Zachciało mi się zmian po 40.stce, to mam. ..Jestem drugi tydzień w nowej pracy, zarzucili mnie od razu na wejście projektem, co do którego już teraz wiem, że dam dupy i nie dam rady oddać w przyzwoitym stanie w nałożonym terminie.
Ogólnie to pracuję od 17 lat, ale po dwóch latach przerwy, które sobie zrobiłam bo mogłam

(tak, tak mąż mnie utrzymywał

, pod koniec ubiegłego roku stwierdziłam, że raz kozie śmierć- zmienię coś i zacznę robić coś zupełnie nowego (dzieci odchowane, a życie podobno się zaczyna po 40.stce). No i ze stanowisk starszych specjalistów (zdarzały się też menadżerskie po drodze) poszłam na juniora w podobnej branży, ale muszę się uczyć wszystkiego na nowo. Tak naprawdę to nie mam pojęcia dlaczego ja przeszłam ten proces rekrutacji w ogóle- chyba tylko moje umiejętności miękkie przeważyły (zawsze umiałam się "sprzedać" w sytuacjach na pełnej adrenalinie). No ktoś po prostu uznał, że da mi szansę zacząć od początku.
No i teraz rzeczywistość w nowej pracy. 3/4 zespołu młodsza ode mnie o 10-15 lat (dużo studentów) i dają mi to niestety odczuć. Ja się o wszystko pytam po 10 razy, bo autentycznie nie wiem i nie umiem (i autentycznie mnie to w..wia, bo jestem z tych co lubią umieć od razu), a ludzie mi serwują odpowiedzi- sprawdź sobie w jakiejś procedurze albo w innym projekcie jak to jest. Wydaje mi się jakby mówili do mnie po chińsku czasami. Normalnie funkcjonuję jak dziecko we mgle. I teraz pytanie: czy to jest normalny etap przejściowy, że jak weszłam w zupełnie nowe tematy, to nie mam prawa od razu tego ogarniać i muszę sama dać sobie przyzwolenie na taki stan rzeczy (jednak managerka, która mi przydzieliła to zadanie raczej nie myśli w ten sposób

. A może jednak po 40.stce nie powinno się zawodowo skakać na główkę (dowiedziałam się dzisiaj od współpracowniczki, że uważają mnie tam za odważną, że zdecydowałam się "w tym wieku" przyjść tam do pracy praktycznie bez żadnego doświadczenia). Ogólnie to nie ma czegoś takiego jak przesadne przejmowanie się nowymi czy świeżakami- taki lajf- terminy gonią, klienci cisną, samemu trzeba ogarniać. Taryfy ulgowej nie ma jak widzę, chociaż mam 3 miesięczny okres próbny i zapewniali że po trzech miesiącach chcą mieć we mnie w miarę samodzielnego pracownika (ale nie kurde po 1 tygodniu!)
Mam dzisiaj cholernego doła, bo jestem niestety perfekcjonistką i w większości spod mojej ręki wychodziły przez te wszystkie lata rzeczy bez zarzutu, a tutaj taki klops- no nie daję razy, pokonał mnie merytorycznie temat. Może jednak to nie była dobra decyzja?
Branża- ogólnie IT- ale przez kilkanaście lat to był marketing, sprzedaż, ew. prowadzenie projektów. Teraz mi się zachciało konkretów- czyli bardziej w stronę programowania.
Stara baba a dylematy jak student w pierwszej pracy

. No i najważniejsze- ja naprawdę chciałabym się tego nauczyć i się tam utrzymać. Zależy mi na tym.
Znacie kogoś, kto zaczął od nowa tak późno jak ja i mu się udało?