jogo2
01.09.10, 23:39
Nie mogę się powstrzymać, żeby się nie podzielić przemyśleniami. Oczywiście
osoby stosujące takie wychowanie zaprzeczą ze świętym oburzeniem, że to wcale
nie jest wychowanie bezstresowe, ze one stanowcze są i konsekwentne, że ach.
Biblią wychowania bezstresowego jest książka pań Faber i Mazlish, które same
sobie nie radziły z wychowaniem swoich dzieci, co każda kobieta 70 lat temu w
Polsce umiała, i musiały w związku z tym pójść na kurs nauki do pewnego guru
(nazwiska nie pamiętam), który im kompletnie zmienił optykę, a one w dowód
wdzięczności napisały książkę. Rodzice, którym się wydaje, że psycholog im
pomoże, albo otoczenie, które nie może wytrzymać z ich słodkim łobuzkiem, ich
wysyła do psychologa, otrzymują od psychologa radę, aby się przy wychowaniu
dziecka kierować właśnie tą książką.
Otóż ja spotkałam taką osobę, która właśnie kieruje się przy wychowaniu
swojego dziecka wskazaniami z tej książki co do litery. Czyli nigdy nie
wrzeszczymy (kocham - nie krzyczę - głosi polski celebryta z plakatu),
oczywiście o klapsie zapomnij, jeżeli coś mówimy to cichutkim od tłumionych
emocji głosikiem, ponieważ jesteśmy łagodni, jeżeli nie z natury, to trudno,
tak trzeba. Dziecko, które urodziło się zdrowe i z temperamentem, doskonale
wie, że matka sobie pobrzęczy i na tym będzie koniec, aha, no może być jeszcze
jakaś kara, ale jak wiadomo w życiu, co się odwlecze to uciecze, albo może
przynajmniej uciec, a jak pomarudzimy odpowiednio skutecznie, to matka będzie
miała dosyć i odpuści resztę kary. To podobnie jak z wyrokiem za przestępstwo.
Najpierw jest mowa o 25 latach, potem jest przepustka, a po 15 zwolnienie za
dobre sprawowanie, bo więzienia są przepełnione, a utrzymanie więźnia
kosztuje. A ofierze nikt i nic zdrowia/życia nie wróci. Zresztą pytanie, czy
kara to rzeczywiście coś strasznego?
Dziecko, o którym mowa, to 6 letni chłopiec. Mieszkał na wakacjach z mamą,
która jest moją koleżanką na tej samej kwaterze co my. No i chciałabym opisać
kilka przykładów. Wybieramy się razem na zwiedzanie zamku. Wyciągam aparat, bo
chcę zrobić zdjęcie. Tak się składa, że koleżance się aparat rozwalił i nie
ma. Syn koleżanki prosi, że on też chce zrobić zdjęcie. Taka jestem niemile
zdziwiona, ale daję, bo przecież nie powiem: "nie dam", ale sytuacja się
powtarza, co ja robię zdjęcie, to dziecko chce zrobić trzy. Nawet w pewnej
chwili mi proponuje, że to on będzie niósł aparat. Koleżanka to widzi i nic.
Zero reakcji. W końcu coś mówię, że mam mało miejsca na karcie, że nie wzięłam
ładowarki, ale słowo daję, choćbym miała i 5 nowych kart i 2 ładowarki, to nie
jest powód, żeby mi 6 latek zapstrykiwał je swoimi fotkami.
Druga scena, obaj nasi synowie wyszli przed dom się pobawić. Nawet nie
wiedziałam, że to może być niebezpieczne. Ale syn koleżanki namówił mojego do
takiej zabawy, że z sąsiedniego domu wyleciała kobieta i ich zrugała. Mój
wrócił przejęty, a tamten rżnął głupa, że nie wiedział, że to do nich pani
kieruje swoje zastrzeżenia. Koleżanka okazała się "niesłychanie" konsekwentna.
Karą straszliwą był zakaz wychodzenia przez jej syna z domu. Nie widać było,
żeby kara ta była w jakikolwiek sposób dolegliwa dla niego. No to siedział w
pokoju i się wygłupiał w pokoju. Karę to ja miałam, bo zamiast mieć dzieci
bawiące się na dworze (mój syn wychodzi na podwórko i bawi się z innymi
dziećmi po kilka godzin przed blokiem od ponad roku - nigdy nie było żadnej
afery, że ktoś ma o coś pretensje do dzieci, ani wśród dzieci, że ktoś kogoś
pobił, itp.), miałam dwóch kotłujących się facetów w pokoju, bo zabawa z
tamtym chłopakiem była taka, że wciąż trzeba ich było upominać z miernym
zresztą skutkiem, bo tamten nie słucha.
Koleżanka na syna nigdy nie krzyczy, jeżeli go upomina to bardzo delikatnym
głosem, tak mu wszystko tłumaczy, tylko pytanie skąd w takim razie w tym
chłopaku tyle agresji. Był agresywny i natarczywy w stosunku do mojego syna.
Na przykład chłopcy się mocują, ale tamten szczypie mojego za policzki bardzo
blisko oczu. Tam gdzie mieszka, też sobie podobno nie może znaleźć kolegów.
A koleżanka się już w tych wszystkich konsekwencjach i karach gubi po prostu.
Dzień jest za krótki, żeby za wszystko była konsekwencja i kara, więc siłą
rzeczy ok. 40% zachowań wymagających reakcji olewa, bo przecież krzyknąć nie
można, och, o klapsie nie wspomnę, boć to przecież zakazane. W sumie ich
relacje, zresztą zupełnie zgodnie z tym co zalecają światłe panie Mazlish i
Faber, przypominają za to relację pod tytułem "oj, poczekaj, aż coś będziesz
chciał ode mnie", też mało fajne, takie wyrachowane i ja takich relacji z
dzieckiem bym nie chciała mieć. Na przykład, dzieciak się naprasza, że
chciałby się przejechać gokartem, czy też coś tam chce. A to my wtedy
przypominamy mu, jaki był niegrzeczny i że w związku z tym najpierw musi pobyć
grzeczny, albo odmawiamy za jakieś tamto, które się zdarzyło wczoraj/kilka
godzin temu. No dobrze, dzieciak chce na tego gokarta, to zgrzeczniał, ale
wtedy mówimy, że godzina to za mało i tak w kółko. Moim zdaniem klaps, tak
KLAPS w chwili, kiedy dziecko nie chce nas słuchać, jest o wiele lepszy od
takiej zgniłej konsekwencji, która wyskakuje w chwili, kiedy dziecko chce
jakąś przyjemność i przypomina to odroczonego klapsa (jak przyjdziemy do domu,
za 3 dni, itd.).
Rezultat jest taki, że 6 letni chłopak jest nieobliczalny i pełen agresji.
Nigdy nie wiadomo, co mu strzeli do głowy i co zrobi. Zwykle jest to coś, co
nie podoba się innym ludziom, ale po nim widać, że się zupełnie nie przejmuje.
Takie są skutki słuchania ślepo psychologów, którzy znają się na wszystkim
tylko nie na tym na czym powinni, a chroniczny brak poczucia humoru powoduje u
nich zanik zdrowego rozsądku.
No ale teraz mamy w Polsce poprawność polityczną i broń Boże nie wolno
powiedzieć otwarcie, że połowę ADHD uleczyłby klaps w porę. Zamiast tego
dzieci muszę mieć kolegę, który je bije i na którego słowa nie wolno
powiedzieć, a który ma rodziców z mózgiem zlasowanym tak, że go nie uderzą.