Był taki czas w moim życiu, kiedy byłam biedna, czasami brakowało nawet na jedzenie. Bo albo nie miałam pracy, albo była ona niskopłatna, tak że wystarczało jedynie na opłacenie stancji i bardzo, bardzo skromne jedzenie. I kiedy w najgorszych czasach bywało tak, że pod koniec miesiąca w lodówce nie było już absolutnie nic, przyznaję, że zdarzało mi się dyskretnie przepatrzyć śmietnik, czy przypadkiem ktoś tam nie zostawił chleba, albo czegoś jadalnego. Albo na uczelni, kiedy widziałam, że ktoś wyrzucił do kosza prawie całe jabłko, to też starałam się je dyskretnie wyłowić

. Dumą się człowiek nie wyżywi, kiedy w żołądku już drugi dzień kiszki marsza grają.
Po kilkunastu latach moja sytuacja finansowa wygląda o wiele, wiele lepiej, stać mnie na rzeczy także te zaliczane do grupy luksusowej, ale jakoś nigdy nie miałam problemu z tym, żeby się do tej biedy przyznać. Oczywiście nie chodziłam i nie opowiadałam każdemu, kto chciał i nie chciał słuchać, ale jeżeli kiedyś w dyskusji wyszedł temat to nie miałam problemu, by powiedzieć: tak, kiedyś byłam biedna, było mi źle.
Chociażby po to, by przypomnieć sobie, jaką długą drogę przeszłam i ile udało mi się osiągnąć. I nigdy w realnym życiu nie spotkałam się z kpinami, raczej ze współczuciem.
Myślicie, że takie rzeczy powinno się ukrywać, niczym najstraszniejszą tajemnicę?