Wchodzę dziś na teren przedszkola z dziećmi, za nami tatuś z wyrośniętym synkiem (koło zerówki pewnie) włazi zostawiając furtkę otwartą na oścież. Na furtce wisi kartka z prośbą o zamykanie jej na zasuwę, tatunio zostawił na oścież. Furtkę od ulicy dzieli wyłącznie szeroki chodnik - nie raz już widziałam dziecko puszczające się tam biegiem niemal wprost pod koła. Zwracam tatusiowi uwagę, że może dojść do tragedii, a ten na mnie z pyskiem, że o tej porze dzieci przychodzą, a nie wychodzą, a on nie jest małym chłopcem, żebym mu uwagę zwracała. Informuję, że zgłoszę sprawę u wychowawcy, zgłaszam, wychowawca odsyła mnie do dyrekcji. Pytam kobietę o imię dziecka bo nie wiem, o kim mam z dyrekcją rozmawiać - wychowawczyni twierdzi, że nie wie. Rozbieram dzieci, w międzyczasie słyszę z sali chichotki pań z beztroskim tatusiem i komentarze na własny temat... Nosz k... Facet zostawia otwartą na oścież bramkę, na zwrócenie uwagi reaguje cynizmem, przy własnym dziecku, zamiast zwykłego "o, przepraszam, nie zauważyłem", a pańcie stają po jego stronie. Ile trzeba, żeby w półmroku (siódma rano) jakiś dzieciak wyrwał matce rączkę w rękawiczce i zwyczajnie wbiegł pod auto, bo on na przykład nie chce do przedszkola? Dodam, że placówka integracyjna, więc i niespełna trzylatki, i dzieci niepełnosprawne intelektualnie się zdarzają. Proszę o dobre słowo: że pan niemądry, a panie wcale nie mniej