Dodaj do ulubionych

Poronienie - gdzie my żyjemy?

17.07.18, 17:32
kobieta.gazeta.pl/kobieta/56,107881,23639790,poronienia.html#BoxLSCz
Przeczytałam, strasznie to wszystko smutne. Na szczescie mnie spotkała 'tylko' ciąża biochemiczna i zagrożenie porodem przedwczesnym, straszne sa te historie.
Czy któraś z Was spotkała sie z godnym, współczującym podejściem szanującym kobietę w tym trudnym stanie? Jesli tak to gdzie?
Obserwuj wątek
    • mamablue Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 17:37
      Mam za sobą poronienie. Było normalnie, jestem super wdzięczna za medyczny profesjonalizm, a nie bzdury z wybieraniem imienia dla płodu. Cała rzecz nie była fajna, wiadomo, ale poszło szybko i konkretnie i nie mam po tym żadnej rysy na duszy. A gdybym musiała brać udział w teatrzyku, pewnie byłabym wku...ona.
    • andaba Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 17:43
      Nie miałam powodów do skarg. Ale fakt, lądowałam na oddziale, na którym częściowo pracowałam.
    • aguar Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 17:52
      Nie wiem, może już w szkołach na biologii powinno się uczyć dziewczynki, że dwie kreski na teście nie oznaczają jeszcze, że będzie dzidziuś, że wczesne poronienia są częste, żeby na początku ciąży je brać pod uwagę... Podoba mi się takie podejście do ciąży, jak na zachodzie, że na poważnie podchodzi się dopiero od ok. 12 tygodnia, że nikt nie "ratuje" wczesnych ciąż Duphastonem, ani nie sprawdza czy beta prawidłowo przyrasta. Jak ciąża ma się przyjąć, to się przyjmie. Jakoś dzieci się tam rodzą...
      • szalona-matematyczka Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 18:10
        Aguar, powiedz to kobiecie w wieku 38 lat, ktora 10 lat starala sie o ciaze, ze nie beda jej ratowali tej ciazy, bo jeszcze nie ma 12-tego tygodnia i jest przeciez tyyyyleee poronien.
        • aguar Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 18:14
          Sorry, zgadzam się, że ciąże, do których doszło ze wspomaganiem medycznym albo po dwóch poronieniach traktuje się inaczej, są na to procedury - i dobrze!
          • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:24
            Otóż nie ma tak dobrze. Ja po 11tym invitro, po 40tce zostałam potraktowana dokładnie tak samo jak każda inna kobieta w ciąży przez 12tyg, czyli idź do domu i czekaj. Bo przecież miałam "tylko" dwa poronienia do tej pory, wiec pod inne procedury nie podlegam.
        • skat_0 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:16
          Kobiety po 35, a nawet po 30 starajace sie dlugo, sa objęte innymi standartami i leczeniem.
          • szalona-matematyczka Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:24
            Ciekawe gdzie sa te "standarty" (haha). Kilka lat temu czytalam (chyba w GW), jak 40-latka urodzila w Swinoujsciu zbyt wczesnie dziecko, ktore zmarlo. Rodzila w okropnych warunkach i przy komentarzach "w tym.wieku to sie nie rodzi, tylko jezdzi na uropy". Takich Orthopädie jest mnostwo. Wiek cie nie obroni przed chamstwem. Obronia cie jedynie pieniadze.
            • szalona-matematyczka Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:24
              *przykladow
            • skat_0 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:33
              O żesz, pisalam o tym zachodzie co to do 12 tyg nic nie robia.A ja i mój dziec jestesmy przykladem skutecznosci. W trakcie moich staran bylam na konsultacji w Polsce, co moge jeszcze zrobic czy na tym zachodzie lecza mnie ok i odpowiedz specjalistki - tak jestes w dobrych rekach, u nas nie zrobimy wiecej, a trwaloby to dluzej i kosztowaloby Was kupę kasy wiecej.
          • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:25
            Gdzie te inne standardy po 30? W Polsce?
        • straggly Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:32
          Albo dziewczynie po invitro, po calej długiej procedurze stymulacji, pobierania komórek, podawania zarodka...
      • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:22
        Ten kij ma dwa końce. Podejście, o którym piszesz jest może i dobre, choć tak naprawdę wynika jedynie li tylko z oszczędności, z niczego więcej. Dzięki temu w UK nie ma wynalazków pt. ustalanie płci i pogrzeb 1cm zarodków, urlop macierzyński i zasiłek z ZUSu - co uważam niepotrzebnie utrwala traumatyczne przeżycia i jest zwyczajnie szkodliwe dla psychiki. Z drugiej strony takie podejście robi się dość problematyczne, gdy nagle masz 40tke, dwa poronienia za sobą, w trzeciej ciąży koszmary i ataki paniki i przeraźliwy strach bo krwawisz, a wszyscy, absolutnie wszyscy mają twoja ciążę w dupie do 12 tyg... I wtedy sobie myślisz, a co jeśli brakije mi tylko progesteronu, ale nie mam na niego szans bo nikt mi go nie przepisze. A co jeśli wystarczyłoby coś zrobić i ciąża byłaby do uratowania? Moja ostatnia ciążę, można powiedzieć, poddałam. Byłam tak przekonana, że się nie uda, brak pomocy zewsząd, wszystko musialam załatwiać prywatnie, że mam wrażenie że poroniłam tylko dlatego że nie miałam zewsząd pomocy. I najgorszy był właśnie ten brak zrozumienia. Wiem, głupie myślenie, ale sami Brytyjczycy przyznają, ze w przypadku poronień nawykowych najlepsze rezultaty w leczeniu przynosi... opieka nad kobietą. A mnie zostawili sama sobie. Czy to więc taki super system? Nie sądzę.

        Mówisz, że jakoś dzieci się rodza. Owszem, dzieci się rodzą, ale może nie wszystkim i nie zawsze...
        • aguar Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:50
          Brenya78, nie chciałam Cię urazić, zgadzam się, że kij ma dwa końce i uważam, że kobiety "po przejściach" powinny być inaczej traktowane, bo nawet jeśli jest tylko kilka procent szans, że jakaś interwencja uratuje ciążę, to warto próbować.
          Z kolei drugi koniec kija, to to, co było w niedawnym wątku - dziewczyny wręcz licytowały się, jak szybko po poronieniu zaszły w ciążę, którą donosiły.
          • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 21:00
            Wiem, że nie chciałaś urazić. Nie ma sprawy. Faktem jest, że tak naprawdę bardzo niewiele można zrobić dla tych młodych ciąż i pewnie dla młodej kobiety podejście "nie ratujemy" jest prawidłowe. Ale dla takich sierot jak ja najwieksze znaczenie maja nawet pozorne działania, chocby to miala być rozmowa podtrzymująca na duchu.
            Jeszcze parę lat temu można bylo w UK przyjść z ulicy do early pregnancy unit I poprosić o scan. Obecnie musisz krwawić, dostać skierowanie od lekarza (ktoey i tak strzeli tekstem o młodych ciążach) żeby ktoś łaskawie ruszył palcem. To wszystko idzie w złym kierunku.
        • madami Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 18:06
          brenya78 napisał(a):

          > Ten kij ma dwa końce. Podejście, o którym piszesz jest może i dobre, choć tak n
          > aprawdę wynika jedynie li tylko z oszczędności, z niczego więcej. Dzięki temu w
          > UK nie ma wynalazków pt. ustalanie płci i pogrzeb 1cm zarodków, urlop macierzy
          > ński i zasiłek z ZUSu - co uważam niepotrzebnie utrwala traumatyczne przeżycia
          > i jest zwyczajnie szkodliwe dla psychiki. Z drugiej strony takie podejście robi
          > się dość problematyczne, gdy nagle masz 40tke, dwa poronienia za sobą, w trzec
          > iej ciąży koszmary i ataki paniki i przeraźliwy strach bo krwawisz, a wszyscy,
          > absolutnie wszyscy mają twoja ciążę w dupie do 12 tyg... I wtedy sobie myślisz,
          > a co jeśli brakije mi tylko progesteronu, ale nie mam na niego szans bo nikt m
          > i go nie przepisze. A co jeśli wystarczyłoby coś zrobić i ciąża byłaby do urato
          > wania?

          ale kobiety z ciążami "specjalnego ryzyka" powinny być traktowane ostrożniej, to oczywiste
      • arwena_11 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:36
        Mój lekarz tak podchodził. Twierdził, że w pierwszych 12 tygodniach leci całkiem spory procent ciąż. I lepiej jak tak jest - bo natura wie co robi. Dlatego do ok 11 tygodnia nie ratował ciąży.
        • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:42
          Z racji bycia w trakcie poronienia sobie trochę poczytałam literatury na ten temat. Otóż wg badań ok połowa tych poronionych ciąż jest prawidłowa genetycznie, także ten tego. Niepomiernie wkurza mnie ostatnio to odwoływania się do wiedzacej-co-robi natury. Gó... a nie wie co robi... Nie bierz oczywiście do siebie, to mój taki wszechogarniający wkurw na te wszystkie mądrości, których ostatnio wysłuchałam nt. powodów nieratowania młodych ciąż.
          • arwena_11 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:53
            Przechodziłam poronienie w 2009 roku. Ale ja wiedziałam wcześniej że tak się skończy - bo badania wykazały, że w pierwszych 2-3 tygodniach przeszłam cytomegalię - a ja myślałam, że to grypa.
            Jedyne co - to mój lekarz odradzał łyzeczkowanie i kazał czekać aż samo się oczyści. I miał rację.
          • black-cat Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 21:01
            W pierwszym trymestrze nawet 80% pironień spowodowanych jest wadami genetycznymi płodu (badania z 2013 roku, Szczecin)
            • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 21:12
              Oj, kochana, tych badań jest całe mnóstwo. Meta analizy pokazują że jest ok pół na pół.
              • martishia7 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 23:58
                A rozwojowe?
          • spirit_of_africa Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 21:02
            Jak lezalam z infekcja pologowa na ginekologii zachowawczej to obok była sala pełna wczesnych ciaz z problemami (za młode na kwalifikowanie sie na oddział patologii).To były ciaze z krwawieniami spowodowanymi np. krwiakami. Podawali in progesteron, cyklonamine, magnez itp. Kazali lezec i monitorowali. Cześć z tych dziewczyn wróciła lezec do domu ok 20 tygodnia, niektóre po 22tc przenieśli na patologie, niektóre poroniły. 1 dziewczynę znam z kliniki ivf stad wiem ze wiekszosc z tej sali ma kilkumiesięczne zdrowe jak na razie dzieci. Pytanie ile z nich urodziło/poroniloby gdyby w tej początkowej ciąży odesłano je bo nie skończyły 12tc
      • agusiah Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 08:41
        Moja ciąża ratowana w 10 tygodniu duphastonem, wylezana do,porodu, właśnie kończy gimnazjumsmile. I pyskuje. Nie byłoby jej bez tego. Po to jest medycyna, żeby z niej korzystać...
        • arwena_11 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 09:12
          Moja od 11 tygodnia. Też skończyła właśnie gimnazjum. Wcześniej miałam zalecenie leżeć.
          • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 10:01
            I prawdopodobnie to wylezenie pomaga. Czytałam, że nie ma żadnych dowodów na dobroczynne działanie progesteronu, a szkoda bo i zastrzyki miałam i globulki i brałam tyle tego, że szkoda gadac.
            W następnej ciąży leżę plackiem 😁
            • yadrall Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 11:34
              Ja dzieki takiemu podejsciu w UK nie mialabym dzieci (tak, mieszkam w UK i mam syna tylko dlatego,ze w 5 ciazy polecialam do PL). Dlaczego? Jestem jednym z wypadkow (wcale nie wyjatkowo zadkich) w ktorym ciaza powoduje cukrzyce ciazowa-nie,ta standardowa od 20+ tc. Ja najpierw mialam skoki cukru,a 2 dni pozniej test pokazywal ciaze. I w ten sposob poronilam 4 ciaze-owszem badania mialam zrobione... miedzy ciazami i wtedy wychodzilo,ze jestem zdrowa jak ryba. A glupiego cukru (choc w ciazy nr.4 mialam podejrzenia,ze to cukier to gp mnie olala i nie dala skierowania na badanie cukru przed 12tc) przed 12tc nie badaja-mialam czekac-tyle,ze do tego czasu to moje dzieci byly martwe sad
              Do ciazy nr5 podeszlam z ... glukometrem kupionym w aptece. I w dniu spodziewanej miesiaczki robilam test obciazenia w PL-cukier po podaniu glukozy mialam dobrze ponad 200. Wyladowalam w AMG i wprowadzono insuline-dziec ma dzis lat prawie 9.
              Do kolejnej ciazy podeszlam majac ... wlasna insuline... Owszem gp w Uk juz skierowal mnie do kliniki,ale zanim sie doczekalam na wizyte to juz byl 9tc-do tego czasu sama dobieralam insuline (zostalam tego nauczona w poprzedniej ciazy). Gdybym tej insuliny nie miala to drugiego dziecka tez by nie bylo...
              • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 11:54
                Yadrall, napiszesz coś więcej nt tej wczesnej cukrzycy? Nigdy wcześniej o tym nie slyszalam. Jak to działa tj. w jaki sposób się przyczynia do obumarcia ciąży? Czy robiłaś badania genetyczne w tych poronionych ciążach żeby wykluczyć genetykę? Byłabym wdzięczna za info.
            • spirit_of_africa Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 17:35
              a co w UK robią w przypadku zespołu antyfosfolipidowego? bo przy tym zespole często zdarzają się poronienia przed 12tc. Najczęściej podobno w oklicach 9-10tc.
              • yadrall Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 18:52
                Wczesna cukrzyca ciazowa to dosc zapomniana sprawa (choc w ksiazce o ciazy,ktora miala moja mama rodzaca w 1983 jest ona opisana!!!). Jest to cukrzyca,ktrora pojawia sie w chwili implantacji zarodka-mi cukier skakal zanim test ciazowy pokazal II kreski. Niestetu ta cukrzyca powoduje,ze jest zle przyswajanie glukozy,a glukoza jest niezbedna do rozwoju zarodka. Wiec brak insuliny powoduje,ze cukier krazy we krwi,a nie dostaje sie do tkanek. I ciaze obumieraja. Moje wszystkie ciaze byly zywe w 6tc,a juz w 9 tc nie bylo serduszka.
                Co do zespolu-on wychodzi w badaniach robionych po 3 poronieniach i wtedy ciezarna dostaje clexane i acard.
                • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 19:30
                  Dzięki za ten trop. Już dwa lata temu prosiłam lekarza o metformine profilaktycznie bo przecież nie zaszkodzi. Potraktował mnie (a raczej ona) jakbym poprosiła conajmniej o polon do herbaty...
                  Fakt faktem w ciążę zaczęłam zachodzić jak sie suplementowalam inositolem, który ponoć pomaga w insulinoooornosci. Wiec pociągnę ten wątek, dzięki wielkie za naprowadzenie.
                  Faktycznie w ciąży bardzo dużo siusialam (brak nocnego sikania to był pierwszy znak że ciąża obumarła...) co do tej pory uznawałam za symptom ciążowy, ale cholera wie, wszakże to też znak że we krwi za dużo glukozy - częste sikanie to jeden z symptomów cukrzycy!
              • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 19:23
                Dają heparynę i aspirynę. Chyba nic więcej. Ale badanie w kierunku zespołu antyfosfolipidowego etc. robią dopiero po trzecim poronieniu. Ja robiłam prywatnie już dawno temu, bo przecież nie będę czekać aż się nade mną zlitują. Tym sposobem po trzecim poronieniu, zostanę skierowana na oddział poronień nawykowych ino tam mi już nie pomogą bo mam wszystkie badania zrobione prywatnie i już od dawna stosuje heparynę, sterydy etc. 😁😁😁 Czyli ich pomoc mi teraz jak umarłemu kadzidło...
                • yadrall Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 20:08
                  Mi metformina nie pomagala-musiala byc insulina. I tak,sikalam bez konca. Do tego jak bylam glodna to zaczynaly.mi rece drzec,a potem zaczynalo mi sie dziwnie krecic w glowie i robilo mi sie slabo-raz to ledwo doczlapalam do macdonalda-nic innego w poblizu nie bylo,a mi sie ciemno przed oczyma robilo. Co ciekawe po owym macu b.szybko zaczelam sie czuc normalnie.
                  Sugeruje zakupic glukometr i badac cukier w godz po posilku od 7-8 dnia po owulacji (jezeli sie starasz o ciaze).
                  • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 20:21
                    Mam glukometr, kiedyś zakupiłam ale zmierzyłam parę razy i stwierdziłam, ze nie mam pojęcia kiedy mierzyć i jakie wartości są dobre/zle. Masz może jakiś link, żebym się mogła dokształcić, albo chociaż pokrotce mnie przeszkolić w temacie?
                    • yadrall Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 20:33
                      Ja dzis nie pamietam konkretow (mlodsze dziecie ma ponad 6 lat),ale mierzylam cukier 1h po posilku i norma byla 140. Co ciekawe nigdy nie mialam cukru w moczu!
                      Niestety musisz pamietac,ze taka cukrzycowa ciaza moze powodowac chorobe dziecka sad W ciazy z mlodszym nie mialam insuliny na noc (mialam tez caly kaplet lekow na jakby co,wiec bralam tez duze dawki enkortonu) i niestety dziecko ma wade genetyczna. Byc moze to przypadek oczywiscie,ale faktem jest,ze mlody obciazony sad
                      • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 20:53
                        No wlasnie, tutaj badają tylko w moczu, właśnie sprawdziłam bo mam jakieś stare paski w domu i w moczu nie mam. Ale już jestem dwa dni po poronieniu, ponad tydzień jak nie sikam, wiec może za późno już badać ten cukier. No nic, zobaczymy co mi zaoferują na tym oddziale poronień nawykowych - ciągle mi mówią że to najlepszy w kraju bla bla, no nic okaże się... Zresztą najpierw to ja muszę zajść w ciążę, co z moją historia niepowodzeń invitro nie jest takie oczywiste, he he.
                        Jeszcze raz dzięki za trop. Przykro mi z powodu choroby twojego syna sad
                        • spirit_of_africa Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 19.07.18, 00:26
                          Brenya a jakie suplementy oprócz mioinozytolu bierzesz? W twojej sytuacji to warto pomyśleć jeszcze o poprawie jakości kom jajowych bo z wiekiem ich jakosc spada.
                          • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 19.07.18, 01:12
                            Oj, ja już wszystko brałam 😁 dhea będę znów brała na komórki (wiem, że ściema), biorę metylowany kwas foliowy, witaminy pre-prenatalne, dostinex na wysoką prolaktynę (mikrogruczolak przysadki), witaminę D3.
                            Moje komórki i tak już pewnie nie do uratowania...
                            • wilowka Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 19.07.18, 21:51
                              DHEA na komórki? A testosteron androstendion jaki masz? (nie musisz mi pisać, tylko rozważ) bo jeśli rozważasz insulinooporność, jeśli masz hiperprolaktynemię to i testo możesz mieć walnięty, wtedy DHEAs tylko szkodzi komórkom.
                              • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 19.07.18, 23:01
                                Testosteron ostatni miałam w samym środku normy: 1.1 nmol/L (0.40 - 2.10). Free androgen index 2.2% (0.30 - 9.80%). Dhea też miałam w środeczku normy. Ja generalnie hormony wszystkie mam piękne, tylko ta prolaktyna wysoka. Tarczyca zdrowa 😁
                                Ta insulinoopornosc to pod znakiem zapytania jednak, bo jak robiłam krzywa glukozowa insulinową to jednak chyba wszystko ok było.
                                Widzę że ta moja klinika testuje też wszystkie pacjentki pod kątem celiakii ukrytej - bardzo się zdziwiłam. Może na wszelki wypadek przejdę na diete bezglutenowa 😁
                • wilowka Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 22:03
                  Heparynę, acard i encorton.
      • madami Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 18:04
        aguar napisała:

        > Nie wiem, może już w szkołach na biologii powinno się uczyć dziewczynki, że dwi
        > e kreski na teście nie oznaczają jeszcze, że będzie dzidziuś, że wczesne poroni
        > enia są częste, żeby na początku ciąży je brać pod uwagę... Podoba mi się takie
        > podejście do ciąży, jak na zachodzie, że na poważnie podchodzi się dopiero od
        > ok. 12 tygodnia, że nikt nie "ratuje" wczesnych ciąż Duphastonem, ani nie spraw
        > dza czy beta prawidłowo przyrasta. Jak ciąża ma się przyjąć, to się przyjmie. J
        > akoś dzieci się tam rodzą...

        a ja się z tym zgadzam
        kobiety strasznią krzywdę sobie czynię traktując wczesną ciążę niemal jak dziecko, natura wie co robi, nie na darmo ciąże są były i będą ronione ale jaki jest sens by po każdej rozpaczać i przechodzić żałobę
        • kropkacom Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 19:28
          To po cholerę nie pozwolić na wczesną aborcję? Bo to nie natura? Hello!
    • wapaha Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 17:58
      Tak. Nie napiszę gdzie ale to było miasto wojewódzkie. Spotkałam się z empatią, czułością i zrozumieniem ale też ludzkim, racjonalnym , normalnym podejściem ( w sensie bez słodko-pierdzenia, nadopiekuńczości itd )
    • kai_30 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 18:02
      Ja się spotkałam. Trafiłam na IP ginekologiczną w 7 tc z krwawieniem. Nawet jeszcze u gina nie byłam, wybierałam się w kolejnym tygodniu. USG potwierdziło rozpoczynające się poronienie, lekarze bardzo delikatni i taktowni, zero obcesowych tekstów, zero też epatowania dzieciątkiem itd. Zadecydowano, że powinnam zostać na oddziale i tu zaczął się mój szok, bo nastawiłam się na najgorsze, a tymczasem dostałam pojedynczą salę z własną łazienką (podobno standard w tym szpitalu przy poronieniach, o ile oczywiście są wolne jedynki), pielęgniarka powiedziała, że mam dzwonić jakby co, dostałam coś przecibólowego. Po godzinie chyba było po wszystkim. Udzielono mi (znów - bardzo taktownie i z wyczuciem) informacji, jakie są moje prawa (czyli możliwość wyboru pochówku + zasiłku pogrzebowego + macierzyńskiego. Nie chciałam, ale mogłam). Rano na obchodzie też wszyscy bardzo delikatni, ale z przysłaniem mi psychologa to już przesadzili, bo żadnej wielkiej traumy nie przeżywałam, a psycholog był tak do bani, że miałam ochotę w niego czymś rzucić wink

      Generalnie - opieka taka, jakiej można by sobie życzyć. Tylko panie na IP coś tam stękały, że skoro nie byłam u lekarza jeszcze, to może to wcale nie ciąża, tylko okres, i generalnie nie były przekonane, czy warto sobie mną głowę zawracać. Lekarze i pielęgniarki na oddziale - na medal.
      • straggly Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:37
        Napisz gdzie to, moze ktos kiedys bedzie potrzebował takiego info.
      • pelissa81 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 21:19
        Brzmi jak Inflancka w Warszawie. Bardzo fajna ginekologia - tez czułam się w porządku
        • kai_30 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 00:37
          Nie, to nie Warszawa. Szpital Wojewódzki w Koszalinie.
          • pitupitt Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 12:48
            Żartujesz sobie. Szpital w Koszalinie ma tak fatalne opinie, że szkoda gadać, a położnictwo w szczególności. Byłam tam przez kilka dni na obserwacji, co przeżyłam to moje. Trafiłam tam, bo ginowi nie podobało się, że mój brzuch jest zbyt twardy. Wyobraź sobie, jaki przeżyłam szok, gdy następnego dnia rano pielęgniarka powiedziała do salowej "ta pani dzisiaj śniadania nie je, BO MA ZABIEG". Oczywiście okazało się, że mieli taki burdel w papierach, że nie ogarniali, co kto ma mieć robione... Dlatego kiedy przyszedł czas decydować, gdzie moja córka się urodzi, z mężem wiedzieliśmy jedno: wszędzie tylko nie Koszalin.
            • kai_30 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 13:01
              To nie było położnictwo, a ginekologia.Ale i na położnictwie dużo się zmieniło.
        • whitney85 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 21:55
          Ja na Inflanckiej właśnie miałam podobne doświadczenia. A potem urodziłam tam wcześniaka, który miał świetną opiekę. Ja leżałam na sali z innymi mamami wcześniaków więc nie musiałam oglądać mam, które miały dzieci przy sobie.
    • tryggia Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 18:59
      Właśnie wczoraj o tym rozmawialiśmy w pracy.
      Że personel była różny.
      Jedni traktują kobiety jak idiotki zalane ciążowym hormonem a ich embrion/płód gorzej niż mocz z dobowej zbiórki.
      Inni spokojnie, empatycznie lecz rzeczowo wyjasniaja i tak zwyczajnie okazuja szacunek.
      Ale podobnie na zwykły oddzialach kiedy ktoś umiera. Pielegniarki potrafią wyrzucic z sali mówiąc "i tak jutro będzie po wszystkim" albo "i tak dziadek nic nie slyszy, pani już idzie, bo ja kończę zmianę".
      Ludzie ludziom.
    • tryggia Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 19:03
      Aha, na szczęście u mnie swiadome ciąże dwie i dzieci dwójka, ale przy plamieniach w 7tygodniu usłyszałam, że tam nic zywego nie ma i lyzeczkujemy czy czekamy aż samo wyleci. Tyle że dla mnie kobieta była pojebana i natychmiast zglosilam to wyżej.
    • super_hetero_dyna [...] 17.07.18, 19:22
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • miniulowa Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 19:30
        Chyba masz problem z głową, Dynia. I to poważny. Gdyby było warto wyjaśniłabym Ci pewne rzeczy, ale nie warto, bo nie zrozumiesz. Tymczasem ZAMILCZ. W tym temacie nie masz ABSOLUTNIE NIC do powiedzenia, więc wypad z wątku.
        • super_hetero_dyna [...] 17.07.18, 19:52
          Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
          • aerra Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 19:59
            Te, panie majster, szelki sobie poluzuj, bo cię chyba spodnie w tyłek cisną.
            • semihora Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 11:55
              aerra napisał(a):

              > Te, panie majster, szelki sobie poluzuj, bo cię chyba spodnie w tyłek cisną.


              Mnie się zdaje, że on te spodnie na głowę założył i to w głowę do cisną. Zresztą nic dziwnego, tylko do tego mu głowa służy.
          • miniulowa Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 05:48
            Dynia, trollu, jeśli jest prawdą co piszesz, nie jesteś kobietą, więc poronienia nie przeżyłeś i nie przeżyjesz, w przeciwieństwie do mnie na przykład. Nie jesteś też bliski bycia ojcem. Doświadczenia zatem masz zerowe. Może więc zamkniesz jadaczkę w temacie, który jest Ci tak odległy jak mnie przerost prostaty? Po prostu żeby nie robić z siebie większego debila i żeby uszanować czyjś ból. Na przykład. Potrafisz? Czy Twoja mała główka nie ogarnia?
    • nena20 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 19:43
      Kobieta wymyśliła skrajne sytuacje. Wymyślono to na potrzeby artykułu. Jeszcze żaden lekarz mnie nie przytulał , niby po co ma to robić obcy człowiek? Poronienie jak i poród to dla personelu codzienne wydarzenia, powinni swoją pracę wykonywać dobrze. Poronienie przeszłam normalnie, leżałam z kobietami w ciąży na sali bo takie szpital ma warunki. Zrobili co trzeba i po trzech dniach wypisali do domu.
      • przystanek_tramwajowy Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 19:57
        Dokładnie. Fikcja, celowo przerysowana. A już rozwaliła mnie ta Daria, co ma 24 lata i już 5 razy poroniła. Kogoś poniosła wyobraźnia albo wprost przeciwnie - komuś tej wyobraźni zabrakło.
        • mildred.pierce Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 02:56
          Nie uważam, żeby to była fikcja. Nie podoba mi się wyrażone w tym artykule oczekiwanie, że lekarze czy pielęgniarki mają przytulać pacjentów itd., nie od tego są. Ale z moich i nie tylko moich doświadczeń wynika, że tak zachowuje się personel medyczny. Leżałam w wielu placówkach medycznych, w moim mieście, w wielkich szpitalach w mieście obok. Panuje przekonanie, że z pacjentem można zrobić wszystko, i tak się nie upomni o swoje prawa, zresztą zawsze można z niego zrobić roszczeniowego wariata.
          Co do 24-letniej Darii po 5 poronieniach - tak, to jak najbardziej możliwe. Nie każdy wychodzi za mąż w wieku 30 lat i rodzi pierwsze dziecko w wieku 35 czy 40. Wiele moich znajomych zaciążało już na studiach. Te, które nie zawracały sobie głowy nauką, ,,wpadały" już w wieku 18-19 lat. Jestem w stanie uwierzyć, że jakaś Daria wyszła za mąż w wieku 19-20 lat i cały czas stara się o dziecko.
      • kropkacom Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 06:35
        "Jeszcze żaden lekarz mnie nie przytulał , niby po co ma to robić obcy człowiek? Poronienie jak i poród to dla personelu codzienne wydarzenia, powinni swoją pracę wykonywać dobrze."

        Dobrze czyli jak? Tak jakby szpital to była fabryka a praca personelu, lekarzy to praca przy taśmie?
        • nena20 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 08:38
          Dobrze czy fachowo, jeżeli potrzebne badania to powinni zrobić, jak łyżeczkowanie potrzebne to powinni zrobić, jak mi było zimno i trzęsłam się jak "galareta" to dostałam koc, jak wymiotowałam to coś podstawili bez zbędnego komentarza. Pracowali dobrze, rutynowo . Nie potrzebowałam od nich ani współczucia ani złości, niczego tylko profesjonalizmu przy swojej pracy aby nie było komplikacji zdrowotnych. Ostatnio miałam pewien zabieg, niestety diagnoza okazała się dla mnie niepomyślna i zaraz po tym jak to usłyszałam przyszli lekarze na obchód. Ja oczywiście cichutko sobie płaczę a lekarka niezorientowana pyta rutynowo jak się dziś czuje ja oczywiście nie odpowiadam bo ryczę, podchodzi nieco bliżej i pyta dlaczego płacze, no za cholerę nie mogę gadać tylko płaczę, ona drąży dalej czy coś mnie boli, czy ktoś mi przykrość zrobił w końcu udało mi się wydobyć głos i powiedzieć, że to z powodu diagnozy. Nikt mnie nie przytulał, zaproponowała mi psychologa, odmówiłam. No musiałam się wypłakać, tak po prostu i jeszcze taki cyrk się zrobił. Oczywiście wszystko działo się jeszcze przy dwóch innych pacjentkach, zresztą jedna też się popłakała bo ja płakałam. Traumy z powodu braku przytulenia u mnie brak, naprawdę nie przesadzajmy.
          • kropkacom Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 10:56
            Szczerze pisząc, to nie chce mi się zagłębiać w czyjeś wspomnienia. Jednak z tego co czytam to uczepiłaś się jak rzep do psa tego przytulenia...

            Szpital to nie fabryka. Przynajmniej szczątkowa empatia i indywidualne pochylenie się nad drugim człowiekiem powinno działać. Kobieta na położniczym to nie mięso. Tłumaczenie, ja byłam dzielna i sobie poradziłam, mnie nigdy nie przekonywało.
            • nena20 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 17:30
              ale jakie mieso, oni muszą wbić igłę, założyć cewnik itd. w liczbie codziennie kilka razy. Nie oczekujmy skakania koło nas. Jak chcesz sztucznego uśmiechu i zapytań na każdym kroku to leć do prywatnego szpitala.
              • kropkacom Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 17:41
                Czemu sztucznego? Czyli co? Gdyby ludzie mieli kasę to nagle mogłoby się okazać, że wszyscy chcą tego "sztucznego" uśmiechu. big_grin

                Dyskusje uważam za zakończoną.
              • nena20 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 17:43
                Z moje opisu jasno wynika że można się przyczepić do intymności w szpitalu albo prawa do tajemnicy mojego stanu zdrowia ale takie mamy warunki. Z tego powodu mam teraz cierpieć.
    • katriel Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 20:33
      Przeżyłam dwa poronienia, jedną ciążę biochemiczną i jedną zagrożoną ze szczęśliwym zakończeniem (oraz jedną względnie bezproblemową). Spotkałam się z pełnym spektrum podejść ze strony pracowników służby zdrowia: od chamskich, pogardliwych odzywek, przez beznamiętny profesjonalizm, nieporadne próby okazania współczucia, aż po pełną taktu troskę. Przy czym postawy skrajne stanowiły margines, większość lokowała się gdzieś pośrodku. Jak to w życiu.
    • ewcia1980 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 17.07.18, 23:45
      Zgadzam się z tym że pacjentowi (czy jest to kobieta w ciąży czy jakikolwiek inny pacjent) należy się szacunek oraz konkretna i fachowa opieka medyczna i okołomedyczna.
      Niedopuszczalne są niegrzeczne, lekceważące odzywki, głupie komentarze czy brak "opieki" okołomedycznej (z artykułu - leżenie w zakrwawionej pościeli).
      To fakt !
      Natomiast oczekiwanie, że lekarz/położna/pielęgniarką będą przytulać/ poklepywać po plecach pacjentów oraz "chlipać" nad czyjąś straconą ciążą to jakiś absurd ( też z artykułu jako przykład porządanych zachowań).

      Ja rozumiem, że temat poronień jest mega delikatny ale ... zgadzam się z tym co ktoś wyżej napisał - ludzie powinni być UŚWIADAMIANI, że nie zawsze ciąża = słodki, różowy bobasek. I "klepanie" wszystkim dookoła, że się jest w ciąży 5 minut po zrobieniu testu ciążowego jest ... niezbyt rozsądne.

      W pierwszej ciązy 2 dni po zrobieniu testu zaczęłam plamić.
      Poszłam prywatnie do lekarz, który nawet mnie nie zbadał, przepisał jakiś progesteron , dał L-4 , kazał leżeć i się oszczędzać i stwierdził żebym za bardzo nie przywiązywała się do tej ciąży.
      Niejedna świeżo zaciążona wyszłaby z gabinetu oburzona bo lekarz nie empatyczny i tak "walił z grubej rury".
      Lekarz ten prowadził moje dwie ciąże i ceniłam go właśnie za mega konkretne podejście do sprawy.
      Ale ja nie oczekiwała od obcego mężczyzny, że będzie mnie pocieszał i podtrzymywał na duchu.
      Od tego ma się bliskich.
      Tyle.
    • anorektycznazdzira Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 07:18
      Odkąd pracuję w szpitalu z lekarzami, to wiem, dlaczego są "nieempatyczni".
      Ta praca wymaga żelaznych nerwów, opanowania, profesjonalizmu- a nie rozklejania się i empatii. Im co kilka dni ktoś umiera, na planowych operacjach, na ostrych dyżurach, na oddziale po długiej walce. Jak będą się przy każdym wczuwać i przeżywać, to po pół roku będą wrakiem i rzucą robotę. Ludzie są różni, wiem, że niektórzy są pozbawieni taktu, ale reszta usiłuje po prostu wykonywać swoją robotę.
      Od trzymania za rękę i wsparcia są bliscy.
      • ponis1990 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 10:01
        Nie muszą wczuwać nawet nie mogą - wtedy nie daliby rady pracować w szpitalu - ale często personel jest po prostu chamski ewentualnie niekulturalny, czyli akurat to co kobiecie w takiej sytuacji dodatkowo potrzebne;/
    • sacea Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 10:34
      Mam za sobą 5 poronień w ciągu 3 lat na różnym etapie i nie zaraz po zobaczeniu 2 kresek, nie zawsze tak jest, ja miałam szczęście do personelu, niezależnie na jakiego lekarza trafiałam, położne same przychodziły i pytały czy dać przeciwbólowy, lekarze taktowni, potem materiał do badań był kierowany, nie było problemu, żeby przygotowali po zabiegu (dodatkowe badania genetyczne zlecaliśmy, ale to nie był problem genetyczny), wdzięczna jestem, że trzymali się zasady, że poronienie do 3 dni od informacji lub łyżeczkowanie (podobno tak najlepiej dla psychiki), potem sama prosiłam o łyżeczkownie, lepiej to znosiłam niż tabletkę i "widoki",
      pamietam jak przyszedł do mnie starszy lekarz i powiedział, że mam się wypłakać, rozmawiał o pochówku i odradził, wdzięczna za to jestem, bo nie wiem jak ja miałabym przez to 5 razy przejść, leżałam zawsze osobno, nawet nie słyszałam rodzących i płaczu dzieci
      na poczatku byłam bardzo oburzona jak lekarze 12-14 tygodniową ciążę nazywali zlepkiem komórek (przecież widziałam tetno, serduszko biło), ale potem jak w poradni genetycznej w Łodzi lekarka o kazdym płodzie mówiła dziecko, bardzo to wtedy przeżyłam)
      Poronienie boli, ale ważne, żeby samemu tego bólu nie potęgować i się dodatkowo nie nakręcać.
      Zdarzają się takie przypadki, niestety, kuzynka w wyczekanej ciąży, 7 lat się starała, ciąża bliźniacza, najpierw obumarło jedno, potem w 15 tygodniu drugie, zero wsparcia, teksty lekarzy i pielęgniarek poniżej poziomu
      Podsumowując mamy z kuzynką po 2 dziecismile
    • kornelia_sowa Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 10:59
      Moja wyczekana ciąża nr 2 okazala sie byc pustym jajem płodowym. Kiedy trzeci z kolei lekarz nie dał juz zadnej nadziei, ze to pomylka, uwierzylismy ze niestety nic z tego nie bedzie.
      Konieczne bylo łyzeczkowanie.
      Zabieg zrobil moj lekarz prowadzacy w Krakowie na Siemiradzkiego. Polozono mnie w sali z dziewczyna po ciazy pozamacicznej i pania ktora miala zabieg nie zwiazany z ciazą.

      Bylam im za to wdzieczna majac w pamieci opowiesci kolezanek ktore po poronieniu lezaly na sali z dziewczynami majacymi lada moment rodzic. Plakaly w poduszke a panny obok paplaly o śpiochach i wozkach.

      Kilka godzin po zabiegu moj lekarz konczyl zmiane. Przyszedl zapytac jak sie czuję fizycznie i jak sobie radze.
      Bardzo przezylam ten zawod i w calym tym moim nieszczesciu bylam naprawde po ludzku i ze wdpolczuciem traktowana.
      Pielegniarki tez byly bardzo taktowne i uważne.
      • arwena_11 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 11:13
        Do dziś pamiętam, jak po urodzeniu syna leżałam na 6 osobowej sali. Było nas 5 z dziećmi i dołożono do nas dziewczynę, której dziecko było zabrane natychmiast po porodzie do CZD do Międzylesia.
        Dziewczyna ryczała w poduszkę, była sama - bo jej mąż pojechał z dzieckiem. Nikt się nią nie zainteresował. Jak moja mama przyszła mnie odwiedzić - pierwsze co zrobiła, to pogoniła salowe do roboty i kazała zmienić mi prześcieradło, bo było zakrwawione. Coś tam marudziły, ze po co, zaraz znowu będzie brudne. To się dowiedziały, że wtedy zmienią po raz drugi.
        I to moja mama zapytała się tej dziewczyny czy w czymś jej nie pomóc. W dziewczynie chyba wtedy pękły wszystkie tamy, bo z płaczem opowiedziała o dziecku, że nie wie czy przeżyje, ma jakieś ogromne problemy z nerkami, a jej nie chcą wypuścić a tu wszyscy ze zdrowymi dziećmi i ona nie daje rady psychicznie. Moja mama poszła do pielęgniarek, zrobiła aferę. Nagle znalazła się izolatka dla dziewczyny, dało się zadzwonić do Międzylesia co z dzieckiem.

        Dlaczego ona została położona na takiej sali - nie mam pojęcia, ale to było zwykłe sk...wysyństwo i torturowanie psychiczne
      • fifiriffi Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 23:03
        no własnie.... Ja opisałam poniżej, że po poronieniu zajmowały się mną bdb. Ale przy moim pierwszym porodzie na sali leżała babeczka z martwą ciązą wśród kobitek, które 3x dziennie były podłączane do KTG....
        Ten sam szpital...
    • yadrall Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 11:42
      Szpital Wejherowo-kilka lat temu-konkretnie, milo,ale bez rozczulania sie, klada na ginekologi,wiec nie widzi sie ciezarnych i noworodkow, informuja, mozna zdecywowac czy sie chce tabletke, czekac na samoistne czy zabieg. Jak mialam watpliwosci czy napewno ciaza obumarla to lekarz potrafil mnie z sali zabiegowej zabrac do gabinetu USG,zeby po raz kolejny sprawdzic czy aby serduszo nie bije... Bez fajerwerkow,ale i bez traumy.
    • turzyca Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 22:33
      Problem w tym, że nie ma jednego dobrego wzorca postępowania. Ludzie mają różną wrażliwość i nie da się zgadnąć, co wywoła traumę. Wspominane w tekście wypowiedzi, że młoda dziewczyna da radę zajść w ciążę i że utrata jednej to nie koniec świata, wielu osobom pomogły, dały nadzieję, siłę do walki. Ale kogoś zraniły.
      Moja przyjaciółka wyszła bardzo zniesmaczona z USG na Madalińskiego, bo lekarka robiąca USG operowała określeniami dziecko, bobas, dzidziuś, dzidzi, ani razu nie używszy określenia płód. W odbiorze pacjentki był to objaw braku profesjonalizmu i podważało wiarę w kompetencje lekarki. Pani ciasteczko, zakładająca tu ostatnio wątki o ciąży, była oburzona terminologią medyczną.
      Ta sama przyjaciółka, idąc do porodu, spotkała na izbie przyjęć dziewczynę ewidentnie nieletnią, zapłakaną do usmarkania. Ze strachu, jak wynikało ze szlochów. Bała się, że traci ciążę. A ciąży widać nie było.
      • brenya78 Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 23:09
        Trochę się zgodzę, a trochę nie. Wydaje mi się, że istnieje jednak pewien, powiedzmy, kanon zachowania czy sposobu mówienia który jest zarówno profesjonalny i współczujacy, a jednocześnie nie infantylny, narzucający sie. Podczas swoich poronień spotkałam się właśnie z takim - pierwszy tekst który słyszałam od każdej osoby, od pielęgniarki do lekarza to coś w stylu "bardzo mi przykro, wiem że to trudna sytuacja dla Ciebie" - to jedno zdanie w zasadzie załatwialo wszystko, od razu czulam się zaopoekowana i zrozumiana. Jedna lekarka dodała "sama to przeszlam, wiec wiem jak się czujesz", inna pielęgniarka za drugim razem "my tu mamy dzieci, my wiemy jakie to trudne". Po tym następowała pełna profesjonalna porada, USG, gdzie najpoerw zapytano mnie o zgodę na USG, potem czy chce oglądać badanie na monitorze. Na ciążę mówi się "baby" albo "embryo", ale tez nikt nie płacze sztucznie nad 1cm zarodkiem i nie rozdziera szat. Nie usłyszałam nic w stylu "na pewno następnym razem się uda", albo "natura wie co robi". Nikt się nie rozczulal, nie załamywał rąk, nie przytulał, nie płakał, nie mówił o pogrzebach itp. Fakty, porada, folder informacyjny na czym polegają różne metody postępowania, pełna akceptacja decyzji pacjentki, bez tekstów "tak i tak jest lepiej". Gdy chciałam.poronic naturalnie i oddać materiał do badań, lekarz najpierw mnie poinformował, że może być to trudne i często się nie udaje (stąd proponują zabieg) ale że zrobią wszystko, żeby się udało i powiedzą mi co i jak i chyba się udało.
        Także da się to zrobić tak żeby było neutralnie, profesjonalnie i bez pogłębiania traumy w żadną stronę.
    • fifiriffi Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 18.07.18, 23:00
      Artykułu nie czytam...Domyslam sie, że ktos tam narzekał.

      Ja z moim pierwszym poronieniem poszłam do szpitala, pan mnie zbadał, stwierdził,że mam iść na drug dzień do swojego gina. A mój mi mówi,że to poronienie.
      Pojechałam do innego szpitala. Polna w Poznaniu...i musze powiedzieć,że tak, jak mnie wtedy potraktowały tak nigdy nigdzie...
      Byłam w strasznym stanie psychicznym.... , dostałam osobną sale... mąż mógł siedziec przy mnie całą noc, do tego nie było problemu żeby moją przyjaciółkę przywieźć i żeby też była przy mnie...To była jakoś 21.
      Miałam psychologa "na zawołanie"... Bardzo miło sie mną zajęły Panie.. Przychodziły i dopytywały czy jest ok i czy czegoś nie potrzebuję.
      • sacea Re: Poronienie - gdzie my żyjemy? 19.07.18, 22:44
        Polna miło wspominam, poradnie ginekologiczną, najpierw co tydzień, potem ci dwa, co miesiąc i tak dalej po zaśniadzie tam trafiłam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka