mwiktorianka
26.09.13, 23:45
Mam zamiar zacząć studiować (nie dawno o tym tu pisałam), z powodów finansowych nie dam rady zacząć w tym roku, ale obiecałam sobie, że w przyszłym zrobię to na pewno.
Mężowi na razie nic nie wspominałam ponieważ tak naprawdę temat jest mu znany od jakiegoś czasu, a wsparcia z jego strony nie mam żadnej. Wręcz przeciwnie; on nie widzi sensu abym studia kończyła.
Dziś (zupełnie nie wiem dlaczego, bo ja o tym nie wspominam od jakiegoś czasu), zaczął temat studiów. Powiedział mi wprost, że chcę robić coś dla siebie kosztem całej rodziny.
Wychodzi na to, że jestem cholerną egoistką....
A tak serio to prawie się poryczałam się kiedy to usłyszałam, na szczęście przypomniałam sobie moje motto; żaden facet nie jest wart tego aby przez niego płakać.
Jest mi jednak cholernie przykro, dotarło do mnie z całą jasnością, że nic dla niego nie znaczę.
Nie ważne jest jak się czuję, czy mam jakieś marzenia, czy jestem szczęśliwa, zadowolona czy nie- kompletnie się to nie liczy. Liczy się tylko to abym dalej zasuwała na etacie kucharki, praczki, sprzątaczki itd, a nie traciła czas na głupie fanaberie.
Jesteśmy razem od ponad 20 lat, przez jakieś 17, 18 lat pomimo tego, że różnie bywało, mój bilans wspólnego życia wychodził na plus, jaszcze dwa lata temu uważałam, że choć bywały złe chwile to jednak go kocham i nie wyobrażam sobie życia z kim innym.
Od jakiegoś czasu jasno widzę, że nasze dalsze wspólne życie to pomyłka.
Bardzo się od siebie oddaliliśmy. Z mojej strony były próby naprawienia tego co szwankuje, ale jeśli tylko jednej stronie zależy to nic z tego nie wyjdzie. Jemu chyba jest dobrze tak jak jest.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest ok. nie ma kłótni czy awantur, jeśli już to raczej sprzeczki, ot zwykłe małżeństwo, ale jesteśmy od siebie daleko jak dwa bieguny.
Od zawsze byliśmy kompletnymi przeciwieństwami, na każdy niemal temat mamy odmienne zdanie, ale pomimo wszystko było nam razem dobrze.
Tak naprawdę to początkiem końca był fakt, że po latach prowadzenia monologów (mąż jest introwertykiem), dałam za wygraną. Przestałam mieć potrzebę rozmowy, zresztą trudno nazwać rozmową monolog, gdy druga osoba odpowiada co najwyżej półsłówkami, albo najczęściej wcale.
Najgorsze jest chyba to, że mnie już chyba nie zależy na tym aby to naprawiać. Chcę tylko spokoju. Kompletnie się nie rozumiemy.
Zapewne żadne z nas nie jest bez winy, ale ja jak mi już złość przejdzie, staram się daną sytuację przeanalizować na chłodno.
Zastanowić co było z mojej strony nie tak, zrozumieć jego punkt widzenia.
Natomiast mąż to typ człowieka, który nie potrafi się przyznać do błędu za żadne skarby świata, a do tego ZAWSZE ma rację.
Nie chcę się tu zbytnio rozpisywać bo musiałam bym napisać powieść w dwunastu tomach.
Chodziło mi właściwie tylko o tą konkretną sytuację bo nie mogę się po tym pozbierać.
Powiedziałam mu krótko, że jeśli będę chciała studiować to po prostu to zrobię bo nie muszę nikogo pytać o zgodę.
Postanowiłam tez nie poruszać tego tematu (nie wie o mojej decyzji), ponieważ mam dość bojkotowania moich planów.
To się wygadałam.