Mieszkam na obrzeżach miasta, taka dzielnica peryferyjna, trochę pojedynczych domów, trochę osiedli bliźniaków, ogródki działkowe, las, łąka. Idąc z psami na spacer, przechodzę gruntową drogą, przy której są dwie posesje – na każdej po dwa psy. Te psy oczywiście okropnie szczekają gdy przechodzimy (moje psy nie, bo je tego oduczyłam – przechodzą obojętnie, patrząc w innym kierunku

). Rejwach trwa ok. 1-2 minut – tyle, ile trwa nasze przejście wzdłuż posesji. Nie przechodzę tamtędy codziennie – powiedzmy 2-3 razy w tygodniu. I za każdym razem (prawie) jestem opieprzana przez kobietę z jednego z tych domów – wrzeszczy, że przechodzę tamtędy "złośliwie", że drażnię psy "specjalnie", że "już nie mam gdzie chodzić", że to "skandal", ostatnio też chyba coś o "bezmyślnej idiotce" mnie doleciało. Droga jest publiczna, mimo że to tylko nieutwardzona droga, biegnąca w większej części przez lasek i nieużytki, to jest na planach i ma normalne tabliczki z nazwą ulicy.
Najpierw nie reagowałam, potem kiedyś odpysknęłam, że to nie jej prywatna droga. Ja oczywiście mogę chodzić naokoło (chociaż to trochę niewygodne, bo kawałek trzeba się przedzierać przez niezbyt przyjemne chaszcze) , tylko że wkurza mnie to – z jakiej racji mam omijać jej dom, skoro nie przechodzę przez teren prywatny czy wyłączony z ruchu ? Obok mojej posesji przebiega „normalna” ulica, a za płotem chodnik, którym ludzie przechodzą kilka razy na godzinę, a nie kilka razy na tydzień i jakoś muszę się pogodzić z tym, że moje burki wtedy szczekają…. Nie przyszłoby mi do głowy wyskoczyć na nich z mordą – „to już nie macie którędy chodzić”.
Co byście zrobiły na moim miejscu – przechodziły dalej obok tej baby, spróbowały z nią pogadać czy po prostu odpuściły i przebijały się naokoło krzaczorami ?