Widzę , że na ematce funkcjonuje wielka wiara w hartującą moc spacerów. A według mnie to kompletny mit. Pierwsze dziecko wychowałam zgodnie z zaleceniami z mamusiowych gazetek . Ot głupia i młoda byłam. Tak więc były codzienne obowiązkowe spacery, w każdą pogodę choćby się waliło i paliło, nawet z chorym dzieckiem (lecz bez gorączki). I co i zawsze dziecko całą zimę chorowało. Jak tylko pobawił się w śniegu, nasypało się śniegu do butów, za kołnierz, mokre rękawiczki, buty, spodnie, choroba była murowana i tak całą zimę na okrągło. Zresztą jesienią i na przedwiośniu podobnie. Drugie dziecko "kisiłam w domu" Spacery baaardzo sporadyczne, głównie po galeriach handlowych

Zimą siedzenie w domu, zero spacerów, wypady do galerii i dziecko nie chorowało prawie wcale. A jak widzę mamuśki spacerujące jesienią i zimą gdy świat przykryty czapą smogu z kopcących kominów to mi żal tych dzieciaków. Na pewno się nie zahartują , a jedynie się alergii, astmy i innych chorób nabawią. Co wy macie z tymi spacerami w śmierdzącym powietrzu ? Po prikaz taki jest? Bo to zdrowe i hartujące ? A jednocześnie się mówi jakie szkodliwe jest zanieczyszczone powietrze. Może trzeba zacząć myśleć samodzielnie ?