kobieta306
13.04.12, 19:58
Spotkałam się ostatnio dwukrotnie z taką sytuacją, że ktoś chce uratować zwierzę - raz konia, który przeznaczony był do rzeźni, a innym razem ciężarną kotkę - i nie mając co ze zwierzętami zrobić, na siłę niemal, grając na wyrzutach sumienia, wciska stworzenia mojemu znajomemu , mówiąc "bo ty masz warunki, bo ty mieszkasz na wsi". Zastanawiam się dlaczego ludzie chcą być tacy dobrzy, miłosierni, wrażliwi na krzywdę, robią to kosztem drugiego człowieka. Po pierwsze ktoś tymi uratowanymi zwierzętami będzie się musiał zajmować oraz dodatkowo generuje to jednak wydatki (karma, weterynarz itd.). Dlaczego zatem wszystkie te miłosierne osóbki, które nie mają wprawdzie możliwości powiedzmy lokalowych, nie zaproponują układu - "zwierzę będzie u Ciebie ale ja ponoszę wszelkie koszty z nim związane". Sprawa zakończyła się tak, że po moich namowach koń nie został przyjęty i nie wiem co dalej owa osoba ratująca go wymyśli. Mojego znajomego zwyczajnie nie stać na to, by żywić konia, mimo, że mieszka na wsi. Koń generuje ogromne koszty i wymaga stałej opieki. Oczywiście teraz jesteśmy be i niewrażliwi na krzywdę zwierząt ale ja mam to w nosie. A mechanizm jest prosty - każdy chce być miłosierny i litościwy dla stworzeń ale najlepiej niech to będzie kosztem bliźniego swego.