nangaparbat3
27.08.17, 17:05
w malym miasteczku wchodze do szmateksu. Szmateks przy bocznej uliczce, chodnika nie ma albo jest symboliczny (nie umiem sobie przypomnieć), uliczka jednak od czasu do czasu jeżdżą auta. W drzwiach zderzam się z wybiegającym dzieckiem ok. 1,5 roku na oko, przebieglo kolo mnie nim zdążylam zlapać, podbiegło do pana z wozkiem stojacego przed sklepem (tylem do drzwi), wzielo go za rękę. Poszli uliczką.
oglądalam ciuchy, w szmateksie eszcze ze 3-4 osoby, i nagle widze to samo dziecko wybiegajace znowu na ulicę. Mówię:
- prosze państwa, czyje to dziecko? wybiega na ulice, coś mu sie może stać.
Jegomość z drugiego końca sklepu ryczy (dziecko zpowrotem jest w sklepie, obok drugie, kilkuletnie): - Mówiłem ci, ku..., nie wychodź!
- Prosze tak na dziecko nie krzyczeć - nie wytrzymuję.
- Swoimi sprawami się , ku... zajmij!
Jakaś starsza pani mówi bardzo spokojnie:
- Bardzo dobrze, że pani zwróciła uwagę.
I to obudziło drugą potęzna postać, mamę:
- Niech swojej dupy pilnuje, a nie porządnych ludzi sie czepiać, pilnuj swojej dupy, ku...!
Kolezanka, która stala pod sklepem (pan z wozkiem był wujkiem dzieci, w tych wrzaskach to wyszlo) powiedziala, że w miedzyczasie faktycznie przejechał samochod, a dzieci (noworodek w wozku i troje starszych) struchlało, kiedy ojciech, wychodzac ze sklepu, warknął:
- W domu z wami porozmawiam.
Od sprzedawczyni dowiedzialam się, że w szpitalu jest jeszcze piąte dziecko.
No i nie wiem, czy trzeba się bylo odzywać, boje się, że dzieci zdrowo oberwaly za mnie.