Jak się kłócimy...

27.03.04, 16:18
Pokłóciłam się dziś z moim mężem. O bzdurę. Właściwie to kłótnia była krótka.
Jak zwykle. Ja powiedziałam dwa słowa za dużo, on nie wytrzymał i
wywrzeszczał kilka zdań i już. Jemu za chwilę przeszło, ja natomiast
połakałam się i tak ryczę już od trzech godzin. Przeprosiny nie pomogły, jest
mi potwornie żal...
Nasze kłótnie zawsze wyglądaja podobnie, on wrzaśnie, ja płaczę... o znowu.
Nie mogę przestać, łzy same napływają do oczu...
Jak to jest u Was? Często się kłócicie? Też tak długo rozpamiętujecie każde
słowo? Czy to ja mam jakiś problem z emocjami? Jak szybko sie godzicie?
Przepraszam, nie mogę pisac dalej, jest mi tak przykro... i jeszcze te
nieustanne łzy
    • aronka1 Re: Jak się kłócimy... 27.03.04, 18:24
      To jest chyba kwestia charakteru. Ja też długo przeżywam coś takiego. W ogóle
      jestem potwornie pamiętliwa, niestety. Jak ktoś mi zrobi świństwo, to do końca
      życia nie zapomnę. wink

      Ale jeśli chodzi o męża...
      Przeważnie wszystkie kłótnie są o pierdoły, normalka.
      Jednak trudno się na męża obrazić tak całkiem i nie odzywać się miesiącami. No,
      dzień, dwa, owszem... wink) Ale nie za długo.
      Pomyśl, że to jest facet, którego kochasz, on Ciebie też, i raczej nie rani Cię
      celowo. No po prostu tak czasem wyjdzie.
      Pomyśl, że życie jest za krótkie i może szkoda go marnować na rozpamiętywanie
      awantur domowych.
      W każdym razie ja tak myślę i to pomaga.
      Albo mąż wychodzi do pracy, ja jeszcze na niego wściekła po jakiejś sprzeczce,
      a za chwilę sobie myślę, że już strasznie za nim tęsknię i... od razu mi złość
      przechodzi. smile

      I wiesz co? Trzeba bardzo uważać na słowa. Wiem, że to trudne, w kłótni czasem
      ciężko nad sobą zapanować. Coś się wyrwie, a potem się bardzo żałuje. Ja w
      największej awanturze staram się panować nad słowami. Wiem, że chwila
      zapomnienia, i będę żałować do końca życia, że coś palnęłam. Jak do tej pory mi
      się udaje. smile
      Uśmiechnij się już! smile Będzie dobrze!
    • aniahrabi Re: Jak się kłócimy... 27.03.04, 20:45
      Może cię to zdziwi co napiszę ale zazdroszczę Ci tego, że potrafisz po kłótni płakać. Ja właśnie dzisiaj pokłóciłam się ze swoim mężem i (jak zawsze) nie płakałam. Zapewniam Cię, że wtedy dopiero rozpamiętuje się długo. Ile bym dała,żeby łzy przychodziły mi łatwo!!! Pozdrawiam i pamiętaj - płacz wzmaga w organiźmie wydzielanie serotoniny odpowiedzialnej z uczucie szczęścia i odprężenia. Jesteś na dobrej drodze. Pozdrawiam Ania mama Dominika
    • kajami1 Re: Jak się kłócimy... 27.03.04, 21:54
      Kłótnia krótka ale za to prawie na noże. Tak to wyglądało u nas przez ponad dwa
      lata. Potem ryk, szloch, kwiatki a wszystko o duperele. Cóż cena jaką płaci
      związek dwóch choleryków.
      Wkońcu stwierdziłam, że mam dość. Postanowiłam coś z tym zrobić i zrobiłam.

      Gdy czuję, że zbliża się burza mówię do mojego męża coś w stylu : Jareczku,
      pogadajmy za dwa dni bo kiepsko się dziś czuję itp (a w myśli: jeszcze słowo a
      twoje walizeczki koszącym polecą do mamusismile) On wtedy: coś Ci jest? (w
      myślach pewnie: dlatego się tak czepiasz!!!) A ja na to, że mam bardzo zły
      dzień (wina niby po mojej stronie ale wojny niet). Cóż, buzuje we mnie jakiś
      czas jeszcze (w nim chyba też) ale lepsze to niż 2-3 ciche dni.

      Na szczęście tych konfliktów nie ma aż tak dużo więc nie może mnie uważać za
      hipochondryczkę, a poza tym jeśli po jakiejś godzinie czuję, że to naprawdę
      ważna kwestia to rozpoczynam rozmowę, ale wtedy gdy już opadną pierwsze emocje.

      A najlepsze jest to, że mój mężuś chyba dobrze wyczuł moją metodę bo ostatnio
      zanim się zdążyłam porządnie wkurzyć wyjechał do mnie z miną
      cierpiętnika : "Kochanie, wiesz jaki dzisiaj miałem zapieprz w pracy, nawet nie
      mam siły rozmawiać". Tak mi się zachciało śmiać, że zapomniałam o co miałam się
      wściecsmile

      Wiem, że to trochę dziecinne ale u nas działa. Napisałam to po to, żebyś
      pomyślała czy nie można czegoś zmienić w Waszym związku, oczywiście w sposób,
      który do Was pasuje.

      Pamiętaj, "że po nocy przychodzi dzień a po burzy słońce...."

      Pozdrawiam.
      Kasia
      • sylwia-wesola1 Re: Jak się kłócimy... 28.03.04, 10:46
        U nas to właściwie wcale nie ma kłótni, tj. bardziej lub mniej burzliwej
        wymiany zdań. Zwykle jest tak, że to ja zaczynam mówić, co moim zdaniem jest
        nie tak z tym czy z tamtym, mąż się nie odzywa, siedzi odwrócony do komputera
        i ma minę w stylu: coś Ty znów wymysliła?! Ja gadam dalej, on coś tam bąknie
        czasem, ja zaczynam sie wkurzać, że nie rozmawia ze mną, dochodzi płacz (mój
        oczywiście), a mąż przyjmuje postawę ofiary, mówiąc najczęsciej: no tak,
        wszystko to moja wina. Niecierpię takiego przebiegu, ale mój mąz poprostu chyba
        nigdy nie nauczył się rozmawiać na temat problemów, nigdy o nich nie mówi. A mi
        już ręce czasem opadają, bo nie wiem jak go tego nauczyć. Własciwie wychodzi na
        to, że ja naprawde wymyslam problemy, bo on nigdy nie ma żadnych zastrzeżeń, bo
        nigdy o tym nie mówi. Jakiś czas temu zmieniłam nieco taktykę, i zamiast płakać
        po kilkunastu minutach gadania "do ściany" zaczynam wrzeszczeć. Robi
        wrażenie smile Mąż nie zaczyna niestety rozmawiać za bardzo, ale mi złość po tym
        krzyku szybciej przechodzi. A on następnego dnia zaczyna się zachowywać odrazu
        lepiej smile
        Ale powiem Wam, że czasem chciałabym tak normalnie się pokłócić, a potem
        pogodzić smile))
        Cieszy mnie jedno w tych dziwacznych "kłotniach" - nie obrażamy się słowami,
        nie ubliżamy sobie, to jest chyba to panowanie nad słowami.
        Ale pamiętliwa jestem okropnie. Bardzo za bardzo sad((
    • l.e.a Re: Jak się kłócimy... 28.03.04, 11:17
      Jesteśmy małżeństwem z 6-letnim stażem , mieszkamy razem 8 lat i NIGDy nie bylo
      jeszcze w domu kłótni. Mam bardzo spokojnego i wyrozumialego męża, a kiedy to
      ja zaczynam podnosic glos on przychodzi przytula i mówi " kochanie i co Ci to
      da ten krzyk ? " no i powiedzcie jak się znim kłócic ? no jak ? Kiedy mam
      odmienne zdanie niz on, siadamy i rozmawiamy - nie ma kłótni. Kiedy za dużo we
      mnie negatywnych emocji, wywrzeszczę je na próbie z zespołem wink

      pozdrawiam serdecznie - lea
    • rutkam Re: Jak się kłócimy... 28.03.04, 20:02
      Ja też jestem bardzo ale to bardzo pamiętliwa.A każde wypowiedziane przez mojego
      męża przykre słowo tak mnie rani że nie potrafię powstrzymać łez.Najgorsze
      jednak w tym wszystkim jest to że on po 10 min. nie pamięta co mówił i jak się
      wyżyje to chce się godzić a ja wtedy jestem tak nabuzuwona żebym go wysłała do
      diabła.Muszę jednak powiedzieć że przez te 2 lata po ślubie to i tak się bardzo
      dużo zmieniło,na początku małżeństwa to ja się zacinałam w sobie (a że należę do
      osób upartych)to nawet 2-3 dni się nie odzywałam ani nie dawałam do siebie
      dotknąć.Ale teraz już zmądrzałam i tak wiem że trzeba się pogodzić,bo po co się
      w końcu hajtnęliśmy na pewno nie dlatego żeby się rozwodzić.
      • abere8 Re: Jak się kłócimy... 07.04.04, 04:11
        rutkam napisała:

        > Ja też jestem bardzo ale to bardzo pamiętliwa.A każde wypowiedziane przez
        mojeg
        > o
        > męża przykre słowo tak mnie rani że nie potrafię powstrzymać łez.Najgorsze
        > jednak w tym wszystkim jest to że on po 10 min. nie pamięta co mówił i jak się
        > wyżyje to chce się godzić a ja wtedy jestem tak nabuzuwona żebym go wysłała do
        > diabła.Muszę jednak powiedzieć że przez te 2 lata po ślubie to i tak się
        bardzo
        > dużo zmieniło,na początku małżeństwa to ja się zacinałam w sobie (a że należę
        d
        > o
        > osób upartych)to nawet 2-3 dni się nie odzywałam ani nie dawałam do siebie
        > dotknąć.Ale teraz już zmądrzałam i tak wiem że trzeba się pogodzić,bo po co
        się
        > w końcu hajtnęliśmy na pewno nie dlatego żeby się rozwodzić.

        Przepraszam, ze sie tu nie-mama wtraca, ale temat, niestety, bliski memu
        sercu...

        Ja mam dokladnie to samo co rutkam. Jak moj maz powie cos niemilego, to mnie to
        tak rani, ze sie zatykam, bo gdybym probowala cos powiedziec, to bym sie zaraz
        rozryczala, a tego zawsze chce uniknac za wszelka cene. Po prostu przestaje sie
        odzywac. Dlatego nie ma u nas klotni, ktore "oczyszczaja atmosfere", tylko
        ciche dni z mojej strony. On uwaza, ze przesadzam, ale jak ja mam byc radosna
        jak ptaszek, jesli on mnie czyms mocno zranil (chociaz czesto to nie jest nic
        powaznego, tyle moge przyznac) i nie przeprosil, na przyklad za to, ze go
        ponioslo i w nerwach cos niemilego rzucil? Bledne kolo sie robi, bo ja mu nie
        jestem w stanie tego wyjasnic bez lez, a jak mowilam, nie chce okazywac swojej
        slabosci.

        I czy to normalne, ze ja sie pocieszam faktem, ze mamy tylko slub cywilny
        (koscielny z roznych wzgledow za jakis rok sie odbedzie) i jak bedzie naprawde
        zle, to go po prostu zostawie?

        Pozdrawiam mamy i nie-mamy!
    • aetas Re: Jak się kłócimy... 28.03.04, 21:21
      Szymanko,
      Nie wiem, co lepsze: kłótnie czy "niekłótnie". Kłótnie podobno oczyszczają
      atmosferę, ale też łatwo palnąć coś, czego człowiek nieraz do końca życia
      żałuje, a jak raz się powie coś przykrego, to potem niestety łatwiej jeszcze
      raz itd. U nas kłótnie nie zdarzają się, takie z podnoszeniem głosu i mówieniem
      sobie przykrych rzeczy, jest za to CISZA, tym straszniejsza, że nie
      rozwiązująca dosłownie niczego. Ponieważ nie zawsze udaje nam się dogadać
      (pewnie dlatego, że jesteśmy z różnych planet...), jak już czuję się całkiem
      bezradna, dochodzi do tego jeszcze przeczucie, że nie dojdziemy do porozumienia
      na dany temat BO NIE (i tak się zdarza), wyłączam się. Z perspektywy czasu
      okazuje się to najgorszym, co mogę zrobić. Mój mąż się też czasem wyłącza, ale
      ja mam większą skłonność do urywania kontaktu. Ostatnio (znaczy jakieś 8 mies.
      temu, małżeństwem jesteśmy od 8 lat) pobiliśmy swój smutny rekord, nie
      gadaliśmy ze sobą normalnie przez kilka miesięcy (chodzi mi o rozmowy z
      wyłączeniem tych nt. dziecka, czynszu, pieniędzy, a co tam panie w
      polityce...). Było jakieś napięcie spowodowane tym, że żadne nie wiedziało, jak
      z tego impasu wybrnąć i jak wrócić do tego, co było dawniej... O co poszło? Już
      nie pamiętam nawet... Udało się jakoś wrócić do normalnego kontaktu,
      powiedzieliśmy sobie szczerze i serdecznie wiele ważnych rzeczy, kilka
      wyjaśnień i jest dobrze. Po tym, jak długo było tak chałowo, bardziej doceniam
      normalność i staram się na bieżąco wyjaśniać różne rzeczy i jak widzę, że coś
      się zbliża, to staram się rozładować napięcie (mąż się zresztą też w tym
      wyszkolił i czasem to on rozładowuje).
      Szymanko, myslę, że z Tobą jest wszystko w porządku, a to, że przeżywasz bardzo
      tę sytuację, świadczy o tym, że zależy Ci, żeby było dobrze i że wrażliwa
      kobieta jesteś po prostu. Nie da się poradzić czegoś w takiej sytuacji, nie ma
      recepty. W każdym razie nie warto sie unosić i nie odzywać tak, jak ja, bo to
      nigdzie nie prowadzi. Rzadziej jednak człowiek żałuje, że czegoś nie
      powiedział, niż czegoś, co powiedział. Wiem, że w nerwach łatwo się mówi różne
      rzeczy, moja siostra ma taką metodę, że wykrzykuje wszystko, co jej przyjdzie
      na myśl, ale to nie jest dobra metoda, zresztą mojej ze straszną ciszą też nie
      polecam. Pewnie każdy związek potrzebuje wypracowania jekiejs odrębnej metody.
      Podoba mi się pomysł Kajami, jak znam życie, przyjdzie czas, że będę mogła sama
      ja wypróbować. Współczuję Ci bardzo Szymanko, bo wiem troszkę, jak sie możesz
      teraz czuć. Mam nadzieję, że poradzicie z tym sobie i naprawdę będzie dobrze. I
      ciepło.
      Pozdrawiam
      gosia
    • aetas Re: Jak się kłócimy... 28.03.04, 21:54
      Kobiety mają, niestety, wrodzoną skłonnośc do rozpamiętywania wszystkiego,
      dlatego tak długo nie mogą dojść do siebie i spojrzeć bez oporów na wszystko po
      pewnych wydarzeniach. Ciągle przesuwaja się przed oczyma obrazy, w uszach długo
      rozbrzmiewają wypowiedziane słowa... To samo mam. Nie da się utopić wzroku w
      gazecie czy TV, żeby przeszło... nie przechodzi, dlatego tak się długo człowiek
      (płci żeńskiej) męczy po kłótni. Nie chcę się wypowiadać w imieniu facetów, ale
      im chyba jednak szybciej przechodzi.
      Napisz, Szymanko, czy coś się zmnieniło
      m.
      • mrufkaa Re: Jak się kłócimy... 29.03.04, 01:01
        Hmmm... u nas to sie krok po kroku zmienialo, na lepsze, na szczescie. I pewnie
        nadal sie bedzie zmieniac, oby w tym samym kierunkusmile
        Kiedys potrafilismy sie poklocic oblednie. Para cholerykow co przysiadla na
        rozzarzonych weglachsmile I to byly chyba najgorsze klotnie w naszej karierze.
        Duzo sie zmienilo, kiedy zaszlam w ciaze. Po pierwsze- mnie jadly hormony i
        Alex chyba pierwszy troche wydoroslal, bo dal na luz, a po drugie Julia
        zmienila wyraznie perspektywe naszego zwiazku. Wielokrotnie slyszalam, ze
        charakter kobiety lagodnieje wraz z macierzynstwem i chyba jestem tego
        przyklademsmile
        A tak bez zabawnych terorii, to po prostu widze jak uczymy sie dialogu. Jak
        uczymy sie znajdowac czas na rozmowe pomimo nawalu obowiazkow, ogromnego
        zmeczenia, natloku spraw... Byl okres, ze, jak to ktoras emama w innym poscie
        napisala, prowadzilismy przez chwile wspolne gospodarstwo zwane domem i opieka
        nad dzieckiem. Ale wtedy to nawet i klotni nie ma... bo ludzie sie mijaja i sa
        bardzo samotni.
        Oczywiscie, ze wciaz sie klocimy. Nieczesto. I zwykle moj maz potrafi mi
        racjonalnie wytlumaczyc dlaczego zawinil, dlaczego stalo sie cos, co mnie
        wkurzylo tak bardzo. Nawet jak mam ochote nim potrzasnac ( 198cm, hihi), to po
        takiej rozmowie zwykle mi glupio, ze mialam takie mysli. Ale Alex nauczyl sie
        DO MNIE MOWIC i MI TLUMACZYC. A to wielka umiejetnosc u faceta ( tak sadze). A
        ja nauczylam sie sluchac tlumaczen, mimo iz pokrywka mi skaczesmile
        Nam chyba tez rodzicielstwo po prostu troche ostudzilo temperamentysmile))
    • weronikarb Re: Jak się kłócimy... 29.03.04, 13:14
      Moj maz sie nie kloci, zreszta tylko ja mam zawsze jakies ale smile Na ogol tez
      nie mowie o co chodzi tylko przeczekam az mi przejdzie. Maz wie ze cos nie tak
      i wie ze o cos jestem wkurzona, nieraz mu powiem, a nieraz powiem ze poprostu
      nic mi nie jest. Zebys krzyczeli na siebie to nigdy, jak kiedys podnioslam glos
      to widzialam ze Jarkowi bylo bardzo smutno. Moj maz jest wrazliwy, ale neistety
      jak wiekszosc facetow tylko na emocje wywolane niedopowiedzeniami, klotnia itp.
      Renata
    • ladydark Re: Jak się kłócimy... 07.04.04, 10:38
      Witam,
      My z mezem dość często się kłócimy o byle co, a właściwie to ja się kłócę a on
      siedzi cicho i się głupio uśmiecha ze stoickim spokojem co mnie jeszcze
      bardziej nakręca i jeszcze bardziej wrzeszczę i coraz mniej przebieram w
      słowach. Poczym męzus się pyta zadowolony, czy jeszcze coś na co ja dostaje
      furii i zczynam ryczeć a jak sie wyplacze to juz jestem spokojna i oczyszczona
      ze wszystkich negatywnych emocji. Natomiast jezeli chodzi o sprawe poważniejszą
      to zazwyczaj mój maz robi mi kazanie i potem jest dyskusja. Nie przypominam
      sobie kiedy ostatnio na mnie wrzasnął. Nigdy też nie mieliśmy "cichych dni"
      każda sprawa musi być wyjaśniona do końca. czasem nawet do 4 nad ranem
      potrafimy dyskutowac i zawsze dochodzimy do jakiegos tam porozumienia i sie
      godzimy w b mily sposób. Co oczywiście nie oznacza ze sie trzymamy tego
      porozumienia bo zaraz na drugi dzien wylaza następne powody do sprzeczek i tak
      juz jest raz wojna a raz sielanka
Inne wątki na temat:
Pełna wersja