W zalewie ślubnych wątków, historii o tym, jak się nikomu nie chce i wszyscy się męczą, jak trzeba znosić durnego wujka Zdziska i wszystkim dogadzać, co wypada, a co nie, kościelny czy cywilny... która z Was nie miała żadnych problemów? Bo ja nie miałam.
Zaproszona najbliższa rodzina (z dziećmi: sztuki 3 łącznie) i przyjaciele, łącznie z nami 49 osób. Ślub w mieście, w którym mieszkamy, większość rodziny spoza i nikt nie miał problemów, by dojechać. Zapewnienie noclegu było dla nas naturalne - zapraszamy na długą imprezę, więc nie narażamy gości na dodatkowe koszty. Rodzice w nic się nie wtrącali, wszystko organizowaliśmy sami. Spodobała nam się restauracja - rezerwujemy, DJ z polecania, spotkaliśmy się, "zaiskrzyło" - spisujemy umowę. Bez napięcia, nadęcia, stresu i rezerwowania sali 3 lata naprzód. Bez ludzi, których widzieć nie chcemy i nie mamy z nimi kontaktu, żadnych dalekich kuzynów "a bo ja jako dziecko w `95 u nich byłam". Jedzenie świetne, ale bez rosołu i kotletów, wybieraliśmy pod siebie, ale też żeby większości ludzi smakowało (i dlatego wybrałam krem z pomidorów, nie z chrzanu np.). Nie drżeliśmy nad każdym, nie mieliśmy fefnastu opcji, jakby komuś obiad by nie smakował, miał jeszcze 2 ciepłe posiłki i bufet. Na ślubie większość ludzi to katolicy, nie mieli problemów z "innym" kościołem, nawet do Komunii przystąpili

I wiem, że wszystkim się podobało, że było kameralnie, rodzinnie i "inaczej", opinie na ten temat słyszałam nie tylko bezpośrednio.
I jak tak czytam o tych wszystkich spinach, o tym, że wesela się ludziom z jakąś mordęgą kojarzą, to się zastanawiam dlaczego oni sobie to robią?