scher
19.04.14, 08:36
"Nie wszystko, co kolorowe jest dobre do edukacji dzieci. W darmowym podręczniku jest chaos" - mówi Dorota Dziamska, metodyk nauczania początkowego z Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego.
Jak Pani ocenia materiał, który przedstawiła szefowa MEN, jako pierwszą część darmowego podręcznika?
Dorota Dziamska: Mamy w nim pozbierane obrazki, literki,cyferki, krótkie teksty i rebusy – tak jak w wielu książeczkach dla dzieci. Ale to na pewno nie jest jeszcze elementarz. Pięknymi i kolorowymi obrazkami, co przy obecnej grafice komputerowej nie jest trudno osiągnąć, można zachwycić laika, może nawet niektórych rodziców, którzy uczyli się kiedyś z szarych podręczników. Ktoś, kto jest nauczycielem i zajmuje się nauczaniem początkowym, natychmiast wychwytuje niekonsekwencje. Materiał zawarty w tym podręczniku wcale nie jest bezwzględnie potrzebny do tego żeby uczyć w pierwszej klasie. Stać się natomiast takim może jeżeli autorki przekształcą treści omawianego elementarza w materiał przy pomocy którego można będzie ćwiczyć sprawności cielesnego mechanizmu uczenia oraz umiejętności intelektualne.
Czy za tym podręcznikiem stoi spójna metodologia, czy w ogóle w tym przypadku możemy mówić o jakiejkolwiek metodologii nauczania początkowego?
Absolutnie jeszcze nie. Jeśli MEN chce czymś zaskoczyć, to w darmowym podręczniku metodologia powinna wyjść na pierwszy plan. Tymczasem przeglądając kolejne strony widzę, jeśli chodzi o obrazki, kreskę różnych grafików z różnych wydawnictw. Widzę w rysunkach kreskę spotykaną w książkach Nowej Ery, WSiP-u itd. Taki kolorowy kalejdoskop jak z prospektów. Nazywam to odważnie deprawacją piękna prowadzącą do problemów z koncentracją. Walczyłam z wydawnictwami od lat, aby ułuda nowoczesności płynąca z możliwości grafiki komputerowej nie zamieniała się w to co chcą jako piękne widzieć dorośli, aby obrazek piękny na stronie pierwszej wpływał na logiczne myślenie na stronie piętnastej, aby spokój płynący z obrazu wpływał na koncentrację. Kiedy wydawnictwa to zrozumiały i stonowały nieco obrazkową zbędną stymulację, nagle nie mają nic do powiedzenia. Rządowy podręcznik powiela te same błędy, które były udziałem wydawnictw 20 lat temu. Pamiętajmy, że do szkoły przychodzi o rok młodsze dziecko. Powinno uczyć się na bardzo przejrzystym materiale, a nie na czymś, co jest szokiem kolorystycznym dla oka. Sześciolatki a nawet i siedmiolatki mają jeszcze wąskie pole widzenia. Materiał zawarty w podręczniku powinien być tak skonstruowany aby nauczyciel mógł go wykorzystać do ćwiczeń w poszerzaniu pola widzenia , to bardzo ważny wstęp do nauki czytania.
Przestrzeń pokazywana na obrazkach w książce może być duża ale jej zabudowanie elementami powinno narastać wraz z postępującym rozwojem dziecka. A tu już na pierwszym obrazku w elementarzu mamy potężną szkołę z ogromną ilością różnych szczegółów. Później ten obrazek znika, za to pojawia się maleńka szkoła z ukośnym dachem. Trudno zrozumieć w tym logikę. Poza tym, grafik rysując piękną, dużą szkołę zapomniał o podstawowych rzeczach - współczesna szkoła musi być bezpieczna dla dziecka. Na obrazkach powinien się znaleźć wjazd dla Straży Pożarnej, Pogotowia i Policji, tymczasem my na obrazku mamy mnóstwo detali i szkołę, jakiej w Polsce nie ma, natomiast tego, co ważne dla nauki o bezpieczeństwie nie ma. Mam wrażenie, że w podręczniku znalazły się materiały zbierane na chybcika z różnych wydawnictw i od różnych grafików, byleby tylko zrobić elementarz. Podręcznik powstawał bez przemyślenia - czego i w jaki sposób należałoby tak naprawdę uczyć dzieci. Mam wrażenie twórcy myśleli kategoriami: coś takiego w podręczniku powinno być, więc to dodajemy. Trudno zatem powiedzieć cokolwiek o jego wartości metodycznej. Przejrzałam wszystkie strony tej części czyli materiał na trzy pierwsze miesiące. To nieprawdopodobne! Nie znalazłam tam ani jednego wierszyka do nauki na pamięć, ani jednej zagadki. A przecież zagadki tak dzieci kochają. Rytmizowane teksty szczególnie u młodszych dzieci są bardzo ważne w odniesieniu do regulacji oddechu i przygotowania do czytania. Brak tekstu o charakterze wychowawczym dającym wzory wartości i zasad tak potrzebnych na początku roku szkolnego, aby utworzyć i zintegrować grupę. Na dodatek zbyt infantylna nawet dla współczesnego sześciolatka matematyka. I permanentne zadawanie dzieciom pytań, a to przecież dziecko pytania powinno zadawać dorosłym.
Za to pani Krystyna Szumilas mówi, że podręcznik jest dobry, bo kolorowy.
I tu mamy problem. Wcale nie jest tak, że wszystko, co kolorowe jest dobre w edukacji dzieci. Jeżeli chcemy przygotować oczko dziecka do nauki czytania, szczególnie chodzi o oczy sześciolatków, to owszem powinniśmy mieć kolory, ale umiejętnie dobrane i bez przesytu. To jest kwestia fizjologii - tekst krótki i prosty, powinien być na czystym, białym tle, napisany czarną czcionką i co ważne nie powinien być przytłoczony ogromem kolorowych obrazków, które są tuż obok. Jeśli jest za dużo kolorów - oko odskakuje od czarnej czcionki tekstu i przeskakuje na kolory. Poza tym każde dziecko ma inną wrażliwość na kolory. Barwy powodują pląsanie oczka dziecka i nie uczą skupienia na literach. Dlatego właśnie wciąż mamy taki sentyment do "Elementarza" Falskiego, gdzie wszystko było wyważone. Obrazków nie było za dużo, nie były one przepełnione zbyt duża ilością elementów. Ilustracje były zawsze istotne dla tekstu. Pomiędzy tekstami i obrazami było odpowiednie światło co wyciszało i skupiało. Tekst o kocie był krótki i jednoznaczny, a obrazek przedstawiał takiego właśnie kota co gwarantowało logiczną spójność.
W darmowym podręczniku niby też takie elementy są, ale na każdy layout wciśnięto ogromną liczbę informacji i obrazków, bez zwrócenia uwagi na możliwości percepcyjne dziecka. Duża ilość kolorów to zbyt wielka stymulacja prowadząca do dekoncentracji i chaosu. Chaos dotyczy także braku spójności w doświadczeniach sensorycznych dzieci. Obrazek dziewczynki grającej na trójkącie z napisanymi powyżej sylabami ti - ti ta - ta to jakaś farsa. W przedszkolu dzieci grają na trójkątach i naśladują wydawane dźwięki dosłownie używając sylab dzyń – dzyń. Nagle w szkole zaprzecza się ich doświadczeniom, bo ti – ti pasuje do wprowadzonej literki t i literki i?
Czy w nowym elementarzu prezentowanym z dumą przez panią minister Joannę Kluzik - Rostkowską widać, że jest to podręcznik dla sześciolatków i siedmiolatków.
Absolutnie nie. Siedmiolatek już dawno w obliczeniach matematycznych pomyka w kierunku kolejnych dziesiątek, a nawet do liczby 100, a tutaj w październiku ma zaszczyt napisania cyfry jeden. Patrzę na stronę 14 i co widzę? Chłopiec podnosi kulkę papieru z podłogi, ale kosza na śmieci nikt już nie dorysował. Co ten obrazek tak naprawdę pokazuje? Podniosę kulkę i będę rzucał dalej? To coś odwrotnego niż powinno znaleźć się w podręczniku. Jeśli chcemy wychowywać dzieci, to powinno im się pokazywać właściwe zachowania. Na kolejnej stronie jest piękny obrazek miasta, droga, skrzyżowanie i do niego mamy pytania dla dzieci:
Czym różnią się sygnalizatory świetlne dla pieszych i dla pojazdów?
Sygnalizatory na obrazku wprawdzie są, ale bardzo małe i nie widać, co one sygnalizują. Mnóstwo dzieci mieszka w małych miejscowościach i nie ma tam sygnalizatorów, więc powinien on być w książce gdzieś dokładnie pokazany. Tymczasem mamy pytanie, a nigdzie nie jest wyjaśnione jak sygnalizator dokładnie wygląda. Po co zatem ten obrazek. Lepiej zaprosić na lekcję policjanta, który przyniesie dokładne plansze i wszystko wyjaśni. Przerażająco nudne dla współczesnych uczniów są także pytania typu: - O czym śni mały kotek ? Siedmiolatek mówił o tym już w przedszkolu jak miał 4 lata.
cdn.