Zastrzelcie, bo nie mam siły...
Biorę jutro ślub. Padam na pysk, śpię po 2h, bo niefortunnie data nakłada mi się na koniec II semestru, a więc - po nocach zamiast osiągać zen i pielęgnować stosunki przedmałżeńskie kleję makiety i kłócę się z AutoCADem. Do ślubu 90% rzeczy robimy sami, żeby ciąć koszty. M.in. pojechałam dziś na giełdę kwiatową po materiały na bukiet dla siebie i świadkowej. Pożyczonym przez dobrego kumpla samochodem. I co? Wcięło mi od niego dokumenty... Jestem tak koszmarnie zmęczona, że nawet nie wiem, czy wzięłam je z domu - w każdym razie po prostu wsiąkły. Wieczorem położyłam je na słupku, dziś, gdy wróciłam z giełdy już ich tam nie było. Więc... albo wypadły mi w jednej z hal, albo diabeł ogonem nakrył. Chce mi się wyć z wściekłości. Właśnie tego, mając w perspektywie wożenie świadków i załatwianie ostatnich spraw, czego było mi trzeba, to uziemienie jednego z samochodów. Do jasnej cholery...
