auto.auto
08.11.13, 14:31
Witajcie.
2 lata temu moja kuzynka, która była w 8tc, zaczęła krwawić. Pojechała do szpitala (być może było to jakieś pogotowie), ale po zbadaniu, odesłali ją do domu mówiąc, że z ciążą nic się nie da zrobić. Po kilku godzinach moja kuzynka wiedziała, że straciła ciąże, bo w szpitalu dokładne jej opisali, 'co' zobaczy w trakcie poronienia. Kuzynka strasznie to przeżyła i miała żal do lekarzy, że nikt jej tej ciąży nie chciał ratować, bo w PL na pewno dali by jej coś na podtrzymanie, a tu ciążę ratuje się od 12 tygodnia. Lekarz jej powiedział, że oni nie wiedzą, czy samoistnie dochodzi do poronienia, czy też może kobieta wzięła środki poronne. Sytuacja miała miejsce na Wyspach.
Będąc w PL kuzynka poszła na wizytę do gina-ordynatora, który ją pocieszył, że 80% takich wczesnych poronień to wynik mutacji genetycznych i ma się nie zadręczać, bo to nie jej wina. Obecnie kuzynka jest szczęśliwą mamą (półroczna córka).
Nigdy nie byłam w ciąży, ale czasem trafiam na opisy tego, co przeżywa kobieta tracąca ciążę do trzeciego miesiąca. Znieczulica w szpitalu, a nawet jak ciążę uda się utrzymać, to często dziecko rodzi się za wcześnie i nie wiadomo, jakie są szanse na prawidłowy rozwój (czytałam artykuł o rodzicach, których dziecko urodziło się w 7 miesiącu, z licznymi wadami i ci rodzice mieli pretensje, że zostawiono ich samym sobie).
Chyba bardziej odpowiadałoby mi podejście lekarzy na Wyspach to podtrzymywania ciąży takie, jak na Wyspach. Moja kuzynka wróciła do domu, mogła się wypłakać we własnym domu razem z mężem i nie czuła, że komuś przeszkadza. Moją koleżankę po poronieniu położyli obok kobiet, które zaraz miały rodzić - ciężarne się do niej nie odzywały, bo bały się ją czymkolwiek zranić.
A Wy co myślicie?
P.S. nie chciałam nikogo urazić, takie mnie naszły refleksje po lekturze WO.