Dodaj do ulubionych

akceptacja dzieci partnera

05.10.04, 13:14
Witam wszystkie dziewczyny na forum, dziekuje za przyjecie mnie do Waszego
milego grona smile
Czytalam wiele watkow z tego forum dotyczacych dzieci partnera, czasem o
trudnosciach z nimi, lecz czesto piszecie, ze uwielbiacie te "maluchy" i
macie wspanialy kontakt z dziecmi.
Ja jestem z mezczyzna starszym o 10 lat (mam 27), on jest w trakcie rozwodu,
ma 3 dzieci (syn 15, corki 13 i 10lat). Dzieci mieszkaja z matka, nie
poznalam ich, bo ona sie na to nie zgadza. Jesli chodzi o rozwod, to obydwoje
zdecydowali sie na to zgodnie i kulturalnie. Przez kilka pierwszych miesiecy
rozwodu (kiedy ja i N (tak nazwe mojego partnera) nie znalismy sie) wszystko
bylo ok, byli na "przyjacielskiej" stopie. Ona twierdzila, ze to byla
najlepsza decyzja, ze wreszcie znajdzie sobie prawdziwego mezczyzne, ze
wszystko miedzy nimi umarlo itp.
Od kiedy jednak on jej powiedzial, ze sie zakochal we mnie, rozpoczela sie
wojna. Ta kobieta (przyszla ex-) zaczela sie kontaktowac z nim jedynie przez
dzieci, wciaz go prowokuje, traktuje jek worek z pieniedzmi, jak krowe
mleczna, obrzuca obelgami, mowi dzieciom, ze ojciec ich nie kocha, ze
porzucil rodzine dla "Barbie" (dowiedziala sie, ze jestem blondynkawink itp.
Mowi, ze bedzie szczesliwa, jesli go porzuce i unieszczesliwie go itd.
Nastawia dzieci przeciwko niego, ktore teraz dzwonia do niego tylko wtedy,
gdy czegos chca, a na urodziny dostal jedna wspolna kartke i zyczenia :"masz
kartke na urodziny" (co go troche otrzezwilo, bo czul sie winny, ze je
rzadziej widuje i rekompensowal im to spelniajac ich zachcianki).
Ta kobieta sie nie przejmuje. Wczesniej tracilam przez nia nerwy, trzeslam
sie gdy slyszalam o nowym wybryku. Jednak w pewnym momencie doszlam do
wniosku, ze nie warto niszczyc sobie zdrowia przez.. takie COS, ktore
najwyrazniej jest brakujacym ogniwem w teorii Darwina. (zeby pokrotce
nakreslic jej charakter: pare lat temu zdenerwowala sie gdy chcial odejsc i
ugryzla do w reke, do dzis ma blizne; pare miesiecy temu zaatakowala go nozem
kuchennym w przedramie, tez zostala blizna; rozbila z nerwow komputer,
rzucala butelkami itd).
Moim problemem sa jego dzieci. Mysle, ze N bylby idealnym mezczyzna, gdyby
ich nie mial. Na dodatek to nie jedno dziecko, ale TROJKA! Nie poznalam ich,
ale ich juz nie lubie, wyobrazam sobie, jak sa w naszym domu i panosza sie i
przeszkadzaja. Nie wiem jak to bedzie, jak bedziemy gdzies "w piatke" na
wycieczce itp, bo moze do tego dojsc (N o tym marzy). Ja bede z boku, gdy on
bedzie trzymal za rece 2 corki, nie bede go mogla przytulic, czy pocalowac. W
ogole nie ciagnie mnie specjalnie do dzieci, moze do malych bardziej, ale te
sa w takim "glupim" wieku! ni to dorosle, ni to male sad Dla mnie sa
intruzami. Nie rozmawiem z N o jego dzieciach, wysluchuje jak ma z nimi
klopot, czasem cos poradze, pociesze go, ale nigdy o nie nie pytam. nie lubie
nawet sluchac, jak z nimi rozmawia przez telefon. Mam strasznie negatywny
stosunek do nich, boje sie, ze bede dla nich zmierzla, gdy w koncu je poznam
(bycmoze za jakis miesiac). Nie chce ich miec w swoim zyciu!
Niedawno mojemu bratu urodzilo sie pierwsze dziecko. Byl taki wzruszony.
Pomyslalam, ze N nie bedzie mial takich uczuc gdybym ja urodzila dziecko, bo
ma juz trojke! Dlaczego niektore dziewczyny znajduja chlopakow "bez bagazu",
tak jak byc powinno..? Bardzo kocham N, to co jest miedzy nami, to cos
niezwyklego, ale te dzieci sa cieniem na naszym zwiazku.
Drogie dziewczyny, co o tym sadzicie? Czy tez przezywalyscie podobnie? Jak
sobie poradzic? Wiele z Was jest w podobnej sytuacji i znacie problem.
Dziekuje z gory, za Wasze uwagi.
Obserwuj wątek
    • lideczka_27 Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 13:36
      Nie mam za wiele czasu, więc tak po krótce: trafiła Ci się eksia w typie psa
      ogrodnika - będzie ciężko. Źle się stało, że negatywny stosunek do matki
      przelałaś też na jej dzieci. Ponieważ to nastolatki i są przy mamie - może Ci
      być ciężko, bć może Cię nie zaakcpetują. Ja doradzam dystans i stanie z boku.
      Na problem braku akceptacji istnienia dzieci partnera jest tylko jeden sposób:
      rozstanie. Nie musisz kochać, lubić, rozmawiać, przymilać się, nie musisz nic.
      Ale nie wolno przeszkadzać ojcu w kontaktach z dziećmi, szkodzić im, namawiać,
      jątrzyć... Żyj własnym życiem, bierz chłopa z całym dobrodziejstwem inwentarza
      lub odpuść. A tym, że on ma trójkę dzieci i Wasze już go nie ucieszy to się nie
      przejmuj. To takie głupie lęki nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.

      pozdrawiam
      lidka
      • marlena1512 Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 13:54
        Dieki Lideczka, za odpowiedz. Musze jednak conieco sprostowac: Nie mam
        negatywnego stosunku do dzieci ze wzgledu na matke i nie obchodzi mnie, czy
        mnie zaakceptuja, czy nie. Absolutnie nie przeszkadzam w widzeniach, ani nie
        szkodze i jatrze. Gdy on widzi sie z dziecmi, ja robie cos innego. Na poczatku
        bylo mi przykro, ale przetlumaczylam sobie, ze mam przynajmniej wiecej czasu
        dla siebie.
        Przeprowadzilam sie dla niego z innego miasta, nawet z innego kraju...
        mieszkalam we Francji, a od 2 miesiecy mieszkamy w Anglii, on jest Anglikiem.
        Jest mi trudniej, niz "normalnie", bo nie mam tu przyjaciol, tylko kilka
        znajomosci... Szukam tez pracy, wiec nie mam zbyt wiele okazji, by kogos
        poznac.. Mysle, ze jak moje zycie "spoleczne" sie rozwinie - bedzie mi latwiej,
        bo bede mniej skoncentrowana na sprawach domowych i nabiore wtedy wiekszego
        dystansu. Mam nadzieje, ze tak bedzie.
    • bei Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 13:51
      Wiem, że wszystkie myśli mogą przemknąć przez głowę...ale nie możesz sie
      ustawiać negatywnie...to tylko dzieci...i aż dzieci- i OCH_ DZIECIsmile
      Mamy rózne nastroje- niedawno sama byłam rozdrażniona- i myslałam ,że uwilbiany
      przeze mnie P jest egoistą...a to wypił na raz 2 liry coca-coli, a to xle
      powiedzial do braciszka w brzuszku, a to nie dzieli sie z nikim słodyczami...a
      to je niepotrzebie zabiera-a poxnie wyrzuca...poszłam po rozum do głowy- i
      wytłumaczyłam sobie jego zachowanie- to ja musiałam poprawić swoje- bo dzieciak
      poczuł sie pewnie zagrożony- i chcial sprawdzić- jak będę reagować na jego
      egoizm...
      Przebywamy ze sobą po 3/4 m-ca- mamy więc troche czasu- by sie poznac...miałam
      czas by go pokochaćsmile

      Dzieci partnera- ależ ja pokochałam Anioła za to - i zato- że jest świetnym
      ojcemsmile
      Widziłam go w roli taty nie od świeta...
      Jego dziecko- ni i jego byłej pani- jest dla mnie wazna cząstką samego A...ba-
      częścia- NIEROZERWALNĄ...
      Masz wcale nie tak trudne zadaniesmile
      Jeśli będziesz gościc rzadziej dzieci swojego partnera- to masz okazje na
      zgromadzenie większego potencjalu tolerancji, spokoju...
      Możesz jawić sie dzieciom jako uosobienie spokoju...łatwiej jest raz kiedys
      zorganizoważ czas- by był świąteczny i przyjemny...
      Raz kiedys- np raz w tygodniu- czy 2 razy- nie wiem- jak często dostapisz
      zaszczytu goszczenia dzieci- można przymykac oko na szaleństwa dzieci..na
      wybryki- jakże dziecięce....och...masz takie pole do popisusmile
      Co do tego- czy je polubisz.........
      ja nie nastawialam sie- że mam polubić Pata- wpierw to chciałam- by Patowi było
      przyjemnie...i jego ojcu- by też mu tak było...
      a później- to zauważyłam- że biegam w nocy zmartwiona- bo zakasłal...bo śniło
      się mu coś złego...tuliłam go na poczelakni i szalałam z niepokoju- bo był
      chory (37na plusie!!!!) smile- a ja umieralam, ze starchu- że sie rozchoruje
      bardziej...godzinami oglądałam zabawke- by wybrać coś- co na pewno spodoba sie
      mu...to przyszło samo....
      Martwie sie o jego test z angielskiego, o czytanie czytanki...i pękam z dumy-
      bo jest najlepszy z matmy...
      relacje z dzieckiem partnera- nie zrażaj sie- gdy nie będą na początku
      najlepsze- tylko próbuj...by zmienić je na choćby poprawne....albo dobre...a
      moze niepotrzebnie sie zrazasz- moze będą najlepsze...
      Pamietam, że Pat na początku irytowal mnie swoim zachowaniem.......a przecież
      nasze rodzone dzieci- też to robiasmile..też maja złe dni..też potrafią byc
      nieznosne....TO TYLKO DZIeCIsmile

      pozdrawiam
    • bei Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 13:54
      ...idealny facet.....to taki który nie ma...czy ma dzieci....och...idealnosci
      nie zmierzymy miarą bycia- lub nie-bycia Tatą...
      Popatrz lepiej- jakim on jest tatą- gdy te dzieci ma...
      i czasmi nie wymagaj- by mial zapomnieć o nich....bo wówczas to wyrazasz zgode-
      ze moze kiedys zapomnieć o Waszym dziecku...
      ja nie chcę Cie straszyc- ale przeciez w życiu róznie bywa...
      a moze te dzieci są szansą- by wprawić sie uż w bojach wychowawczychsmile
      • marlena1512 Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 14:02
        Dzieki, Bei. Postaram sie zmienic moje nastawienie,na bardziej pozytywne, ale
        generalnie ze nie ciagnie mnie do dzieci, nie mam swoich, chce miec tylko
        jedno, boje sie ciazy, porod chce miec cesarski, bo tez sie boje - pewnie
        wyszlam na straszna egoistke sad
    • bei Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 14:04
      i nie patrz na dzieci- przez pryzmat ich Mamy....
      a co do Eks....to tam, gdzie chodzi o rozejscie partnerów- to są wielkie
      emocje....
      czasami nie ma miejsca na honor..na ambicje...są takie momenty- gdzie pewnie
      strony wstydzą sie za te emocje- ale cóz- to jest życie...
      Dzieci- to zobowiązanie...trzeba im ułatwić przystosowanie sie do jakże nowej-
      i brutalnej sytuacji...pomyśl, co one czują...ich ostaoja- rodzina- przestała
      istnieć...Mama jest zdenerwowana, Taty nie widzą...i chcesz- by mialy wroga w
      Tobie...zacisniej zęby...a jeśli nie potrafisz pogodzic sie z tym, że partner
      dzieci ma- to juz teraz zrezygnuj...
      i nie mów- że on by nie docenil ojcostwa w waszym rodzicielstwie- dziecko- to
      dziecko- i nie ważne- w jakiej kolejnosci pojawia sie na świecie...
      Mój anioł twierdzi, że dla niego ta ciaża- w której razem chodzimy- jest
      dojrzała...docenia ją bardzo...każda chwila szeptana do brzuszka ma swoją
      wartosć....
      Może powinnaś zasięgnąc rady psychologa....ktos profesjonalny powinien Ci
      pomóc...wiem...zachowanie jego eks Ci nie pomaga...jestes
      rozgoryczona..rozżalona....to normalne- tak ludzie reagują..powiem Ci- że
      otrząsnąc sie można z takich myśli...tylko musisz chciec..


      och...sorrki, ze aż tyle ci napisałam...emocje, emocje, emocje
      • bei Marlenko....:):) 05.10.04, 14:08
        napisze do Ciebie na pocztę......powiem Ci...mnie jest łatwiej...
        Dziecko....swoje własne- czy urodzone..... to miłość robi z nich NASZE
        dziecko....
        jestem teraz w ciaży- będę miala cc- rodziłam już naturalnie- i ja boję sie CCsmile
        to kolejny temat- co jest "lepsze".....a prawda jest taka, ze w każdej sytuacji-
        sa jej dobre i złe aspektysmile

        Sorrki, że tyle ci nagadałam...jak napisze wieczorkiem maila- to moze mnie
        zrozumiesz..... i nie gan siebie za swoje myśli.....za niecheci...to
        normalne..jak nam zależy- to myslimy- i te mysli są róznesmile
    • jayin Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 14:21
      > Witam wszystkie dziewczyny na forum, dziekuje za przyjecie mnie do Waszego
      > milego grona smile

      Witam serdecznie smile

      > Ja jestem z mezczyzna starszym o 10 lat (mam 27), on jest w trakcie rozwodu,
      > ma 3 dzieci (syn 15, corki 13 i 10lat).

      smile U nas też jest 10 lat różnicy.
      Tyle, że w kwestii dzieci jest jedno (syn), skończone 13 l.

      Czytam o tej "waszej" Ex i myślę, że wyjątkowo drastyczny charakter ma.. Trochę niezrównoważony nawet (ta scenka z nożem.. brrr...suspicious bałabym się zasnąć smile

      > Mowi, ze bedzie szczesliwa, jesli go porzuce i unieszczesliwie go itd.

      Pies ogrodnika smile

      > Nastawia dzieci przeciwko niego, ktore teraz dzwonia do niego tylko wtedy,
      > gdy czegos chca, a na urodziny dostal jedna wspolna kartke i zyczenia :"masz
      > kartke na urodziny"

      Wpływ rodzica wychowującego dziecko/dzieci - jest ogromny. I nie do wyłączenia.
      Czasami "niestety", ale czasami "na szczęście".

      > Ta kobieta sie nie przejmuje. Wczesniej tracilam przez nia nerwy, trzeslam
      > sie gdy slyszalam o nowym wybryku. Jednak w pewnym momencie doszlam do
      > wniosku, ze nie warto niszczyc sobie zdrowia przez..

      I bardzo dobrze. Twoje nerwy i tak by nie wpłynęły na jej zachowanie. A ty byś miała zepsute dni i noce przez nerwówkę.

      > Moim problemem sa jego dzieci. Mysle, ze N bylby idealnym mezczyzna, gdyby
      > ich nie mial.

      Wiesz, a ja myślę, że ZAWSZE fakt posiadania dziecka wpływa mniej lub bardziej widocznie na człowieka. Oczywiście są oporne wyjątki, które w ogóle nieodnotowują w sobie zmian z tego powodususpicious Ale ogólnie rzecz biorąc, jakby facet dziecka/dzieci nie miał, to stawiam 10:1 że byłby w dużej mierze innym człowiekiem (w kwestii zachowania, pogladów na swoje własne życie, przyszłosci itp.).
      Może byłby... mniej idealny niż teraz?smile
      Nie ma co gdybac mimo wszystko.
      Skoro z nim jestes, tzn. ze jest ci z nim dobrze - i to przewaza nad tymi "negatywnymi" sprawami wynikającymi z posiadania przez niego dzieci.

      > Na dodatek to nie jedno dziecko, ale TROJKA! Nie poznalam ich,
      > ale ich juz nie lubie, wyobrazam sobie, jak sa w naszym domu i panosza sie i
      > przeszkadzaja.

      Spróbuj tyle nie myśleć... To naprawdę przeszkadza i wpływa źle na człowieka, jak sobie na podstawie własnych teorii wymyśla scenariusz i postać czyjąś...uncertain
      Mówię z autopsji.
      Lepiej podchodz do tego NEUTRALNIE i staraj sie nie myslec o dzieciach za duzo. Szczegolnie negatywnie. Dopoki nie pojawią się osobiscie w twoim zyciu. Wtedy sama stwierdzisz jakie sa i czy je znielubisz, czy nie.

      A tak sama nakręcasz się negatywnie wymyslając sytuacje, w ktorych widzisz siebie, te dzieci - i one męczą cię sobą, swoim wpływem na ojca i wasze zycie.
      Niepotrzebnie..


      >Nie wiem jak to bedzie, jak bedziemy gdzies "w piatke" na
      > wycieczce itp, bo moze do tego dojsc (N o tym marzy).

      Nikt tego nie wiesmile

      > Ja bede z boku, gdy on
      > bedzie trzymal za rece 2 corki, nie bede go mogla przytulic, czy pocalowac.

      A skąd wiesz? To jest właśnie to "nakręcanie" się teoriami.
      W ogole, porozmawiaj najlepiej o tym z N. Powiedz mu o tym, ze boisz sie byc "odstawiona na boczny tor", kiedy pojawia sie w waszym domu dzieci.
      Razem pewnie wspolnie cos wymyslicie. Jakis kompromis, rozwiazania. Jesli on jest w porządku wobec ciebie i zalezy mu na twoim samopoczuciu.

      > W
      > ogole nie ciagnie mnie specjalnie do dzieci, moze do malych bardziej, ale te
      > sa w takim "glupim" wieku! ni to dorosle, ni to male sad Dla mnie sa
      > intruzami.

      Szkodauncertain
      Ale rozumiem, że tak mozesz odczuwac to wszystko.
      Tylko sprobuj opierac odczucia na faktach, a nie na tym co ty myslisz, ze bedzie, albo myslisz, ze jest... Serio. Moze okazac sie cos zupelnie odwrotnegosmile

      > Nie rozmawiem z N o jego dzieciach, wysluchuje jak ma z nimi
      > klopot, czasem cos poradze, pociesze go, ale nigdy o nie nie pytam. nie lubie
      > nawet sluchac, jak z nimi rozmawia przez telefon.

      Nie masz obowiązku interesować się jego dziecmi. Jesli tego nie chcesz. Sluchac rozmow tez nie musisz. Niech dzwoni jak nie słyszysz np.
      Dopoki nie przestawisz myslenia na to, ze te dzieci nie są dla ciebie rywalami, czy zagrożeniem. Bo to chyba największy problem.

      Ja miałam podobny przez chwilę, na początku. Na szczescie krotkotrwałą, bo dzięki paru osobom szybko zatłukłam w sobie te "teoretyzowania" i poskromiłam wyobraznie oraz analizowanie wszystkiego pod negatywnym kątem. A jak popadnę w takie "teorie" to zatrzymac sie nie mogę smile)) Więc juz nie mysle o tym w kategoriach "co mi się wydaje".


      > Mam strasznie negatywny
      > stosunek do nich, boje sie, ze bede dla nich zmierzla, gdy w koncu je poznam
      > (bycmoze za jakis miesiac). Nie chce ich miec w swoim zyciu!

      Na to nic nie poradzisz.
      Nie musisz ich kochac. Wystarczy jak nie bedziesz okazywac im swojej niechęci. Chociaz dzieciaki i tak wyczuwają to, bez słów.
      A opcja, ze w ogole nie bedziesz z nimi spedzac czasu - jest dosc drastyczna, aczkolwiek do zrealizowania. Moze tak by bylo lepiej? Ale wtedy bedziesz zazdrosna o czas, jaki N. poswieca dzieciom, bez ciebie.

      > Niedawno mojemu bratu urodzilo sie pierwsze dziecko. Byl taki wzruszony.
      > Pomyslalam, ze N nie bedzie mial takich uczuc gdybym ja urodzila dziecko, bo
      > ma juz trojke!

      E tam smile
      Każde dziecko wzrusza rodziców. Jeśli je kochają.
      "Wyjątkowe" wzruszenie wywołuje oczywiscie PIERWSZE dziecko.
      Ale kazde kolejne - rowniez wzrusza. Kazde inaczej. Bo kazdemu towarzyszą inne okolicznosci i czas w zyciu ich rodzicow.


      > Dlaczego niektore dziewczyny znajduja chlopakow "bez bagazu",
      > tak jak byc powinno..?

      Stereotyp smile
      Tak jak ten (ostatnio słyszany na znajomej wsi), ze jak sie nie wezmie slubu koscielnego to "się nie liczy"smile) Albo ze rozwód to hańba i potępienie wiekuiste (społeczne i religijne). Albo.. Długo by wymieniac "jak byc powinno".


      > Bardzo kocham N, to co jest miedzy nami, to cos
      > niezwyklego, ale te dzieci sa cieniem na naszym zwiazku.

      Długo jestescie razem?

      J.
      • marlena1512 Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 14:43
        Dzieki za bardzo logiczny i madry post, Jayin. Fakt, ze jestem troche typem
        marudera, wyobrazam sobie tylko negatywne rzeczy, gdy cos mi sie nie podoba,
        albo, gdy czegos sie obawiam.. ale pracuje nad soba!
        Poznalismy sie na weselu mojego brata w styczniu tego roku. Potem co weekend
        sie widzielismy, on przyjezdzal do Paryza, rzadziej ja do Londynu. W koncu
        mielismy dosc mowienia "do widzenia" co poniedzialek, wiec zdecydowalismy sie
        zamieszkac razem. Przeprowadzilam sie w lipcu. Zaadoptowalam sie juz w nowym
        srodowisku na tyle, zeby czuc sie dobrze, choc na poczatku bylo trudno. Troche
        sie oswoilam tez z mysla o jego dzieciach, z tym, ze o nich czasem mowi, ale to
        jeszcze nie to. Wciaz mam te glupie i zle uczucia...
        • jayin Re: akceptacja dzieci partnera 06.10.04, 10:58
          Ja myślę, że z biegiem czasu pokonasz w tym temacie swoje "marudzenie"smile Serio...
          Jak zostajesz "wsadzona" w pewną sytuację w życiu, nie od razu jestes na "TAK", nie od razu oswajasz się ze wszystkim. Do tego trzeba czasu. I minimalnej chociażby chęci.

          Powodzenia i trzymam kciuki za to, żeby dzieciaki miały mniejszy wpływ na twoje myśli smile
          J.
    • milka444 Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 15:28
      moj partenr ma dwoje doroslych dzieci. Corke, ktora w lutym konczy 18 lat i
      syna 21 letniego. Corka mieszka z matka, a syn z dziewczyna troche u swojej
      mamy, troche u rodzicow dziewczyny,
      Corke poznalam, jest przeurocza mloda dziewczyna. Balam sie tej konfrontacji
      okropnie. Noc poprzedzajaca jej przyjazd nie przespalam, caly dzien trzesly mi
      sie rece. Nie dlatego, ze balam sie ze bedzie mi przeszkadzac, ale dlatego, ze
      chcialam dobrze przed nia wypasc! Nie chcialam, zeby powiedziala swojemu ojcu,
      ze nie akceptuje naszego zwiazku.
      Ja polubilam ja bardzo szybko, czy ona mnie polubila, nie wiem, w kazdym razie
      stwierdzila, ze wolalaby mieszkac z nami niz z mama (bo u was jest normalnie).
      Duzo jednak zalezy od twojego partnera. Moj mezczyzna od samego poczatku
      twierdzil, ze ja jestem dla niego najwazniejsza (a opinia dzieci go nie
      interesuje - zechca - zaakceptuja - nie, on z nimi liczyc sie nie bedzie. To
      jest jego (nasze) zycie).
      To ja dazylam, zeby nie zrywal kontaktu z dziecmi (co chcial zrobic) po
      wyprowadzeniu sie ze swojego dotychczasowego domu. Wygralam. Ma kontakt z
      obojgiem (listowny i smsowy z synem, ososbisty - wizyty, telefoniczny i smsowy
      z corka). Wiem ile to dla niego znaczy.
      Kazdy normalny ojciec bedzie chcial pogodzic wszystko (wszystkich).
      A przyszla eksia sie nie przejmuj. Uspokoi sie jak zobaczy, ze ty jestes dla
      twojego M. na pierwszym miejscu. Najwazniejsze jest teraz zrozumienie i milosc
      miedzy Wami.
      Pozdrawiam
    • lilith76 Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 15:43
      dziewczyny już napisały wszystko co najważniejsze.
      spójrz jeszcze na to z innej strony - to powoli już nie dzieci, ale nastolatki,
      czyli partnerzy do rozmów, imprez kulturalnych. może najdziecie wspólne
      zainteresowania? jak znajomi, nie macocha - pasierbowie.
      istnieje duże ryzyko, że matka nastawi je przeciwko tobie i dadzą ci w kość,
      ale tu już rola ich ojca żeby spróbować wprowadzić je w cały ten układ.
      pomyśl, że może one też są pełne obaw i lęków, że kradniesz im ojca, pewnie ich
      nie lubisz lub zaciekawione jaka tak na prawdę jesteś.
      dla nich najważniejsze będzie bycie z ojcem, nie twoja obecność.

      Dlaczego niektore dziewczyny znajduja chlopakow "bez bagazu",
      > tak jak byc powinno..?

      a dlaczego inne znajdują sobie niealkoholików? tak jak być powinno. nie
      zdradzających? bez szatańskiej teściowej? bez długów? itd. w
      nieskończoność smile)) nie szukaj dziury w całym smile

      życzę ci poukładania sobie całej sytuacji. pisz jak wypadły spotkania.

      PS: hmm, ja mam inny stosunek niż ty (może dlatego, że uwielbiam dzieci). lubię
      i akceptuję każdą część ciała mojego M, więc siłą rzeczy także jego dzieci -
      widzę w nich jego. cholernie trudno mi ciebie zrozumieć, ale bardzo się
      staram smile
    • milka444 Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 16:00
      komp mi sie zawiesilsad
      chcialam jeszcze slowko na temat dzieci... Nie musisz ich kochac, ale powinnas
      pogodzic sie z tym, ze Twoj M. bedzie z nimi spedzac czas - taka juz kolej
      rzeczy. Tym bardziej jesli jest z nimi emocjolanie zwiazany. I nie mozesz
      wymagac od niego, zeby tego nie robil. Moze odciac sie od eksi, ale od dzieci
      nie powinien. A ty w zaleznosci od rozwoju sytuacji, albo zaakceptujesz - i
      bedziesz spedzac z nimi czas (przez to zblizysz sie do swojego M.), albo
      odseparujesz sie, ale wtedy licz sie z tym, ze bedziecie miec mniej czasu dla
      siebie, tematy do roznmow moga sie mijac...
      Zycze takiego wyklarowania sytuacji, zebys byla zadowolona!
    • zuza_a Re: akceptacja dzieci partnera 05.10.04, 16:12
      A mi się trochę wydaje, że jesteś zła na swojego N. Ja byłam w podobnej
      sytuacji jak Ty - już prawie rozwód, a on powiedział eksi o naszym związku
      chociaż go prosiłam żeby nie mówił. No i zaczęło sie. Od razu zakaz aby mała
      przyjeżdżała do naszego domu, a chwile potem zakaz aby widywała mnie. Zjem ją
      czy co? I tak jest do tej pory. No wiesz, nie chodziło o to, aby kłamać czy
      ukrywać, ale po co obwieszczać? No i ja byłam strasznie zła na M. Tak to już
      jest, że kobiety (czyli ja) potrafia uporządkować swoją przeszłość, a faceci
      nie za bardzo. No i jeszcze dzieci w wieku kiedy hormony buzują. Ja mam 12-
      latka w domu - wiem co to może byc. A na dodatek cała masa emocji w tych
      nastolatkach no bo tato odszedł, a jak eksia im robi wodę z mózgu to w ogóle
      sytuacja beznadziejna. A, chciałam powiedzieć, że jak zaczęliśmy mieszkac razem
      to Młody stał się koszmarny. Porozmawialiśmy i przeszło - po prostu był
      zwyczajnie zazdrosny i obawiał się co będzie jak nam nie wyjdzie. Dziecku z
      jednej strony łatwo jest dać komuś zaufanie, a z drugiej strasznie go boli jak
      coś nie wyjdzie i czasami stawia sobie mur obronny w postaci opryskilwości, tak
      na wszelki wypadek żeby nie zabolało jak coś się popsuje. Tak więc myślę, że
      dzieci mają w tym wszystkim najtrudniej i dlatego tak się zachowują. Moim
      zdaniem nie myśl o tym, bądź sobą. I porozmawiaj z N, bo tak naprawdę to
      wszystko zależy od facetów. Tak samo by było w drugą stronę - gdybyś to Ty była
      po rozwodzie i Twój eks robił jakieś numery, to przecież Ty byłabyś tym
      zderzakie, filtrem, nie wiem jak to nazwać, ale starałabyś się, żeby do Twoja
      rodzina nic nie ucierpiała. Trzymaj się.
      • bei To ja pochwale Eksię.... 05.10.04, 22:30
        Nie mamy zadnego wyroku sądu..mój A i Ona dogadali sie sami- kiedy p może bywac
        u nas..a kiedy u Niej..
        i bywa jeszcze wtedy- gdy sam chcesmile- tak więc 3/4 miesiaca- w najczarniejszej
        wersji- odrobinę mniej jest u nas...
        Eksia nie robi żadnych trudności...nie burzy go przeciw...jest taktowna..
        i ja robie to samo- nigdy nic złego o Mamie P- bo właściwie- to nawet powód by
        sie znalazł- ale taki- jak na kazdegosmile
        Każde z nas ma złe dni...każdemu mozna cos zarzucić....- mam tu na
        mysli "błędy" wychowawczesmile
        A co do "rozliczeń" pomiędzy Mamą P a jego tatą- to jest już sprawa tych dwojga-
        i ja nigdy nie ingeruję- A mi wszystko mówi- ale gdyby nie- to ja nie pytam...
        Maiłam szczęście- A- mój anioł....jego dziecko- relacje dosć poprawne- w
        porywach superowesmile..i Eksia- z którą można sie dogadac- jak na
        razie...och...by tylko nie zapeszyćsmile

        pozdrowionkasmile
    • natasza39 Re: akceptacja dzieci partnera 06.10.04, 00:34
      wiesz marlena... tak jakbym o sobie czytala, tyle tylko, ze ja mam dystans, bo
      sama mam dziecko starsze troche od jego dzieci, wiec wiem "czym sie to je"!
      Sproboj przekonac sie do dzieci, ale pamietaj, ze jak on jest normalny, to
      zawsze dzieci beda wazniejsze wiec nie stawiaj ultimatum : "ja albo one"
      Praeciez rowniez za to ich kochamy ze sa takimi wspaniałymi "tatami"
      Pozdrawiam serdecznie
      • adriana26 Re: akceptacja dzieci partnera 06.10.04, 09:48
        Witam,
        Spojrz na to z innej strony, dzieci to czesc Jego, wiec jesli odrobine uczucia
        jakie masz do ukochanego faceta przelejesz na dzieci, po pewnym czasie wroca
        pozytywne efekty. Ja dowiedzialam sie tuz po urodzeniu malej, ze moj ukochany
        facet ma z zona trzecie dziecko, dlugo walczylam ze soba czy mala zobaczyc.. i
        zobaczylam - dzisiaj nie zaluje i jesli mialabym taka mozliwosc siedzialabym z
        nia dzien i noc, pewnie moglabym oddac dla nich wszystko, tylko nie ma takiej
        potrzeby bo one tego nie potrzebuja. Pewnie myslisz ze zwariowalam...? nie,
        czuje sie odpowiedzialna za ta sytuacje !
        Postaraj sie spojrzec na nie... jak na czesc swojej milosci!
        bo to czesc jego zycia - a jesli Ty jestes z nim - to musisz byc i z dziecmi..
        trzymaj sie, pa
    • judytak Re: akceptacja dzieci partnera 06.10.04, 11:29
      tak na szybko, bez cytatów i bez przeczytania innych odpowiedzi :o)

      człowiek jest produktem swojej historii - czyli jakby tych dzieci nie miał, nie
      byłby tym człowiekiem, którego pokochałaś :o)
      ja to mówię poważnie, jak masz dużo czasu na myślenie i "zacięcie
      psychologiczne", możesz prześledzić pojedyncze "wpływy doświadczeń" w jego
      cechach, które ci sie podobają...

      dzieci są w takim wieku, że raczej nie należy oczekiwać jakiejś tam wielkiej
      miłości, czy "pozytywnej akceptacji" z ich strony - w tym wieku człowiek albo
      kogoś kocha, albo nienawidzi ;o) (10-latek sam w sobie nie byłby stracony
      przypadek, ale będzie solidarny z rodzeństwem)
      trzeba sobie postawić, jako cel, poprawne stosunki rodzinne, takie, które
      umożliwiają spokojne wspólne zjedzenie obiadu, spędzenie świąt itp.

      można oczekiwać, że jak dzieci będą miały po ok. 20 lat, "wydorośleją", życie
      zaczyna ich uczyć tolerancji, będziecie mogli spokojnie, a nawet z
      przyjemnością porozmawiać nt. studiów, literatury, wydarzeń w świecie itp. itd.

      tak, jak odpuściłaś sobie byłą żonę, odpuść sobie dzieci - tak, jak była żona,
      dzieci też w żaden sposób nie stanowią dla ciebie konkurencji :o)
      jakbyś miała je poznać, bądź spokojna, życzliwa, ale z dystansem, nie narzucaj
      się z niczym, nie chcij się podobać, traktuj dzieci, jak gości "koniecznych",
      tak, jakby przyszedł do was z wizytą szef partnera, albo jego stara ciotka z
      prowincji :o)

      co do wspólnych wycieczek - rzadko kiedy nastolatki chcą jeździć na wycieczki
      razem z rodzicami, nawet jeśli rodzice nie są rozwiedzeni :o) (znowu: 10-latek
      jeszcze by chciał, ale presja starszych...)

      co do trzymania córki-nastolatki za rękę - czy naprawdę jest to taki częsty
      widok? 15-latki bywają trzymane za rękę raczej przez 15-latków ;o)

      powiem ci, że jak człowiekowi się rodzi kolejne dziecko, wzruszenie czy radość
      bywa wcale nie mniejsze :o)
      wiem coś na ten temat, bo ja tych dzieci mam już 3, a mój mąż 5 :o)
      ale też: nie każdy odczuwa, i nie każdy okazuje to samo i tak samo - nie możesz
      porównywać obrazu partnera po urodzeniu się dziecka z obrazem brata po
      urodzeniu sie dziecka, bo to są dwie różne osoby, i nic tu nie ma do rzeczy,
      które z kolei dziecko im się urodziło :o)

      pozdrawiam
      Judyta
      • marlena1512 Re: akceptacja dzieci partnera 06.10.04, 18:06
        Hej,
        Fakt, ze charakter czlowieka jest formowany w duzej mierze przez jego
        doswiadczenia. Na pewno fakt posiadania dzieci zmienia znacznie stosunek do
        swiata. Pewnie, gdyby moj N nie mial dzieci, nie bylby taki sam dzis. Co wcale
        nie znaczy, ze bylby zupelnie innym czlowiekiem. Tak sobie czasem mysle,
        dlaczego ma troje, a nie jedno? Zastanawiam sie, jak on mogl sie zdecydowac na
        trojke dzieci z taka wsciekla kobieta? Gdy zaglebiam sie w te rozwazania, czuje
        do niego zal i zlosc. I jestem zazdrosna o te dzieci! Bycmoze, jestem
        niedojrzala i rece Wam opadaja, gdy czytacie te moje wypociny... Ale niestety
        tak czuje i musze sie z tym jakos uporac.
        Wiem, ze musze sie zdystansowac wobec dzieci N, nie tylko wobec jego ex-.
        Skupie sie na pracy, na szczescie juz mi sie sytuacja zawodowa klaruje.
        Najlepiej zajme sie czyms i nie bede sie zadreczac.
        • bei Re: akceptacja dzieci partnera 07.10.04, 02:16
          Powiem Ci Marlenko- ze synka mojego A nie mam już dwa dni w domu.....
          i cholernie tęsknie za nim....dzwonil...ja dzwoniłam- ale mi go brakuje...tak
          sie przyzwyczaiłam do niego....praktycznie jest u nas prawie zawsze- i nagle te
          dwa pustawe dni....
          Wiesz....ja i on stalismy sie jak lis i Mały ksiazęsmile- tylko nie wiem- kto-
          kogo oswoil....
          Mój j- mój syn- tez dzisiaj pytał- kiedy P wróci....P pojechal na wycieczkę z
          klasą....mówil, że kupił nam "głupawki" na targu....opowiadał, opowiadał- i
          ciągle powtarzał- szkoda, że nie widzicie, szkoda, że was tu nie ma....te słowa
          to miód na serce...na dusze..pytal o braciszka w brzuszku...pozdrawiaj mojego
          J...
          to takie małe dziecko...ma 9 lat....a tyle w nim miości...i przylepnoścismile
          Może z mniejszymi dziecmi jest łatwiej....
          ale Marlenko....jestes mądrą..i rozwazn a i miłą dziewczyną....wierze, mam
          prawie pewnosć, że nie będziesz na siłe zmieniać WASZEGo świata....gdy dzieci
          poznają Twoją szczerosć- to polubią Cie bardzo.....
          Spróbuj potraktować ich- jak dzieci swoich dobrych znajomych.....smilesmile
          Spójrz może na nie- jak na rodzinę partnera...na rodzinęsmile- przecież byłabyś
          bez uprzedzen w stosunku do małego brata...czy dużo młodszej siostry....
          Pamiętam- jak bałam sie gotować dla P....Mojemu Aniołowi- tak smakowalo- a P-
          ciągle czegoś nie jadł....
          bo on taki jest- dużo potraw nie lubi...
          więc mu mówiłam o tym- ze bardzo sie staram- i boje, ze xle wypadnę w kuchni
          dla niego...mówiłam mu o tym- ze moim zdaniem to nie wyszlo mi tak- jakbym
          chciala... P pomaga mi w kuchni....i opowiedzial mi, że raz lubi coś zjesć-
          ainnym razem tego nie chce jesć i już...więc nie nalegam...
          sama byłam niejadkiem- więc go rozumiem...
          Opowiadałam mu też o sobie- że teraz chodzę i "czepiam się"- bo jestem
          zmęczona, bo mnie boli- ale nie dlatego- że chce mu dokuczyć ( chodziło o to-
          by odnosil talerz z jadalni do zmywarki)
          nie pytam- co w szkole...tylko opowiadam mu swój dzien...wówczas on mi sie
          rewanżuje- i zaraz mówi co było u niego....
          lubię mu czytac...i nie złoszczę sie- gdy nie słucha, przerywa- i stawia setki
          pytań.....mamy o czym rozmawiać...
          ale jeśli jestes osobą zamkniętą- to możesz tylko cos pokazac...np-
          fotki.....czy ksiażkę...czy czasopisma....moze kupisz na pierwsze przełamanie
          lodów prezenciki- nie drogie zabawki- ale cos- co będzie świadczyło-że wiesz-
          co jest im miłe...moze pisemko o grach...moze dla dziewczynki ładne
          spinki...moze farby- gdy któres dziecko lubi malowac...może ozdóbkę...lub cos
          na biurko...
          Trójka dzieci.....moze LEPIEJ niz jedno?smile
          bo w trójce łatwiej znaleźć chociaż jedną przyjazną duszęsmile
          Żartuję....nie mozna dzieci wyrózniać...
          ale jestesmy ludxmi- więc na pewno będzie faworytsmile
          Te dzieci już maja źle...rozpadła sie rodzina- ale moze to będzie tak- ze
          zyskaja jeszcze jedną przychylną osobę- własnie w Tobie.....moze staniesz sie
          łącznikiem- pomiędzy jednym domem a drugim....
          Pomyśl......a gdybyś to Ty- była takim dzieckiem.....czego byś oczekiwala od
          nowej Żony Tatysmilesmile

          nocnie pozdrawiam.....
          masz takie ładne imię Marlenkosmile
        • bei ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 07.10.04, 02:22
          o czas- jaki poświęcał Aniol.....ale to było tak- P caly wieczór przesiadywal
          przed kompem...szedł spac o 23..i wóczas wolal Anioła- by z nim poleżał.....A
          szedł od jego pokoju.....i niekiedy zasypial....czułam sie...że prawie nie mam
          kiedy z Aniołem pobyć....

          zrobiliśmy rewolucje...P może siedzieć przed kompem tylko godzinę....zaczęłam
          wkręcac P w inne zabawy i zajęcia...razem gralismy w scrable, w szahy, w
          warcaby, kleilismy modele...robilismy coś rodzinnie...nawet oglądanie telewizji
          było nasycone rozmowa...uzgodnilismy też, że P ma sie kapac o 22giej...i
          wówczas juz jest jego "usypianie"...niekidy ja biegam do P by go powytulać
          przezd snem...poczytac..poopowiadac...ale cześciej wysyła A....przecież musi
          mieć te swoje chwile z dzieckiemmm.jak jest jasny wieczór- latem- to sama
          wyganiam A- by pokopal z nim pilkę...
          wczesniej bylam ZAZDROSNa o ten czas.....ale obudził sie rozsądeksmile
          • marlena1512 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 07.10.04, 10:39
            Bei, dziekuje za Twoje odpowiedzi, Twoj mezczyzna jest szczesciarzem, ze ma
            Ciebie!
            Widzisz, ja nie mam swoich dzieci, planuje jedno za jakies 2-3 lata. Nie czuje
            na razie jakos specjalnie potrzeby posiadania dziecka. Chce sie skupic na moim
            zyciu, wszystko poukladac, pouregulowac, miec wieksze mieszkanie i jako taki
            komfort i wtedy myslec o dziecku. Chce przez to powiedziec, ze nie jestem
            jeszcze gotowa, ani na razie nie pragne dzieci w moim zyciu. A tu nagle TROJKA!
            na szczescie nie przychodza do nas (na razie to zakazane), ale podobno mam je
            spotkac w listopadzie. Mam nadzieje, ze beda u nas rzadko, jakos nie wyobrazam
            sobie trojki dzieci w moim domu. Masz racje, potraktuje je jak gosci, jak
            dzieci znajomych.
            Och, z taka trudnoscia mi przychodzi pozytywne myslenie w tym temacie! Moze
            bedzie dobrze...
            • bei Będzie dobrze:) 07.10.04, 11:39
              Będzie dobrze- bo zauważyłaś problem...bo potrafisz go nazwac...bo myślisz o
              tymsmile to tylko dowody- że jestes osobą mądrą...i starasz sie rozwiazac ten
              problem...

              Masz rację, to nie sztuka porywać sie na dziecko raz, dwa ( chociaż, jak już
              pojawia sie dziecko na swiecie- to dochodzimy do myśli- że to był odpowiedni
              czas- bo w każdym znajdzie sie za...i przeciw- ale zwycięża "za"- bo dziecko
              juz jestsmile )
              Jesteś jeszcze taka młoda- co jest ZALETĄsmilesmile...i nie myśl, że dziele ludzi na
              młodych niedoswiadczonych i starszych doswiadczonych....och...można już w b.
              młodym wieku mieć mądrośc zyciowa większą, niz staruszek u schyłku swej
              drogi....
              Myślę...że dużo zrobi czas....
              ja też przy nowym panikujęsmile
              a później oswajam sie...
              każdą nowa wiadomosc- to musze ja przegryxć- tym dłuzej- im bardziej wydaje sie
              ona na początku okropna...
              tak jest teraz w ciazy...wpier martwie sie okropnie- a za dwa..trzy dni juz
              mówię sobie- dam radę- będzie O.K...
              Potrzebujesz czasu- to naturalne....tak samo naturalne jak Twoja pierwsza
              niechęć....
              LOdY STOPNIEJĄ...
              mogę Cie pocieszyc- masz już łatwiej- dzieci Partnera są "odchowane"- to nie
              oznacza braku problemów- tylko problemy innej natury...
              może i trudniej nawiązac z takimi kontakt- bo łatwiej 3latkowi kupić
              zabawke..nakarmić smakołykami- ale mozna juz używac bardziej dorosłych
              argumentów...
              rozumiem Cie- sama już z doswiadczeniem w wychowywaniu- zapominałam, że P jesy
              dzieckiemsmile- potrafiłam niekiedy to co sie wydarzyło- przetworzyc jako
              zachowanie osoby dorosłej...dziecko- nie musi mieć zaraz podtekstówsmile
              ale kto nie popełnia błędówsmile

              Może na pierwszy raz wybierzcie sie BANALNIE DOKINA......na
              trójwymiar....albo...do lunaparku....niech dzieci poszaleją...albo do parku
              wodnego- dzieci będą sie bawić- Ty sobie poobserwujesz je.....

              wiem wiem- na początku przerazisz się...smile
              pamiętam jak ja byłam zaskoczona- gdy P wyczynial dziwne akrobacje w
              kawiarni....
              Pamiętam nasze pobyty nad morzem...była wiosna....albo jesien- bo latem- to P
              siedzial więcej w wodzie....ale jak było chlodno- układalismy sobie w milczeniu
              wzory z kamyków...budowalismy nie-wiadomo-co....w milczeniu...skupieniu....tak
              obok siebie- niekoniecznie razem...
              Było mi smutno...nie wiedziałam, jak to będzie...
              To cieżka droga....i masz potrójnie trudniej....
              ale wierzę, że jesli Wasze uczucie jest silne- to dasz sobie radęsmile
            • judytak Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 07.10.04, 11:49
              marlena1512 napisała:

              > na szczescie nie przychodza do nas (na razie to zakazane), ale podobno mam je
              > spotkac w listopadzie. Mam nadzieje, ze beda u nas rzadko, jakos nie
              wyobrazam
              > sobie trojki dzieci w moim domu.

              to nie są przedszkolaki ;o)
              taki kilkunastolatek nie szaleje po domu, nie skacze, nie wdrapuje się na regał
              z książkami...
              przeważnie chętnie coś zje, porozmawia z ojcem, pogra z nim w karty, szachy,
              cokolwiek, ogląda telewizor albo gra na komputerze...

              pozdrawiam
              Judyta
              • marlena1512 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 11.10.04, 18:15
                Mam nadzieje, ze nie beda skakac, ani szalec po domu. Ja po prostu nie lubie
                tych dzieci, bo musze sie z nimi dzielic moim partnerem.
                Juz jestem zdenerwowana, bo umowil sie z dziecmi na piatek wieczor. A ja bede
                siedziala w domu, to sie staje moim zwyczajem od kiedy sie przeprowadzilam do
                niego!
                • m-m-m Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 11.10.04, 18:47
                  Ja po prostu nie lubie
                  tych dzieci, bo musze sie z nimi dzielic moim partnerem.


                  Chcesz , czy nie to te dzieci zawsze będa w waszym życiu i powinno Ci zależeć
                  na kontaktach z nimi jak najbardziej pozytywnych. Pamiętaj, że w przyszłości,
                  będąc żoną, nawet po śmierci Twojego partnera te dzieci bedą w Twoim życiu,
                  najpierw poprzez sprawy spadkowe, a potem choćby przy wizytach na cmentarzu.
                  Gdy byłam pasierbicą, byłoby mi baaaardzo przykro, że mój ojczym mógłby mnie
                  nie akceptować, akceptować, nie znaczy kochać, znaczy to przyjąć do wiedzy, że
                  taka osoba jest i będzie, że taka osoba jest powiązana z wybrankiem więzami
                  krwi i tych więzi nie da się ot tak usunąć. Zresztą żaden rozsądny rodzić,
                  który kocha swoje dziecko nie pozwoli na usunięcie tej więzi.
                  Nie wyobrażam sobie być z moim M. i nie akceptować pasierba,, szczególnie, że
                  sama w podobnej sytuacji byłam, i sądzę, że znam jego odczucia,staram się go
                  rozumieć, choć taki 15-letni ni to młodzieniec, ale już nie dziecko potrafi być
                  różny, raz w złym raz w dobrym nastroju...
                  Sądzę, że nie masz wyjścia: albo bierzesz faceta z przeszłością, albo poszukaj
                  innego.
                      • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 10:17
                        marlena1512 napisała:

                        > Tak, oczywiscie, ze to cos innego.

                        Masz rację. To zupełnie coś innego.

                        > Nie ma zobowiazan moralnych,

                        W przypadku hobby nie ma.
                        Racja.

                        > ani
                        > finansowych. Praca, hobby nie moga "zle go traktowac" ani wyzyskiwac, jak to
                        > robia te dzieci.

                        smile A tu już bym polemizowała.. Niektóre hobby staje się wręcz nałogiem. I kiedy jest to hobby dość kosztowne (w sumie każde hobby może stać się kosztowne, jeśli sobie na to pozwolić) - to człowiek się uzależnia od wydawania $ na to. Chociaż oczywiście (poza uzaleznieniemsmile)) - nikt go do tego nie zmusza. I nie oczekuje że będzie wydawał kasę na to (poza współ-hobbystamismile

                        Dzieci i hobby - mają w tym kontekście chyba tylko jedno wspólne - sporo czasu się im poświęca. I osoba "towarzysząca" (mąż/żona/partner/partnerka) albo ma takie samo hobby i współuczestniczy, albo ma swoje hobby własne - i nie odczuwa "rywalizacji" w temacie "CZAS".
                          • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 10:31
                            marlena1512 napisała:

                            > wink) gdy pisalam, ze hobby nie zobowiazuje finansowo, przemknela mi mysl o
                            > ludziach wydajacych fortuny na hobby wink
                            > Ale te dzieciaki nie znaja umiaru i ewidentnie traktuja N jak worek z
                            > pieniedzmi!

                            Marlenko,

                            To się nie zmieni, dopóki N nie powie "szlus". I nie zacznie rozsądnie finansować. Oczywiscie, jesli was stac na to (jesli N stać...) - to jakies "super extra" wydatki też nie są na cenzurowanym. Ale nie jako postawa dzieci "bo muszę to dostać!" tylko "chciałbym to mieć...".

                            Strasznie mnie irytuje taka roszczeniowe podchodzenie do czyichś finansow, z racji "bycia rodziną" (bliższą, dalszą). Nie tylko ze strony dzieci. Ogólnie.
                            • marlena1512 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 10:50
                              jayin napisała:
                              > Strasznie mnie irytuje taka roszczeniowe podchodzenie do czyichś finansow, z
                              ra
                              > cji "bycia rodziną" (bliższą, dalszą). Nie tylko ze strony dzieci. Ogólnie.
                              >
                              > Mnie tak samo. Moj tata doswiadcza tego do dzis ze strony swoich siostr,
                              ktore staja sie rodzinne, jak czegos chca. Dzieci N staja sie stesknione i
                              kochajace, gdy czegos chca. Doszlam do wniosku, ze znajac jeden jedyny slaby
                              punkt mezczyzny mozna z nim zrobic, co sie chce! Oczywiscie pod warunkiem, ze
                              jest sie na tyle wrednym i zolzowatym...
                              >
                              • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 10:52
                                marlena1512 napisała:

                                > Doszlam do wniosku, ze znajac jeden jedyny slaby
                                > punkt mezczyzny mozna z nim zrobic, co sie chce! Oczywiscie pod warunkiem, ze
                                > jest sie na tyle wrednym i zolzowatym...

                                smile Wyrachowanym również.

                                A to co napisałaś, to prawda stara jak świat...smile I NIESTETY nie dotyczy wyłącznie mężczyzn.

                                J.
                      • chalsia Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 10:22
                        Praca jak najbardziej może wyzyskiwać, tym bardziej jeśli ktoś ma zapędy
                        pracoholiczne (a to się wtedy poziomemk zaangażowania niewiele musi różnić
                        od "zobowiązań moralnych" wobec dzieci)/
                        A hobby (jak Jayin napisała) - też może pochłonąć totalnie - finansowo równieź.

                        Skoro twierdzisz, że hobby czy/i pracę byś przebolała, to postaraj się spojrzeć
                        na kwestię dzieci w podobny sposób - facet ma obowiązek (taki sam jak praca) do
                        wykonania. Moze Ci takie spojrzenie na sprawę pomoże.

                        Pzdr,
                        Chalsia
                        • marlena1512 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 10:31
                          Niestety...
                          Na pewno postaram sie byc wyrozumiala, bo zalezy mi na N, jest wyjatkowym
                          mezczyzna. On mowi, ze ma wielki bagaz, a ja w porownaniu z nim nie mam nawet
                          torebki.. i czuje sie zagrozony i niepewny. Niedlugo zaczynam prace i N obawia
                          sie, ze znajde kogos mlodszego, bogatszego i bez zobowiazan. Ja tlumacze i
                          zapewniam, ale i tak slucham tego samego praktycznie codziennie.
                • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 09:12
                  marlena1512 napisała:

                  > Ja po prostu nie lubie
                  > tych dzieci, bo musze sie z nimi dzielic moim partnerem.

                  Jakkolwiek by to nie było negatywne "społecznie" - nie MUSISZ ich lubić. Twoje prawo do własnych odczuć. Chociaż oczywiście byłoby nieźle, gdybyś je przynajmniej tolerowała smile Ale nikt nie może ci tego narzucić, nakazać. I tyle.

                  Może z biegiem czasu twoje odczucia co do nich się nieco zmienią. Na to czasami trzeba czasu właśnie. Co nie znaczy, że NA PEWNO się zmienią. Może zostaną takie same jak teraz. Ale raczej nie musisz się czuć z tego powodu "winna", że ich nie lubisz.

                  Może tylko warto popracować nad swoimi myślami dotyczącymi POWODU nielubienia (tzn. to, że "zabierają" ci twojego M)
                  Bo to - poza tym, że wpływa na stosunki ogólne, wpływa też źle na ciebie. I odczujesz to prędzej czy później - nerwy, irytacje, stres - zawsze kiedy w grę będą wchodziły ich wspólne zajęcia, wyjścia, wyjazdy.

                  Warto dla samej siebie uporządkować te "powody" nielubieniasmile naprawdę.
                  Ale nic na siłę.


                  > Juz jestem zdenerwowana, bo umowil sie z dziecmi na piatek wieczor. A ja bede
                  > siedziala w domu, to sie staje moim zwyczajem od kiedy sie przeprowadzilam do
                  > niego!

                  A nie możesz sobie w tym czasie umówić się ze znajomymi i wyjść gdzieś też?
                  Albo nawet sama. Do kina.
                  Siedzenie w domu prowadzi zazwyczaj do roztrząsania tematu ich wyjścia i popadania w depresję niejaką, że "oni poszli, a ja muszę tu siedzieć SAMA..."...:]

                  Pozdr.

                  Joanna
                  • marlena1512 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 10:21
                    Dziekuje Ci za post, Joasiu. Masz racje.
                    Ja nie lubie tych dzieci, bo nie szanuja ojca, nie dzwonia, kiedy ich o to
                    prosi, albo nawet kiedy same obiecaja, ze zadzwonia. Odzywaja sie z reguly
                    tylko wtedy, gdy chca nowa kurtke, buty, rower, telefon itp. Oczywiscie nie
                    zadawalaja sie "byle czym". N przez dlugi czas dawal sie wykorzystywac, teraz
                    powoli sie zmienia, ale to jeszcze dluga droga.
                    Jezeli chodzi o spotkanie z przyjaciolmi, to na razie nie wchodzi w gre, bo nie
                    mam tu przyjaciol! Przeprowadzilam sie tu 2.5 m-ca temu, znam paru Polakow, 2
                    starzy znajomi i jedna dziewczyna, ale tak sie sklada, ze oni wszyscy pracuja w
                    barach, albo pubach i sa zajeci w piatki i weekendy, bo wtedy najwiecej
                    zarabiaja. Ja w nastepny poniedzialek zaczynam prace, wiec mam nadzieje, ze
                    nawiaze znajomosci i zaprzyjaznie sie z paroma dziewczynami, bo tego mi
                    najbardziej brakuje.
                    Moze tez nabiore dystansu do problemu "dzieci", nie bede sie tak na tym
                    koncentrowala...?
                    • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 10:40
                      marlena1512 napisała:


                      > Ja nie lubie tych dzieci, bo nie szanuja ojca, nie dzwonia, kiedy ich o to
                      > prosi, albo nawet kiedy same obiecaja, ze zadzwonia. Odzywaja sie z reguly
                      > tylko wtedy, gdy chca nowa kurtke, buty, rower, telefon itp. Oczywiscie nie
                      > zadawalaja sie "byle czym". N przez dlugi czas dawal sie wykorzystywac, teraz
                      > powoli sie zmienia, ale to jeszcze dluga droga.

                      Dopóki dzieciom nie dzieje się krzywda i rodzice rozsądnie wydają na nie pieniądze (rozsądnie nie znaczy "skąpo"smile - to jest OK smile A to, ze N się zmienia - wpłynie też posrednio na same dzieci. I to pozytywnie. W końcu ich zachowanie w przyszłosci jako dorosłych jest kształtowane już teraz, widzą jak funkcjonują pewne sprawy, układy, i uczą się stosowac pewne zachowania w pewnych sytuacjach. Jak N bedzie sie staral z nich wykorzenic "roszczenia" - to im to nie zaszkodzi. Wg mnie.

                      > Ja w nastepny poniedzialek zaczynam prace, wiec mam nadzieje, ze
                      > nawiaze znajomosci i zaprzyjaznie sie z paroma dziewczynami, bo tego mi
                      > najbardziej brakuje.

                      Wiem jak to jest smile
                      Sama się przeprowadziłam spory kawałek od "siebie". Wprawdzie to "tylko" 400 km, ale obce miasto kompletnie, właściwie żadnych znajomych, poza jedną, czy dwoma osobami (pracującymi długo i niemal bez przerwy).
                      Też musiałam niejako się "ułożyć" w nowej sytuacji i znaleźć dla siebie zajęcia poza pracą (tym bardziej, że poza synem, J miał do niedawna taką pracę, która zajmowała mu niemal 97% czasu:] Brrr...). Na szczęście hobby mi nie brakuje - trzeba było się tylko rozejrzeć, gdzie można je "uprawiać"smile No i jakoś poszło.

                      A do tego znajomi z pracy, forum - jedno, drugie - znajome osoby się pojawiły także IRL dzięki temu, no i nie jest już tak "bezznajomościowo"smile

                      Ale to też zajęło mi trochę czasu. To oswojenie się z nowym, obcym totalnie otoczeniem.


                      > Moze tez nabiore dystansu do problemu "dzieci", nie bede sie tak na tym
                      > koncentrowala...?

                      Na pewno smile
                      Jak się ma dużo zajęć - to siłą rzeczy przestaje się myśleć o tym, co nie jest koniecznie przyjemne i potrzebne.

                      J.
                        • derena33 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:03
                          czegos tu nie rozumiem to zajmuja ojcu czas w te piatki ( jak sie marlena wyzej
                          skarzyla ) czy tez nie?

                          .... No cale szczescie, ze ojciec przejrzal na oczy dzieki marlenie...

                          Wyjatkowo budujaca postawa.. najpierw z pierwszych postow Marleny bucha
                          niechec do dzieci partnera bo zajmuja mu czas, a potem zmiana o 180 stopni, ze
                          to nie czas tylko wyciaganie kasy i postawa roszczeniowa wzbudza niechec... a
                          jeszcze w miedzyczasie tlumaczenie, ze ona wogole dzieci nie lubi...

                          Ta niechec do dzieci partnera jest porazajaca... i mysle, ze nawet jak by byly
                          kochajace i dobre , to marlena znalazlaby cos negatywnego, za co moglaby je nie
                          lubicsad
                          • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:11
                            derena33 napisała:

                            > .... No cale szczescie, ze ojciec przejrzal na oczy dzieki marlenie...

                            Jak to "dzięki"?smile
                            Jakby nie chciał zmieniać swojego zachowania, to by nie zmienił. Bo gdyby tak było, że jak "macochasmile" piśnie słówko zbolałe, że coś jej się nie podoba, a facet w try miga robi tak jak ona chce, to żadna z macoch nie miałaby żadnych problemów smile))
                            Chyba, ze N Marleny to wyjątkowo ugodowy i zastraszony facetsmile Ale tacy rzadko się rozwodzą. Z tego co widzę wkoło.

                            > Wyjatkowo budujaca postawa.. najpierw z pierwszych postow Marleny bucha
                            > niechec do dzieci partnera bo zajmuja mu czas, a potem zmiana o 180 stopni, ze to nie czas tylko wyciaganie kasy i postawa roszczeniowa wzbudza niechec... a jeszcze w miedzyczasie tlumaczenie, ze ona wogole dzieci nie lubi...

                            A czy jedno z drugim się wyklucza? Ja myślę, że pisząc - każdy kolejny post - Marlena wyciągała z siebie więcej szczegółów i próbowała precyzyjniej określić swój stosunek do tych dzieci. To wszystko.


                            > Ta niechec do dzieci partnera jest porazajaca... i mysle, ze nawet jak by byly kochajace i dobre , to marlena znalazlaby cos negatywnego, za co moglaby je nie lubicsad

                            Rzadko się nie lubi "pro forma". To co dla jednych jest "kochające i dobre" dla drugich może być "nieprzyjemne i nieznośne". Nie wszyscy mają jednakowe odczucia co do jednej osoby/sprawy/sytuacji.

                            Jasne, że najlepiej gdyby wszyscy się kochali, nikt do nikogo nie miałby pretensji, wszyscy byliby wyrozumiali, gotowi do ustępstw, każdy każdemu by pożyczał, prezenty dawał, na obiad zapraszał... Ale.. To raczej utopia smile
                            ZAWSZE jest coś, co nie do końca komuś będzie pasować. Nawet jeśli oficjalnie robi dobrą minę do złej gry. Czasem jest to np. poświęcanie czasu dziecku, czasem poświecanie czasu pracy, czasem utrzymywanie znajomości Ex i M. Długo by wymieniać - te drobne i mało znaczące na dobrą sprawę "niedogodności" i te duże, uwierające ciągle.

                            J.
                            • derena33 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:16
                              do Jayinsmile
                              Wiesz ja stojaca po drugiej stronie barykady, zetknelam sie z niechetna a
                              potem pelna nienawisci postawa drugiej partnerki mojego ex w stosunku do
                              mojego syna a jego jedynago dziecka...i wierz mi kropla drazy skale...
                              Mozna moje powyzsze zdanie odczytac jako pocieche dla Marleny... w koncu
                              kropla drazy skalesmile
                              • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:28
                                derena33 napisała:

                                > i wierz mi kropla drazy skale...

                                Wiesz, jeśli skała jest podatna na "drążenie" - to i owszem.
                                Ja nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek "wydrążył" we mnie jakieś zachowanie "negatywne" w stosunku do moich dzieci. J ma tak samo. Oboje prędzej byśmy zrezygnowali ze związku, niż pozwolili komuś na to, by nas zmieniać (negatywnie).

                                Jeśli natomiast są to zachowania zmierzające do "rozsądku", czy polepszenia sytuacji - to ja chętnie się takim wpływom poddam, bo nie twierdzę, że jestem nieomylna. A wobec własnych dzieci często się jest diabelnie subiektywnym.

                                W sytuacji Marleny - to nie jest raczej NEGATYWNE dążenie (kwestia finansów). A co do czasu - to ona ma problem z tym i jak pisze - wie, że go ma, więc może da radę to rozwiązać - ale nigdzie nie wyczytałam, że namawia N do ograniczenia drastycznego kontaktów z dziećmi. Owszem - przyjmując obowiązki "związkowe", każdy facet powinien liczyć się z tym, że odtąd będzie musiał dzielić swój czas inaczej niż dotychczas - do tej pory np. praca/dzieci, a tu dochodzi jeszcze jedna osoba i trzeba dla niej ten czas też wygospodarować. Jeśli zależy komuś na niej. Tak jak w każdym małżeństwie z dziećmi (stosując porównania "poprawne" społecznie w temacie "dziecko") - kiedy facet poswieca swoj czas wylacznie pracy i dzieciom, to żona (matka tych dzieci) czuje sie zaniedbana i zjawia się w zgodnym dotąd stadle kryzysik jakiś.

                                Ten sam schemat (zaniedbywania "czasowego") działa także w układzie Facet-Next-"Facetowe" Dzieci.

                                I dążenie Next do tego, zeby chuop poswiecal poza dziecmi i praca takze jej swoj czas (wolnysmile - nie jest zadnym "namawianiem" go do złych zachowan wobec dzieci. To raczej...normalne?smile
                                • new_live Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:38
                                  Joasiu
                                  Przyjmijmy prawde - taka jaka znamy. Za duzo wymagania finasowe , itd.. Wg .
                                  kogo i czy zaduzze??
                                  Wybacz ale tu nie ma jasnychg kryteriow.
                                  I Wg. niej On wydaje za duzo na dziecko.
                                  Wiesz wg. Mojem mamy ja tez smile))
                                  Moghla bym wiecej inwestowac w siebie. Moze i mogla , ale to moje dziecko i ja
                                  decyduje. Pamietaj duze inwestowanie w dziecko nie znaczy wypaczanie go.
                                  Wiesz mnie skolej w tej kwesti zawsze intryguje fakt , ze na to spostrzezenie
                                  pierwsza wpada partnerka i ona z tym walczy .
                                  A wiec posoba w tej sytuacji postronna.
                                  I druga rzecz- a co Ona ma do jego finansow?????
                                  Nie mja jescze rodziny i mysle , ze facte sam potrafi zadbac o finanse.
                                  Pozdrawaim
                                  • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 12:00
                                    new_live napisała:

                                    > Przyjmijmy prawde - taka jaka znamy. Za duzo wymagania finasowe , itd.. Wg .
                                    > kogo i czy zaduzze??
                                    > Wybacz ale tu nie ma jasnychg kryteriow.

                                    Nigdy nie ma. Bo każdy ma swoje własne, na dobrą sprawę.

                                    > I Wg. niej On wydaje za duzo na dziecko.
                                    > Wiesz wg. Mojem mamy ja tez smile))

                                    smile
                                    Wg mnie, moi rodzice też wydają za dużo na Młodą. A na siebie - tyle ile jest KONIECZNE smile
                                    O tyle ich krytykuję wg mnie - słusznie, że jeśli Młoda spędza czas ze mną - to wydaję na nią 1/3 tego co oni by wydali (i wydają, kiedy Młoda spędza czas z nimismile - nie wiem czy to wynika z tego, ze oni ją rozpieszczają, a ja tez - ale mniejsmile)) - czy z tego, ze oni chca dla niej najlepiej, a ja nie..smile?

                                    Każdy jak widze po swoich rodzicach, znajomych - ma inny "system" wychowywania i dbania o dziecko. I to co dla jednych jest "zbytkiem" dla innych jest "konieczne".

                                    Moze tak jest u N i Marleny.
                                    Moze ona WIE (bo nie wiemy, czy NIE WIEsmile - ze dzieciom wystarczyloby tyle, a jednak N wydaje więcej.
                                    Nie wiemy, czy narzeka na to bezposrednio do N, czy tylko sobie narzeka na to na forum. Nie wiemy, ile wydaje N (np. ile ze swojej pensji i na ile go stac) - wiec chyba takie konkretne oceny nie są właściwe.

                                    > Moghla bym wiecej inwestowac w siebie. Moze i mogla , ale to moje dziecko i ja decyduje.

                                    Oczywiscie. Mi np. nic do tego, ile J wydaje na syna. On zarabia, stac go na to - jego byznes. Ja ze swoich pieniedzy nie dokladam (tym bardziej, ze nie mamy wspolnego "gospodarstwa domowego" - wiec niby jak?smile

                                    Ale jesli ojciec/matka - posiadaja wspolne gospodarstwo z kims, mieszkaja razem - jasne jest, ze kazdy rozpatruje WSZYSTKIE finanse pod kątem najczęściej wspólnym, bo i wydatki wspolne (poza dziecmi) - i jesli zauwaza, ze dzieciom krzywda sie nie stanie (ale tak OBIEKTYWNIE, a nie zachłannie), jesli nie kupi im sie tego i owego, natomiast bedzie mozna te pieniadze np. wydac na KONIECZNE wydatki w tym wspolnym domu - to taka "macocha"/"ojczym" - prowadzac wspolnie to "gospodarstwo" maja chyba prawo chociazby ZGŁOSIĆ PROJEKTsmile co do zagopodarowania pieniedzy.


                                    > Pamietaj duze inwestowanie w dziecko nie znaczy wypaczanie go.

                                    Zależy w jakim stopniu.
                                    Mozna zarabiac duzo i jednoczesnie mozna zapewniac dziecku ROZSĄDNE wydatki.
                                    Można, ale nie trzeba smile To zalezy od osoby. Kazdy inaczej gospodaruje swoimi pioeniedzmi. Jedni wydaja na dzieci duzo, inni malo (czasem niezaleznie od tego ile zarabiają). Przeciez jesli kogos stac, zarabia np. 10 000 to przeciez nikt nie bedzie sie wsciekal, jak sie dziecku kupi.. nie wiem... nocnik za 500 zł.
                                    Ale jesli ten sam nocnik (bo chce sie dla dziecka to co najlepsze) bedzie chcial kupic ojciec/matka - zarabiający np. 1000 zł - to juz chyba dosc logiczny będzie zgrzyt w tych wydatkach.

                                    Wszystko funkcjonuje wokół jednej zasady: "Jak się nie ma miedzi, to się na d... siedzi". I tyle.
                                    A jak kogos stac na więcej - to jego sprawa na co wydaje. Jesli wydaje na dzieci - to luz. Jesli ma drugą zonę, czy męża - i potrzeby dzieci i ich domu są zaspokojone - to nadwyzka moze bez problemu isc na dzieci. I tez luz.

                                    Nie pochwalam natomiast sytaucji, kiedy dzieci nie maja na KONIECZNE wydatki, a ojciec/matka z nowym mężem/żoną kupują sobie "ekstrasy".
                                    W drugą stronę - też nie.

                                    > Wiesz mnie skolej w tej kwesti zawsze intryguje fakt , ze na to spostrzezenie
                                    > pierwsza wpada partnerka i ona z tym walczy .

                                    Moze dlatego, że kobiety zawsze większą wagę przywiązują do rzeczy materialnych i zasobności konta, czy portfela? Tak jak faceci do swoich zabawek smile)
                                    To chyba leży ogolnie w naturze kobiety - ze dba przede wszystkim o zapewnienie sobie i swoim dzieciom dostatniego zycia. A facet - ach ta matka naturasmile - głownie na ten cel zarabia - i najczesciej to kobieta w domu zajmuje sie wydawaniem tego zarobionego grosza smile No wiec i ona jako pierwsza dostrzega nadmiar, albo ubytki w tej sferze.
                                    Niezaleznie czy jest Ex, Next, Pierwszą i Ostatnią, czy kimkolwiek jeszcze.

                                    Taka nasza babska "ułomność".
                                    (na ten przykład w kontrzesmile - kiedy facet zawiera nowy związek, to o co ww większości przypadków się martwi mama dziecka W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI?...)

                                    > I druga rzecz- a co Ona ma do jego finansow?????

                                    Jesli nie prowadzą razem domu, nie maja wspolnych wydatkow, tylko kazde zyje na swoj koszt - to zupełnie Nic.
                                    Ale jesli wydaja wspolnie JEJ pieniadze i JEGO pieniadze, albo wrecz wrzucaja wszystko na jedno konto - i wspolnie dbaja o mieszkanie, jedzenie, itp itd - to chyba jasne, ze mozna sie interesowac co ile gdzie i komu - poszło pienieśzy z tego konta. Że kontrola? Pewnie. Ale jak inaczej rozplanowac sobie budżet domowy, jak nie wiadomo co gdzie i ile sie wydaje z tych pieniedzy?

                                    I zaden rozsadny człowiek nie bedzie patrzyl spokojnie, jak sam ciezko zarabia, pieniedzy nie jest AZ tyle, zeby nie interesowac sie ich wydawaniem, a druga osoba beztrosko wydaje pieniadze na ekstrasy (niewazne, czy dla siebie, czy dla dzieci), bez konsultacji z druga osobą. Jakies elementarne zasady funkcjonowania w związku powinny chyba być. Bo osobno i nie wnikac w to gdzie idzie kasa i ile - to mozna sobei ze wspolokatorem tak żyć w jednym mieszkaniu, a nie facetem. Albo - mężem.


                                    > Nie mja jescze rodziny i mysle , ze facte sam potrafi zadbac o finanse.

                                    Dobrze by było smile)

                                    > Pozdrawaim

                                    Rowniez.

                                    J.
                                    • derena33 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 12:33
                                      , a druga o
                                      > soba beztrosko wydaje pieniadze na ekstrasy (niewazne, czy dla siebie, czy
                                      dla
                                      > dzieci), bez konsultacji z druga osobą. Jakies elementarne zasady
                                      funkcjonowani
                                      > a w związku powinny chyba być.

                                      ----------

                                      Trzymajac sie tematu chcialam tylko nadmienic, ze Marlena wymienila te
                                      ekstrasy.. to kurtka spodnie buty czy tez rower, dobrej jakosci ( dobrej marki
                                      jak napisala)........ czy to nie sa artykuly pierwszej potrzeby, ktore dzieci
                                      potrzebuja i zuzywaja?... i trudno to nazywac extrasy... dla mnie extras to cos
                                      innego niz kurtka zimowa..
                                      Ale zawsze sie znajdzie jakies wytlumaczenie, zeby usprawiedliwic zachowanie
                                      marleny...
                                      • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 12:51
                                        derena33 napisała:

                                        > Trzymajac sie tematu chcialam tylko nadmienic, ze Marlena wymienila te
                                        > ekstrasy.. to kurtka spodnie buty czy tez rower, dobrej jakosci ( dobrej marki jak napisala)........ czy to nie sa artykuly pierwszej potrzeby, ktore dzieci potrzebuja i zuzywaja?... i trudno to nazywac extrasy... dla mnie extras to cos innego niz kurtka zimowa..

                                        Dereno, a dla mnie extras, to są dwie rzeczy: coś, co nie jest KONIECZNE, a jest tylko dla przyjemnosci, i coś, co jest KONIECZNE, ale ma swój tańszy odpowiednik.

                                        To dla mnie jasne, że w przypadku, gdy N zarabiałby wystarczająco dużo $, żeby kupić dzieciom kurtkę, spodnie, buty - markowe i dobrej jakosci (nie oszukujmy się, te kosztują sporo) - to w ogole nie ma problemu. Ale jesli zarabiałby mało, to dla mnie NIEPOTRZEBNE jest wydawanie pieniędzy na drogie rzeczy, skoro mozna kupic spodnie, ciepłą kurtkę, buty (no, może buty to raczej dyskusyjna sprawa...) - za 1/5 nierzadko takiej "markowej" ceny. Ale może ja nad wyraz oszczędna (skąpasmile) jestem...smile

                                        A co do roweru - to NAPRAWDĘ uważasz, że to jest asortyment KONIECZNY dla dziecka?...wink)) Hm hm... Jak dla mnie absolutnie nie. Ale jak juz wiele razy pisałam na tym forum - każdy ma inny pogląd na pewne sprawy.


                                        > Ale zawsze sie znajdzie jakies wytlumaczenie, zeby usprawiedliwic zachowanie marleny...

                                        Jakie usprawiedliwianie? Ja piszę tak, jak rozumiem jej posty i zachowanie.
                                        Czy gdzies napisalam: ROBI DOBRZE TAK, JAK ROBI?
                                        Piszę wyłącznie, że ją rozumiem i że odbieram to tak i tak... I wg mnie... Itd...:]
                                        Jeśli odbierasz to jako usprawiedliwianie jej (poza tym, ze faktycznie: USPRAWIEDLIWIAM jej prawo do negatywnych czy jakichkolwiek uczuć, bo dlaczego nie??) - to odbierasz to zupełnie niezgodnie z moim zamierzeniem. Ale to już twój "problem"smile

                                        Gdybym była złosliwa napisałabym ci: "Ale zawsze sie znajdzie jakies wytlumaczenie, zeby potępić takie zachowanie marleny...".

                                        Hm. Jednak. Napisałam to.
                                        smile
                                        • new_live Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 13:36
                                          Drogie Panie- dla wyjasnienia- Obie chyba nie macie wlasnych dzieci.
                                          Wiec dobre wychowanie nie rowna sie wydawanie na dzieci to co konieczne.
                                          Rodzice zazwyczaja daja swoim dzieciomto co uwazajaza dobre i tyle ile uwazaja
                                          za dobre.
                                          dzieci z rozwiedzionych rodzin ni musza dodstawac tylkoto co konieczne. BNa tym
                                          tez poleaga ojcostwao.
                                          Dla niektorych na tym tlko co konieczne..
                                          Mam nadzieje , ze Wasze dzeic tez bede dostawaly tylko"co konieczne".
                                          Tym poborznym zyczeniem koncze rozmowe i niech dalej dzieci bede zle, i o dziwo
                                          nie ma na razie eks- a macocha chorbliwie zazdrosna o wszysko niech bdzie
                                          glaskana.
                                          W W takim temacie nawet czas nie pomoze jesli bedzie glaskan po glowce.


                                          MIlehgo dnia i uterowdzeniaw przekonaniu , ze cale zlo jej zwiazku lezy w tym
                                          ze dzieci sa nidobre..
                                        • derena33 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 14:12
                                          Do Jayin

                                          OO to to to, ja wlasnie potepiam niedojrzale zachowanie marleny, i wcale tego
                                          nie zamierzam ukrywac...
                                          Uwazam ze dorosla kobieta nie powinna oskarzac dzieci swojego partnera za to
                                          ze wogole sa na swiecie i to az w liczbie trzech ... a jezeli to robi to jest
                                          bardzo wg mnie dziecinna i niedojrzala... i jej partner powinien od niej
                                          uciekac gdzie pieprz rosnie, ale widocznie on lubi takie kobiety, bo z opisu
                                          jego exzona to podobny typ, zaborczy i niedojrzaly...
                            • new_live Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:18
                              Joasiu - wybacz ale jak Polska dluga i szeroka. Co tam poPolska - swiat zane sa
                              przypadki "Tatusiow" ktorzy sa ojcami na ttle na ile im obecna partnerka
                              pozwoli.
                              W jednym sie zgadzam ze to"tatusiowei" w cudzyslowiu i nic nie warci ludzie.
                              Ale takich pelno i na tym forum tez sie zdarzaja.
                              • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:34
                                Nie mówię, że tacy się nie zdarzają. I owszem. To takie słabe istoty, co to każda kobieta "pokieruje" nimi, o ile sama jest tym "silniejszym" typem człowieka i ma swoje cele, do ktorych chce go "wykorzystac". Nie tylko w temacie dzieci. Ale to nie jest przeważający procent rozwiedzionych ojców. Wręcz dość mały, jak śmiem twierdzić.

                                Dlatego napisałam tak jak powyżej smile
                                No i nie wiem na 100%, czy N Marleny jest takim "słabym człowieczkiem", czy też nie. I nie wiem jak na niego wpływa to, co Marlena mówi, czy robi.

                                A w jej postach głównym problemem jak widzę, nie jest to, ze ona go namawia do czegos, tylko to, ze sama tych dzieci nie lubi (za to i owo, co wg niej jest nie do przyjecia) - i nie uporała się z tym jeszcze. Po prostu.

                                Ja nie wiem... Ale wybitnie złej woli w niej nie widzę. Po prostu musi sobie uporządkować co nieco w myślach i przejść tą drogę, którą przechodziła prawie każda z macoch. Akceptacji stanu faktycznego smile

                                J.
                                • new_live Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:42
                                  Jaosiu..
                                  Jak chcesz kogos uderzyc- kij znajdziesz.
                                  Pomysl - zapytalas jejile ma dzieci ile odchowala. Skad wie ile wydaje sie na
                                  dzieci - czyto duzo czy malo??

                                  Zla wola- wiesz z tego co pisze przebija zla wola. Bo Ona niemoze zniesc tych
                                  dzieci i wszystko co orbia iczego nie robia jet zle. A tak naprawde to nie
                                  wazne jakie sa relacje miedzy dziecmi a ojcem. Ale jedynie co Wazne ze to ta
                                  pani ma OGROMNY problem - a probuje znalesc wyjasnienie problemu - obciazajac
                                  innych i tulmaczac swoj problem relacjami - kotre jej nie dotycza i nie powinna
                                  miec na nie wplywu. ]Wies zjak dla mnie to oNa chce POSIADAc tego facte. Che go
                                  Kontrolwac. I nie chetych dzieci- bo On e maja na niego wplyw.
                                  Pozdrawaim
                                  • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 12:22
                                    new_live napisała:

                                    > Pomysl - zapytalas jejile ma dzieci ile odchowala. Skad wie ile wydaje sie na
                                    > dzieci - czyto duzo czy malo??

                                    Nie. I dlatego nie oceniam jej postawy wobec finansów, tylko jej problem z zaakceptowaniem (psychicznie) samej obecności dzieci, a co za tym idzie obciążeń czasowych i finansowych.
                                    Akceptacja. Nie realne podstawy do słusznych wykładów o finansach.
                                    O tym mowie.
                                    (pisze...wink

                                    > Zla wola- wiesz z tego co pisze przebija zla wola. Bo Ona niemoze zniesc tych
                                    > dzieci i wszystko co orbia iczego nie robia jet zle.

                                    Hm. To jesli kogos nie lubisz, albo nie znosisz, tzn. ze masz złą wolę?
                                    Nie sądzę...
                                    Sama nie znoszę paru osób, co do niektórych wręcz mam odruchy morderczesmile ale nie wynika to z mojej złej woli. Tylko z tego, jak potraktowały mnie, albo kogoś mi bliskiego.

                                    Uczucia nie są zwykle sterowalne. Ciężko jest sobie narzucić lubienie kogos, jak i nieznoszenie kogos. Chyba, ze znajda sie chociaz minimalne podstawy do tego...

                                    W przypadku Marleny, jak sądzę, jest to taka podstawa, że dzieci wykorzystują N - tzn. z tego co pisze, jest im potrzebny wyłącznie, gdy potrzebują $. (nie wnikam ile w tym prawdy a ile nie, bo i tak tego nie sprawdzimy, opieram sie na słowie NApisanym). A ze N jest jej bliski, to czuje niechec do osob, ktore traktuja go nie tak, jak powinny go traktowac wg niej.

                                    > A tak naprawde to nie
                                    > wazne jakie sa relacje miedzy dziecmi a ojcem.

                                    Tu się nie zgodzę. Bardzo ważne są. Szczególnie jeśli ojciec nie mieszka sam.
                                    Dlaczego?...Korzystając z porównan wczesniejszych gdzies - dzieci do hobby/pracy - złe stosunki w pracy, ze znajomymi - odbijają się na życiu prywatnym mniej lub bardziej posrednio. Tak i to, jak sobie facet układa stosunki z dziecmi - jest wazne dla jego partnerki. Z roznych powodow.

                                    Dla mnie np. z tego powodu, ze tradycjonalistką jestemsmile i uwazam, ze stosunki dziecko-rodzic, powinny opierac sie na tych samych wartosciach, na ktorych ja opieram swoje z moimi rodzicami. Jesli widze odmienne wartosci u faceta i jego dzieci - łatwo mi przewidziec, ze ja sie z tym Typem nie dogadam co do wychowywania nazych wspolnych dzieci np.
                                    Inny powod to taki - ze jesli ojciec jest "normalny" to zalezy mu na poprawnych kontaktach z dziecmi. Jesli ich nie ma, to jest sfrustrowany nierzadko z tego powodu. A ja nie zycze sobie miec sfrustrowanego faceta w domusmile (zartuje nieco, ale mniej wiecej o to chodzi) i tak dalej i tak dalej...

                                    Wg mnie - kazda ROZSĄDNA kobita, jesli jest tylko w stanie psychicznie tego dokonac, powinna cieszyc sie, kiedy stosunki ojca z dziecmi są OK, a kiedy nie są - pomóc mu, podpowiedzieć czasem (jesli sama sie na tym zna), jak te stosunki poprawic. Bynajmniej - sama w tym uczestniczyc. Ale chyba dora rada jest zawsze mile widziana?


                                    > Ale jedynie co Wazne ze to ta
                                    > pani ma OGROMNY problem

                                    Owszem. Ma.
                                    Każda kobieta w takiej sytuacji ma taki problem. Dłużej lub krócej. Lub zawsze.

                                    > - a probuje znalesc wyjasnienie problemu - obciazajac
                                    > innych

                                    Przynajmniej próbuje...

                                    > i tulmaczac swoj problem relacjami - kotre jej nie dotycza i nie powinna miec na nie wplywu.

                                    Nie powinna mieć wpływu "negatywnego"smile Owszem.
                                    Ale nie zgodzę się, że jej nie dotyczą... ZAWSZE dzieci partnera/męża będą miały wpływ na zycie domowego tegoż, a co za tym idzie - na jego "nową" rodzinę, partnerkę/żonę. Chociażby wpływ psychiczny. Nie każdy sobie z tym radzi machnięciemi ręki i wzruszeniem ramion. Dla niektorych ten wplyw bywa tak przemożny, że pojawiają się problemy.


                                    > ]Wies zjak dla mnie to oNa chce POSIADAc tego facte.

                                    Jak każda kobita smile))

                                    A tak powaznie - na razie pewnie ma chaos z tym wszystkim w głowie. Nie dziwię jej się. Ale nikt OD RAZU nie wskakuje we właściwe miejsce w myślach, opiniach i zachowaniu. Potrzeba czasu, żeby DOSTOSOWAĆ się i zaaklimatyzowac się w innych warunkach niz dotychczas. Jak z przeprowadzką.
                                    Bywają kobiety zazdrosne o pracę, o kumpli, o komputer, o piwo, o inne kobiety. Bywają też takie zazdrosne o czas, o dzieci.

                                    kwestia posiadania jest oczywiscie wyrazna.
                                    Ale z biegiem czasu - jak sie uda zmienic nastawienie do pewnych rzeczy - cżłowiek sobie uswiadamia (człowiek, bo nie tylko dotyczy ten problem posiadania Next, Ex czy innych kobiet) - ze nie mozna nikogo posiadac na wlasnosc. Ani męża. Ani dziecka.


                                    > Che go Kontrolwac.

                                    WIdocznie niezbyt pewnie się czuje w tym układzie. I N niewystarczająco zapewnił sobie jej zaufanie i poczucie, że jest dla niego ważna.

                                    Tak mi sie wydaje..
                                    • new_live Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 13:28
                                      To ze niezbyt pewnie czuje sie w tym ukladzie- to tez jeje problem nie dzieci i
                                      nie ma co obciazac tym dzieci.
                                      Powiedz mi skad przekonaie , ze ojciec za duzow wydaje na dzieci?????

                                      I skad Twoja wiara , ze tak jest.
                                      To ona pisze- jak widacw kazdym poscie przez pryamt DUZE zazdrosci.
                                      Nigdzie nie jest powiedziane , ze to prawad. I zreszta jaka prawda??
                                      Do tego czy za duzo i czynie jest on. On o tym decyduje - i nie Ona powinna to
                                      zmienica.
                                      Myslisz , ze facte taki lebioda , ze nie potrafi ocenic czy jest
                                      wykorzystywanyczy nie.I iel kasy winien wydawac na dziecko.
                                      Jesli zas potrzebuje pomocy w tej kwesti to na 100% nie od ZAZDORSNEj
                                      kobiety ...
                                      Ktora czuje sie niepeweni i sama z soba nie radzi sobie.
                          • marlena1512 Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:12
                            derena33 napisała:

                            > czegos tu nie rozumiem to zajmuja ojcu czas w te piatki ( jak sie marlena
                            wyzej
                            >
                            > skarzyla ) czy tez nie?
                            >
                            > .... No cale szczescie, ze ojciec przejrzal na oczy dzieki marlenie...
                            >
                            > Wyjatkowo budujaca postawa.. najpierw z pierwszych postow Marleny bucha
                            > niechec do dzieci partnera bo zajmuja mu czas, a potem zmiana o 180 stopni,
                            ze
                            > to nie czas tylko wyciaganie kasy i postawa roszczeniowa wzbudza niechec... a
                            > jeszcze w miedzyczasie tlumaczenie, ze ona wogole dzieci nie lubi...
                            >
                            > Ta niechec do dzieci partnera jest porazajaca... i mysle, ze nawet jak by
                            byly
                            > kochajace i dobre , to marlena znalazlaby cos negatywnego, za co moglaby je
                            nie
                            >
                            > lubicsad

                            Nie badz ironiczna. Pisalam, ze trudno mi zaakceptowac te dzieci, z wielu
                            powodow. Czas, pieniadze, uczucia, uwaga - tym wszystkim musze sie dzielic z
                            nimi, dziecmi mojego partnera i innej, obcej kobiety. Latwiej jest powiedziec,
                            ze dzieci znajomych sa slodkie.
                          • new_live Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:16
                            Przepraszm , ze ostor. Ale mysle ze Autorka postu ma powazne klopoty
                            emocjonalne.
                            Jjest bardzo ZAZDROSNA o dzieci. Czas , peiniadze, uczucia i ze ktos ma wplyw
                            na jej partenra oprocz niej samej.
                            Relacje miedzy dziecmi a rodzicami ukladaja sstrony:dzieci - rodzice.
                            I te strony decyduja o tym jak ter relacje wygladaja.

                            I pozwolmy im na tosmile))
                            Mowi sie pozwolmy dzieciom , a tu doirosly facet musi miec pomoc w ukladniu
                            relacji.,No jesli pmoc to raczej radzilabym sie zwrocic do kogos bardziej
                            kompetetnego niz autorka postu.

                            I jeszcze jedno. Niechec, walak , nieakceptacja.. Na jakis czas mozna walczyc z
                            dziecmi itd.. Ale trzab pamietac , ze tych wiezi sie nie da zwalczyc , probowac
                            nimi manipulowac - bo wczesniej czy puzniej uderza w tego co to prubuje robic.
                            Rada zakceptowac i nie nastawiwac przeciw.
                            Zaakceptowac- bo taka jest RZECZYWISTOSC. Te dzieci sa..
                            Nie nastawiac przeciw - bo to wiezy krwii i zwiazek wiele blizszy niz z
                            niejedna partnerka i bardziej ( czasem ) dluogtrwaly i pozwolic by ojceiec byl
                            ojcem, czlowiekiem umiacym stworzyc takie relacje - bo kiedys Wy tez mozecie
                            miec dziecismile))

                            Pozdrawaim
                            • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:39
                              new_live napisała:

                              > I te strony decyduja o tym jak ter relacje wygladaja.
                              > I pozwolmy im na tosmile))

                              Tak jak trzeba pozwolić, żeby Marlena miała swoje odczucia i czas na uporanie się z nimi i chociażby zaakceptowanie tego co jest, jeśli nie polubi tych dzieci po bliższym poznaniu ich (bez uprzedzeń) (jesli chce miec w miarę mało konfliktowy układ na linii Ona-N-dzieci). No i trzeba pozwolić, żeby ona i N układali WŁASNE (pomiędzy sobą) sprawy po swojemu. On bierze pod uwagę dzieci w tym wypadku, owszem - ale ona nie. Bo nie ma dzieci. Więc te ich wspólne układy będą w jakiś sposób niemal zawsze kompromisami. Ale to są ICH kompromisy. I jak je sobie ułożą, tak będą mieli.

                              Facet pozostanie zawsze ojcem. To prawda. Dzieci będą zawsze w jego życiu.
                              Ale zawsze też będzie facetem i będzie miał swoje życie. Które będzie układał sam, albo z kimś.

                              Ja wiem, że są rodzice, którzy całe swoje życie podporządkowują dzieciom i poświęcają im cały wolny czas, pieniądze i wszystko inne - ale czy to jest jedyna słuszna droga? Ilu rodziców oddycha z ulgą, jak może dzieciaki podrzucić do babci i iść sobie do kina, na kolację, albo wyjechać na wycieczkę, bez dzieci...wink

                              I tak samo jak to jest z rodzicami dzieci - tak samo jest z facetem i jego Next.
                              • new_live Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 11:46
                                Podporzadkowywanie zycia dzieciom nie jest dobre.
                                Ale podporzadkowywwanie relacji swze swoimi dziecmi - nowym partereomuwazasz za
                                dobre??
                                pozwolenie by nowy partenr rzadzil ntymi relacjami - probowal je zmienac- tez
                                nie jest dober...
                                Wybacz ale przeginanie w druga strone nie jest dober.
                                Oczywiscie- czas!!!
                                Ale czss na poradzenie sobie z soba nie w ukaldanie relacji ojcie dzieci.
                                Pozdrawaim
                                Ps.,najewazniejsze to uzmyslowic sobie na czym porblem poelaga. A problemem w
                                tym przypadku nie sa dzieci a partnerka i jeje akceptacja rzeczywistoaci.
                                • jayin Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 12:06
                                  new_live napisała:

                                  > Podporzadkowywanie zycia dzieciom nie jest dobre.
                                  > Ale podporzadkowywwanie relacji swze swoimi dziecmi - nowym partereomuwazasz za dobre??

                                  Nie. Gdzie tak napisałam?smile

                                  Ale o ile partner "dzieciatej" kobiety czy mężczyzny, układając z nim swoje relacje, musi brac pod uwagę, że są dzieci, o tyle ten "dzieciaty" mężczyzna/czy kobieta - MUSI brac pod uwagę, że jest ta druga osoba. Niestety. Albo i stety. Zależy smile

                                  I nie chodzi tutaj o podporządkowywanie w każdym calu. Ale o wzięcie pod uwagę i dostosowane się do tych warunków - obcnosci dzieci i partnera/partnerki.
                                  Podporządkowywanie się w każdej postaci jest dla mnie bez sensu. Uzależnia od kogoś i swiadczy o uległości. Nie lubię smile)

                                  > pozwolenie by nowy partenr rzadzil ntymi relacjami - probowal je zmienac- tez
                                  > nie jest dober...
                                  > Wybacz ale przeginanie w druga strone nie jest dober.

                                  Tzn? Pozwolenie dzieciom na rządzenie relacjami?

                                  > Oczywiscie- czas!!!
                                  > Ale czss na poradzenie sobie z soba nie w ukaldanie relacji ojcie dzieci.

                                  Czas ma to do siebie, że leci jednym nurtem smile I tu ten czas jest jeden dla wszystkich. Tylko niektórzy potrzebują dłuższego wymiaru czasu, a inni mniej. I tyle.
                                  Marlena nie ma UKŁADAĆ relacji ojca z dziecmi (sama chyba nawet nic o tym nie wspominałasmile? - tylko siebie samą ułożyć. A tego sama nie zrobi. Do tego potrzeba jej chociaż TROCHĘ pomocy ze strony N.

                                  > Ps.,najewazniejsze to uzmyslowic sobie na czym porblem poelaga. A problemem w
                                  > tym przypadku nie sa dzieci a partnerka i jeje akceptacja rzeczywistoaci.

                                  Masz rację. Dokładnie.
                                  Tylko dzieci są tu "czynnikiem", który może pomóc w tej akceptacji, lub jej przeszkodzić (przez swoje zachowanie względem ojca, Marleny).
                                  • new_live Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 13:23
                                    Joasiu napisalas:
                                    Tzn? Pozwolenie dzieciom na rządzenie relacjami?

                                    Nie pozwol;ic im ukaldac je tak jak ukladali. I pozwolic by relacje Ojciec
                                    dziecko ukladal ojciec i dziecko . Nie partenrka ojcesmile)))

                                    Wziascpod uwage- Owszem On musi. Ale czy musi ograniczac - jak sie okazuje
                                    zadkie kontakty z dziecmi i czy fakt istnienia parternki musi sie zaczynac od
                                    tego ile On wydaje na swoje dzieci????

                                    Napisalas :
                                    Marlena nie ma UKŁADAĆ relacji ojca z dziecmi (sama chyba nawet nic o tym nie w
                                    > spominałasmile?
                                    Alez caly czas o tym mowi. Za duzo na nie wydaje , one sie do niego zle
                                    odnosza... To sa ich relacje - nie jej to oceniac. A ojcec i dzieci najlepiej
                                    wiedza czy sa w porzadku- to jej subiektywna ocena- chcec ukladania tych
                                    relacji iwybacza ukladania przez pryzamt wlasnej zadzrosci...

                                    I jesszcze
                                    > Tylko dzieci są tu "czynnikiem", który może pomóc w tej akceptacji, lub jej
                                    prz
                                    > eszkodzić (przez swoje zachowanie względem ojca, Marleny).

                                    Wybacz ale nie ona jest od tych relacji i ich zmiany. Skoro ojciec akcpetowal
                                    to co akcpetowal- to znaczy , ze sie z tym godzil i nie uwazal za zle. Jesli
                                    jest inaczej to zmiana powinna wyjsc od niego. On sam powinie to dostrzec. A
                                    nie dzieki jej przekonywaniu.
                                    Dzieci i jeich stsunek do ojca , aojca do nich - nie ma nic do akceptacji
                                    faktu , zeistnieja , a nawet akceptacji faktu , ze jej nie beda toreowaly- co
                                    po jej pwypowiedziach mnie nie zdziwi.

                                    Pozdrawaim
                                  • new_live Re: ...ja też byłam zazdrosna..)))o P 12.10.04, 13:47
                                    Widzisz Joasiu a poiszezsz ze w realcje ocjiec dziecko matak nie piwnna sie
                                    mieszcza i podchodzic bez emocji i nie pownna miec wplywu. A tu okazuje sie ze
                                    dorosla- obca ososba ma miec wplywa. To co matak mamiec wplywa..Idlaczego
                                    ojciec moze sie wiazac z ososba ktora ma negatywany wplyw na terrealcje a mtakn
                                    nie ma prawa byc uwzgledniana- nie mowiac o negatywnym wplywie????

                                    Zastanow sie nad tym.
                                    Pewnych posiweicen i dodskonalenia samego siebie wymaga sie od eks-. Od esk
                                    mezow tez powinno sie wymagac i tym sammym od ichparternow. Albo wplyw na
                                    relacej mam miec dziecko - ojciec. Albo ma do tego prawo roznwiez matak...

                                    Pozdrawaim
    • jayin --> New_Live 12.10.04, 13:54
      Chyba "dialog" rozszedł się nam w róznych kierunkach.
      I chyba się do końca nie rozumiemy.
      "Co autor miał na myśli..." - widzisz zupełnie coś innego, niż to, o co mi chodziło, pisząc te posty. Albo ja źle widzę, co ty widzisz (wnosząc po postach twoich) smile

      Więc nie odpisuję na tamte posty, bo bym się powtarzała w kółko. Po prostu.

      Pozdrawiam

      J.
      • new_live Re: --> New_Live 12.10.04, 14:08
        To napisze po prostu:
        1. Realcje ocjiec dzieckoistnialo niczym ona zaistanial
        2. relacje ocjec dzieci winny byc kreowane przez ojca tych dzieci i te dzieci-
        wybacz jej nic do tego. Owszem wiel kobit probuje w to ingerowac- wczesniej czy
        puzniej zycie pokazuje ze to sie zle konczy
        3. Ta konbieta cala swoja zazdrosc i niepewnosci w zwiazku przelala na dzieci -
        a dla niej nie to jest problemem. A problem zrozumienia rzeczywistoaci.

        4. Zakaldam , ze facte moze miec klopoty na lini on dzieci - ale jesli ktos
        powinien mu w tym pomoc to nie zazdrosna kobieta.
        i swiadczy tez o tym, ze facet moze miec wg. problemy z relacjami ( np. moze
        byc zbyt ulegly, jej rowniez)

        5. Jesli przyjmiemy ze ona ma miec prawo modyfikowac te relacje( z zmierza do
        tego (caly czas i w kazdym aspekcie ocenia te relacje i prubuje z nimi walczyc)
        i nie sa one takie jakby chciala( nie ona ma tu co chciec) - ale jesli
        przyjmiemy , ze onato dotych relacji moze i powinna sie wtroaca eks- w koncu
        jest jeszcze blizsza temu ukladowi. A mowimy ze eks powinna dac dziecom sama
        ukaldac relacja( i ja sie z tym zgdzazm).
        Skoro ja jestem w stanie zaufac swem synowi to ( ktory nie ma jeszcze 10 lat)
        to ta pani nie jest w stanie zaufac swemu parterowi - ktory zapewne ma
        conajmniej 7- 8 razy tyle????
        Bo skoro nie moze- to tym bardziej eks..
        jesli nie powinna miec wplywu - to
        1. Nie powinna sie wtracac.- owszem jesli wydaje jej pieniadze- nie powinna
        pozwolic- ale jesli doda wszystkie wydatki poniecione na dom i na siebiei
        facetowi wyjdzie ze sie sam utzrzymuje- to nic jej do tego. To od niez zalezy
        czy pozwala na korzstanie ze swoje kasy - tego moze zabronic.

        2. Ocena - na dziecko wydajemy tyle ile koniecznejest lakoniczna. Konieczne wg.
        kogo???Wg. tej pani?? To nie jej dziecko!!!!
        Czemu Ona ma decydowac ( do puki nie z jej zarobkow- nic jej do tego)
        3. WWychowanie i opieka nie polega na dawaniuminimum rzeczy koniecznych...
        ( no chyba ze w sierocinacch i to nie zawsze)

        itd....
        Duze tego A problem jest prosty.
        Pani nie chce dostrzec swojego problemu.
        1. niepwenosci
        2. zazdosci i przerzuc atona dzieci.
        Za niedlugo dzieci stana sie zle bo nie bede chialy juz rozmawiac z ojcem( po
        czesci bedzie to zasluga tej pan i a "zlo konieczne"- bede mialy zasadzone w
        sadzie i bedzie walka co pol roku)
        A tak naprawde kazdy problem bedzie tym tlumaczony - byle uciec od prawdy. Ze
        problem ma ta Pani z akceptajca rzeczywistosci u uporaniem sie na czym polega
        zwiazke ( nie na posiadaniu0...
        Pozdrawaim
      • marlena1512 Re: --> New_Live 12.10.04, 14:21
        Z tego samego wzgledu ja nie odpowiadalam na posty New Live. Wiele dziewczyn na
        tym forum, wraz z Toba, Joasiu, wykazalo zrozmienie dla mnie, kilka przezywalo
        podobnie. Kazda wymiana mysli jest dla mnie wzbogacajaca, bo nie znam nikogo w
        podobnej sytuacji, jak moja i nie mam zielonego pojecia jak inne kobiety radza
        sobie. Dlatego napisalam na forum, zeby poznac doswiadczenia innych kobiet,
        ktore potrafia cos poradzic, a przynajmniej spojrzec na moja sytuacje z innego
        punktu widzenia.
        New Live jest przekonana, ze jestem straszna macocha, jak z "kopciuszka". No i
        dobrze, ma prawo do swoich przekonan.
        Moj N nie pozwolilby sie kontrolowac i "prowadzic na smyczy", a ja nie
        chcialabym byc z takim mezczyzna.
        Co do brzydkiego zachowania dzieci: N prosi, rozmawia, powtarza itd, ale
        bezskutecznie. Widze jaki bywa przybity. Powiedzialam mu, zeby nie robil
        prezentow dzieciom, jesli sie zachowuja zle wobec niego, a slowa i rozmowa nie
        przynosza skutku. Wedlug mnie z dziecmi powinno sie rozmawiac i tlumaczyc, co
        zle zrobily, ale rownoczesnie powinno sie im to pokazac. Kiedys w Polsce byla
        bardzo modna bezstresowa metoda wychowania dzieci - dzis wlos sie jezy na
        glowie, gdy spotyka sie "twory" owej metody.
        • new_live Re: --> New_Live 12.10.04, 14:25
          Wszyscy sa winni tylko nie ja - tez dobra metoda??
          A to ze sama przyznawals sie ze ich nie znosisz i jestes zazdrosna nie ma
          wplywu na ocene poczynan dzieci twojego partnera..
          Wiesz nie zmianiaj nic. Zycie samo pokarze..
        • omama Re: --> New_Live 13.10.04, 10:20
          marleno, ty - i inne przedpiśczynie - dały do zrozumienia, że tylko na
          człowieka słabego i chwiejnego mozna wpłynąc tak, by zmienił swpje postępowanie
          i/lub nastawienie wobec osób trzecich.
          Otóż nie macie racji.
          Pomiędzy pełgającym mięczakiem i twardym jak skała macho jest milion postaci
          pośrednich. I na nie można wpływac w większym lub mniejszym stopniu, zakładając
          pewne umiejętności międzyludzkie i celność strzału.
          Czyżby nie zdarzało sie wam świadkować - lub doznać - sytuacji, w której jedno
          zdanie "otworzyło komuś oczy" czy zmieniło postawę? Przy czym zastrzegam, że
          otwarcie oczu niekoniecznie oznacza otwarcie ich na prawdę jedyną i objawioną.
          Z przypadków lekkiej natury: kiedy osiągnęłam trzydziestkę - i związaną z tym
          depresję - oczy otworzyła mi ciotka, wspominając, że ona osobiście była
          znacznie szczęśliwsza w swoich trzydziestych leciach,niż dwudziestych.
          Drobiazg, a zmienił wszystko - moją postawę też.
          Otóż taką jak moja ciotka siłę sprawczą może mieć marlena. Być może jej się
          uda, być może nie.
          Marlena dzieci nie lubi a'priori, dlatego, że one są. Nietrudno w takiej
          sytuacji każde zachowanie dziecka, słowo, gest oceniać negatywnie, jako
          potwierdzenie swoich słusznych wcześniejszych ocen. Wszyscy tak mamy: nazywa
          się to samospełniającą przepowiednią. Tym bardziej, że dziecko ewidentnie
          nielubiane przez macochę siłą rzeczy na ów brak sympatii reaguje.
          W przypadku marleny - wybacz, opieram się na twoim, mimo wszystko lakonicznym,
          opisie faktów - może być spokojnie tak, że zachowanie dzieci jest związane z
          ich poczuciem utraty ojca (tak, marleno, odejście ojca jest utratą, jego
          związanie się z inną osobą jest potwierdzeniem tej utraty), wynikającym stąd
          buntem.
          Może byc tak, że dzieci są w ciężkim wieku, i ich matka doznaje podobnych
          trudności wychowawczych - zachowania są typową nastolatkowatą wredotą i nie są
          wymierzone w ojca.
          I tu marlena może przykonywac ojca, że jest odwrotnie. Że podłe i źle wychowane
          dzieci tatusia nie kochają i krzywdzą. I on może w to uwierzyć, a jakże.
          Przecież, drogie Panie, te setki tysięcy ojców którzy mają w nosie swoją
          progeniturę od czasu jak związali się z nową kobietą, niekoniecznie owe
          kobiety zmusiły do tego dramatycznym a jednorazowym zakazem. Nie, one judzą,
          one tęsknią i tą piątkową tęsknota się dzielą, one zwierzają się ze swoich
          podejrzeń (czasem słusznych, a czasem całkowicie nie) co do niskih motywów
          kierujących eks, dziećmi etc.
          Marlena pisze z urazą, że New_Live postrzega ją jako macochę z Kopciuszka. Nie
          wiem, jaką macochą jest marlena, ale sądzę, że łatwo może wejść na drohę
          kopciuszkowego stereotypu.
          • jayin Re: --> New_Live 13.10.04, 11:09
            omama napisała:

            > marleno, ty - i inne przedpiśczynie - dały do zrozumienia, że tylko na
            > człowieka słabego i chwiejnego mozna wpłynąc tak, by zmienił swpje postępowanie
            >
            > i/lub nastawienie wobec osób trzecich.
            > Otóż nie macie racji.

            Omamo - pisząc o "wpływie" na kogoś i zmianie jego postępowania pod czyjąś mniejsza lub większą presją w kontekście tego wątku - i przypisując podatność na takie zmiany WYŁĄCZNIE osobom "słabym" "pełgającym" (jak to napisałaśsuspicious) - chodziło mi wyłącznie o postępowanie NEGATYWNE wobec osób, co do których w/w "pełgacz" nigdy by się tak nie zachował, gdyby nie ktoś, kto go do tego nakłonił.
            Nie wyobrażam sobie bowiem, żeby osobnik ludzki (damski bądź męski), mający chociaż trochę własnej woli i zasadsmile - pod presją osoby trzeciej zaczął robić coś, co szkodziłoby jego bliskim. A za taką sytuację uważam np. uleganie namowom czyimś, by przestać widywać swoje dzieci, albo nie płacić na nie ani grosza. Itd itp.
            Więc - jak dla mnie - jesli ktos ulega takim namowom i zmienia swoje postępowanie na gorsze w takich sytuacjach - to jest to typowy "pełgacz" i tyle.

            Osobniki (jak to ładnie "biologicznie" brzmismile - POŚREDNIE, które opisujesz, ze stoją pomiędzy "pełgaczami", a "twardymi macho" - nie są podatne w gremialnej części na tego typu namowy ("złe" namowy).
            Chyba, że "zła namowa" pokrywa się z tym, czego same chcą. Tzn. jak same chcą nie widywać dzieci, to z lekkim sercem przystaną na namowę osób trzecich, by tych dzieci nie widywały. Ale to już sprawa ich własnego sumienia.

            Bo co do "pozytywnych" namów - to chyba każdy z nas jest podatny na to smile Jeśli widzi w tym korzyść dla siebie i swojego życia.

            J.
            • omama Re: --> New_Live 13.10.04, 11:43
              Ej, nie tak łatwo sie nie poddawać wpływom. W jednej chwili nikt (?) niczemu
              się nie podda. Ale jeżeli osoba towarzysząca umiejętnie podsyca i nazywa obawy,
              potem wykazuje subtelnie słuszność swoich wniosków, potem doradza - nawet w
              imię dobra np. dziecka - jakieś postępowanie - to takiemu wpływowi ulec można.
              I ulegamy im w mniejszym czy większym stopniu wszyscy.
              Wróćmy do Marleny. Załóżmy na moment, że dzieci nie są wrednymi naciągaczami
              żądliwymi kasy, tylko unieszczęśliwoionymi przez rodzicielską decyzję o
              rozwodzie nastolatkami, walącymi na oślep w to, co ich - w ich pojęciu -
              skrzywdziło - a więc w ojca, który sie z domu wyprowadził a teraz ma nową
              kobietę.
              Idźmy dalej: dzieci trafiają celnie, tatusiowi przykro. Marlena (z proscenium,
              po trochu, przez miesiące czy lata) naszeptuje: "rozmawiają z tobą tylko jak
              czegoś chcą". (A może tylko wtedy mają prtekst?) "Niczego im nie dosyć, zawsze
              mało. One z ciebie ostatnią kroplę krwi wyssą". "Tak, jeżeli one ci nie złożyły
              życzeń urodzinowym, ty nie powinieneś im wysyłać gwiazdkowego prezentu" Musisz
              je nauczyć, że nie wolno sie tak zachowywać. Musisz je nauczyć konsekwencji, bo
              jak one sobie potem w życiu poradzą".
              I tatuś - w imię dobra dziecka - zaczyna uczyć je konsekwencji. Dzieci uznają,
              że miały od początku rację. Ojciec je skrzywdził, nie rozumie ich bólu, chodzi
              mu tylko o forsę i nową panienkę. Ona jest ważniejsza! Wspomnienia z jazdy na
              karuzeli i opatrywania stłuczonej nogi nie są już dla niego ważne! Co za
              swołocz ten łajdak. Co za swołocz ta suka. Na pewno poleciała na forse starego.
              I cała sprawa radośnie się rozkręca na lata, pokolenia i kręgi towarzyskie.
              Bo układy między ludźmi są dynamiczne. Bo ich zachowaniami kierują w dużej
              mierze porywy. Bo każda decyzja ( słówko, zachowanie) wyznacza przestrzeń
              przyszłych decyzcji. Twoich. Moich. Marleny. Wszystkich.
              • derena33 Re: --> New_Live 13.10.04, 12:00
                Omamo droga smile)

                ja tak wlasnie wyobrazam sobie historie ktora sie mojemu synowi przydarza
                obecnie... 5 a wlasciwie juz 6 lat drazenia skalysmile)

                a jako przeciwnik obecnej zony, nastolatek wredny czasem jak nie wiem co...
                • nooleczka Re: --> New_Live 13.10.04, 12:36
                  Omama, derena

                  No i znów próbuje się zrobić z facetów bezwolne bezmózgowe istoty które potulne
                  jak baranki dostosowują się do nakazów/zakazów wszechmocnych i wszechpoteżnych
                  władczyń-ich-umysłów-i-woli.

                  Nie. Nie uważam tak. Dorosły człowiek jest sam odpowiedzialny za swoje czyny i
                  jeśli nie chce tego robić, nie zrobi tego, a jak podejmie decyzję że coś zrobi,
                  to zrobi.

                  I jeśli facet jest zwykłym złamasem i nie chce się spotykać ze swoimi dziećmi,
                  nie będzie tego robił i nie ma najmniejszego sensu obarczać winą za jego
                  decyzje - jego obecnej partnerki ("bo to ona jest wszystkiemu winna! ona ona
                  ona!!! on niewinny baranek! naszeptała mu!! zaintrygowała!!")

                  Mój ex mąż niezwykle rzadko spotyka się ze swoim synem dlatego, że jest
                  nieodpowiedzialnym gówniarzem i wciąż ciągnącym cyca maminsynkiem, a nie
                  dlatego, że ma nową żonę i nowe dziecko.

                  Pozdrawiam
                  • new_live Re: --> New_Live 13.10.04, 12:41
                    Nooleczk.
                    Ja sie zgadzam, ze to nie sa bezmozgowcy.
                    Ale skoro przyjmiem teze , ze nie sa. To zgodzisz sie zemna, ze wtedy
                    wypowiedzi next- ze on daje sie zle traktowac, ze dzieci ciagnal z niego i
                    proby ustawaian faceta- sa wtedy - wybacz ale nie na miejscu.
                    Bo skoro nie jest bezmozgowiec- to chyba sam wie ile powinie wydawac na dziecko
                    i sam potrafi o siebie zdanac. Czyli relacje ocjec dzieci zosatwic ojcom i
                    dzieciom...

                    No chyba, ze trzab ingerowac- o przeczy zalozeniem i trzeba je zmienic- ze
                    jedna bezmozgowcy...
                    • jayin Re: --> New_Live 13.10.04, 14:35
                      new_live napisała:

                      > proby ustawaian faceta- sa wtedy - wybacz ale nie na miejscu.

                      Uważasz, ze wyrażenie swojego zdania na jakiś temat to "ustawianie" faceta?
                      Tzn. Nexie powinny siedzieć cicho i nei odzywać się nigdy w temacie swojego faceta i jego dzieci?smile Albo w ogóle nie mieć zdania na ten temat?

                      Sorry. Razem z obowiązkami i tak chętnie zaznaczanymi przez Ex niektóre "widzia ly-gały-co-brały" (dzieci/alimenty/poswiecanie czasu) Nexie nie tracą umiejętnosci samodzielnego myslenia i prawa do dyskusji na jakikolwiek temat. I jak wszyscy mogą się na ten temat wypowiadać, a nawet - o zgrozo - wysuwac swoje własne propozycje rozwiązania pewnych spraw, które np. wg nich nie są w najlepszym porządku. Czy ocenę faktów też Nexie mają sobie wyłączyć i niczem podhalańskie owce przyjmować za normalne i najlepsze to, co widzą? smile

                      Oczywiscie, są Nexie ktore z premedytacją prowadzą kampanię antydziecięcą, używając swoistego szantażu wobec faceta (tak jak są i Ex, ktore szantazują faceta dziecmi, i dzieci ktore za kartę przetagrową stawiają np. utrzymywanie stosunkow z ojcem w zamian za kasę itd itp). Tylko jak taki facet ugnie się pod szantazem - to jest dupa, za przeproszeniem, a nie facet.

                      Na szczeście takich "dup" nie mam w swoim towarzystwie.

                      To co mi się rzuca w oczy w tych wszystkich postach "atakujących" Next, ktore odzywają sie w sprawie dzieci i wyrazaja swoje niezadowolenie - to to, że wszystkie są wrzucane do jednego wora. A to nie jest sparwiedliwe. Bo co innego jest wyrazic niezadowolenie i dyskutowac o tym z facetem, a co innego szantazowac go i namawiac do robienia "złych" rzeczy jego dzieciom.

                      Przykre.
                      Ale takie.. ludzkie.
                      Uogólnianie. Heh.
                  • omama Re: --> New_Live 13.10.04, 13:11
                    Nooleczko, widocznie te antybiotyki rozwalają mi poza florą bakteryjną również
                    zdolność wysławiania się.
                    Ja nie twierdzę, że faceci (czy kobiety) to bezmózgowcy. I tak, oczywiście,
                    odpowiadamy za własne czyny. Nie przenoszę tu odpowiedzialności i tak naprawdę
                    nie dyskutuję z marleną. Ja pokazuję pewien proces. Proces wpływu - nie
                    ograniczając go bynajmniej do układów pasierb-ojciec-macocha. I w ogóle nie
                    odnosząc się do poruszonej przez ciebie kwestii nakazów-zakazów, bo na takie
                    dictum faktycznie większość ludzi - zwłaszcza mężczyzn - staje dęba i każe się
                    drugiej stronie odpalantować, elegancko mówiąc.
                    Nie ulega wpływom tylko pustelnik. Cała reszta ulega - bo na tym polega życie w
                    społeczeństwie. Wpływamy i jesteśmy wpływani, że tak powiem. Ileż to na tym
                    forum było wypowiedzi dziękczynnych: ach, dzięki wam, kochane dziewczyny
                    zrozumiałam, zmieniłam, postarałam się, zdecydowałam. To nie wpływ? I to czyj?
                    Paru anonimowych elektronicznych ciotek, a nie, jak w naszym przykładzie, osoby
                    najbliższej, osoby intymnie znanej i pożądanej, osoby w której towarzystwie się
                    przebywa stale, byc może latami.
                    Czy miałaś okazję poczytac trochę o doświadczeniach z zakresu psychologii
                    społecznej? Zajrzyj kiedyś do Aronsona choćby, świetna lektura. Otóż, kochana,
                    ogromna większość badanych bez żadnego przymusu np. aplikowała ofierze wstrząsy
                    elektryczne mimo iż ofiara już tylko kopała w ścianę, a nawet przestała już
                    kopać... Taka jest siła wpływu autorytetu. Nie władzy, nie kochanki, nie
                    policji, tylko jakiegoś dupka w białym fartuchu, do którego człowiek idzie z
                    dobrej woli by pomóc w badaniach metod nauczania.
                    POdobnie z siłą grupy - większość z nas siedząc w grupie obcych (!)osób
                    dostosuje wypowiadane poglądy do tego, co mówią inni. Nawet jeżeli poglądy
                    owe stoją w absolutnej sprzeczności z ewidentnymi faktami.
                    Wiara - w tym wypadku niektórych macoch - w to, że macocha może mieć negatywny
                    wpływ na relację dziecko-ojciec tylko w przypadku gdy ojciec ten jest miętkim
                    bolkiem, jest, delikatnie mówiąc, raczej absurdalna.
                    • nooleczka omamo 13.10.04, 13:33
                      omama napisała:

                      > forum było wypowiedzi dziękczynnych: ach, dzięki wam, kochane dziewczyny
                      > zrozumiałam, zmieniłam, postarałam się, zdecydowałam. To nie wpływ? I to

                      Dziewczyny zrozumiały. postarały sie, znieniły... dlaczego??? Ano dlatego że
                      ONE SAME TEGO CHCIAŁY. Forum było jedynie "drogą do celu", sposobem pomocy
                      samej sobie. Na tym forum padały też rady typu "rzuć go", ale żaden związek
                      mimo tego przez forum się nie rozpadł, mimo rad elektronicznych ciotek.
                      Przeceniasz rolę wpływu.


                      > kopać... Taka jest siła wpływu autorytetu. Nie władzy, nie kochanki, nie

                      Tak, zgadzam się. Siła AUTORYTETU jest wielka. ALE: marlena nie jest dla jej N
                      żadnym autorytetm w kwestii wychowywania dziecka, bo ona nigdy dzieci nie
                      miała. W tej kwestii to sam N jest sam dla siebie autorytetem.

                      > Wiara - w tym wypadku niektórych macoch - w to, że macocha może mieć
                      negatywny
                      > wpływ na relację dziecko-ojciec tylko w przypadku gdy ojciec ten jest miętkim
                      > bolkiem, jest, delikatnie mówiąc, raczej absurdalna.

                      Nie jest absurdalna bo wynika z OSOBISTEGO DOŚWIADCZENIA tychże macoch.
                      Prawdziwy ojciec nie da się odciągnać od dziecka i tyle.
                      Powiem inaczej: wiara niektórych samodzielnych w siłę negatywnego wpływu na
                      relacje dzieci-ojciec jest absurdalna.

                      Pozdrawiam
                      • omama Re: omamo 13.10.04, 13:44
                        Nooleczko,
                        Nie zgodzę się, że ludzie (w tym wypadku rozwiedzeni ojcowie) dzielą się tylko
                        na dwie grupy, mają tylko dwa poglądy, taki układ zerojedynkowy, żeby cię
                        zacytowac "prawdziwi ojcowie" i "nieprawdziwi ojcowie". Życie i postawy ludzkie
                        są bardziej złożone, zmieniają się w czasie itd.

                        Autorytet - marlena może nim być przez swoją atrakcyjność, siłę uczuć i inne
                        zalety. Nie musi do tego mieć doktoratu z pedagogiki.

                        Osobiste doświadczenie - fascynujący zbiór opowieści i historii. Ale każdy
                        głupi naukowiec powie ci, że pojedyńcze doświadczenie nie stanowi dowodu na
                        nic. Dlatego wspomniałam o badaniach, które dowodzą (naprawdę rzetelnie) jak
                        bardzo w różnimy sie od swojego wizerunku, który sobie budujemy.
                        Wiara: każda ślepa wiara, czy to macochy, czy eks-zony jest na gruncie empirii
                        absurdalna.
                        Podsumowanie: widzę, że mamy przeciwstawne poglądy, więc po prostu umówmy się,
                        że się nie umawiamy.
                        • nooleczka Re: omamo 13.10.04, 13:59
                          omama napisała:

                          > Osobiste doświadczenie - fascynujący zbiór opowieści i historii. Ale każdy
                          > głupi naukowiec powie ci, że pojedyńcze doświadczenie nie stanowi dowodu na
                          > nic.

                          W nauce - nie. Ale pojedyncze doświadczenie pojedynczego człowieka może
                          całkowicie zmienić jego system wartości (jak to zdanie Twojej ciotki, bardzo
                          fajne zresztą).

                          > Wiara: każda ślepa wiara, czy to macochy, czy eks-zony jest na gruncie
                          empirii > absurdalna.

                          Tak. Ale w przypadku konkretnego czlowieka ma duże znaczenie.

                          > Podsumowanie: widzę, że mamy przeciwstawne poglądy, więc po prostu umówmy
                          się,
                          > że się nie umawiamy.

                          Oj szkoda że się wycofujesz bo taka ciekawa dyskusja smile A moge jeszcze cos
                          dodać?
                          Co jest empirycznie bez znaczenia, ale dla mnie to znaczenie ma smile
                          Otóż zaryzykuję stwierdzenie, ze każda z macochna tym forum pisząca,
                          przechodziła ten etap jaki przechodziła marlena, tych brzydkich myśli i uczuć
                          (jesteśmy bardzo niecacy, be, fuj, ohyda -tak, wiem).
                          Tak jak nie kazdy jest w stanie adoptować cudze dziecko i zaakceptowac go, tak
                          nie kaza kobieta nadaje się do macochowania, ale w imię -czego? miłości?-chyba
                          tak - postanawia znaleźć w sobie tyle psychicznej siły, aby te brzydkie fuj be
                          uczucia zniwelować i to gwałtownie "zaadoptowane" dziecko zaakceptowac. I to u
                          różnych macoch trwa dłużej lub krócej, lub bardzo krótko, ale troszeczkę trwa.
                          I w tym okresie pewnie wywołujemy ten brzydki negatywny wpływ na partnerów.

                          Czy oni w związku z tym przestają się spotykać ze swoimi dziećmi?
                          odpowiedź brzmi: NIE.

                          pozdrawiam
                          • omama Re: omamo 13.10.04, 14:27
                            No doobra, zawsze komplementy mnie zmiękczały. (pytanie do publiczności: a kogo
                            nie?)jeszcze sie pokłócę chwilę.
                            Piszesz:
                            I w tym okresie pewnie wywołujemy ten brzydki negatywny wpływ na partnerów.
                            >
                            > Czy oni w związku z tym przestają się spotykać ze swoimi dziećmi?
                            > odpowiedź brzmi: NIE.
                            I moja korekta: coś ty się czepiła tego definitywnego niespotykania się z
                            dziećmi? Definitywna to jest tylko śmierć. Pomyśl o częstotliwości spotkań
                            (także by nie urazić nowej duenii). Pomyśl o ich formie (szkolny piknik?
                            odpada. Nocleg w starym domu? W życiu! I dlaczego ta eks domaga się, by facet
                            zawiózł dziecko na szczepienie i trzymał je za rękę? No chamka jakaś, odbić mi
                            go chce) Pomyśl o forsie (niee, no znowu wydał 120 zet na popcorn, kino i
                            karuzelę! Żuczku, musimy pomalować ściany, a to kosztuje). I pomyśl o tym
                            jakie te, przyznaję, wyjaskrawione zachowania mają wpływ na zachowanie dzieci,
                            eks itd. Ijak z kolei na to zachowanie eks, dzieci reaguje facet i jego nowa
                            TŻ. To jest diabelskie - lub anielskie koło, w nieustannych obrotach, bez
                            początku i końca. Wzajemne urazy, żale, zawiedzione nadzieje, nieporozumienia,
                            góra i dół.
                            Jeszcze raz: ja tu nie oceniam zachowań, uczuć poszczególnych osób. Ja tylko
                            uprzejmie zwracam uwagę na fakt, że to jest nierozplątywalna sieć wzajemnych
                            wpływów. I lepiej - w przypadku Marleny - się od tej sieci trzymać z daleka i
                            jak najmniej ją trącać.
                            • nooleczka Re: omamo 13.10.04, 14:40
                              omama napisała:

                              Pomyśl o ich formie (szkolny piknik?
                              > odpada.

                              Czemu odpada? Toż bejbiko opisała jak jej M był włąsnie na szkolnym pikniku smile
                              ON BYŁ.

                              Nocleg w starym domu? W życiu! I dlaczego ta eks domaga się, by facet
                              > zawiózł dziecko na szczepienie i trzymał je za rękę?

                              A czemuż ma nie zawieźć na szczepienie, a niech zawozi.
                              Nic w tym złego.

                              > go chce) Pomyśl o forsie (niee, no znowu wydał 120 zet na popcorn, kino i
                              > karuzelę! Żuczku, musimy pomalować ściany, a to kosztuje). I pomyśl o tym
                              > jakie te, przyznaję, wyjaskrawione zachowania mają wpływ na zachowanie
                              dzieci,
                              > eks itd. Ijak z kolei na to zachowanie eks, dzieci reaguje facet i jego nowa

                              A widzisz! Z jednej strony potrzeby nowej rodziny, z drugiej strony potrzeby
                              dzieci. I TO JUŻ FACETA GŁOWA JAK TO WSZYSTKO ZE SOBĄ POGODZIĆ.
                              Zapewniam Cię, że DA SIĘ.

                              > Jeszcze raz: ja tu nie oceniam zachowań, uczuć poszczególnych osób. Ja tylko
                              > uprzejmie zwracam uwagę na fakt, że to jest nierozplątywalna sieć wzajemnych
                              > wpływów. I lepiej - w przypadku Marleny - się od tej sieci trzymać z daleka i
                              > jak najmniej ją trącać.

                              Za późno smile Ona jest już w tę sieć wplątana. Ponieważ to co boli jej faceta,
                              boli również ją i ona tak nie inaczej na to reaguje.
                              • omama Re: omamo 13.10.04, 15:05
                                O jezu, dajże spokój.
                                Ja ci mówię, jak, bez urazy, krowie przy miedzy, że next może mieć negatywny
                                wpływ na ilość/jakość/formę/ kontaktów. Może tez mieć pozytywny, a jakże. Ważne
                                dla dyskusji jest to, że taki wpływ ma. (o to się właśnie tu awanturuję od
                                początku)
                                A Marlena jest już w sieci, mówisz? to niech jej nie trąca, bo oberwie. Tak, to
                                boli, kosztuje, wymaga hartu ducha i jest trudne. Ale lepsze takie postępowanie
                                niż utwierdzanie się w niechęcii - żeby nie powiedzieć nienawiści - do
                                nieznanych dzieciaków i ruchy w kierunku ich naprostowania.
                                • nooleczka Re: omamo 13.10.04, 15:19
                                  omama napisała:

                                  > O jezu, dajże spokój.
                                  Ojejku jak tak brzydko do mnie mówisz to chyba nie dam spokoju uncertain

                                  > Ja ci mówię, jak, bez urazy, krowie przy miedzy, że next może mieć negatywny
                                  > wpływ na ilość/jakość/formę/ kontaktów. Może tez mieć pozytywny, a jakże.

                                  No a ja Ci mówię, jak, bez urazy, krowie przy miedzy, że marlena może sobie
                                  próbowac wpływać tak czy inaczej, ale jej N tym potencjalnym wpływom nie ulega
                                  i nie ulegnie, bo od tego ma swój rozum.

                                  > A Marlena jest już w sieci, mówisz? to niech jej nie trąca, bo oberwie.

                                  kazda akcja dzieci wywołuje jej reakcję. Bo oni wszyscy są w tej sieci.

                                  • omama Re: omamo 13.10.04, 15:29
                                    No, zapędziłaś się, Skąd wiesz, że N nie ulega i nie ulegnie? Znasz tego
                                    spiżowego komandora? Ja nie.
                                    I oczywiście, że to, co pociechy zmalują trafi w marlenę. Jasne. Ale ona jest
                                    starsza, mądrzejsza i nawet w imię własnego egoistycznego interesu nie powinna
                                    rozkręcać tego koła.
                      • derena33 Re: nooleczko 13.10.04, 14:06
                        ... prawdziwi ojcowie nie dadza sie odciagnac...
                        Ale to kontakt z dzieckiem nie na codzien powoduje, ze ojciec oddala sie od
                        dziecka jego spraw, a zachowania dziecka, ktore w momencie stalej codziennej
                        bytnosci nie razace, staja sie przez to oddalenie bardziej widoczne. W
                        oddaleniu widzi sie bardziej i wady i zalety. I teraz jezeli obok ojca jest
                        kobieta najwazniejsza w zyciu ojca nie akceptujaca tychze dzieci, to myslisz ze
                        to sprawia jej wielka trudnosc odciaganie ojca od dzieci?
                        Tym bardziej ze na codzien z dziecmi jest sklocona z ojcem, a czasem moze i
                        subiektywnie patrzac skrzywdzona przez niego matka.....



                        • nooleczka Re: nooleczko 13.10.04, 14:15
                          derena33 napisała:

                          > Ale to kontakt z dzieckiem nie na codzien powoduje, ze ojciec oddala sie od
                          > dziecka jego spraw, a zachowania dziecka,

                          Taka jest przykra dla dziecka konsekwencja rozwodu.

                          >
                          > to sprawia jej wielka trudnosc odciaganie ojca od dzieci?

                          Tak, a nawet myślę, że to jest po prostu niemożliwe, ponieważ każdy normalny,
                          odpowiedzialny i zdroworozsądkowy facet wybierze w tym momencie dzieci.
                          Jesli całkowicie porzuci swoje dzieci na rzecz "owej krowy", to znaczy że jest
                          zwykłym złamasem, a porzucona kobieta (eksia) dała sie nabrać. Tak jak i jej
                          następczyni, niestety. Zapytajcie kkokos i cheddar.

                          Pozdrawiam
                          • jayin Re: nooleczko 13.10.04, 14:47
                            nooleczka napisała:

                            > Tak, a nawet myślę, że to jest po prostu niemożliwe, ponieważ każdy normalny,
                            > odpowiedzialny i zdroworozsądkowy facet wybierze w tym momencie dzieci.
                            > Jesli całkowicie porzuci swoje dzieci na rzecz "owej krowy", to znaczy że jest zwykłym złamasem, a porzucona kobieta (eksia) dała sie nabrać. Tak jak i jej następczyni, niestety.

                            Właśnie.
                            Trudno jest stwierdzić z pełną odpowiedzialnoscią za słowa, że każdy facet na tym świecie jest takim złamasem i jest gotów wybrać "szantażystkę" a nie dzieci. Bo taki wniosek przebija z niektórych postów.
                          • derena33 Re: marleno 13.10.04, 14:30
                            uzylam slowa subiektywnie....tzn w jej mniemaniusmile
                            Bo jest prawda subiektywna i prawda obiektywna....

                            A tak w ogole to jak doczytalam sie tam gdzies, dzielil was z twoim
                            mezczyzna kanal La Manche, a mieszkasz z nim dopiero niedlugi czas.. to skad u
                            ciebie taka pewnosc ze bylo tak jak ci to przedstatwia twoj mezczyzna?
                            Zjadlas z nim juz beczke soli czy co?
                            • marlena1512 Re: marleno 13.10.04, 14:39
                              derena33 napisała:

                              > A tak w ogole to jak doczytalam sie tam gdzies, dzielil was z twoim
                              > mezczyzna kanal La Manche, a mieszkasz z nim dopiero niedlugi czas.. to skad
                              u ciebie taka pewnosc ze bylo tak jak ci to przedstatwia twoj mezczyzna?
                              > Zjadlas z nim juz beczke soli czy co?
                              >
                              nie musialam z nim jesc beczek soli, wierze mu, inaczej nie byloby mnie z nim.
                              poza tym slyszalam pare komentarzy jego znajomych.
                    • jayin Re: --> New_Live 13.10.04, 14:39
                      omama napisała:

                      > Wiara - w tym wypadku niektórych macoch - w to, że macocha może mieć negatywny
                      > wpływ na relację dziecko-ojciec tylko w przypadku gdy ojciec ten jest miętkim
                      > bolkiem, jest, delikatnie mówiąc, raczej absurdalna.

                      Czyli, jak rozumiem, jeśli mieszkałabyś z jakimś mężczyzną - który byłby twoim partnerem lub mężem (drugim) i on by narzekał na twoje dziecko, mówił, że za dużo pieniędzy na nie wydajesz, że macie przez to dziecko za mało czasu, że dziecko to i tamto i jeszcze coś jeszcze... To po odpowiednio długim okresie takiego "namawiania" przez owego Nexta, przestałabyś kupować dziecku tzw. ekstrasy, podrzucałabyś dziecko sąsiadce, cioci, babci, ojcu - na wieczory, żeby miec wolny czas dla Nexta, albo oddała dziecko na wychowanie dziadkom, żeby w ogóle się z dzieckiem nie widywać.

                      Matko Boska.
                      Przecież to załozenie, które tu forsujesz, jest po prostu... przerażające...
                      :]
                      • omama Re: --> New_Live 13.10.04, 14:59
                        Zależy od formy wypowiedzi, od relacji, od mojego charakteru.... Czemu nie? Na
                        pewno nie zrobiłabym czegoś kompletnie wbrew sobie, ale bardzo możliwe, że - w
                        imie związku - starałabym się o jakiś kompromis. Byc może także poprzez
                        ograniczenie wydatków. Może nie wypisałabym dziecka z dobrej szkoły na rzecz
                        szkoły taniej, żeby next nabył sobie za to harleya, ale bardzo możliwe, że
                        uznałabym, że mogę oszczędzić na wakacjach dziecka, żeby next wszedł w
                        posiadanie nowego komputera. I oczywiście nie oddałabym dziecka dziadkom, ale
                        tal, być może podrzucałabym je dziadkom częściej.
                        Widzisz, ja nie jestem ideałem. I tak, wpływ kochanej osoby mógłby zaważyć na
                        moim postępowaniu.
                        • jayin Re: --> New_Live 13.10.04, 15:12

                          I dokładnie mi o to chodzi:

                          Uległabyś wpływowi jedynie do tego stopnia, w jakim nie wpływałby na szkodę dziecka albo twoją.
                          A taki wpływ nie jest przeze mnie uważany za negatywny. Bo nie tracisz na tym ani ty ani dziecko - w sposób odbijający się szkodliwie na psychice czy zdrowiu.

                          Ale mam wrażenie, że bardzo często taki wpływ Nexta na matkę bywa "społecznie" jakoś "przyjęty", a identyczny wpływ Next na ojca - jest krytykowany. Nie wiem dlaczego.
                          Ale o tym może kiedyś nowy wątek założę i wypowiedzą się w nim i Ex i Next.
                  • jayin Re: --> New_Live 13.10.04, 14:23
                    nooleczka napisała:


                    > I jeśli facet jest zwykłym złamasem i nie chce się spotykać ze swoimi dziećmi,
                    > nie będzie tego robił i nie ma najmniejszego sensu obarczać winą za jego
                    > decyzje - jego obecnej partnerki ("bo to ona jest wszystkiemu winna! ona ona
                    > ona!!! on niewinny baranek! naszeptała mu!! zaintrygowała!!")

                    nooleczko - dokładnie. też tak myślę.

                    w przeciwnym wypadku przecież równie "potulnie" zgadzałby się każdy z tych facetów na spotkania z dziećmi, gdyby namawiała ich do tego kolejna żona. skoro są pod tak przemożnym wpływem tychże żon... A niestety tak nei bywa. Czasem Next "namawia" faceta, zeby spotykal sie z dziecmi, a on nie chce. I co? tez jej wina?smile Bo NIEUDOLNIE namawia? czy jak?...

                    Ach.. Gdyby tak łatwo było facetom coś wmówic i ich namówić do czegoś...wink))
                    Pięknie by było.. Pięknieeeeee...wink

                    Ja tam bym chciała tak. A wy?smile
                    • nooleczka Re: jayin 13.10.04, 14:33
                      jayin napisała:

                      >> Ach.. Gdyby tak łatwo było facetom coś wmówic i ich namówić do czegoś...wink))
                      > Pięknie by było.. Pięknieeeeee...wink
                      >
                      > Ja tam bym chciała tak. A wy?smile
                      >
                      Pewnie, że ja tak chcę!!! bardzo bym chciała, no pewnie smile
                      Ale nie ma takich facetów, przynajmniej ja takich nie widziałam.
                      • jayin Re: jayin 13.10.04, 14:41
                        nooleczka napisała:

                        > Pewnie, że ja tak chcę!!! bardzo bym chciała, no pewnie smile
                        > Ale nie ma takich facetów, przynajmniej ja takich nie widziałam.

                        Ja niestety też nie.. A co chcę namówić na coś któregokolwiek z tych "widzianych", to jakoś nie daję rady.. Chyba mało przekonywująca jestem?smile
              • marlena1512 Re: --> New_Live 13.10.04, 13:01
                Omama, ja pochodze z "pelnej" rodziny, tzn mam mame i tate, miedzy ktorymi bywa
                lepiej i gorzej, ale w koncu to normalne. Nie odczulam osobiscie jak to jest,
                gdy rodzice sie rozwodza. Wiem to jedynie z opowiadan kolezanek, ktore przezyly
                to same. Roznie to bywa, niektore to przezywaly, a niektore uznaly, ze tak jest
                lepiej. Chce przez to powiedziec, ze nie jest regula, ze dzieci przezywaja
                terror w kazdym przypadku.
                W sytuacji N, rozwod byl decyzja obopolna. Od kilku lat zyli "osobno", nic ich
                nie laczylo procz dzieci. Wspomnialam wczesniej, ze ex- byla bardzo zadowolona
                z tej decyzji i podkreslala to w rozmowach z N. Od kiedy dowiedziala sie, ze N
                zakochal sie we mnie (wtedy jeszcze dzielil nas kanal La Manche), ona
                dimetralnie sie zmienila - zaczela go atakowac i mowic, ze rozbil rodzine i nie
                dal jej n-tej szansy. Liczyla na to, ze on sie za nia steskni i wroci i
                uswiadomi sobie, ze tak na prawde nie chce rozwodu. Jezeli byla na tyle glupia,
                zeby w to wierzyc, to bylo jej ryzyko, a jak to bywa, kiedy sie ryzykuje - jest
                szansa wygranej i przegranej. Od kiedy przeprowadzilam sie do Londynu i
                zamieszkalismy razem, ex- zaczela jeszcze bardziej podjudzac dzieci, zakazuje
                im spotkan z ojcem, opowiada klientom N, ze on ich wystawi, okradnie itp.
                Kiedys powiedziala N, ze bylaby szczesliwa, gdybym go zostawila, gdyby
                zbankrutowal i gdyby byl nieszczesliwy. N jest bardzo cierpliwy w tym
                wszystkim, nigdy jej nie "oddal pieknym za nadobne", czeka, az jej przejdzie,
                nie chce z nia walczyc, ze wzgledu na dzieci.
                Dzieci N moga zadzwonic kiedy chca, zapytac ojca co slychac, jak w pracy, co
                nowego itd. Nie potrzebuja pretekstu, jak to sugeruje Omama. N powtarza im w
                kazdej rozmowie, zeby zadzwonily, ze on oddzwoni, zeby nie placily, itd itd.
                Ale slowa do nich nie trafiaja. Dzwonia tylko wtedy, jak czegos chca. Ne
                raczyly nawet podniesc telefonu, zeby zlozyc zyczenia urodzinowe ojcu, nie
                wspominajac, ze nie podarowaly mu nawet symbolicznego drobiazgu.
                Syn N ma 15 lat. W wakacje N wiele razy mu proponowal, zeby poszedl z nim do
                pracy i pomagal, a N mu zaplaci. Nie, dzieciak wolal siedziec przed TV, ale
                potrafi wyciagac raczke, jak cos chce.
                Czy to jest dobra metoda wychowawcza, zeby w takiej sytuacji ulegac i spalniac
                zachcianki dziecka? Pamietam jak moj brat dostawal pieniadze od ojca, gdy umyl
                mu samochod, a ja, gdy posprzatalam altanke na dzialce. Chodzi o to, zeby
                poznac wartosc pieniadza i okazac troche checi i dobrej woli. Bywalam zla na
                rodzicow, ale nigdy ich nie "karalam" ani nie traktowalam jak smieci. Rodzicow
                sie kocha i szanuje.
                  • marlena1512 Re: --> New_Live 13.10.04, 13:26
                    New Live, tak, masz racje. Tak N pracowal ciezko cale zycie, zeby ta krowa
                    mogla siedziec w domu i wychowywac dzieci. Uwazam, ze on przez te 15 lat
                    byl "za dobry" i takim sposobem dochowal sie nierobow. Zgadzam sie, on sam sie
                    prosil (i wciaz sie prosi) o takie traktowanie -ze strony dzieci i ex-. Dlatego
                    wlasnie staram mu sie uswiadomic, ze glaskanie po glowce nie moze byc jedyna
                    metoda wychowawcza.
                • omama Re: --> New_Live 13.10.04, 13:30
                  marlena, ja cię nie chcę oceniać. Ani osób, o których jeszcze mniej wiem, bo to
                  nie one piszą na forum, tylko są przez ciebie subiektywnie opisywane.
                  Po co więc piszę? Żeby uświadomić tobie i innym, że każda duperela którą
                  popełniamy może zmienić świat. Że pod zachowaniami ludzi kryje się morze
                  motywów, emocji, bólu, strachu, euforii. Że strasznie łatwo jest ich nie
                  dostrzec, pominąć, źle zinterpretować. I że dlatego właśnie trzeba być bardzo
                  ostrożnym w ocenach, decyzjach, postępkach.
                  Jeżeli małżeństwo twojego N się sypało, ale trwało, a ty się pojawiłaś w
                  środku, to dałaś i żonie i dzieciom poważny powód do pretensji do ojca i braku
                  sympatii.
                  ALe ad rem:
                  1) odczep się od spraw na linii dziecko-ojciec. Niekoniecznie cokolwiek dobrego
                  zrobisz, prędzej zasłużysz sobie na przykrości. Powiedz N "współczuję ci,
                  kochany, zawsze podeprę, ale nie mogę z tobą prowadzić walki z twoimi dziećmi".
                  W razie stresów pomagaj ciepłą szarlotką, nie radą.
                  2. Unikaj wychowywania cudzych dzieci (przynajmniej póki nie wychowasz
                  własnych). UWAGA - wygłaszanie poglądów na wychowanie też się do tego zalicza.
                  3. Przynajmniej póki na drodze osobistej głębokiej znajomości nie przekonasz
                  się, że progenitura twojego N jest taka czy śmaka, zachowuj się tak, żeby nikt
                  nie mógł zarzucić ci, że starasz się zaszkodzić relacjom dzieci-ojciec.
                  4. Podejrzewam, że twoje postrzeganie postaw pasierbów ma sporo wspólnego z
                  faktem, że ty po prostu nie chcesz, żeby one były, choćby dlatego, że są żywym
                  przypomnieniem paru kłopotliwych zagadnień (np.: jakim cudem mój facet związał
                  się z potworem? czy jest kłamcą? głupcem? czy sam ma w sobie potworowate cechy?
                  A może ta kobieta spotworniała dopiero w relacji z nim?. Proponuję ci więc
                  pogadanie z psychologiem fachowcem od spraw pokomplikowanych rodzin. Bo obawiam
                  się, że z takim nastawieniem jakie masz, nawet anielskie dzieci furkoczące
                  skrzydełkami wydałyby ci się obrzydliwe i nieznośne. A jeżeli za takie będziesz
                  je z góry uważać, to - przynajmniej dla ciebie - takie się staną.
                • lilith76 Re: --> New_Live 13.10.04, 13:37
                  marlena, pomyśl że one stoją pomiędzy młotem a kowadłem, pomiędzy lojalnością
                  do "porzuconej" matki, a nieobecnym ojcem. lub po prostu dla ochrony własnej
                  psychiki zdystansowały się od obojga rodziców żeby nie zwariować.
                  twoją rola jest wspierać faceta, ale niech decyzje podejmuje on sam.
                  • marlena1512 Re: --> New_Live 13.10.04, 14:19
                    Wspierac faceta... bardzo chcialabym go wspierac i staram sie to robic, ale nie
                    moge spokojnie patrzec, jak on jest tak traktowany jak smiec przez cala trojke
                    i krowe, wykorzystywany i nic z tym nie robi. Pomimi tego, ze cierpi, nie
                    zmienia zachowania! Leci jak idiota na kazde zawolanie.
                    • omama Re: --> New_Live 13.10.04, 14:29
                      Kochana, brutalnie mówiąc: Nie twoja sprawa. Odchromol się od problemu. Nie
                      prowadź za rękę faceta, nie jesteś jego mamusią. Pozwól mu sobie radzić samemu.
                      Inaczej guzik pomożesz, a spieprzyć - także w swoich sprawach - możesz sporo.
                      • marlena1512 Re: --> New_Live 13.10.04, 14:36
                        omama napisała:

                        > Kochana, brutalnie mówiąc: Nie twoja sprawa. Odchromol się od problemu. Nie
                        > prowadź za rękę faceta, nie jesteś jego mamusią. Pozwól mu sobie radzić
                        samemu.

                        Bardzo chetnie bym sie odchromolila od tego wszystkiego. I bylabym szczesliwa,
                        gdyby krowa odchromolila sie rowniez ode mnie.
                        Ta cala sytuacja jest bardzo trudna dla mnie, dla N i dla wszystkich. Nie wiem,
                        jak dlugo to wytrzymam, staram sie, moze za malo, czasem jest dobrze, a czasem
                        chce mi sie wymiotowac z nerwow. Nigdy dotad nie bralam tylu srodkow
                        uspakajajacych i tak czesto nie plakalam.
                        • omama Re: --> New_Live 13.10.04, 14:52
                          Współczuję sytuacji, ale to jest w pakiecie pt. "związek z rozwodzącym się
                          ojcem rodziny". Jezeli facet jest tego wart - zaciśnij zęby i płać. Mając na
                          uwadze nie tylko dzisiejszy dzień, ale i to, co będzie za 3-10 lat.
                          A, jeszcze jedno: nazywanie "krową" nieznanej ci osobiście kobiety, o której
                          relacje masz od silnie skonfliktowanego z nią mężczyzny, który wchodzi w nowy
                          związek przed rozwiązaniem starego, nie budzi we mnie ani sympatii, ani też
                          przekonania o twoim obiektywizmie.
                          A dążenie do ustawienia faceta by tak czy inaczej zachowywał sie wobec swoich
                          dzieci jest, eufemistycznie, błędem.
                          • marlena1512 Re: --> New_Live 13.10.04, 15:10
                            omama napisała:

                            > Współczuję sytuacji, ale to jest w pakiecie pt. "związek z rozwodzącym się
                            > ojcem rodziny". Jezeli facet jest tego wart - zaciśnij zęby i płać. Mając na
                            > uwadze nie tylko dzisiejszy dzień, ale i to, co będzie za 3-10 lat.

                            gdybym mogla byla przewidziec, ze tak bedzie ucielabym moja znajomosc z N na
                            samym poczatku. Nie pozwolilabym sobie go pokochac, nie dowiedzialabym sie, ze
                            jest cos specjalnego miedzy nami i nie musialabym lykac tranxene.

                            > A, jeszcze jedno: nazywanie "krową" nieznanej ci osobiście kobiety, o której
                            > relacje masz od silnie skonfliktowanego z nią mężczyzny, który wchodzi w nowy
                            > związek przed rozwiązaniem starego, nie budzi we mnie ani sympatii, ani też
                            > przekonania o twoim obiektywizmie.

                            Wiem o tym, nie powinnam tak pisac. Ponosza mnie emocje..

              • lilith76 Re: --> New_Live 13.10.04, 13:06
                omama ja dla odmiany w pełni się z tobą zgadzam smile
                sztandarowym przykąłdem literackim macho, który dał z siebie zrobić mięczaka to
                Otello!
                wystarczy poczytać o eksperymentach Asha lub Milgrama żeby domyśleć się, że
                nawet asertywni ludzie w pewnych sytuacjach tracą twarz.
              • jayin Re: --> New_Live 13.10.04, 14:20
                > Ale jeżeli osoba towarzysząca umiejętnie podsyca i nazywa obawy, potem wykazuje subtelnie słuszność swoich wniosków,

                Czyli jednak wnioski są słuszne?

                > potem doradza - nawet w imię dobra np. dziecka - jakieś postępowanie - to
                > takiemu wpływowi ulec można.

                Chwila... Z tego co piszesz wynika, że taki ktoś nie ma swojego własnego "rozumu". Skoro sam nie wie co jest dobre dla dziecka, a co nie - to w ogóle nie ma o czym mówić. Bo co to za rodzic??
                Inna sprawa, że może nie zastanawiać się nad tym. Ale jeśli inna osoba wskazuje mu, że to a to jest dobre dla dziecka, a to nie - to NIKT nie przyjmuje bezkrytycznie zdania czyjegoś, tylko najpierw sam to rozważy. Wg własnych zasad/poglądów.
                A jesli przyjmuje bezkrytycznie wszystko co mu się powie - to jest po prostu uległy i nie ma swojego zdania. Słabeusz.

                I tyle.

                > Wróćmy do Marleny. Załóżmy na moment, że dzieci nie są wrednymi naciągaczami
                > żądliwymi kasy, tylko unieszczęśliwoionymi przez rodzicielską decyzję o
                > rozwodzie nastolatkami, walącymi na oślep w to, co ich - w ich pojęciu -
                > skrzywdziło - a więc w ojca, który sie z domu wyprowadził a teraz ma nową
                > kobietę.

                Uważasz, ze w takim wypadku dzieci robią slusznie i NIE NALEŻY zwrócić im na to uwagi i NIE NALEŻY starać się o to, by zaprzestały takiego zachowania? Przecież to mściwość zwykła. Czy rodzice powinni przyzwalać dzieciom na takie zachowanie?? Trzeba im pokazać, że nie tędy droga. Metody wytłumaczenia im tego są różne. Poczynając od rozmów (ze strony obojga rodziców!! bo czy np. matka dzieci nie widzi ich zachowania wobec ojca? czy może uważa to za normalne? zakładając, że - jak piszesz - nie są złe z natury, tylko "odgrywają" się finansowo na ojcu za rozwód), przez własne postępowanie w tej sprawie i nie pozwalanie im na to.

                > Idźmy dalej: dzieci trafiają celnie, tatusiowi przykro. Marlena (z proscenium, po trochu, przez miesiące czy lata) naszeptuje: "rozmawiają z tobą tylko jak czegoś chcą".

                Wybacz. Ale to jest łatwe do skontrowania. Jeśli ojciec przy kazdej rozmowie z dzieckiem słyszy: "Kup mi to. Potzreba mi tego i tamtego" - i NIGDY nie spędza z dzieckiem czasu na rozmowach o czymś innym niż zakupy, finanse itd. - to chyba MOŻE zacząć myśleć, że jest tylko "kontem bankowym". Prawda?
                Więc w takiej sytuacji "podszepty" całkowicie pokryją się z rzeczywistością.

                A jesli dziecko rozmawia z ojcem też o czyms mniej materialnym, spędza czas na czyms poza zakupami - to taki ojciec nie uwierzy w zadne podszepty. Bo nie ma potwierdzenia tego w rzeczywistosci.

                > "Niczego im nie dosyć, zawsze mało. One z ciebie ostatnią kroplę krwi wyssą".

                A kto tak mówi?smile)
                A jeśli tak bywa naprawdę? Dlaczego z góry zakładasz, że nie?
                Znam wiele przypadków, kiedy takie dzieci wyrosły na całkiem dorosłe "ssaki" i w wieku lat 30-tu nadal wyciągają od rodziców $, "żerując" na ich poczuciu winy, albo obowiązku? Sama nie wiem.....

                > "Tak, jeżeli one ci nie złożyły
                > życzeń urodzinowym, ty nie powinieneś im wysyłać gwiazdkowego prezentu"



                > Musisz je nauczyć, że nie wolno sie tak zachowywać. Musisz je nauczyć konsekwencji, bo jak one sobie potem w życiu poradzą".

                Rozumiem.
                E viva bezstresowe wychowanie.
                Pozwólmy dzieciom na wszystko.
                Boże... A co, ma machnąć na to ręką? Uważasz, że jeśli dzieci uczą się takich "materialnych" zachowań na własnych rodzicach/ojcu/matce/babci - to jaką postawę wyniosą z tego "wychowania"?

                Nie wiem jak ty, ale ja mam wkoło liczne przykłady takich "bezstresowych", "materialnych" dzieci. Dzieciaków wręcz. Horror w biały dzień.
                Ale może to tylko Łódź i Szczecin są takie "bezstresowe"smile

                > I tatuś - w imię dobra dziecka - zaczyna uczyć je konsekwencji.

                To źle????smile))
                (oczywiście o ile nie używa do tego standardowych akcesoriów typu poduszka z grochem, rzemienna dyscyplina, czy komórka na drewno, plus trzy dni głodówkismile)

                > Dzieci uznają, że miały od początku rację.

                Przepraszam... W czym?

                > Ojciec je skrzywdził, nie rozumie ich bólu, chodzi mu tylko o forsę i nową panienkę.

                A im oczywiście chodzi o dobre stosunki z tatą i o obopólną zgodę i harmonię... Taaaa...
                (nie piszę konkretnie o przypadku Marleny, bo nie wiem tego, ale piszę o tym hipotetycznym przypadku, przedstawianym przez ciebie)

                > Ona jest ważniejsza!

                Wiesz... Nie znam ŻADNEGO faceta, dla którego jakaś tam panienka, czy nawet kolejna żona - byłaby WAŻNIEJSZA od jego dziecka...

                Ale oczywiście tacy, o których piszesz, też się zdarzają. Nie wątpię.

                > Wspomnienia z jazdy na
                > karuzeli i opatrywania stłuczonej nogi nie są już dla niego ważne!

                ?......smile

                > Co za swołocz ten łajdak. Co za swołocz ta suka. Na pewno poleciała na forse starego.

                No bo stary jest brzydal, idiota, małointeligentny, nie reprezentuje sobą nic poza portfelem.....
                smile

                Czyż nie pięknie, jak się wszystko kręci wokół forsy? Ojcowie, dzieci, panienki...
                Normalnie Santa Barbara albo inna Dynastia...

                > I cała sprawa radośnie się rozkręca na lata, pokolenia i kręgi towarzyskie.
                > Bo układy między ludźmi są dynamiczne. Bo ich zachowaniami kierują w dużej
                > mierze porywy.

                Masz rację.
                Tak się dzieje, jeśli obie strony nie żyją w dobrych układach. NIE TYLKO finansowych.

                > Bo każda decyzja ( słówko, zachowanie) wyznacza przestrzeń
                > przyszłych decyzcji.

                I to się tyczy zarówno ojca jak i dzieci.
                Prawda?
                • omama Re: --> New_Live 13.10.04, 14:46
                  Już mi się nie chce powtarzać, robię to po raz ostatni: uważam, że nie tylko
                  osoby nie mające własnego rozumu ulegają wpływom.
                  Piszesz:
                  Uważasz, ze w takim wypadku dzieci robią slusznie i NIE NALEŻY zwrócić im na to
                  > uwagi i NIE NALEŻY starać się o to, by zaprzestały takiego zachowania? Przecie
                  > ż to mściwość zwykła.
                  Uważam, że nie jest to rolą marleny. Nie wcinajmyż się tak bezrefleksyjnie w
                  cudze sprawy! Kurcze, ona nawet nie widziała jeszcze tych dzieci! Ona ich nie
                  chce, jakie by nie były! Wątpię, by przy takim nastawieniu jej
                  porady/wypowiedzi/zachowania mogły być rozsądne i wyważone.
                  Piszesz:
                  Rozumiem.
                  > E viva bezstresowe wychowanie.
                  > Pozwólmy dzieciom na wszystko.
                  Nie rozumiesz. Uważam, że nie marleny tego świata (wybacz Marleno) są powołane
                  do wprowadzania stresów i korygowania wychowania cudzych dzieci. rodzice niech
                  sobie łamią nad tym głowę. Nie zaczynajmy jeszcze wątku o bezstresowym
                  wychowaniu, ok?.
                  Piszesz:
                  > A im oczywiście chodzi o dobre stosunki z tatą i o obopólną zgodę i
                  harmonię...
                  > Taaaa...
                  > (nie piszę konkretnie o przypadku Marleny, bo nie wiem tego, ale piszę o tym
                  hi
                  > potetycznym przypadku, przedstawianym przez ciebie)
                  No widzisz, ja sobie wymyśliłam hipotetyczną sytuację, a ty już wiesz, że te
                  wymyślone przeze mnie dzieci mają takie intencje, jakie ty im przypisałaś, a ja
                  myle sie w ocenie!!!. Zdaje się, że właśnie dotarłyśmy do źródła sporu: te moje
                  dzieci mogą mieć DOWOLNE intencje. I grzeszy arogancją ten, kto twierdzi, że je
                  przeniknął. Moga reagować agresją z bólu i cierpienia. Mogą z dowolnego innego
                  powodu.Nie wiem. Ty i Marlena też nie wiecie. Więc może mniej pewności siebie i
                  wyroków, co?

                  Piszesz:
                  Bo każda decyzja ( słówko, zachowanie) wyznacza przestrzeń
                  > > przyszłych decyzcji.
                  >
                  > I to się tyczy zarówno ojca jak i dzieci.
                  > Prawda?
                  A prawda, prawda. Tylko, że dzieci są niedojrzałe, a rodzice - owszem. I o ile
                  od dzieci nie można oczekiwać, by były w pełni świadome potencjalnych
                  konsekwencji, o tyle od dorosłych - tak. Na tym polega różnica. Dzieci mogą
                  wierzyć, że jedno "przepraszam" załatwi sprawę. Dorośli wiedzą, że nie.
                  • jayin Re: --> New_Live 13.10.04, 15:06
                    omama napisała:

                    > Już mi się nie chce powtarzać, robię to po raz ostatni: uważam, że nie tylko
                    > osoby nie mające własnego rozumu ulegają wpływom.

                    Przecież nie twierdzę, ze jest inaczej, tylko wyszczególniam: jedynie ci mniej rozumni ulegną wpływom, które (UWAGA...): zaszkodzą im samym, albo ich bliskim.
                    I tyle.

                    Jeśli chodzi o "zwracanie uwagi na niestosowność" zachowania.

                    > Uważam, że nie jest to rolą marleny.

                    Czy ona tym dzieciom zwracała uwagę? Czy bezposrednio im mowila, ze zle robią i ze nie powinny? WĄTPIĘ.
                    Nie przeczytałam nic takiego.
                    Z tego co ona pisze, wynika raczej, że to N. zwraca im tą uwagę. Inna sprawa, że nieskutecznie. Ale tak zwykle bywa, bo do wychowania, tak jak do tańca i małżeństwa - potrzeba dwojga. W tym wypadku rodziców. NIE SĄDZĘ, że gdyby zarówno i matka jak i ojciec zwracali dzieciom uwagę na to, to zachowywałyby się tak dalej. Podejrzewam, że po prostu matka ma inne podejście do zachowania dzieci, niż ojciec. A dzieciaki wybierają opcję "wychowania" łatwiejszą i lepszą dla nich samych (mało robić, dużo dostać - sorry za dosadność).

                    > Ona ich nie
                    > chce, jakie by nie były!

                    Nie jest to OK, ale chyba możesz zrozumieć, że osoba postawiona w takiej sytuacji - oczywiscie swiadomie i na wlasne zyczenie (związek z facetem ktory ma dzieci) może nie byc przygotowana na to, co taki związek niesie. Nie mogla przewidziec swoich odczuc i zachowan w niektorych sytuacjach. NIE MOGŁA i juz. Bo jak? Chyba, ze wczesniej miala juz ze dwoch takich facetow "z przeszloscia" i wiedziala z autopsji "czym to pachnie" smile Na oswojenie się z niechecia wobec "bagażu" jaki do związku wnosi taki facet potrzeba ZAWSZE czasu.
                    Np. u mnie ten czas to były jakies dwa miesiące, u mojej znajomej Next - rok, a u niektorych Next zajmuje to nawet po kilka-kilkanascie lat. To sprawa indywidualna. I totalnie niezależna od nas samych. Niestety.


                    > Wątpię, by przy takim nastawieniu jej
                    > porady/wypowiedzi/zachowania mogły być rozsądne i wyważone.

                    A facet - błędna owca, i nie potrafi odróżnić wypowiedzi pod wpływem emocji, a tych "normalnych"... I w dodatku nie potrafi rozsądnie przefiltrować tego, co mowi Marlena przez własny rozum. Ech..

                    > Nie rozumiesz. Uważam, że nie marleny tego świata (wybacz Marleno) są powołane do wprowadzania stresów i korygowania wychowania cudzych dzieci. rodzice niech sobie łamią nad tym głowę.

                    Masz rację.
                    A w tym wypadku... Marlena... Wprowadza? Koryguje? Wychowuje te dzieci na swój sposób, znaczy się? Gdzie,kiedy?
                    Może ja nie doczytałam...?
                    Rodzice jak widzę łamią sobie głowę. W tym temacie - głównie ojciec.
                    Rola Marleny sprowadza się do roli obserwatora i komentatora. Nie wolno jej tego robić?

                    > Nie zaczynajmy jeszcze wątku o bezstresowym
                    > wychowaniu, ok?.

                    OK.

                    > No widzisz, ja sobie wymyśliłam hipotetyczną sytuację, a ty już wiesz, że te
                    > wymyślone przeze mnie dzieci mają takie intencje, jakie ty im przypisałaś,

                    Ja też JEDYNIE hipotetyzuję smile

                    > a ja myle sie w ocenie!!!.

                    Załozenia hipotezy zależą od zakładającego, przecież.

                    > Zdaje się, że właśnie dotarłyśmy do źródła sporu: te moje
                    > dzieci mogą mieć DOWOLNE intencje. I grzeszy arogancją ten, kto twierdzi, że je przeniknął.

                    Nikt nie jest w stanie przeniknąć. Można jedynie opierać się na obserwacji ludzkich zachowań. Nawet nie można oprzec się na własnych slowach danego czlowieka. Bo nie zawsze wyjawia swoje prawdziwe intencje.

                    HIPOTETYCZNIE można jednak założyć, że mają intencję taką, a taką.
                    Ja założyłam po swojemu, ty po swojemu.
                    Gdzie tkwi błąd?


                    > Moga reagować agresją z bólu i cierpienia. Mogą z dowolnego innego
                    > powodu.Nie wiem. Ty i Marlena też nie wiecie.

                    Nikt nie wie. Poza nimi.
                    Co nie zmienia faktu, że uwidaczniają to za pomocą agresji.

                    > Więc może mniej pewności siebie i wyroków, co?

                    Nie wyrokuję. Skądże by znowu. Wysuwam jedynie logiczne wg mnie wnioski, z tego co widzę/czytam. Nie z tego co "autor miał na myśli?" albo z tego, co TAK NAPRAWDĘ myślał ktoś, kto to robił. Bo - jak słusznie zauważyłaś, nie jestem w stanie tego wiedzieć.
                    A pewności siebie nigdy za wiele. Z jej braku rodza się same problemy.

                    > A prawda, prawda. Tylko, że dzieci są niedojrzałe, a rodzice - owszem. I o ile od dzieci nie można oczekiwać, by były w pełni świadome potencjalnych
                    > konsekwencji, o tyle od dorosłych - tak.

                    Własnie. I dlatego rolą dorosłych jest wychowanie dzieci. A wychowanie polega między innymi na uświadamianiu dzieciom potencjalnych skutków ich zachowań. I konsekwencji.
                    Dlaczego można nauczyć dziecko, by nie dotykało gorącego czajnika, bo się oparzy, a nie można nauczyć, by nie było agresywne czy "roszczenowe" wobec swoich rodziców, bo to źle wpłynie na ich wzajemne stosunki?

                    > Na tym polega różnica. Dzieci mogą
                    > wierzyć, że jedno "przepraszam" załatwi sprawę. Dorośli wiedzą, że nie.

                    I normalni rodzice wpajają to dzieciom od zawsze.
                    Przynajmniej moi tak robili.
                    • omama Re: --> New_Live 13.10.04, 15:25
                      Dobra, to już ostatni post.
                      Co do Marleny: ona w ogóle nie widziała jeszcze tych dzieci. Nigdy!!!! ALe -
                      zauważ - już wie, jakie one są. Już je ocenia, ich intencje, zachowania, z
                      surowością niejakiego Feliksa Edmundowicza. Błąd. Patrzy na nie wyłącznie przez
                      pryzmat uraz swojego faceta, a w ogóle nie widać w jej postach próby wejścia w
                      ich skórę. To fatalnie rokuje całej grupie, nie sądzisz?.
                      Słuchaj, te dzieci mogą być stadem wampirów, grupą skrzywdzonych aniołków, albo
                      czymkolwiek pośrodku. Należy najpierw z pełnią empatii na jaką nas stac starac
                      się zbadać tę grupę (czego więcej? Krwawych kłów czy białych piórek?), a potem
                      dopiero oceniać. I doradzać rozwodzącemu się właśnie ojcu wampirząt stosowne
                      metody wychowawcze. Kurcze, te dzieciaki przeżywają rozwód rodziców! Teraz! Z
                      marleną jako tatusiową przyjaciółką! Plus burza hormonalna!
                      Pytasz jak to marlena koryguje ich zachowanie? A, nie osobiście, nie, skąd.
                      Wszak to wszystko, co ona wie o dzieciach to relato refera, zero własnych
                      doświadczeń. Ona tylko namawia swojego faceta do obcinania prezentów i
                      surowszego traktowania.
                      Słuchaj, być może ojciec powinien złoić dzieciaki batem, nasłać na nie policję,
                      skasować widzenia, wypatroszyć je na Trafalgar Square, skoro poruszamy sie po
                      Londynie. Ja o tym nie dyskutuję, bo nie wiem, nie znam nikogo z tej grupy,
                      sprawę znam z trzeciej ręki. Ja tylko z uporem maniaka mówię, żeby marlena się
                      tym nie zajmowała do cholery! Primo, to są jego sprawy, a mieszając się w nie
                      ona raczej niczego nie naprawi, za to z dużą dozą pewności można założyć, że
                      dostanie po głowie.IMHO, rzecz jasna. Sceundo, powinna zdać sobie sprawę z
                      tego, że jej oceny są pozbawione racjonalnych podstaw, wię ryzyko błędu rośnie.
                      I tyle.
                      • jayin Re: --> New_Live 13.10.04, 15:49
                        > Patrzy na nie wyłącznie przez
                        > pryzmat uraz swojego faceta, a w ogóle nie widać w jej postach próby wejścia w ich skórę.

                        Empatia nie jest przywilejem każdego i w każdej chwili.
                        Niestety. O ile lepszy byłby świat, jakby każdy był w stanie wykazać się empatią.
                        Nie można "na siłę" odczuwać empatii. Tak się nie da.

                        Nie dam głowy, ani ty też pewnie nie, że Marlena NIE PRÓBOWAŁA wczuć się w ich sytuację. Może próbowała. Skąd mamy to wiedzieć? Może jej nie wyszło, bo sama w związku z taką a nie inną sytuacją - przeżywa to emocjonalnie i "nie stać" jej na empatię. Tak samo jako nie stać dzieci na inne zachowanie (to, ze dzieci przezywają rozwód swoich rodziców to prawda. ale każde na inny sposob. a niektore wręcz bywają z tego zadowolone. zależy od ich wieku, powodu rozstania rodziców itd itp... od tej strony tez nie znamy sytuacji.)

                        Więc skoro "dajemy" prawo dzieciom do ich zachowania, dlaczego by nie dac go Marlenie?
                        Bo jest dorosła?... Bo POWINNA się zachowac dojrzalej? Rozsądniej?
                        Pewnie, ze POWINNA. Wiele rzeczy się powinno. Ale czasami nie jest się w stanie. Albo się nie umie. I nie można tego WYMAGAĆ od wszystkich, by zachowywali się WŁAŚCIWIE i MODELOWO. Chociaz byłoby to najlepsze (a swiat jaki byłby fajny, jakby wszyscy zachowywali się rozsądnie, dojrzale i tak jak powinni...).

                        > To fatalnie rokuje całej grupie, nie sądzisz?.

                        Jak najbardziej.

                        > czymkolwiek pośrodku. Należy najpierw z pełnią empatii na jaką nas stac starac się zbadać tę grupę (czego więcej? Krwawych kłów czy białych piórek?), a potem dopiero oceniać.

                        Masz całkowitą rację.
                        JESLI NAS STAĆ. Ale czasem nas nie stac.

                        Ja nie znam do dziś syna Osobistego. Ale nie mam do niego żadnych uprzedzeń. Wręcz go lubię smile (chociaż znam go wyłącznie ze zdjęć i opowiadań Osobistego). Bo nie oceniam ludzi, których nie znam. Jestem neutralna w takich sytuacjach. To samo dotyczy "naszej" Ex. Nie znam jej, nie oceniam, nie zrobiła mi nic złego, ani nic dobrego. Wyrobię sobie o niej zdanie dopiero kiedy ją kiedyśpoznam. Chociaż wątpię, czy taka chwila nadejdziesmile

                        Ja akurat potrafię tak podchodzić do tego. Niektórzy być moze tego nie potrafią i uprzedzają się zawczasu. Z rożnych powodów.
                        Nikt nie jest idealny.

                        > Ona tylko namawia swojego faceta do obcinania prezentów i
                        > surowszego traktowania.

                        A ja nadal uparcie obstaję przy tym, że facet nie dziecko. Jak mu nie pasuje "metoda" Marleny, to tego nie zrobi.

                        > Ja tylko z uporem maniaka mówię, żeby marlena się
                        > tym nie zajmowała do cholery!

                        Ma siedzieć cicho i nie brać pod uwagę istnienia dzieci, jak sądzę?smile
                        Bo do tego to się sprowadza.
                        Ale nie denerwuj się. Bo przeciez ta sytuacja nie dotyczy ani ciebie ani mnie, wiec sobie m,ozemy teoretyzowac na ten temat wyłącznie.
                        A to jak im się ułoży w tej sprawie, to już ich broszka. (w sumie sama ciekawa jestem, jak za rok, dwa - będzie wyglądała ta sytuacja...)

                        Automatycznie, jesli cos istnieje posrednio lub bezposrednio w naszym zyciu, wiemy o czyms, widzimy - wyzwala to w nas komenatrz, własne zdanie na ten temat itd.

                        Nie uznaję wtrącania się CZYNNEGO w wychowanie nie swoich dzieci.
                        Ale dlaczego nie mozna o tym rozmawiać z ich rodzicami?
                        Jak widze, ze dzieciak sasiadki lazi po dachu, to jej mowie, zeby go pilnowala, bo kiedyś zleci. Jak klnie na wlasną matkę, to kiwam głową ze współczuciem i mówię, ze przydałaby mu się "kwarantanna wychowawcza" suspicious
                        I to wcale nie znaczy, ze jak ja zaczne o tym gadac co dzien, to sasiadka zacznie stosowac moje metody wychowania.

                        Nie ma tu znaczenia element uczucia miedzy osoba "namawianą" i "namawiającą". ZUPEŁNIE. Np. moi rodzice wychowują nasza młodą po swojemu, a moje uwagi puszczaja mimo uszusmile chociaz mi rację przyznają (a i tak robią swoje).

                        Skoro można robić uwagi typu: "Wiesz co, kup dziecku akwarium. Mowiles ze sie interesuje rybkami, wiec pewnie mu sie spodoba taki prezent", to mozna robic uwagi typu negatywnego. I nie jest to rownoznaczne z tym, ze ktos przyjmie nasz punkt widzenia.
                        Nie i nie i nie.
                        I upór maniaka. I w ogóle.
                        NIE.

                        > Primo, to są jego sprawy, a mieszając się w nie
                        > ona raczej niczego nie naprawi, za to z dużą dozą pewności można założyć, że
                        > dostanie po głowie.IMHO, rzecz jasna.

                        IMHO - nie jest to przesądzone. Nierzadko dzięki "wtrącaniu" się osób trzecich (nie tylko Next) - dzieciom bywa lepiej.

                        > Sceundo, powinna zdać sobie sprawę z
                        > tego, że jej oceny są pozbawione racjonalnych podstaw, wię ryzyko błędu rośnie.

                        Owszem.
                        Ale nie jest powiedziane, że w 100% jej opinie na ten temat sa mylne i nieprawidłowe.


                        Oczywiście zachowujmy w tym wszystkim stale i niezmiennie zasadę "primum non nocere".
                        • marlena1512 Re: --> New_Live 13.10.04, 16:19
                          jayin napisała:

                          > IMHO - nie jest to przesądzone. Nierzadko dzięki "wtrącaniu" się osób
                          trzecich
                          > (nie tylko Next) - dzieciom bywa lepiej.

                          Przepraszam, nie rozumiem IMHO, prosze o wyjasnienie.
                          • jayin Re: --> New_Live 13.10.04, 16:36
                            marlena1512 napisała:

                            > Przepraszam, nie rozumiem IMHO, prosze o wyjasnienie.

                            IMHO to taki skrót od pierwszych liter wyrażenia: "In My Humble Opinion".
                            Co się tłumaczy jako: "Moim skromnym zdaniem."

                            Czasem się używa też np. IMO (In My Opinion). Jak ktoś jest mniej skromny...wink)

                            J.
                              • gosza26 Re: --> New_Live 10.01.05, 14:50
                                Mamy tyle samo lat a tak ogromna przepaść pomiędzy naszymi motywami
                                postępowania i tokiem myslenia. Wypowiadanie sie negatywnie o dzieciach
                                partnera tylko dlatego, że ,,są,, świadczy o tym,że w jakąś część M. pomijasz.
                                Ciekawe tylko jaką? Ale to już Twój problem...tylko nie zapomnij, że nic nie
                                zrobisz ze swoją złością możesz ją tylko przenieść do waszego związku
                                i ,,miłości,,.
                                  • gosza26 Re: --> spiesze już z korektą 11.01.05, 01:09
                                    konkubinka napisała:
                                    > z tego co wiem New Life nie jest macocha albo cos przeoczylam??

                                    ---------------------------------------------------------------------------
                                    Chodziło mi o marlena1512, która podobnie jak ja ma 27 lat i chcąc czy nie,
                                    wiążąc się z M. będzie macochą. Ale akurat u mnie przy odrobinie cienia jest
                                    duzo blaskusmile

                                    PS.Ja akurat należę do tych kobiet, które nie namawiają do przyglądania się z
                                    boku i nie reagowania. Jednak mam zawsze na uwadze to,że jeśli do chłopaków
                                    (czyli niemęża i syna) wymagam dużo to od siebie jeszcze więcej.
                                    Pozdrawiam

                                    żyj i pozwól żyć innym!
                                    • konkubinka Re: --> spiesze już z korektą 11.01.05, 08:24
                                      wiesz Gosza ja tez mam takie zasady, kiedys probowalam to Marlenie wytlumaczyc.
                                      Nie powiem abym na tym czasem nie tracila ale widzialy galy co braly.I uwazam ,
                                      ze to powiedzenie powinno byc mottem macochy a nie denerwowac ja.Oczywiscie
                                      uwazam , ze kazdy ojczym rowniez powinien miec takie nastawienie.
    • warchlaczek Re: akceptacja dzieci partnera 12.01.05, 13:41
      Doskonale rozumiem Twoje obawy, bo sama przez to przechodzilam. Nie nastawiaj
      sie negatywnie,bo zaszkodzisz wszystkim, a zwlaszcza sobie...Na poczatku na
      pewno bedzie ciezko, ale z czasem sie zaakceptujecie. Na mnie dzieci spadly jak
      grom z jasnego nieba, bo nie mialam ich wcale, a tu nagle moje wlasne + dwojka
      partnera...myslalm, ze zwariuje. A teraz jak mam dosyc i chce odpoczac w
      weekend, to zabieram synka i jade przenocowac do mamy, a partner to rozumie.
      Bedzie dobrze...

      aga

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka