beataj1
15.02.19, 10:45
Takie sie ostatnio złożyło, że miałam okazję uczestniczyć w kilku pogrzebach niemal tydzień po tygodniu. W różnych częściach kraju i organizowanych na różne sposoby.
Koleżanka żegnała ojca i wspomniała jak ważne dla niej było intymne pożegnanie tylko dla najbliższej rodziny, które odbyło się tuż przed skremowaniem jej taty. Że msza, czynności na cmentarzu już nie miały znaczenia. Te chwile tylko z jej mamą, bratem i kilkoma najbliższymi osobami były najważniejsze, najwartościowsze.
Potem byłam na dwóch katolickich pogrzebach i na jednej świeckiej ceremonii.
I nagle uderzyło mnie jak pogrzeby katolickie są odhumanizowane. W sensie msza, jak msza - tu nie ma praktycznie nic indywidualnego. No chyba że ksiądz zna osobiście zmarłego - w moim przypadku był to wieloletni członek rady parafialnej z bardzo małej mieścinki - ksiądz faktycznie żegnał swojego przyjaciela i tak o nim mówił. Ale tak normalnie to jest zwykła masówka - w sumie można by iść na przypadkową mszę pogrzebową i to by nie robiło żadnej różnicy. Na cmentarzu też te same formułki odklepane z pamięci czy też odczytane z książeczki.
Ceremonia świecka ujęła mnie swoim osobistym charakterem - bliscy zmarłego w paru słowach wspominali tą osobę. Miało się wrażenie, że się żegna właśnie realną osobę a nie trumnę stojącą przed ołtarzem.
Tak sobie myślę, że jakoś bardziej przemawia do mnie ceremonia świecka, własnie tym skupieniu na człowieku, żegnaniu konkretnego człowieka, wspominaniu go.
I z drugiej strony (pomijając aspekt religijny) pierwszy raz w życiu dotarło do mnie to że pogrzeby katolickie zupełnie nie niosą ze sobą jakiejkolwiek głębszej refleksji. Ot wstań, klęknij, wstań klęknij.