Mam problem z mezem, i zaczynam juz myslec, ze z sama soba tez. Chodzi o to, ze maz nie chce isc ze mna na kompromis w podjeciu zyciowej decyzji.
Mieszkamy od kilku lat za granica, wyjezdzajac planowalismy 1-2 lata, zrobilo sie z tego 7. W miedzyczasie urodzilo sie nam dziecko, oboje mamy stabilna prace, w miare stabilna sytuacje finansowa, zyjemy bez luksusow ale w miare wygodnie. Teoretycznie same pozytywy, poza tym, ze nie mamy tu zadnej rodziny i nikogo bliskiego.
Ja od zawsze mowilam mezowi,nawet przed wyjzdem, ze nie chce wyjedzac na stale, ze docelowo chce mieszkac w Polsce, ze tesknie. Jestem mocno zwiazana ze swoja rodzina w Polsce, maz raczej slabo. On niby mnie rozumie ale systematycznie mnie zniecheca do powrotu, wiem ze sam wolalby nie wracac. Zawodowo on ma lepiej i latwiej tu niz w Polsce, ja mam podobnie i na obczyznie, i w Polsce, chociaz w Polsce mialabym bardziej prestizowa i docelowo lepiej platna prace.
Doszlo do tego, ze ciagle sie klocimy o te kwestie powrotu. Obecnie planujemy drugie dziecko, jesli urodze to bede miala rok platnego macierzynskiego i potem moge wziac rok urlopu bezplatnego. Pieniadze jakie otrzymam za macierzynski wystarcza na blisko 2 lata skromnego zycia w Polsce, nawet gdybysmy nie poszli do pracy, a takiej wersji nie zakladam. I na te dwa lata chcialabym wrocic ‘na probe’ do Polski i zadecydowac cy tamn zostajemy czy jednak wracamy do UK. Mysle, ze to wystarczajaco dlugo by zorientowac sie czy mamy czego szukac w Polsce, czy bedziemy sie w stanie przystosowac do zycia tam po tylu latach, a jednoczesnie nie spalimy mostow za soba. Ale i takie rozwiazanie maz uwaza za bez sensu, bo jest przekonany, ze w Polsce bedziemy zyc na styk finansowo i ze i tak koncem koncow wrocimy do Anglii. Ze beda to zmarnowane 2 lata, ze bez sensu zmieniac corce szkole, ze szkoda zostawiac fajny (ale wynajmowany) dom, sprzedawac meble itd. Moich argumentow typu, ze corka nauczy sie dobrze mowic, czytac i pisac po polsku (poszlaby do pierwszej klasy w Polsce, wic nie bylaby ‘nowa’ w klasie), ze nawiaze wiezi z dziadkami i dalsza rodzina, ze pozna realia kraju przodków, a jednoczesnie, w razie powrotudo UK – bedzie na tyle mloda, zeby jakos kosmicznie tego nie przezywala – jakby nie zauwaza. Argument ze nam jako parze bedzie latwiej byc parą, bo beda babcie zeby przynajmniej pare razy w roku zostac z dziecmi abysmy my mogli gdzies razem wyjsc - tez sie nie licza. A prawda jest taka, ze tutaj wlasciwie nie mamy czasu na to by pobyc sami czy gdzies wyjsc bo nie ma co zrobic z dzieckiem.
Tlumacze mezowi, ze musze przez to wszystko przejsc zebyt sie przekonac czy damy rade ulozyc sobie zycie w Polsce, ze jesli nie sprobuje wrocic to zawsze bede sie zastanawiala co by bylo gdyby.
Jak rozmawiac z mezem aby zrozumial moj punkt widzenia? Bo na chwile obecna wychodzi na to, ze to ja mam zrezygnowac ze swoich planow, chceci, marzen i zaakceptowac jego wersje zdarzen. A tego nie jestem w stanie zrobic. Nie chce tez robic po swojemu bez poczucia akceptacji z jego strony. Walkujemy ten temat i g... z tego od x czasu wychodzi. A moze rzeczywiscie powinnam ustapic i schowac wlasne wizje w kieszen, i cieszyc sie ‘latwym’ zyciem jakie tu mam? Czasem juz sama nie wiem