jjod
29.10.11, 18:29
Na wstępie od razu zaznaczam:
1. Ten tekst może być długi, i na pewno będzie o mnie i o moim synu, mam potrzebę napisać o pewnych sprawach, więc jeżeli komuś przeszkadza ten temat, to niech najlepiej nie czyta
2. Jeżeli ktoś ma mi napisać coś złośliwego, to lepiej niech nic nie pisze, a oszczędzi nerwów sobie samemu i mnie
3. Trzymać się pkt. 1 i 2
Tak mnie teraz coś wzięło. Siedzę na zwolnieniu w domu, i teraz zdałam sobie sprawę, że powoli (za ok. 2 tygodnie) zbliża się ,,rocznica'' dnia, w którym zauważyłam, a potem dowiedziałam się, że coś się zaczyna złego dziać z moim dzieckiem. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jakie rzeczy i objawy wcześniej lekceważyłam. Kiedy przed tą informacją pojawiły się niepokojące objawy, i sygnały, ze coś jest nie tak, ale ja na to kompletnie nie zwracałam uwagi. Wydawało mi się, że to najzwyklejszy bunt. I tyle. Nic mnie nie niepokoiło, do tego wydawało mi się, że jak ma wszystko, to na pewno nie znajdzie sobie takiej wątpliwej ,,rozrywki''. Druga sprawa, chora z czego tez dopiero potem zdałam sobie sprawę, rozmawialiśmy wiele razy na ten temat, znał moje stanowisko w tej sprawie, więc naiwnie myślałam, że podąży za mną, i będzie miał podobne poglądy. A tu proszę, taka ,,niespodzianka''. Wiadome, dziecko nie jest zaprogramowane tak, jakbyśmy tego chcieli, ale ja wierzyłam, że akurat coś takiego mnie, nas, ominie. Wydawało mi się, że po koszmarnej przeszłości z mężem jak syn był mały, nie wróci nic złego, bo zaczęło się nam rewelacyjnie powodzić, a i w końcu ja odzyskałam święty spokój. Po prostu długo, długo żyliśmy spokojnie, i miałam cichą nadzieję, że już tak będzie. Teraz wiem, że za bardzo skupiałam się na sobie, był czas, że poza pracą świata nie widziałam, a kompletnie oddalałam się od domu. Miałam pewne ślepe poglądy i cele, do których za wszelką cenę dążyłam.
Zerwałam kontakty z ojcem, którego znienawidziłam, kompletnie urwał się kontakt z chora rodziną eksa, i z nim samym. Trochę sobie narobiłam wrogów w ciągu ostatnich kilku latach. Wiedziałam o tym, ale akurat nie przejmowałam się tym. Tych których chciałam mieć przy sobie, to miałam, i to było dla mnie najważniejsze.
Zamieszkałam w mieście, w którym od zawsze chciałam mieszkać, wyprowadziłam się ze znienawidzonego przeze mnie, z racji złych wspomnień, miasta. I tu z pewnością odżyłam.
Ale wiem, że syna lekceważyłam kompletnie. Kochałam go, jasne, ale nie miałam z nim dobrego kontaktu. On miał swój świat, ja swój. Nie wiedziałam o nim za bardzo nic.
Pozwoliłam mu przez miesiąc nie chodzić do szkoły, skoro wcześniej nie miał takich złych ocen, to przecież nic się nie stanie, jak na początku trochę opuści. Tak myślałam. A zresztą wydawało mi się, że jak będzie coś nie tak, to ja to na pewno zauważę. Nie dopuszczałam innej opcji do siebie.
A potem - cóż, zaczęło się swego rodzaju piekło. Ucieczki, kłótnie, leczenie. Nawet wtedy wielu rzeczy do siebie nie dopuszczałam. I tak miałam dużo szczęścia, co mi potem uświadomiono.
Ale bywało też źle.
Teraz powoli wierze w to, że będzie lepiej. Z tym, wbrew pozorom, nauczyłam się żyć.
Mam nadzieję, że te święta będą spokojniejsze, że w ogóle ten nowy rok zacznie inny, lepszy etap w naszym życiu.
Długie, wiem. I może przynudzające. Ale chciałam sie wygadać. Jak moderator będzie chciał usunąć, - ok, nie ma problemu.