję się zdezorientowana,
                  nie wiem, jak się zachować i nigdy nie jest to miłe.

                  6. Do wszystkiego muszę mieć instrukcję obsługi, najlepiej na piśmie i w
                  punktach. Dlatego na przykład nie umiem gotować - nie potrafię przełknąć
                  nieprecyzyjnych określeń typu trochę, do smaku, aż zmięknie itp.

                  7. W bardzo szerokim rozumieniu nie potrafię nic załatwić, poczynając od
                  szukania pracy, a na zajmowaniu się własnym zdrowiem kończąc. Oczywiście na
                  poziomie świadomym zdaję sobie sprawę, że różne rzeczy są bardzo istotne i
                  należy coś zrobić/nie zrobić. Jednak równocześnie gdzieś w głębi duszy po prostu
                  tego nie czuję - to trochę tak, jakby mnie to w ogóle nie dotyczyło. Załatwiania
                  konkretnych spraw, na przykład w urzędach, nauczyłam się z trudem i jakoś mi to
                  wychodzi od biedy. Chociaż urzędniczy bełkot przyprawia mnie o paroksyzmy
                  śmiechu i raczej nie przejdę obojętnie koło czegoś takiego - dlatego nie ma
                  takiej możliwości, żebym nie narozrabiała załatwiając coś w ZUS-ie (ZUS-u
                  nienawidzę wręcz organicznie). Nie dla własnej korzyści, ale dla zasady. Skutki
                  bywają opłakane - w końcu nikt nie lubi być nazywany bezdusznym betonem...

                  8. Do tej pory mam wielki problem z formułkami typu życzenia świąteczne - nie
                  tylko nie przechodzi mi to przez gardło, ale nawet trudno mi coś takiego
                  napisać, chociaż generalnie słowem pisanym raczej sprawnie się posługuję. Z tego
                  rodzaju rzeczy bardzo późno i z wielkim trudem nauczyłam się mówić proszę,
                  dziękuję i przepraszam. Na szczęście jakoś się udało, a w końcu weszło w nawyk.

                  9. Często moje zachowanie odbierane jest jako bezczelne czy nieuprzejme, chociaż
                  właśnie starałam się nie być nieuprzejma. Patrz sztuka dyplomacji.

                  10. Mam problemy z rozpoznawaniem twarzy. Często zdarzają się jakieś fochy, że
                  nie ukłoniłam się sąsiadce znanej mi z widzenia od 40 lat. Bo spotkałam tę
                  sąsiadkę z dala od domu, a nie w miejscu, gdzie mogłam się jej spodziewać. Nie
                  umiem ocenić podobieństwa rodzinnego, nie umiem dopasować twarzy na zdjęciu do
                  żywej osoby. Chociaż pamięć wzrokową mam może nie genialną, ale w każdym razie
                  bardzo dobrą. Śmiem twierdzić, że jeszcze teraz, jako stara baba z początkami
                  sklerozy i otumaniona wieloletnią depresją, byłabym w stanie zdać każdy test,
                  nie rozumiejąc z niego ani słowa - gdybym tylko wcześniej miała okazję
                  kilkakrotnie przeczytać podręcznik z pytaniami. Zapamiętuję bezbłędnie, że
                  prawidłowa odpowiedź miała dwie i pół linijki, na początku duże A, a w środku
                  dwa przecinki (przesada zamierzona). Zapamiętuję też różne dawno już nieaktualne
                  numery, nazwiska, generalnie wszystko, co kiedykolwiek widziałam napisane.

                  11. Średnio co drugi lekarz dostaje na mój widok piany na pysku, po czym odsyła
                  mnie do psychiatry. Ból - spowodowany tym, że coś mi robią - zawsze wywołuje we
                  mnie objawy nerwicy lękowej (łomotanie serca, wrażenie duszenia i fizycznego
                  paraliżu, niemożność reakcji). W zasadzie do każdego najdrobniejszego zabiegu
                  powinnam mieć narkozę, w miarę dobrze znoszę jedynie zastrzyk w rękę. Do lekarzy
                  od 20 lat praktycznie nie chodzę, z wyjątkiem jakichś przewidywalnych drobiazgów
                  typu objawy grypowe - wiem, że wtedy żadnym wymyślnym torturom nie będę poddana.

                  12. Nerwica lękowa dopada mnie dość często - przyznam, że największe nasilenie
                  takich objawów miałam w wieku 15 - 30 lat, jednak to wcale nie znaczy, że mi
                  przeszło. Związane jest to raczej z tym, że różnych powodujących lęk sytuacji po
                  prostu skutecznie unikam. Napady lęku były (są) u mnie związane głównie z fobią
                  społeczną (przedtem szkolną), często zdarzają się też w sytuacjach, kiedy coś
                  nie idzie zgodnie z planem lub czegoś nie przewidziałam.

                  13. Panicznie boję się czynności wymagających sprawności fizycznej. Zawsze
                  lekcje WF były dla mnie koszmarem, kombinowałam sobie lipne zwolnienia od
                  ortopedy (że niby lekkie skrzywienie kręgosłupa uniemożliwia mi wiszenie łbem w
                  dół na drabinkach czy skakanie przez kozła - związku nie widzę żadnego, ale była
                  pieczątka i nikt nie kwestionował)
                  • artjoasia cd. 02.12.08, 17:35
                    He he, przekroczyłam limit ilości znaków, nie wiedziałam, że tylko 8000 dają...

                    ...potem często z premedytacją zapominałam stroju, za co zbierałam dwóje w ilościach hurtowych. Później miałam dość długi okres, kiedy imponowali mi ludzie wysportowani, więc próbowałam się różnych rzeczy nauczyć. Owszem, nauczyłam się - ale panika została, a ostatnio jakby się nawet nasila.

                    14. Nigdy w życiu nie umalowałam sobie gęby ani nie zrobiłam nic z włosami i zakładam, że już niedługo może to być problem. Jak dotąd czas jest dla mnie łaskawy, jednak lada moment mogę się stać siwą staruszką i wtedy po prostu tak już zostanie - żadne zabiegi upiększające nie wchodzą w grę, mam do tego dwie lewe ręce i na samą myśl odrzuca mnie na kilometr. Z tej samej kategorii: nie toleruję na sobie żadnych ozdóbek/świecidełek/błyskotek. Ubieram się wyłącznie w rzeczy praktyczne, wygodne i jak najmniej rzucające się w oczy (najchętniej w obrzydliwe, porozciągane, poplamione spodnie dresowe - na działce mogę sobie na to pozwolić i nikogo to nie dziwi). Butów na obcasie ani eleganckiej kiecki w ogóle nie posiadam. Kosmetyków nie używam w ogóle, z wyjątkiem tych do mycia.

                    15. Przez większą część życia miałam spory problem z określeniem integralnych cech mojej osobowości - jestem pełna paradoksów i nie miałam pomysłu, co z tym fantem zrobić. Na przykład zawsze byłam uzdolniona w kierunkach zdecydowanie humanistycznych, a z drugiej strony łeb mam jak najbardziej ścisły, a nawet męski (w sensie płci mózgu). Wszyscy uważają, że mam zdolności artystyczne, ja jednak wszystko co robię odbieram w kategoriach jak najbardziej ścisłych. Przeciętny człowiek, patrząc na wyhaftowany obraz, widzi efekt końcowy. Dla mnie to kilkadziesiąt tysięcy krzyżyków wielkości nieco ponad milimetr, a każdy z nich ma ściśle określone miejsce.

                    I jeszcze rzeczy, które musiałam nieco stłumić ze względu na dziecko - nie wiem, czy raz na zawsze, czy może kiedyś to wróci ze zdwojoną siłą:

                    16. Nadwrażliwość na dźwięki - mówiąc obrazowo to tak, jakbym była pozbawiona filtra, który nie dopuszcza do świadomości dźwięków nieistotnych. Nadmiar bodźców dźwiękowych często wywoływał u mnie niekontrolowane ataki histerycznej furii. Mając dziecko nie można sobie na to pozwolić, żeby nie wiem co. Nie można sobie również pozwolić na chodzenie spać o 5 rano, kiedy nareszcie jest w miarę cicho.

                    17. Skrajny perfekcjonizm - w tej chwili zostały mi tylko skłonności, ale powstrzymuję się od reakcji.

                    18. Rytuały, zachowania kompulsywne (przynajmniej trochę) - przy dziecku się po prostu nie da.

                    I pewnie jeszcze setki innych rzeczy, które chwilowo nie przychodzą mi do głowy...

                    Generalnie nie uważam się za osobę dobrze funkcjonującą czy przystosowaną, jednak nauczyłam się ukrywać i jestem w tym chyba naprawdę dobra. Zapewniam Cię, że mogłabyś mnie znać od urodzenia aż do grobowej deski i gdybym nie miała ochoty się ujawnić, to na pewno nie zauważyłabyś nic bardzo podejrzanego.

                    Pozdrawiam, smile
                    • elk19300 Re: cd. 03.12.08, 00:49
                      No to dzieki smile.
                      Refleksje takie same jak w przypadku wypowiedzi mama_kotula.
                      Chcac nie chcac, podnioslyscie mnie w sumie na duchu.
                      Jesli to macie, to z tym, jak wynika z Waszych wypowiedzi, daje sie
                      zyc, a ze trudniej w pewnych aspektach - no coz, nikt nie mowil, ze
                      bedzie latwo.

                    • titta Re: cd. 04.12.08, 23:28
                      Dzieki, usmialam sie serdecznie. Choc nie bezlitosnie - ja to bardzo
                      dobrze rozumiem. Chociaz ja akurat calkiem dobrze gotuje (wlasnie
                      bez przepisow, najchetniej za kazdym razem co innego i z pewnymi
                      elementami natretctwa, tj. jak ma byc curry z pieprzem z Sumatry, to
                      albo zdobede pieprz z Sumatry, albo nie bedzie objadu), no i czasem
                      robie makijaz (ale ostatnia osobe, ktora doradzaa mi pasemka,
                      zakopalam w ogrodkuwink. Milo slyszec, ze moze sie znalezc miejsce na
                      dziecko.
                      No i wyszedl watek terapeltyczny...
                  • bj32 Re: Elk, litości!!! 02.12.08, 17:50
                    Łomatko... Masz przewalone jak Pinokio w Krainie Termitów.
                    Jakkolwiek kilka z Twoich objawów znam z autopsji. Otóż:
                    Ja do 16 roku życia gdzieś miałam problem z gadaniem. Teraz nie mam,
                    niemniej spotykam się często z teorią, że potrafię gadać o sobie
                    godzinami, ale i tak nic o sobie w tym czasie nie mówię. Faktem
                    jest, że jeśli trafię na "czytającego między wierszami" to zazwyczaj
                    tak sobie "wyczyta", że pasuje do mnie jak pięść do nosa...
                    Dyplomacji sztukę opanowałam częściowo. Znaczy, generalnie preferuję
                    metodę prostych komunikatów, a jak coś daję do zrozumienia to deską
                    z gwoździem między oczy. Na urzędników wynalazłam sposób w postaci
                    zalewania się łzami i sami za mnie wszystko robiąwink
                    Na enigmatyczne "co słychać?", które mnie zwyczajnie wnerwia
                    odpowiadam "zależy, gdzie się ucho przyłoży. Nie cierpię
                    nieprecyzyjnych pytań. Z gotowaniem nie mam tego problemu, bo
                    zwyczajnie sama gotuje "na oko", jakkolwiek stwierdzenia
                    typu "bierzesz mniej-więcej mąki" muszą być wyposażone o dane "mniej-
                    więcej 1, kilo/40 deko" czy coś. Ale zamiłowanie do gotowania to
                    skaza genetycznawink
                    Życzenia dowolne przyprawiają mnie o szczękościsk i torsje...
                    Z lękami fizycznymi walczę. Skoku przez kozła nigdy nie byłam w
                    stanie wykonać, przejść po belce też. Nadrabiałam pompkami i
                    brzuszkami, dopóki nie spaprałam sobie kości ogonowej. Zostały
                    pompki.
                    Jak sądzisz? Mogę cierpieć na to samo, co Ty?
                    Zaznaczę, ze moje dziecię nie wykazuje żadnej z charakterysyucznych
                    dla mnie cechsmile
                    • bj32 Re: Elk, litości!!! 02.12.08, 17:52
                      Aaaaa... Reszty u siebie raczej nie dostrzegam...
                    • artjoasia Re: Elk, litości!!! 02.12.08, 18:25
                      Pewnie że możesz, nie ma zakazu, chcesz to se cierp.

                      To się właśnie nazywa siła sugestii. wink
                      • bj32 Re: Elk, litości!!! 02.12.08, 18:36
                        A, jak tak zachęcasz, to chyba jednak pozostanę przy dolegliwościach
                        kręgosłupa, stawów, mięśni i zboczeniu administracyjnym ["Mocy
                        przybywaj - mam władzę! To Ad-min!!!"].
                        wink
                    • artjoasia Re: Elk, litości!!! 02.12.08, 18:37
                      CytatŁomatko... Masz przewalone jak Pinokio w Krainie Termitów.

                      No... no... no żeby takie paszkwile na niewinną osobę!!! Gdzie jest moderator, ja się pytam?!?
                      • bj32 Re: Elk, litości!!! 05.12.08, 09:15
                        Nie napisałam, ze wyglądasz albo, ze jesteś, tylko wyraziłam
                        współczucie;P
                        Moderator sie zepsuł. Podobno jest BOTem, a te sie czasem psująwink
      • cathy1976 Artjoasia 01.12.08, 16:52
        piąteczka.
        Jakbym o sobie czytała.
        Umiałam czytać kiedy miałam 2 lata i 10 miesięcy. Oraz inne takie
        cudeńka. Pisałam programy graficzne na zx spectruma (ktos jeszcze
        pamięta tp cudo?smile) kiedy miałam lat 7.
        Nie bawiłam się 'normalnie'.
        Poszłam do zerówki i to była trauma, bo inne dzieci w większej
        ilości wzbudzały we mnie lęki. Okazało się, że oni nie czytali
        Robinsona Cruzoe! Do końca podstawówki jakoś się wstydziłam, że wiem
        wszystko o czym się uczyliśmy i ukrywałam tą wiedzę przed światem.
        Moi rodzice, sztuk dwie, obydwoje wykształceni (mama nauczycielka na
        dodatek) przeszli do porządku dziennego zarówno nad moją
        genialnością jak i nad moimi problemami z adaptacją. Faktem jest, że
        jako sześciolatka już im się nie zwierzałam z niczego. Zresztą w
        ogóle raczej się nie zwierzałam nikomu!
        Szczęściem miałam siostrę- młodszą i normalną, z którą się czasem
        bawiłam. Choć jak patrzę z perspektywy czasu, to były to bardzo
        dziwne zabawysmile

        Z tej dzieciecej wybitności na stare lata nic nie zostało. No może
        jestem inteligentniejsza od reszty świata, ale niestety nie całej
        reszty wink

        Mój siostrzeniec ma zdiagnozowany ZA i przy okazji robiłam sobie
        sama test, z którego wyszło, że chyba ta moja dziwność to był po
        prostu Asperger.
        • doros1 spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 02.12.08, 23:41
          Zaraz się okaże,że tu same Aspergery siedzą wink

          "Ból - spowodowany tym, że coś mi robią - zawsze wywołuje we
          mnie objawy nerwicy lękowej (łomotanie serca, wrażenie duszenia i fizycznego
          paraliżu, niemożność reakcji). W zasadzie do każdego najdrobniejszego zabiegu
          powinnam mieć narkozę".

          Wiem,że ludzie Tacy mają zaburzone czucie,ale czytałam gdzieś ,że mają właśnie
          wysoki próg bólu(dzieci,gdy się uderzą/są szczepione mniej płaczą niż normalnie
          odczuwające ból.....tacy mali twardziele )
      • titta Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 04.12.08, 16:52
        Jakbym o sobie czytala...
        Tyle, ze ja zamiast narzekac na bledy rodzicow, sama zmusilam sie do
        socjalizacji... Nie powiem, latwo nie bylo (udawnie, ze sie
        jest "normalnym" i dobrze sie bawi w towarzystwie ludzi nie nalezy
        do przyjemnosci). Ale z czasem bylo juz tylko lepiej. Nauczylam sie
        wiedziec w ludziach ich zalety i ich libic. No i wokol stopniowo
        narosl krag innych takich "niedostosowanych"...(wiekszasc z
        doktoratami najlepszych uczelni, ale sa i sprzatacze wink. No i jest
        nam dobrze ze soba.
    • zalobanarodowa Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 04.12.08, 12:02
      No i wyrośnie z niego geek spędzający 20h na dobę przed monitorkiem za to z
      poważnie zaburzonymi umiejetnościami społecznymi. Moze odkryje coś nowego.
      Dzięki takim ludziom technika idzie do przodu.
      • lavinka Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 04.12.08, 14:39
        Nie trzeba być geekiem, by mieć problemy społeczne. Myślę,że jak
        pójdzie do szkoły to mu się szybko "wyrówna". Zwłaszcza jak go
        zapiszą do prywatnej, gdzie nauczyciele nie mają pretensji do
        ucznia,że się za dobrze uczy wink

        p.s.Nie chodziłam do przedszkola, nic nie straciłam. Dzieci po
        przedszkolu były dużo gorzej rozwinięte intelektualnie niż te
        wychowywane w domu, wśród rodzeństwa. W moim roczniku(77) było sporo
        dzieci bezprzedszkolnych, bo brakowało miejsc w przedszkolach na
        osiedlu(początek wyżu demograficznego) i matki często siedziały na
        4letnim urlopie wychowawczym. Co ciekawe to właśnie podobne
        roczniki(75-80) miały świetną średnią, mimo że kujon na klasę zdarzał
        się góra jeden. Na przerwach graliśmy w gumę albo w inteligencję.
        Nieryliśmy nosem w książkach a jednak sporo z nas miało jakieś
        mądrzejsze hobby. Może dlatego nie czułam się w żaden sposób
        wyobcowana. W jednym roku 12 osób miało świadectwo z czerwonym
        paskiem(klasa 33osób). Co ciekawe większość dzieci nie
        uczęszczających di przedszkola tylko do samej zerówki miała mniej
        kłopotów w nauce(a nie zawsze były to dzieci z rodzin
        inteligenckich). Nie wiem z czego to wynikało. Może w przedszkolu
        niczego ich nie uczono poza śpiewaniem piosenek i grą na cymbałkach?
        Wydaje mi się,że teraz przedszkola mają dużo wyższy poziom i chętnie
        posłałabym tam dziecko(gdybym je miała). Ale byłoby mi trudno. Pewnie
        zawoziłabym je na góra 4 godziny, bojąc się, że utracę z nim kontakt.
        Ale to już temat na inną rozmowę.
        • bj32 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 04.12.08, 15:38
          Ja chodziłam do przedszkola i były na pewno inne zajecia niz teraz
          oraz obowiązkowe leżakowanie nawet dla sześciolatków oraz rytmika, a
          w godzinach porannych audycje radiowe dla dzieci, które dobrze nam
          robiły na wyobraźnię, a na obiad bywała rozgotowana marchewka z
          groszkiem i "zdrowy" szpinak, który trzeba było koniecznie zjeśćwink
          W podstawówce kujonów na 32 osoby miałam znacznie wyższy odstetek
          [coś sześć sztuk chyba]. Program nie był tak przeładowany jak teraz,
          a rosyjski i niemiecki [zazwyczaj] wprowadzali dopiero od czwartej
          klasy, nie od pierwszej. Hobby i czytanie ksiażek wiązało się z tym,
          ze w TV zazwyczaj produkował sie Jaruzelski, komputerów nie było, o
          necie nikt nie wiedział, a telefon stacjonarny [!] miała co któraś
          rodzina. W piłke się wtedy grywało, czytało książki i łaziło po
          drzewach, a nie po stronkach wwwwink
          Przedszkola nie służą i nigdy nie służyły do tego, żeby dzieci sie
          tam uczyły w sęsie nabywania wiedzy, tylko żeby się
          integrowały i uczyły żyć w grupie. No i nie każdy mógł sobie
          pozwolić na gromadkę dzieci i siedzenie z całą szóstką w domu przez
          kilkanaście lat.
          Na 4letni wychowawczy mogły sobie pozwolić te matki, które nie
          musiały pracować. A i socjal w stosunku do obecnego był jakby
          wyższy. O to, żeby były warunki i powody do zaludniania PZPR dbał
          lepiej niż PiSwink
          Pocieszę Cię, że moja córka chodziła do przedszkola przez 3 lata na
          średnio 7 godzin mimo, żer nie pracuję i nie straciłam z nią
          kontaktusmile
          • lavinka Ale, ale... 05.12.08, 00:25
            Ale moja matka nie musiała pracować, bo to był płatny urlop
            wychowawczy. Dostawała gołą pensję bez dodatków ale zawsze(czy 80%,
            nie pamiętam, muszę spytać). Nie miała męża, bo była po
            rozwodzie(były mąż uchylał się od płacenia alimentów). Coś tam sobie
            dorabiała po nocach by związać koniec z końcem. Dopiero jak brat
            poszedł do przedszkola a ja do szkoły(i świetlicy) zaczęła normalnie
            pracować.
            Inna sprawa,że dom był pełen książek. Każde nadprogramowe pieniądze
            były ładowane w książki. Często albumy z malarstwem, czy wiersze. Ale
            większość dla dzieci tylko jakby z wyższej półki. Uwielbiałam Kerna.
            Ale po domu wałęsała się też fantastyka. Potem rzuciłam się do
            biblioteki i nie można było mnie odciągnąć od książek. Brat
            odwrotnie,zawsze wolał bieganie po podwórku(mimo,że jest humanistą i
            dużo lepiej kojarzy abstrakcyjne pojęcia ode mnie). Poza tym będąc w
            przedszkolu wcale nie nauczył się pracować w grupie, odwrotnie-do
            dziś jest samotnikiem. Chyba to właśnie przedszkole go tak wychowało.
            Tam jeśli dziecko odstaje, choćby na centymetr-jest traktowane jako
            złe. Ciągle wracał z przedszkola posiniaczony, bo był najsilniejszy i
            inni chłopcy chcieli go pobić by się poczuć lepiej. Oczywiście nie
            bardzo im się to udawało, bo brat nawet będąc małym chłopcem był
            bardzo silny i się nie dawał. Co robiły panie przedszkolanki? Parzyły
            sobie kawę. Przedszkola w latach 80'ch to było jakieś ogromne
            nieporozumienie.
            Pocieszyłaś mnie swoją córcią. 7 godzin to pół dnia... chyba
            najlepszy jest dialog. To znaczy nie unikanie trudnych dyskusji z
            dzieckiem. Wtedy zawsze ma się kontakt(przynajmniej przetestowane na
            cudzych dzieciach) smile
            • bj32 Re: Ale, ale... 05.12.08, 09:26
              Urlop może i był płatny, a i nie bardzo było na co pieniądze
              wydawać, bo ileż można kupować octu i musztardywink Sytuacja rodzinna
              zblizona, ale tak czy siak musiała pracować. Utrzymanie dwójki
              dzieci tak, żeby nie brać "darów" z kościoła jednak trochę wymagało.
              No... Ksiązki to i u mnie były. Wszystko, jak leci. Albumy
              Kossaka, "Pant Tadeusz" w skórze [fajnie to brzmiwink] z rysunkami
              Szancera i co tam jeszcze. Ja złapałam bakcyla jak miałam 10 lat. I
              mi zostało do tej pory. [Ostatnio "Dziki szczaw" czytałam -
              polecamsmile].
              Panie w przedszkolach były rozmaite. I dzisiaj też są. Tylko dzisiaj
              sie ich bardziej pilnuje i jakby mi dziecko powiedziało, ze pani mu
              dała klapsa chociażby - to miałaby kiepsko.
              Co do dialogu - owszem, jest ważny. Chociaż u nas to raczej wzajemna
              bliskość i dużo uczucia. Bo Ania jeszcze nie mówi. Ale da sie z nia
              porozumieć i faktycznie zawsze wie, ze może na nas liczyć.
              • lavinka Re: Ale, ale... 06.12.08, 18:35
                Mam wrażenie,że kiedyś książki były dużo tańsze. Co prawda koszmarnie
                sklejone i rozpadały się po roku, niemniej każdy mógł sobie na nie
                pozwolić ( o ile chciało mu się stać w kolejce lub specjalnie na daną
                książkę zapisać). Pamiętam,że madre udało się "wystać" dwa tomy
                Potopu, a trzeciego nie i by go skończyć czytać usiałyśmy pożyczać od
                sąsiadki.
                Jeśli córcia nie mówi, to wszystko przed Tobą. Jak zacznie pyskować,
                to się zacznie heca. Oczywiście o ile będzie miała powód. Dla mnie
                odkrycie mowy było bardzo ważne. Jednym z pierwszych słów było
                "nie!!!!" (chodziło o to,że matka odstawiła mnie od piersi,a ja nie
                cierpiałam krowiego mleka-dopiero babcia dorzuciła mi do niego
                czekoladę w proszku i zaczęłam jeść).
                Nie pamiętam tego, bo miałam wtedy pół roku. Historia znana z
                opowieści rodzinnych. smile
                • bj32 Re: Ale, ale... 08.12.08, 12:22
                  Były tańsze. A teraz też się rozpadają. Nie wiem, na co oni je
                  sklejają, bo guanem nie cuchnie, ale właśnie czytam jedną nóweczkę,
                  z której już połowa kartek fruwa luzem.
                  Córcia mówić zaczyna i pyskować umie znakomicie. Zresztą do
                  pyskowania, jak się okazuje, mowa potrzebna nie jest. Wystarczą
                  mocne płuca i umiejętność pluciabig_grin
                  "Nie!!!" wychodzi jej znakomiciewink Ale to na ogół grzeczne dziecko,
                  a ja, póki co, jestem silniejszawinkwinkwink
        • titta Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 04.12.08, 16:57
          W podstawowce "czerwonych paskow" 12-15 na 28 osob. Kujon jeden.
          Olimpijczykow chyba 6. Lepiej w liceum bo 5 finalistow na 12 osob,
          kujona zadnego, wrecz potworni leserzy smile. Jak sie dogadywalismy z
          soba? Na poczatku z pomoca psychologa. Potem juz czytalilismy w
          swoich myslach wink
    • lavinka byłam takim dzieckiem... 04.12.08, 13:41
      Może nie znałam języków obcych(do tej pory mi to nie idzie) ale
      pierwsze litery znałam zanim nauczyłąm się chodzić, a czytałam
      pierwsze książki mając trzy,cztery lata(wcześniej to były książki z
      obrazkami, wolałam rysować niż czytać).
      Czy odcinano mnie od zabawek? Wręcz przeciwnie.
      Ale mnie nudziły. Wolałam czytać, oglądać mapy, budować wielkie
      pałace z klocków(na podstawie tego co zobaczyłam w telewizji lub
      czasopismach architektonicznych) albo absrakcyjne formy...
      Mając 4 lata umiałam już karmić brata z butelki(co czasem robiłam).
      Madre kładła mi go na kolanach a sama szła gotowac obiad(była samotną
      matką, bez szans na pomoc ze strony rodziny). Zabawki miałaąm, lalki
      całymi tonami. Za szybą. Wyjęłam je może trzy razy podzczas całgo
      dziecińswta.
      Masz jakiś kompleksy,że Twoje dziecko wypada "przeciętnie"?
      Może to Ty odcinasz swoje od wiedzy. Jak pójdzie do szkoły i okaże
      się,że ma problemy z czytaniem, przez co dzieci się z niego będą
      wyśmiewać, to też będziesz dumna,że ma w domu samochody zamiast
      książek?
      We wszystkim trzeba zachować umiar,ale niektóre dzieci rodzą się
      zdolniejsze i skoro takie są, to nie należy ich wciskać w morze
      półgłówków tylko hodować ten cud-kiedyś być może ich wiedza i talent
      zrewolucjonizuje świat.
      • lenaa77 Re: byłam takim dzieckiem... 04.12.08, 22:25
        Niestety nie jest regułą, że takie dzieci wyrastają na "wielkich"
        dorosłych. Często zdarza się, że dziecko z różnych przyczyn niejako
        zatrzymuje się w rozwoju, albo też nie potrafi funkcjonować w szkole
        (i nie zawsz jest to wina nauczycieli i kolegów) ze wszystkimi
        konsekwencjami. Ogólnie wiele dzieci jest tresowanych we wczesnym
        dziecińtwie. Dziecko może nie potrafić zachować się w piaskownicy,
        może nie potrafić biegać, skakać na skakance itd. za to ma czytać
        liczyć, pisać i liczyć w wieku 3 lat. Tylko po co??? Tych rzeczy
        mogłoby nauczyć się później, natomiast wiele z funkcji mózgu, które
        są w dalszym życiu bardzo istotne rozwija się pod wpływem np.
        aktywności ruchowej we wczesnym dzieciństwie. No ale jak tu się
        pochwalić znajomym tym, że syn świetnie chodzi po drzewach... temat
        jest bardzo złożony i szeroki dlatego kończę na tymsmile Dodam, że w
        pracy często spotykam ofiary takich krótkowzrocznych ambicji
        dorosłych
        • mama_kotula Re: byłam takim dzieckiem... 04.12.08, 22:58
          Cytat
          Ogólnie wiele dzieci jest tresowanych we wczesnym
          dziecińtwie.


          Powtarzasz obiegową opinię, czy to wynik obserwacji własnych?

          Co to znaczy "często spotykam ofiary krótkowzrocznych ambicji rodziców"? Bo wiesz, moja psychiatra i psycholożka też często takie dzieci spotykają, ale nie wysuwają tezy, że "wiele dzieci" jest tresowane przez dorosłych. Po prostu te nietresowane do nich nie przychodzą, bo nie mają takiej potrzeby.

          Jak rozróżniasz, które dziecko samo z siebie chciało sie uczyć, a które było do tego pchane przez rodziców?
          • scarlet_s Re: byłam takim dzieckiem... 04.12.08, 23:25
            Odnośnie treowania, to mój mały jest treowany przyznaje. Zwykle
            przez siostre, ale i ja też często uczę go nowych rzeczy, ale on
            jest z tego powodu szczęśliwy i częśto am prosi: "mama pokaz, mama
            nauć"
            • lavinka Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:44
              Jakbym siebie widziała w dzieciństwie. Kłopoty zaczęły się, gdy
              przerosłam mać technologicznie i to ja ją zaczęłam uczyć wink Ale to
              już było później, w dobie komputeryzacji. Na początku dochodziło na
              tym tle do utarczek, ale jakoś udało się zakopać topór wojenny po
              latach smile
          • lenaa77 Re: byłam takim dzieckiem... 04.12.08, 23:41
            Napisałam, że temat jest baaardzo szeroki, więc musiałam ograniczyć
            się do generalizacji. Oczywiście jest część dzieci, które nawet
            pozostawione same sobie będą wyprzedzać rówieśników w zakresie
            rozwoju funckcji poznawczych i związanych z nimi umiejętności.
            Natomiast pisząc o tresurze miałam na myśli grupę dzieci u których
            pod wpływem wczesnej stymulacji doprowadza się do pojawienia
            umiejętności czytania, pisania czy liczenia w okresie wcześniejszym
            niż u rówieśników nie poddawanych takowej stymulacji. Kłopot w tym,
            że koncentrując się na wywołaniu tych spektakularnych i
            wyczekiwanych przez rodziców efektów łatwo można zaburzyć rozwój
            dziecka. Dlaczego? Zapraszam do lektury bogatej literatury z zakresu
            psychologii i neurologii. Dzieci "wytresowane" wprawne oko wyłapie
            naprawdę bez większych problemów, a w przypadku wątpliwości są
            odpowiednie narzędzia (testy) pozwalające na weryfikację
            spostrzeżeń. Określenie "wiele" nie jest precyzyjne ale cóż to nie
            jest artykuł do gazety tylko wpis na forumsmile
            • mama_kotula Re: byłam takim dzieckiem... 04.12.08, 23:46
              Nie lubię nieprecyzyjnych odpowiedzi o niczym.

              Jakie to testy pomagają wyłapać "tresowane" dziecko?

              Czy dobrze zrozumiałam, że pracujesz jako psycholog bądź pedagog?

              Nadal będę twierdzić, że takich stymulowanych dzieci jest zdecydowanie mniej, niż dzieci, które same się garną do nauki, a rodzice podążają za nimi.
              • lenaa77 Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:06
                Odpowiednio dobrane zestawy testów (i z wielu powodów nie zamierzam
                sypać nazwami), wsparte wywiadem i obserwacją. Nie wyobrażam sobie
                precyzyjnych odpowiedzi, gdy nie ma pytania. Ja nie mam
                najmniejszego interesu w tym, żeby kogoś przekonywać do swoich
                racji. Wszystkim rodzicom (i sobie oczywiście także) życzę, aby ich
                pociechy były tak zdolne jak je postrzegająsmile
                • lavinka A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 00:46
                  Nie pytam złośliwie, po prostu trudno mi sobie wyobrazić... zabierają
                  im zabawki i każą czytać za karę? Nie wiem jak można tresować dziecko
                  szczerze powiedziawszy... wychowywać, uczyć, tak... ale tresować?
                  • scarlet_s Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 00:52
                    Ja pamiętam z piakownicy 2-latke, która na rządanie babci mówiła
                    wierszyki i liczyła do 10, zupełnie bez przekonania, byle
                    szybciej... To chyba było treowanie, tak myśle...
                    • mama_kotula Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 01:01
                      Znam tresowane dzieci, ale takie w wieku szkolnym.
                      Ganiane z zajęć na zajęcia, znerwicowane.
                      Oczywiście, znam też dzieci ganiane z zajęć na zajęcia i mające z tego
                      megaprzyjemność.

                      Przedszkolaków tresowanych nie znam, prawdę mówiąc.
                      • scarlet_s Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 01:09
                        A jeszcze jedno mi się przypomniało. Na plcu zabaw ganiał malutki
                        chłopczyk. Zwróciłam na niego uwagę, bo super mówił. Mama: "synku
                        gdzie idziemy?", synek: "tam", mama: "nie, powiedz gdzie?",
                        dziecko: "na zedżalnie", przebiegając obok mnie przewrócił się,
                        wstaje: "peplasam". Pytam ile on ma, że taki kulturalny, mama, że
                        1,5 roku. Dziecko zabrało zabawkę innemu, mama na to że ma oddać, no
                        to grzecznie rócił i oddał, ale to nie wystarczyło, mama ganiała go
                        po placyku, aż mały wrócił i przeprosił i obiecał, że już tak nie
                        będzie. Obserwowałam go z zaciekawieniem. Biedne dziecko nie mogło
                        się bawić dopóki nie powiedziało gdzie chce iść i co robić? Ładnie
                        mówiło samo z siebie czy przez tresure i upór matki?
                        • lavinka Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 01:16
                          Ja bym tego nie nazwała tresurą tylko dobrym wychowaniem. Ale co ja
                          tam wiem wink
                          • scarlet_s Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 01:23
                            a ja bym to nazwała dokuczaniem dziecku
                            oddał zabawke bez problemu? oddał
                  • lenaa77 Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 01:02
                    Rodzice swiadomie bądź nieświadomie nagradzają (oczywiście
                    niekoniecznie materialnie) zachowania związane z daną czynnością.
                    Np. jest święto w rodzinie jak nauczy się odróżniać o od a, a
                    niezauważone pozostaje to, że nauczył się stać przez minutę na
                    jednej nodze. No to dziecko decyduje się podejmować aktywności
                    związane z gratyfikacją. Choć sytuacje związane z eliminowaniem z
                    otoczenia przedmiotów zbytecznych (np. zabawek) też się o zgrozo
                    zdarzają. Czytanie za karę też, ale częściej jest to nagroda za
                    czytanie, zabawę w pisanie itd. Generalnie to wszystko samo w sobie
                    jest bardzo pożyteczne, ale istnieje cienka linia, którą łatwo
                    przekroczyc. Chodzi o to aby mądrze pomagać w rozwoju a nie uprawiac
                    jakiś sprint w rozwoju.
                    • lenaa77 Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 01:05
                      Paradoksalnie metody wykorzystywane przy tresurze zwierząt pewnie
                      każda z nas wykorzystywała w wychowaniu dzieci.
                    • mama_kotula Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 01:18
                      A widzisz, mądre jest to, co piszesz. Ale też nie tak do końca.

                      Mam dziecko z zespołem Aspergera i zaburzeniami SI.
                      Święto w rodzinie, z wielką pompą, było wtedy, kiedy po raz pierwszy - za przeproszeniem - nie poprosił o założenie pieluchy tylko zrobił kupę do ubikacji (4 lata i 9 dni, jak dziś pamiętam).
                      Święto z wielką pompą było, kiedy któregoś dnia przeprowadził "small talk" z kolegą z przedszkola.
                      Święto było, kiedy nauczył się chodzić "tip-topkami" po linii prostej nie przewracając się (miał prawie 5 lat, podczas gdy jego zdrowa siostra robiła to z nonszalancją od 3 roku życia).

                      Osiągnięcia intelektualne owszem, chwalimy... ale widzę, że młody nie potrzebuje tych pochwał. Dla niego "pochwałą" i "satysfakcją" jest wiedza sama w sobie.

                      Do czego zmierzam: jeśli dba się o równomierny rozwój dziecka - a tuszę, że większość rodziców jednak nie jest półdebilami o inteligencji minoga - to wczesna "tresura" nie zaszkodzi. Ważne jest, aby obserwować dziecko i podążać za jego potrzebami, u nas sprawdza się interwencja w niewielkim stopniu, jakieś podpowiedzi, oczywiście, podsuwam dzieciom dodatkowe rzeczy, podpytuję, ale nic na siłę.
                      Przykład - dziecię moje ostatnio zastanawiało się głośno, jak napisać, że ktoś dostał 3 i pół ciastka - jak zapisać liczbami to "pół ciastka". Zastanawiał się, bo stwierdził, że tak będzie krócej, niż pisać słowami.
                      Bezboleśnie wkroczył w świat ułamków. Dzieląc ciastka. Ja mu tylko podpowiedziałam zapis. Sam wpadł na pomysł, aby narysować ciastko, podzielić na części, i każdą zaznaczyć innym kolorem. Sam doszedł do wniosku, że pozioma kreska w ułamku oznacza "podzielenie". Po czym rozwiązywał zadania na wydrukowanych worksheets.

                      Słowem bym nie pisnęła, jakby nie rzucił sam tematu. Albo jakbym widziała, że jeszcze nie rozumie, o co chodzi - poprzestałabym na połówce, ewentualnie ćwiartce, bo to praktyczne (hmm, zwłaszcza ćwiartka tongue_out).


                      Sprint w rozwoju? Spotkałam się. W przypadku niemowląt i dzieci do lat 2. Potem wszystko sie rozmywa. Aaa, chyba że chodzi o sikanie do nocnika - tu sprint trwa nadal tongue_out
                      • lenaa77 Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 01:39
                        Znajdujesz się w niestandarowej sytuacji. Pracujesz z dzieckiem nad
                        troszkę innymi rzeczami niz reszta, dlatego zwracasz uwagę także na
                        inne apekty funkcjonowania dziecka, takie, które inni traktują jako
                        oczywistość, niegodną uwagi. Także prawdopodobne jest, że rozwój
                        poznawczy twojego dziecka przebiega trochę inaczej(może np.
                        wykazywać uzdolnienia w pewnych obszarach). Pamiętam chłopca z
                        autyzmem, miał chyba coś ok. 3-4 lat, świetnie czytał każdy tekst
                        (dawałam mu np. akademicki podręcznik od chemii), pisał (tzn.
                        potrafił napisać wszystko i to bez błędów, chociaż oczywiście
                        kształt liter był fatalny, bo motoryka nie rozwijała się tak szybko
                        jak inne obszary), dla rodziców tego chłopca sukcesem i powodem do
                        świętowania było to, że sam zjadł zupęsmile
                        • mama_kotula Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 02:14
                          Z małą motoryką nie ma problemów - problemem jest tzw. duża motoryka.

                          I to też nie jest do końca tak, że zwracam uwagę na inne aspekty funkcjonowania i cięzko nad tym pracujmy, aby osiągnąć maksymalnie wysoki stopień funkcjonalności. Wiem w jaki sposób myśli mój aspie, bo oboje borykamy się z tym samym zaburzeniem smile.

                          Taka sytuacja w przedszkolu - syn wchodzi do sali, dzieci siedzą w grupce w kółku na środku. Młody siada na parapecie i obserwuje.
                          Moja mama:
                          - Dlaczego on nie poszedł do kółka?
                          Moja spontaniczna odpowiedź, odruchowo:
                          - Bo to nie jest JEGO kółko i nie wie, co zrobić, aby było JEGO.

                          Generalnie jest tak, że pracujemy nad innymi aspektami, ale też nie na siłę. Uczenie funkcjonowania społecznego - w zakresie niezbędnego minimum, tyle, ile w danym momencie jest konieczne. Czyli nie mam parcia na "podejdź do tego miłego chłopczyka i zapytaj, jak ma na imię" (arghhh, przekleństwo mojego dzieciństwa - przemogłam się, podeszłam, zapytałam, chłopczyk odpowiedział, koniec rozmowy, nie miałam pojęcia, czemu to ma służyć i jak pociągnąć dalej), bardziej skupiam się na "jak chłopczyk zapyta cię, czy chcesz się bawić, to nie uciekaj, tylko odpowiedz tak albo nie". Jak to osiągnięmy, będzie czas na następne kroki.

                          Rower odziedziczyła młodsza siostra. Młody nie jest w stanie skoordynować jednoczesnego pedałowania i operowania kierownicą (o utrzymywaniu równowagi nie wspominając). Nie nalegam. Nie każde dziecko musi umieć jeździć na rowerze.

                          Do czego zmierzam ponownie - zdaję sobie sprawę, jak ważny jest równomierny rozwój, ale wiem, że ludzie - czyli dzieci też - są różne. I nie można każdego wpasować w schemat "bo 5-latek to powinien piłkę kopać z kolegami i po drzewach skakać". Zabawa w piłkę mojego pięciolatka? "Mamo, ja ci będę rzucać i mówić wyrazy po angielsku, a ty będziesz mówić po polsku". No więc rzuca. Ja łapię, odrzucam i bardzo cieszymy się, jak złapie (1 na 10 razy).

                          I tak, zdaję sobie sprawę, że jakbym ja sama nie miała AS, to byśmy pracowali bardziej, przerabiali więcej "historyjek", nie musiałabym wcześniej wypróbowywać owych historyjek na sobie i dziwić się, dlaczego ma być tak, a nie inaczej smile

                          Praktycznie i tak bardziej muszę "pracować" wink nad otoczeniem najbliższym, niż nad dziecięciem.
                          Aspie nie umie np. odpowiadać na pytania "dlaczego to zrobiłeś" (odpowiedź "nie wiem" doprowadza mnie do szału tak samo, jak moją matkę doprowadza ta sama odpowiedź w moim wykonaniu tongue_out), staram się wpłynąć np. na nauczycielki w przedszkolu, aby unikały pytań otwartych, bo inaczej będą miały kolejny powód do skarżenia się na młodego.
                          Uczę jego siostrę, że kiedy Szymon mówi w obliczu jakiejś jej krzywdy "dobrze, że mi się to nie stało", to nie znaczy, że cieszy się z jej smutku, tylko, że wyraża radość, że to nie jemu się przytrafiło (dosłownie, to są dwie różne rzeczy przecież).

                          A więc, harmonia w rozwoju? Jedynie na tyle, na ile się da i na tyle, na ile będzie to konieczne. Bo świat potrzebuje również małych dziwnych człowieczków, mówiących niezrozumiałym dla innych językiem smile
                          • mama_kotula Ech, słowotok mi wyszedł 05.12.08, 02:20
                            i nie do końca powiedziałam to, co chciałam powiedzieć.
                            W każdym razie dobranoc smile
                      • bj32 Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 09:33
                        "Święto było, kiedy nauczył się chodzić "tip-topkami" po linii
                        prostej nie przewracając się (miał prawie 5 lat, podczas gdy jego
                        zdrowa siostra robiła to z nonszalancją od 3 roku życia)."

                        Ja jestem od niego trochę starsza i dalej nie umiem...
                        wink
                    • lavinka Re: A w jaki sposób je tresują? 05.12.08, 01:21
                      Wiesz, tylko jak dziecko samo dopomina się tej wiedzy to trudno mu
                      jej zabraniać. Sama znam parę wyjątkowo ambitnych pod tym względem
                      dzieci moich znajomych. Po prostu CHCĄ, niemal terroryzują rodziców
                      by ich nauczyli czegoś.
                      Myślę,że najgorzej jak rodzice mówią:Nie czytaj tego, bo to dla
                      Ciebie "za mądre". Też tresura, tylko w drugą stronę. Ale to nie
                      koniec. Pamiętam w zerówce uwielbiałam bawić się koparką z kolegą.
                      Jakaś kobieta(matka innej koleżanki) fukała na moją mamę jak ona może
                      na to pozwalać i dlaczego nie bawię się lalkami.
                      Pozostawię to bez komentarza, bo nic niewulgarnego nie przychodzi mi
                      w tej sytuacji do głowy wink
              • scarlet_s Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:14
                Oczywiście. Jak by moje dzieciaki nie chciały się uczyć np. piać,
                niegdy by mi do głowy nie przyszło, żeby ich tego uczyć.
                • mama_kotula Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:29
                  scarlet_s napisała:

                  > Oczywiście. Jak by moje dzieciaki nie chciały się uczyć np. piać,
                  > niegdy by mi do głowy nie przyszło, żeby ich tego uczyć.

                  Kocham literówki!!
                  Od dzisiaj zawsze, widząc twój nick, będę myśleć "oo, to jest ta scarlet, co uczyła dzieci PIAĆ", już mi się na amen to wkodowało smile
                  • scarlet_s Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:40
                    ale się uśmiałam!
                    Na piać to one też lubią. jak zaczną piewać to myli nie łyszę
                    własnych a głosy to mają, oj mają
                  • lenaa77 Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:43
                    Obiecuję Ci, że gdyby ktokolwiek powiedział publicznie, że np.
                    PIANIE wpływa pozytywnie na późniejszy rozwój intelektualny dzieci,
                    zaraz na forach przetoczyłaby się licytacja czyje dziecko zaczęło
                    ładniej i wcześniej piaćsmile Taka specyfika naszych czasów- dziecko
                    powinno robić wszystko najładniej i najszybciej, niezależnie od tego
                    czy to mu do szczęścia potrzebne czy nie. Co więcej dzieci widząc
                    rodziców cieszących się z tego jak pieją prosiłyby, żeby je tego
                    nauczyć. Widząc, że rodzice w czasie nauki piania miło spędzają z
                    nimi czas przejawiałyby autentyczne zainteresowanie tym działaniem,
                    utwierdzające rodziców w przekonaniu, że działanie jest
                    spontaniczne. Trochę to pokręcone, ale...wcale nie pozbawione sensu
                    • lavinka Najgorsze w tym wszystkim jest to... 05.12.08, 00:49
                      że to co piszesz ma s e n s... wink)))
        • titta Re: byłam takim dzieckiem... 04.12.08, 23:09
          Tyle, ze wiele takich dzici nie skacze i nie biega, wlasnie dlatego,
          ze tego nie lubi. Woli czytac. Zeby biegaly i skakaly musza byc w
          tym kierunku "tresowane" jak mowisz. Albo, bardziej politycznie
          poprawnie "wspomagane". (czyli do tej aktywnosci zmuszane - nieraz
          sila.) Ja bylam wlasnie takim dzickiem - wszelka aktywnosc fizyczna
          byla tortura, nuda i strata czasu. Chociaz po drzewach chodzilam z
          wlasnej woli. (dodam, ze na dzien dzisiejszy poruszam sie glownie
          pieszo lub na rowerez wiec kondycje mam calkiem niezla).
          Jesli jednak rozwoj jest harmonijny to dzicko i tak bedzie biegac
          (choc do chodzenia po drzewach musi miec dzrzewa i towarzystwo, a o
          to coraz trudniej).
        • scarlet_s Re: byłam takim dzieckiem... 04.12.08, 23:23
          Ale po co przedstawiać rodzicom takich dzieci czarny scenariusz, bo
          tylko z takimi się tu spotykam sad Przecież może być wszystko ok i
          dzieciak może odnieć sukces pod każdym względem i może być
          szczęśliwym człowiekiem.
          Mój synek oprócz swoich uzdolnień jest bardzo uspołeczniony. Fakt,
          troche agresywny czaami (jak to dwulatek), ale potrafi bawić się we
          wszystkie przedszkolne zabawy, ładnie bawi się ze starszymi
          dzieciaczkami, z siostrą. Pod względem fizycznym jet badzo sprawny.
          Rozwija się super w każdej dziedzinie, więc pozostaje mi się tylko
          cieszyć, że mam takie mądre i niezwykłe dziecko smile
        • lavinka Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:38
          Ja nie byłam tresowana. Czytać nauczyłam się sama. Najpierw to była
          litera A(autobus taki jeździł pod domem). Potem były "apteka" "sklep
          spożywczy" "pasmanteria". I tak poszło. Uczyłam się najpierw czytać
          wyrazy, dopiero potem litery. Dziś wiem,że mój sposób na naukę
          czytania jest teraz reklamowany na kursach szybkiego czytania smile
          Czułam się mądrym dzieckiem, to mi imponowało i pchało do poszerzania
          mojej wiedzy(co mi zostało zresztą do dziś). Zamiast "Pani Domu"
          czytam "Świat nauki" na przykład. Kiedyś nie był tak łatwo dostępny,
          kombinowało się go po znajomości smile
          Madre mnie nawet chwilami stopowała, bo nie nadążała z kupowaniem mi
          książek smile Szybko przestawiła mnie na takie czasopismo "Świerszczyk".
          Niby dla dzieci 7-9letnich, a ja miałąm wtedy 5-6. Znudziły mi się
          kolorowanki "mam 6 lat"(połącz kropki, rebusy, znajdź 10 różnic i
          inne tego typu) smile Co ciekawe moja jakość czytania długo była tylko w
          myślach. To znaczy szybko czytałam po cichu, ale jakoś nie mogłam
          zaskoczyć płynnego czytania na głos i sylabizowałam. Do połowy
          zerówki smile I nagle(po ogromnej awanturze i mojej histerii w stylu
          "nie umiem... buuu...nigdy się tego nie nauczę...buuuu"... madre mi
          podpowiedziała... to najpierw czytaj w myślach a potem czytaj na głos
          to co przeczytasz w myślach... no genialne. I tak w połowie zerówki w
          jeden dzień z dukającego przeciętniaka stałam się najlepiej czytającą
          istotą w grupie smile
          Czy wyrosłam na geniusza? Nie.
          Za to swoje dzieciństwo wspominam jako szczęśliwe. Nikt mi nie
          wytyczał granic mojej edukacji, kiedy chciałam się czegoś dowiedzieć-
          szukałam odpowiedzi.
          Czy można stymulować dziecko do szybszego rozwoju? Pewnie tak. Ale
          nie zawsze oznacza to skrócenie dzieciństwa. W moim przypadku to
          właśnie dostęp o wiedzy sprawił,że było szczęśliwe. Nie pieski i
          kotki, ale czasopismo "Mój dom" sprawiły,że zaczęłam się interesować
          architekturą, wnętrzami i to chyba wtedy pokochałam Modernizm smile
          Pieski i kotki wywaliłam dawno temu i wcale za nimi nie tęsknię.
          Stare numery czasopism "Dom" i "Mój dom" mam do dziś. Są dla mnie jak
          relikwie.
          • scarlet_s Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:44
            Moja córcia nawet płakała i prosiła: "mamo naucz mnie dzisiaj pisać"
            Oboje też zaczynali od literki "A". Synek za to wpada w rozpacz, jak
            coś się zrobi za niego, wszystko musi sam, wszytko musi umieć,
            ciągle czagoś się uczy...
            • lavinka Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:57
              Przypomniało mi się,że mając 5 lat miałam dwa alfabety. Tradycyjny i
              własny(trochę przerobiony), w którym pisałam tajemne zaklęcia. Czasem
              mi się myliły wink Ale tak naprawdę na dużą skalę zaczęłam czytać w
              trzeciej klasie podstawówki. Fascynowały mnie książki podróżnicze, np
              o Indianach(ale prawdziwych, nie Karola Maya-choć te we fragmentach
              też pochłonęłam) oraz przygodowe. Wiele z nich mam do dziś. Niby dla
              starszych dzieci i młodzieży, ale nadal wolę je od książek "la
              dorosłych" mimo że miałam do nich dostęp. Mam wrażenie,e większość
              książek "dla dorosłych" jest tylko o miłości, seksie i kupowaniu
              drogich samochodów. Czego nie wezmę do ręki to zaczynam ziewać z
              nudów po godzinie. Za to tamte nadal mnie śmieszą, mimo że z
              perspektywy 30latki czyta się je zupełnie inaczej niż 9latki. Ale tym
              bardziej cieszę się,że je zachowałam. Trzeba w sobie zatrzymać
              kawałek tego dziecka sprzed lat. Co z tego,że doroślejszego i
              mądrzejszego? Nadal dziecka smile
            • mama_kotula Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 00:58
              Moja córka nie prosi. Moja córka przyswaja niezauważalnie. Jest zwyczajnym dzieckiem, prawdopodobnie uzdolnionym plastycznie - nie wiem, czy kwestia wyuczona, czy samoistna.
              Tak rysowała w wieku niespełna 3 lat (taaak, matka chwalipięta tongue_out):
              fotoforum.gazeta.pl/photo/9/mg/bd/q4ws/9cxEX2oVlFI5DU9V5X.jpg
              Tyle, że u nas w domu przeważnie jest więcej papieru i pomocy "artystycznych" niż jedzenia tongue_out
              Nauczycielka z przedszkola była zszokowana, że młoda jako 3-latka precyzyjnie wycinała.
              Nie mam pojęcia, kiedy nauczyła się czytać. Po prostu któregoś dnia przeczytała głośno kilka wyrazów, które właśnie wklepywałam w okienko gadu gadu.


              Starszy wchłania przez osmozę niejako. Ma niestety - tak, niestety, bo to przekleństwo znane mi z autopsji - tendencję do gromadzenia nadmiaru informacji, które zapadają w pamięć same przez się i zostają tam chyba dożywotnio.

              Jedno widzę - i tu się zgadzam z tym, co wyżej napisała Lenaa - gdy rodzic ma radość z przekazywania dziecku wiedzy, to dziecku się ta radość udziela. I dziecko nabiera przekonania, że nauka jest czymś bardzo fajnym, że pozyskiwanie nowej wiedzy jest wspaniałe samo w sobie, ale i jako narzędzie do pozyskiwania kolejnej wiedzy.
              Natomiast jesli rodzic będzie wychodzić z założenia "nie skracać dziecku dzieciństwa" - jakże to częste na forum - tak praktycznie nie zdając sobie sprawy z tego, że nauka JEST częścią szczęśliwego dzieciństwa, i jeśli będzie traktować pójście do szkoły jako zło konieczne (głośne protesty w sprawie posyłania do I klasy sześciolatków, echh), to w dziecku zakiełkuje ziarno zwątpienia.
              • mama_kotula Ups, przedobrzyłam :D 05.12.08, 00:59
                MIało być "w wieku niespełna 3,5 lat" smile
              • lavinka Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 01:14
                Ja bym powiedziała,że Twoja córa rysuje jak trzyletnie dziecko.
                Uzdolnione plastycznie trzyletnie dziecko. Ponoć Matejko w tym wieku
                rysował nawet lepiej. Poleć jej by spróbowała zamalować kartkę w
                całości(robić tło). Mnie kiedyś tak poradziła koleżanka babci, która
                przywiozła mi w walizce kredki z zagranicy. I mając trzy lata
                rysowałam tak:
                fotoforum.gazeta.pl/3,0,439165,4,8,1901,lavinka.html
                fotoforum.gazeta.pl/3,0,439166,4,9,1901,lavinka.html
                Parę lat później madre zapisała mnie na zajęcia plastyczne dla
                przedszkolaków i to mnie nieco uwsteczniło. Panie opiekunki
                zabraniały mi(sic!) rysować i malować tak jak chciałam. To po pół
                roku przestałam tam chodzić smile
                A startowałam z poziomu Twej córy.
                Inna sprawa,że talent rysowniczy odziedziczyłam po madre właśnie i
                ona umiała go dostrzec i pokierować nim tak, by mi nie obrzydł. Nie
                zachęcała mnie do rysowania, tylko mówiła: jak nie wiesz co
                rysować(autentycznie szybko kończyły mi się pomysły) to zrób
                ilustrację do opowieści, którą Ci przeczytam.
                I miała mnie z głowy na dwie godziny, a ja pękałam z dumy gdy madre
                wieszała moje rysunki na szafie, a potem przy okazji wizyty sąsiadów
                je wszystkim pokazywała. Czułam się jak na wernisażu smile

                A w Wielkiej Brytanii od dawna do szkoły chodzą 5 latki nie 6 latki i
                jakoś dają radę. Ja się w zerówce autentycznie nudziłam. Do dziś mam
                żal do madre,że jakoś nie zakombinowała by mnie wcześniej puścić do
                szkoły. Paru rodziców moich znajomych tak zrobiło(więc było to
                możliwe) i miałam na architekturze kilka młodszych o rok koleżanek.
                Wcale nie głupszych i wcale nie mających problemów w grupie.
                • mama_kotula Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 01:23
                  Nie wiem, jak rysuje, na jakim poziomie, nie zastanawiam się na tym.

                  Nieuniknione jest jednak uchwycenie kontrastu między rysunkami młodej a innymi wywieszonymi na wystawce w przedszkolu.

                  A ja nie mam parcia jakiegoś. Widzę, że to lubi. I ja lubię patrzeć, jak coś, co na początku ma być domem, zmienia się w fabrykę z maszyną do krojenia wstrętnej matki tongue_out, a potem zostaje wzięte w chmurkę i na dole dorysowana główka z zamkniętymi oczami "bo to tylko sen, mamusiu".
                  A skoro lubi - to bardzo dobrze smile. I tyle smile.
                  • lavinka Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 01:31
                    W końcu czy to tak naprawdę ważne jak kto rysuje? Grunt by czerpać z
                    tego radość smile
                • the_mariska Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 18:48
                  lavinka napisała:
                  > A w Wielkiej Brytanii od dawna do szkoły chodzą 5 latki nie 6 latki i
                  > jakoś dają radę. Ja się w zerówce autentycznie nudziłam. Do dziś mam
                  > żal do madre,że jakoś nie zakombinowała by mnie wcześniej puścić do
                  > szkoły. Paru rodziców moich znajomych tak zrobiło(więc było to
                  > możliwe) i miałam na architekturze kilka młodszych o rok koleżanek.
                  > Wcale nie głupszych i wcale nie mających problemów w grupie.

                  Sama poszłam do szkoły o rok za wcześnie (w praktyce nawet 1,5 roku, bo jestem
                  listopadowym dzieckiem, i nawet osiemnastkę robiłam już na studiach) i o ile
                  teraz nie widzę żadnej różnicy, to w podstawówce nijak nie potrafiłam się
                  zasymilować. Może dlatego, że byłam małym, wymądrzającym się kujonkiem, który
                  wszystko wiedział najlepiej i zawsze zgarniał najlepsze stopnie? A może to
                  dlatego, że nosiłam wielkie, paskudne okulary, a może dlatego że ruszałam się
                  jak ostatnia łamaga? A może dlatego, że nie chodziłam do przedszkola
                  (wytrzymałam miesiąc, stwierdziłam że mnie to nudzi) ani do zerówki i nie
                  wiedziałam jak funkcjonować w grupie?

                  Z perspektywy czasu widzę że spełniałam ponad połowę punktów wymienionych jako
                  objawy Aspergera, tylko nikomu nie przyszłoby do głowy tego sklasyfikować jako
                  chorobę. Rodzice byli ze mnie wręcz dumni, do tej pory opowiadają mi jak w wieku
                  2 latek odpowiedziałam pani doktor pełnym zdaniem, a ona stwierdziła: "Panie, to
                  dziecko jest jakieś nienormalne!".

                  Nie byłam typowym odludkiem, bo miałam rodzonych braci, z którymi umiałam i
                  lubiłam się bawić. I bardzo dobrze, bo strach pomyśleć co by ze mnie wyrosło
                  gdybym tych braci nie miała. Dopiero w liceum stałam się względnie społeczna
                  (chociaż naprawdę społeczna jestem i tak tylko po alkoholu), a z kobietami nie
                  jestem w stanie dogadać się do tej pory. Na całe szczęście studiuję na
                  polibudzie, więc nie mam dookoła zbyt dużo kobiet wink

                  Najbardziej przeraża mnie fakt, że podobne objawy, choć w różnym stopniu,
                  obserwuję u 3 z 4 moich braci. Jeden jest już w liceum i, chwała Bogu, pomału z
                  tego wyrasta. Jeszcze do niedawna praktycznie nie miał kolegów, nie odzywał się
                  prawie do nikogo, za to od 11 roku życia pisał gry komputerowe i rysował
                  niesamowite rzeczy... Kiedyś spotkałam się z teorią że każdy człowiek który jest
                  do przodu z jedną dziedziną ma jakieś zaległości w innych strefach. Patrząc po
                  mojej rodzinie nie sposób się z tym nie zgodzić.
                  • lavinka Re: byłam takim dzieckiem... 07.12.08, 15:12
                    Tak sobie czytam o zespole Aspergera i myślę,że na pewno nie miałam
                    tej choroby. WF był moim ulubionym przedmiotem(siedzenie ileś godzin
                    podczas nudnych lekcji robiło swoje). Nie byłam silna fizycznie, więc
                    miałam problemy w siatkówce (serwis) ale za to wysoko skakałam, więc
                    dobrze czułam się na ataku smile Szybko biegałam i daleko skakałam.
                    Nawet kiedyś jakiś facet z AWFu widząc mnie na międzyszkolnych
                    zawodach chciał mnie wciągnąć do sekcji,ale ja chciałam koniecznie
                    studiować - a wybór kariery sportowej zazwyczaj uniemożliwia
                    jakiejkolwiek inne studia niż na AWFie, a tam jest żenująco niski
                    poziom.
                    Gorzej z adaptacją w grupie. Od urodzenia lubiłam chadzać własnymi
                    ścieżkami, ceniłam sobie niezależność i samodzielność. Latanie do
                    mamy z płaczem leżało poniżej mojej godności i na tym tle czasem
                    wybuchały konflikty. Czasem miałam po prostu dość moich dziecinnych
                    kolegów, przez co wolałam towarzystwo starszych dzieci lub dorosłych.
                    Niestety kończyło się to tak,że masę czasu spędzałam w charakterze
                    niańki do mniejszych dzieci(4-6 lat młodszych ode mnie)- "Paulinko,
                    Ty jesteś tak mądra i poważna, zajmij się Zosią godzinkę, a ja pójdę
                    do sklepu". Co ciekawe radziłam sobie z nimi znakomicie, byłam zawsze
                    bardzo odpowiedzialna - i tu znów konflikt z rówieśnikami (chyba mi
                    zazdrościli). Teraz na szczęście zrównaliśmy się dojrzałością i nie
                    mam problemów z nawiązywanie kontaktów, paradoksalnie przeszłość
                    sprawiła że tak samo dogaduję się z ludźmi dużo młodszymi,
                    rówieśnikami i dużo starszymi.
                    Jedyne konflikty jakie znam, to czasem ktoś nie może zrozumieć
                    dlaczego jestem niepijąca(już moi rodzice pili alko sporadycznie,
                    nigdy w rodzinie nie widziałam nikogo pijanego) - a ja z kolei nie
                    rozumiem co jest przyjemnego w rzyganiu w ubikacji i mieleniu ozorem
                    głupot po pijaku. No,ale rzadko mi się tacy ludzie trafiają. Wręcz
                    coraz rzadziej. smile
      • leli1 Re: byłam takim dzieckiem... 04.12.08, 23:11
        lavinka temat rzucony ot tak do dyskusji, ale skoro wyjezdzasz personalnie to odpowiem:
        o intelektualiscie pisze z podziwem (nie z zazdroscia), książek u nas dostatek i zawsze wieczorem mamy wspolne czytanie, ale kompletnie nie mam parcia na nauke czytania mojego 4 latka i mam nadzieje ze jak przyjdzie wlasciwy czas to mlody nabierze ochoty na cos wiecej niz tylko harce. Zmuszac go nie mam zamiaru bo przyniesie to odwrotny skutek. Kazdy wiek ma swoje prawa i z całym przekonaniem mowie, ze nie martwi mnie brak zapedow do nauki czytania przez mojego mlodego-ma inne zalety smile
        Intelektualista ma starsze rodzenstwo, a ja wiem jakie to ma znaczenie (sama bylam mlodsza siostra, ktora takze chciala odrabiac lekcje jak ta starsza-dzieki temu pieknie czytalam idac do 1 klasy), rodzicow z branży edukacyjnej (mama anglistka, tato geolog), do tego z racji zawodu jezdza po calym swiecie i to mysle najwiecej chlopcu dalo jesli chodzi o nauke jezyka.
        No i niestety dalej dziwie sie ze niespelna 6 latek nie ma zadnej zabawki i dalej mam wrazenie ze zawsze jest smutny.....a moze powazny?
        Gdybym nie wiedziala ze on CHCE sie uczyc i ze rowiesnicy go nie bawią to faktycznie pomyslalabym ze to przerost ambicji rodzicow, ale ten dzieciak naprawde taki jest. Jakby wybitnie uzdolnionego moze 15-sto latka wepchnąć w ciało 6 latka.
        Bardzo jestem ciekawa jego za te 10 lat smile
        • lavinka Re: byłam takim dzieckiem... 05.12.08, 01:29
          Bardzo możliwe,że faktycznie jest genialny. Miałam takiego kolegę w
          podstawówce. Siedziałam z nim w ławce bo potrafił lepiej tłumaczyć
          matmę niż nauczycielka. W trzeciej klasie obił zaania matematyczne z
          liceum.Przenieśli go do szkoły dla geniuszy. Był poważny? Był. Ale
          nie smutny, tylko najwyżej zamyślony.
          O właśnie przypomniało mi się.
          Jak chodziłam do świetlicy, to w kółko panie zaczepiały mnie dlaczego
          jestem smutna. A ja byłam bardzo wesoła tylko nie latałam z ozorem
          dookoła sali, a siedziałam z boku i bardzo intensywnie myślałam. Po
          prostu... myślałam. Dorośli odbierali to jako smutek, a ja się
          zastanawiałam czym jest wieczność i jak zrozumieć postępowanie
          zwykłego człowieka... co nim kieruje, w jaki sposób myśli, jak
          powstają marzenia? Tak myślałam mając 9 lat. Byłam wesoła tylko nie
          zawsze to było po mnie widać.
          Myślę,że ten chłopiec przypomina Ci twoje niezbyt udane dzieciństwo.
          Zapewne wydaje Ci się,że tak jak Ty kiedyś - czuje się nieszczęśliwy.
          A to wcale nie musi tak być.
          • sonic84 przereklamowane... 05.12.08, 16:24
            Z twojego opisu nie wynika bynajmniej ,aby syn twoich znajomych był geniuszem.Piszesz ,że po polsku mówi perfekcyjnie..Umiejętność skonstruowania w miarę w bezbłędnej,spójnej logicznie wypowiedzi w jakimkolwiek języku nie jest równoznaczne z jego perfekcyjnym opanowaniem.Podobnie rzecz ma się z j angielskim.To,że chłopiec jest w stanie wyrazić swoje przemyślenia w tym języku (podejrzewam ,że używa prostego słownictwa jak każdy pięciolatek) nie świadczy o geniuszu,ale jego dobrej edukacji ,prawidłowym rozwoju ( w dobie internetu i telewizji satelitarnej poprawne wysławianie się stało się rzadkością,zwłaszcza u dzieci)i najprawdopodobniej "wrodzonym" zacięciu do nauki.Co do obsługi komputera...w dzisiejszych czasach dzieciaki w jego wieku potrafią całkiem sporo.
            Geniusz to osoba posiadająca jakąś nadzwyczajną,rzadko spotykaną zdolność jak np. słuch absolutny,pamięć fotograficzna,umiejętność wykonywania w głowie skomplikowanych operacji matematycznych.
            Kolega twojego syna opanował pewne umiejętności nieco wcześniej niż rówieśnicy ,co nie oznacza iż w przyszłości będzie ponadprzeciętnie zdolny...
    • aniucha333 Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 08.12.08, 13:34
      > A wy, znacie takich małych-dorosłych? I czy są takimi z wyboru czy
      z musu?

      Znam - ale nie osobiscie smile Igor Falecki, mlody 6-letni perkusista z
      Gdanska. Przez przypadek (bo nie dostal sie do przedszkola) ojciec
      zaczal go zabierac na proby swojego zespolu. Niedlugo potem Mlody
      zaczal grac i to tak dobrze, ze pojawil sie w TV, radiu i gazetach.

      Dzis w wieku 6 lat jest jednym z najlepszych perkusistow na swiecie
      (i to nie w kategorii dzieci). I tak przez czysty przypadek jego
      rodzice wyhodowali geniusza smile

      I nie ma w tym nic zlego smile
      • tadeusz_szygon Re: spotkanie z dzieckiem-intelektualistą 13.12.08, 16:52
        I dobrze! z drugiej strony, wielu z moich rówieśników,
        wychwalanych "cudownych dzieci" nie zostało nikim szczególnym, co
        więcej, wcześnie ukończyli edukację, niekiedy jeszcze przed maturą.
        A ja, cóż... Jak tylko pamiętam, zawsze krązyła nademną
        opinia "opóźnionego w stopniu lekkim"- że niby późno zacząłem mówić,
        że niby późno zacząłem czytać, że pisałem jak przysłowiowa kura
        pazurem, że nie umiem matematyki, że okulary, kolory, i nie umie
        rysować. Długie godziny spędzałem nad przepisywaniem po raz n-ty
        wypracowania, żeby było "na czysto", a i tak wyglądało to jak
        brudnopis moich rówieśników. Szło się pomału na trójach, nie raz
        łapiąc "laczki", nie raz nauczyciel zwyzywał od debili, a
        i "koledzy" z klasy dali popalić. Było przeniesienie do "tej
        gorszej" klasy "B", ponoć z przyczyn organizacyjnych. I tak powoli
        tuptając, skończyłem technikum, a teraz od pół roku jestem mgr inż.
        na skromnej, ale stałej posadzie i Mogę G.*** Robić I Nieźle Żyć z
        perspektywą nieśpiesznego rozwoju. Nie każdy ma jakiś talent, ale
        dobrzy fachowcy też są potrzebni. I to bez wyścigu szczurów. Moim
        zdaniem, jedyne, czego tak naprawdę warto uczyć od maleńkości, to
        języki. Bo od małego najłatwiej. A reszta nadobowiązkowej nauki
        zależy od rozwoju, możliwości i chęci dziecka. Ważne jest, aby
        dziecko WYCHOWAĆ. Na porządnego, uczciwego człowieka. Bo tego żadna
        nawet najwcześniejsza i najlepsza szkoła nie zastąpi.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka