rulsanka
06.11.15, 23:52
W dniu dzisiejszym, +2 stopnie i przenikliwie zimne powietrze, zarządzono w szkole alarm. Dzieci zostały wyprowadzone na dwór w tym w czym były, czyli tiszertach, tenisówkach. I tak sobie stały na placu. Syn twierdzi, że trwało to godzinę lekcyjną, do kolejnego dzwonka, ale załóżmy że krócej. Dyrektor oczywiście ubrany w kurtkę i czapkę.
Jak dzisiaj przyszłam do szkoły po syna, zaskoczył mnie przez okno widok nauczycielki prowadzącej lekcje w kurtce. Potem sprawa się wyjaśniła, przemarzła w czasie alarmu i nie mogła się ogrzać.
To jest szkoła, w której o tej porze są głównie młodsze klasy, zerówki, pierwszaki i klasy drugie.
Syn mówił, że tak przemarzli, że zdrętwiały im nogi i ręce i nawet podskakiwać nie byli w stanie by się rozgrzać ruchem.
Ja się zastanawiam, czy to w ogóle jest zgodne z prawem? Bo ze zdrowym rozsądkiem i elementarną empatią na pewno nie. Dodam, że jest to pierwszy alarm od czasu gdy syn chodzi do tej szkoły, czyli już ponad rok. Nie mogli zorganizować tych ćwiczeń gdy było cieplej?
No nie mogę tego pojąć, jestem w szoku. Jakieś działania proponujecie?