korag100
18.09.15, 20:28
Czytając wątki o zdradach czy przemocy po prostu nie wierzę.
Jestem raczej słaba psychicznie (chodzę od niedawna na psychoterapię).
Ale...
w 2005 roku mój były mąż mnie pobił. Pierwszy i ostatni raz ale dość mocno. Decyzję o rozstaniu podjęłam od razu jak ścierałam krew (miałam m. in. złamany nos).
Nie pomogły prośby, groźby ani cuda wianki. To był koniec. Było mi o tyle łatwo, że wybił mi miłość z głowy. O razu. Mój syn miał pół roku a ja zarabiałam niewiele. Sprzedałam mieszkanie własnościowe, wynajęłam inne. Pieniądze ze sprzedaży musiałam dokładać miesięcznie aby przeżyć. Zatrudniłam opiekunkę, pracowałam więcej. Było różnie. Tym bardziej, że nie brałam pod uwagę, że on może coś takiego zrobić. I nie zrozumiem kobiet, które po pierwszym i kolejnych razach pytają jak to ratować, co zmienić. Po prostu nie. I nie jest dla mnie żadnym argumentem, że dla dobra dzieci lub ze względów finansowych.
I uprzedzam komentarze, nawet gdybym nie miała co sprzedać to i tak bym to zrobiła, z tą różnicą że mały był by w żłobku podczas mojej pracy. Dodam, że niektóre z dziewczyn mogą liczyć na pomoc rodziców ja takiej opcji nie miałam.
Mimo iż było to przykre doświadczenie nauczyło mnie tego, że zawsze się tak może zdarzyć i trzeba się z tym liczyć. Mam teraz zupełnie innego partnera, mieszkamy razem i nie wydaje mi się aby mógł kiedykolwiek mnie uderzyć. Ale i tak mam plan B. Poukładane wszystko tak, żeby było łatwiej w razie czego, bo uderzenie=koniec.
Zdradzona nigdy nie byłam. Ale zakładam, iż jest to wysoce prawdopodobne w wykonaniu jakiegokolwiek faceta, więc znów mam plan B. Bo zdrada=koniec.
I jestem pewna, że ponieważ biorę pod uwagę taką opcję wcale by mnie to nie zabolało, nie zaskoczyło, nie przepłakałabym nawet dnia.
A przy tym wszystkim nie śledzę partnera, nie podejrzewam, nie gadam mu o tym. Jest fajnie, a zareaguję jak się stanie. Mam plan B więc jest ok. Nawet dziecko z nim planuję (na razie nie wychodzi) ale w opcji B jest budżetowane i rozplanowane tak abym dała radę sama. I to tak aby było łatwiej niż za pierwszym razie.
Dlatego przepraszam, nie chcę nikogo urazić ale nie wyobrażam sobie płakać po kimś kto mnie skrzywdził i zawiódł. A już próbować ratować taki związek i zastanawiać się jak postępować by było dobrze to kosmos jakiś.
Jednocześnie każdy jest tylko słabym człowiekiem więc nie musiałabym się przemóc by wybaczyć.
To co jestem nienormalna? Czy za dużo przeszłam w życiu i nic mnie już nie zdziwi i nie złamie?
Dodam jeszcze, że niektóre osoby z mojego otoczenia dziwią się że biorę kolejne firmy(księgowość) skoro przy takim facecie nie muszę pracować. Własnie muszę i to więcej bo przy rozstaniu jedyny żal jaki bym miała to taki, że on się dorobił a ja nie. A ja chcę mieć komfort psychiczny, że po rozstaniu każdy ma tyle samo (mimo, iż nie jesteśmy małżeństwem, nie mamy wspólnego majątku i każdy brał by "swoje").
Poza tym nie jestem i nie będę mu nic winna, nigdy też nie usłyszę, że jestem gorszym partnerem