Oglądałam ostatnio jakiś program, w którym prowadzący komponował kobiecie nową
szafę, coś z gatunku "znajdź swój styl, kupimy ci kiecki w dobrych fasonach i
powiemy, jakich krojów i kolorów unikać". I oczwiście na początku wywalał to,
co miała dotychczas, a oprócz zarzutu niegustowności/ niekompatybilności z
urodą starych ciuchów postawił zarzut, że miała tego
dużo za dużo.
Pod koniec programu padło hasło "teraz dostajesz szafę złożoną z 37 rzeczy"
(stara to było jakieś 140 sztuk wszystkiego, nie licząc bielizny dziennej i
nocnej) i wszystko super, ale jak ja policzyłam wszystkie swoje:
- bluzki
- koszulki
- swetry
- żakiety
- bluzy
- kurtki
- płaszcze
- spodnie
- spódnice
- sukienki
to wyszło mi, że minimum 60 sztuk tego wszystkiego człowiekowi

jest
potrzebne, żeby nie musieć prać codziennie na zmianę dwóch bluzek. A zawsze mi
się wydawało, że mam mało ciuchów...
A jak tam wasze szafy?